czita88
02.08.12, 00:38
Muszę to z siebie wylać, bo oszaleję :-( !!!
Od pewnego czasu skrupulatnie analizuję swoje dotychczasowe życie... W trybie przyspieszonym, ale nie pobieżnym. I wnioski do jakich doszłam są dla mnie tak straszne, szokujące i dołujące, że nie mogę tego przetrawić... Chyba jestem upośledzona ;(, a z pewnością mam upośledzone postrzeganie otaczającej mnie rzeczywistości i ludzi, no i oczywiście... siebie.
Nie mogę przestać myśleć, nie mogę jeść ani spać, a im dalej w to brnęłam, tym większa odrazę czułam do siebie samej ;(. Wstyd. Po prostu SZOK. Nie mogę ufać mojej pamięci, chore emocje i percepcja zakrzywiają wszystko.... Dotychczas, wspominając przeszłość, widziałam morze łez, pustkę, samotność, cierpienie, rozbite statki marzeń, jakieś wysepki pełne pięknych ulotnych chwil. A teraz ZOBACZYLAM jeden wielki gnój !!!!!!! Burdel. Zobaczyłam zadufaną w sobie hipokrytkę, pełną wygórowanych oczekiwań, bez żadnych zasad, żadnej moralności. Totalny egoizm i blokada na odbiór tego co dobre. Wybiórcza pamięć skasowała wszystko co dostałam od innych ;(. Zresztą już wtedy z ledwością to zauważałam, wciąż było mi mało, wciąż każdy pretekst był dobry by przekreślić WSZYSTKO i uciec tam, gdzie mogłam dostać więcej, gdzie akurat dawali. Czerpałam z innych, nie myśląc, nie widząc co oni czują, nie zastanawiając się co mogą poczuć i pomyśleć. Liczyło się tu i teraz, zaspokojenie mojej potrzeby uwagi i troski, zainteresowania, ch.. wie czego, a o to co będzie potem się nie martwiłam. Póki dostawałam było ok, gdy zabrakło szłam gdzie indziej. O każde niepowodzenie obwiniam innych, zwalam winę, nie widzę tego jak bardzo popierdolony mam sposób myslenia, jak wygórowane wymagania ;( i oczekiwania.
Nawet ta moja posrana niska samoocena jest gówno warta. Tylko: jestem taka beznadziejna, nikt mnie nie kocha, nie lubi, nie szanuje, jestem taka nieszczęśliwa, nie zasługuję na miłość, bla bla bla. A teego, że to jest ku*wa mać tylko i wyłącznie moja wina, że swoim zachowaniem i podejściem do innych ludzi do tego doprowadziłam i doprowadzałam to nie widzę !! Nie widzę jak cholerny mam na to wpływ. Nie widzę, że moje życie zależy ode mnie ;(. Nie biorę pod uwagę, że inni ludzie też mogą być wkurwieni, zranieni, że mogą źle o mnie myśleć. J a pierdole.... Że mają potrzeby i swoje życie. Oceniam ich tylko i wyłącznie przez to jakie mają podejście do mnie i czy jest ono takie, jakiego akurat oczekuję, spodziewam się, jakiego JA chcę. A jesli nie jest, to nie doszukuję się przyczyn w sobie, tylko ich skreślam/karzę.
Przeczytałam 8 zeszytów opisujących 2 lata, bardzo ważne lata (nie ostatnie dwa lata). I miałam trudności z czytaniem, szeroko otwarte oczy, to mnie poraziło ;((. Ale i w pewnym sensie sprawiło, że jest teraz inaczej. To nie był pech. To nie byli źli ludzie. To wszystko było konsekwencją mojego zachowania, słów, gierek. No właśnie. Ja grałam, żonglowałam, bawiłam się ludźmi. Uzależniałam od nich swoje szczęście, samopoczucie, samoocenę. Ale nie próbowałam zmienić ich stosunku do mnie, nie zastanawiałam się nad nim, nad tym wszystkim. Miałam kryzysy, bardzo częste i dotkliwe, ale obwiniałam tych "przez których" cierpiałam czy swoje ciało (zaburzenia odżywiania i natręctwa), a nie siebie samą. Czułam się gównem, ale nie widziałam tego, że to ja do tego doprowadziłam :(.
A współczucie dla innych? Ha, śmiechu warte. Chwilowe roztkwilenie się nad kimś, przyjemność poczucia się potrzebną i docenianą, troska, która kończyła się natychmiast w momencie, gdy stwierdzałam, że dana osoba ma się dobrze (że może się poczuć lepiej ode mnie ????). I kiedy cierpiała przeze mnie. Nie uznawałam tego, natychmiast wysuwałam cały arsenał argumentów obalających jej zarzuty i pociski obwiniające ją. Albo gdy ktoś mi bliski użalał się nad sobą. Wtedy był żałosny, słaby i nie zasługiwał na współczucie, nie mógł uwiesić się na mnie, wycofywałam się natychmiast, przynajmniej na ten czas. Boże, jakie to straszne.
Moja nauka na błędach polegala dotychczas na uznawaniu za błąd danej znajomości, decyzji. Nie mojego postępowania i podejścia. Nie chorych osądów. Nawet nie próbowałam patrzeć z innego punktu widzenia. Teraz gdy zobaczyłam to wszystko z bliska, ten cały gnój, może coś zrozumiem. Chciałabym. Teraz wstydzę się i najchętniej zakopałabym się pod ziemią. Nawet nie tyle tego całego syfu moich działań, decyzji, chorych akcji, poniżania się i innych, ale przede wszystkim moich MYŚLI. Boże, co ja miałam w głowie ;(( ;((, to jest nie do zniesienia!!!!!!!!!! ;( ;( ;( ;( ;( ;(
I nie wiem nawet, czy wolno mi było używać tu czasu przeszłego ;(( ..............