incognito_n
01.08.14, 19:48
Jestem nowa, więc witam wszystkich serdecznie. Ponieważ od kilku dni przeczytałam już chyba większość dostępnych na forum wpisów i nie znalazłam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, ośmieliłam się założyć konto i zadać je tutaj.
Otóż znam mojego męża już kilka lat. Była to jednak znajomość z pracy, podobał mi się, ale ja wtedy byłam w związku (szczęśliwym, zakończonym z powodu różnych priorytetów, aktualnie pozostała porządna przyjaźń), on zresztą również (bardzo burzliwym, niezrozumiałym dla mnie, co kilka tygodni/miesięcy zerwanie łącznie z pobiciami, za kilka miesięcy znów to samo i tak w kółko). Przez te lata miałam wizerunek męża jak bardzo porządnego, solidnego człowieka. Jedynie utrzymywanie tego typu relacji, w której był jawnie wykorzystywany (bardzo drogie prezenty, kłamstwa, wszelkiego rodzaju dramaty) i nieszczęśliwy było dla mnie nie do końca jasne. Przyszedł w końcu moment, kiedy ostatecznie rozstał się z ową kobietą, zresztą złożyło się tak, że w podobnym czasie ja rozstałam się z moim chłopakiem. Było to rok temu. Spotkaliśmy się na kawie, porozmawialiśmy, ale ja potrzebowałam czasu, żeby wyjść do końca ze swojej relacji i zapewne on też.
Mijały miesiące i już nawet przestałam myśleć, że coś z tego będzie, a tu nagle w pierwszych dniach stycznia mąż zaprosił mnie na randkę. Mówiąc szczerze nawet nie sądziłam, że może być to randka, tak wiele razy wcześniej gdzieś wychodziliśmy po prostu pogadać i nic z tego nie wychodziło, że myślałam, że będzie tak samo. Ale nie, pod koniec wieczoru mnie pocałował. Zdębiałam, bo oprócz tego, że się tego nie spodziewałam, to przez te lata kiedy się znamy skutecznie wybijałam go sobie z głowy i przyjęłam, że nie może być nic między nami :) Argumentami koronnymi była chociażby duża różnica wieku i pozycja zawodowa, która, mówiąc w skrócie jest różna. Myśląc o tym przekonywałam się, że nie zniosłabym krzywdzących ocen wszystkich dookoła i podziwiałam go sobie z daleka. A tu nagle taki szok- bo on mnie chce. Więc opierałam się, perswadowałam, ale jak tu perswadować, kiedy się od dawna marzyło o tym kimś i ten ktoś tak bardzo, bardzo, bardzo teraz Cię chce, że jest gotów stawić czoła i walczyć z całym światem, oby tylko mieć mnie...
Zaczęła się idylla. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa, on też. Tonęliśmy w swoim szczęściu, upajaliśmy się nim i sobą wzajemnie. On bardzo się starał, nigdy się tak z nikim nie czułam, a co ważniejsze, nigdy nie czułam się tak doceniania za to co sama z siebie dawałam. Spędziliśmy mnóstwo godzin na rozmowach, w których on mocno analizował siebie, swoją przeszłość. Przyznał mi się do wielu swoich nałogów z przeszłości- alkohol, pornografia, zdrady. Opowiedział o tamtej- która rzeczywiście była oszustką w strasznych, ostatecznych sprawach. Teraz zresztą myślę, że również mogła mieć BPD, ale już nie jest to chyba istotne. Mówił też bardzo dużo o rodzicach, ma do nich mnóstwo zarzutów i żali, że go opuścili, że nigdy tak naprawdę nie widzieli, udawali, że nie ma żadnych potrzeb i problemów, że nie może mieć, że ma robić tylko to co do niego należy. Wiele razy zresztą później w czasie związku to powtarzał, w dorosłym życiu ciągle się z nimi kłócił.
W każdym razie, po 1,5 miesiącu oświadczył mi się. Byłam bardzo zaskoczona, on na dodatek ma dzieci żyjące z nim (pierwsza żona zmarła kilka lat temu), które co prawda znałam od samego początku naszej znajomości i uwielbiam je, ale nie chciałam, żeby cierpiały, gdyby coś z nami nie wyszło- głównie dlatego, że znały mnie dobrze, tatę osobno i takie połączenie a później rozłam nie był dla mnie wyobrażalny- co musiałyby wtedy czuć, szczególnie po ciągnącej się latami sytuacji z poprzednią. Ale on twierdził że jest pewny, że nigdy się to nie zmieni i tylko będzie z czasem lepiej. Obserwowałam to bacznie i nic nie wskazywało na to, że może być inaczej. Był wspaniały- czuły, troskliwy, kochany, oddany. Dzieci najpierw zaskoczone, a po mojej przeprowadzce w marcu rozpływały się w szczęściu z nami. W końcu miały normalną, stabilną rodzinę.
Dla mnie na początku życie razem było w wielu momentach zaskakujące- nie mam własnych dzieci, o tych zaczynałam myśleć jako „nasze”, jednocześnie układać się coraz lepiej z przyszłym mężem. Starałam się jak tylko mogłam, dawałam z siebie wszystko. Często czułam się wręcz jakbym była z emocjonalnymi wampirkami, ale kochałam ich wszystkich i dawało mi szczęście, kiedy widziałam ich zadowolenie. Największym wampirem był mój mąż- w niekończących się rozmowach wyciągał ze mnie całą akceptację, wysysał miłość do niego, chłonął mój podziw, docenienie, radość i energię.
W końcu przyszedł dzień ślubu. Najpiękniejszy ślub, na jakim byłam. Mój własny. Idealny. Mąż niesamowicie się starał, żeby tak było. Żeby wszystko było wspaniale i tak jak marzyliśmy. Zaprosiliśmy wszystkich znajomych, bliższych, dalszych, pracę, rodzinę. Wszyscy widzieli nasze ogromne szczęście i nikt już nie miał wątpliwości co nas łączy.
Po ślubie odetchnęłam. Że już nikt nie będzie oceniał. Że wszyscy zaakceptowali. Że jeszcze tylko podróż poślubna i już będzie normalne, spokojne życie. Tak bardzo szczęśliwe.
Podróż poślubna była bajkowa. Trzytygodniowa. Teściowie zgodzili się zostać z dziećmi.