alice158
22.08.22, 18:52
Taki zwyczajny wątek, ot, może kogoś zmotywuje do pracy nad sobą.
Zaczęłam terapię. Mam kolejne spotkanie w tym tygodniu. Uświadomiłam sobie już dysfunkcyjność systemu rodzinnego w jakim przyszło mi dorastać i to że w tym systemie wchodziłam w rolę bohatera rodziny. Ponieważ bohater rodziny przejmuje niejako rolę rodziców, nadwyręża się, żeby system jakoś funkcjonował, to w pewnym momencie jego psychika musi odczuć to dobitnie. Najczęściej jest to moment wchodzenia w dorosłość.
Terapeutka póki co zasugerowała bym dała sobie spokój ze związkami. I dobrze. W ciągu pół roku rozwaliłam dwa związki i nie mam ochoty robić tego dalej.
Czy mi ciężko? Z jednej strony tak, ale z drugiej myślę że to ważny krok. Chociaż nie wiem czy dam psychoterapeutce się rozbroić na tyle żeby mogła naruszyć moją misterną konstrukcję psychotyczną, moje urojenia miłości co do faceta sprzed 7 lat. To przez to rozwalam każdą relację, ale jednocześnie jestem do tej "miłości" urojonej przywiązana jak pies Pawłowa do odruchów.
Czuję że bardzo długa droga przede mną. Terapia osób psychotycznych, nawet w remisji nie jest łatwa. Chociaż terapeutka sugeruje że to mogą być objawy dysocjacji a nie koniecznie psychozy, to jednak lekarze widzą psychozę, coś jakby zaburzenie schizoafektywne.
Tak nawet się pogodziłam że będę sama. Nawet może przez to zbliżam się w jakimś sensie do Boga, Absolutu. Bo to jedyna relacja, która jest bezpieczna, którą mogę mieć.
Czasem się zastanawiam jak to jest być "normalnym" I po prostu wejść w szczęśliwy związek który trwa do końca życia. Ci którym jest to dane nawet nie wiedzą ile szczęścia mają, biorą to za coś oczywistego. Ja się czuję pokiereszowaną kaleką w tym temacie.