mykolina88
04.07.09, 18:06
Borderline. To tylko pojęcie, które może i obejmuje szereg podobnych zachowań,
powtarzalnych reakcji, prawie identycznych życiorysów, ale dotyczy Ciebie,
Ciebie, Ciebie…
Każdy przypadek wygląda podobnie, ale warto zaznaczyć, że jesteśmy
indywidualnościami < w końcu naszą przypadłością jest potrzeba bycia
wyjątkowym i dostrzeganym>. Moja indywidualność wygląda następująco.
Miałam 12 lat, kiedy pierwszy raz pomyślałam o samobójstwie. Miało to miejsce
w kontekście zauroczenia. Wyobrażałam sobie swoją śmierć i reakcję
najbliższych mi ludzi, zwłaszcza ówczesnego ukochanego. Roztapiałam się pod
wpływem wizji, w których wszyscy, także On się o mnie troszczą, niepokoją, są
wręcz przerażeni myślą, że mogłam zginąć. Ja czułam się kimś wyjątkowym, w
centrum uwagi. Jako świeża nastolatka w ten sposób zaczęłam sobie dążyć do
osiągnięcia szczęścia i satysfakcji, a wiadomo, że był to dopiero początek.
W gimnazjum było to samo. Z każdą kolejną miłostką, którą upatrywałam w
osobach skrajnie ode mnie różnych, pogłębiałam swoje poczucie inności i
niebywałej wrażliwości. Obwiniałam siebie, za to, że nic mnie nie łączyło z
ludźmi, którzy mnie fascynują.. Dosłownie nic. Traktowałam siebie jak gówno i
śmiecia. Wstydziłam się swoich uczuć, choć jednocześnie zawsze prędzej czy
później się obnażałam i cierpiałam. Wtedy też zaczęłam uciekać…Powoli
kształtował się we mnie syndrom ucieczki, czyli opuszczania zajęć, osób mi
niewygodnych. Pojawiał się coraz częstszy dyskomfort, presja, zamiast
przyjemności, ciągłe lęki i próba zaimponowania wszystkim. Coraz więcej myśli
o śmierci, tylko w nich odnajdywałam spokój i harmonię. Aż wreszcie czyny. W
skrajnych sytuacjach łykałam tabletki, chcąc wywołać nimi gorszy stan fizyczny
( prawie zawsze nieskazitelny), omdlenia, bóle brzucha…Byleby być ofiarą, czuć
ból i jak najbardziej odsunąć się od niewygodnych, pretensjonalnych spojrzeń.
Mówiłam wtedy : „jestem chora, mam wymówkę, odczepcie się ode mnie! „ Co to
była za ulga, kiedy nie musiałam się stresować i robić czegoś na pokaz.
Niestety tabletki stały się nieodłączną częścią mojego życia i podobne próby
także..
Liceum. W tym okresie zaczęło się prawdziwe piekło, bo uświadomione. Na
wstępie próba samobójcza, także tabletkami. Nikt się nie przejął, według moich
spostrzeżeń. Kilka wizyt u psychologa, u którego tak się stresowałam, że znów
bym sobie cos najchętniej zrobiła i rezygnacja. Trzy lata huśtawek, choć w
większym stopniu depresji. Trzy lata grożenia, że się zabiję. Przeżywanie
najmniejszej błahostki, śniłam nawet o głupim sprawdzianie z chemii i budziłam
się w środku nocy z poczuciem winy, że coś źle obliczyłam. Przy każdym błędzie
pojawiała się myśl samobójcza. Nikt nie rozumiał. Męczyłam siebie i innych.
Chora relacja z chłopakiem, którego uznawałam tylko za przyjaciela. Nie
wierzyłam, ze mnie akceptuje, a jak już zaakceptował, to ja go miałam w dupie.
Zachowywałam się jak żmija, która jest tylko po to, by z niego wysysać < mimo,
ze sam miał trudne doświadczenia, matka chora psych odeszła, brat schizofrenik
popełnił kilka lat wcześniej samobójstwo>, ale mnie to nie przeszkadzało, aby
marudzić, grozić, zrzędzić i szantażować. Popadłam w zaburzenia odżywiania.
Wpierw były drastyczne chudnięcia, na studiach…
Pierwszy rok studiów. Oczywiście nowe otoczenie, nerwy, stres, potrzeba bycia
najlepszym. W rezultacie bycie najlepszym, samotność i znów wyobcowanie. Byłam
bardzo dobra, a przezywałam dziesięć razy bardziej. Wykańczałam się,
wariowałam, nic nie cieszyło, a jak cieszyło to za bardzo, zbyt krótko.
Zajadałam pustkę, w końcu dwa lata reżimu powoli się odzywał. Widziałam tylko
swoją grubość, powiększałam się nagle. Kiedy w stanach ekstremów było dobrze,
potrafiłam biegać, ćwiczyć i mieć pasję do sportu, nieskończenie wiele. W
druga stronę, potrafiłam tylko leżeć. I znów śmierć mnie przygarnęła, uwiła
sobie gniazdko w mojej głowie, Opowiadałam o niej jawnie, nie wstydziłam się,
mówiłam wszystko co psychiczne, wszystkim…Oni nie rozumieli, albo ich to nie
obchodziło, inni się niepokoili. Nie czułam się ważna, zazdrościłam wszystkim
życia, bo ja swojego nie miałam. Mój dzień nie zależał ode mnie, nie wiem kto
kontroluje moje nastroje, ale z pewnością nie ja.
Drugi rok był moim upadkiem, który trwa do dziś. Mam 21 lat. Nie dałam rady,
emocjonalnie byłam wrakiem, bulimicznie do granic wytrzymałości kompulsywna…
Postanowiłam się leczyć. Wzięłam dziekankę z myślą, że to nie kierunek dla
mnie i od przyszłego roku zmieniam profesję. Miałam się leczyć, zarobić na
leczenie i powoli dochodzić do siebie. Niestety lekarze zawodzili, ja
zawodziłam, bliscy odchodzili, oskarżali, dołowali… A ja dalej, od depresji do
euforii i tak cały czas. Niektórzy, niezorientowani myśleli wręcz, ze jestem
szczęśliwa i zawsze uśmiechnięta. Chyba widywali mnie tylko w autobusie.
Desperacko potrzebowałam kogoś bliskiego, chłopaka, w ostateczności
przyjaciela. Wszystkich bliskich się wstydziłam, przestałam ufać, bo pozwalali
mi upaść, nie był mną. Ja chciałam, aby zobaczyli jakie moje życie jest puste,
nie satysfakcjonujące i bezsensowne. Nie widzieli. Ludzie pojawiali się i
odchodzili. Bardzo szybko. Relacje damsko męskie to już w ogóle tragedia, bo
albo kończyły się już na imprezach, albo na dwóch, kilku spotkaniach…Później
ja byłam zbyt zachłanna, chciałam kogoś bliskiego, nie kochanka, a to już
wszystkim przeszkadzało. Uważali, że jestem pojebana i zdrowo świrnięta. Ja to
wiedziałam.
Druga próba samobójcza była po dwóch kolejnych rozczarowaniach. Tym razem
trafiłam do szpitala. Nikt się nie przejął. Odsunęli się niemal wszyscy, sama
masz sobie pomóc. Praktycznie zewsząd słyszę „ nie chcesz żyć, to nie żyj”.
Lekarze ignoranci, jeszcze utrwalali poczucie winy i nienawiść do siebie, bo
ja to może zrobiłam z miłości do siebie.
Potrzebuję śmierci i miłości. Jak to pogodzić. I jeszcze to jedzenie, a takim
wyobrażeniem siebie, jako kulki trudno się zmusić do czegokolwiek, a zwłaszcza
wystawić na forum publiczne.
Teraz mam niby psychoterapeutkę, ale niebawem mogę nie mieć już na nią
pieniędzy. Rzuciłam pracę, nie umiem znaleźć nowej. Uciekam przed wszystkim.
Coraz częściej myślę na poważnie, a nie tylko wizyjnie…