Dodaj do ulubionych

Trochę na tamat

04.07.09, 18:06
Borderline. To tylko pojęcie, które może i obejmuje szereg podobnych zachowań,
powtarzalnych reakcji, prawie identycznych życiorysów, ale dotyczy Ciebie,
Ciebie, Ciebie…
Każdy przypadek wygląda podobnie, ale warto zaznaczyć, że jesteśmy
indywidualnościami < w końcu naszą przypadłością jest potrzeba bycia
wyjątkowym i dostrzeganym>. Moja indywidualność wygląda następująco.
Miałam 12 lat, kiedy pierwszy raz pomyślałam o samobójstwie. Miało to miejsce
w kontekście zauroczenia. Wyobrażałam sobie swoją śmierć i reakcję
najbliższych mi ludzi, zwłaszcza ówczesnego ukochanego. Roztapiałam się pod
wpływem wizji, w których wszyscy, także On się o mnie troszczą, niepokoją, są
wręcz przerażeni myślą, że mogłam zginąć. Ja czułam się kimś wyjątkowym, w
centrum uwagi. Jako świeża nastolatka w ten sposób zaczęłam sobie dążyć do
osiągnięcia szczęścia i satysfakcji, a wiadomo, że był to dopiero początek.
W gimnazjum było to samo. Z każdą kolejną miłostką, którą upatrywałam w
osobach skrajnie ode mnie różnych, pogłębiałam swoje poczucie inności i
niebywałej wrażliwości. Obwiniałam siebie, za to, że nic mnie nie łączyło z
ludźmi, którzy mnie fascynują.. Dosłownie nic. Traktowałam siebie jak gówno i
śmiecia. Wstydziłam się swoich uczuć, choć jednocześnie zawsze prędzej czy
później się obnażałam i cierpiałam. Wtedy też zaczęłam uciekać…Powoli
kształtował się we mnie syndrom ucieczki, czyli opuszczania zajęć, osób mi
niewygodnych. Pojawiał się coraz częstszy dyskomfort, presja, zamiast
przyjemności, ciągłe lęki i próba zaimponowania wszystkim. Coraz więcej myśli
o śmierci, tylko w nich odnajdywałam spokój i harmonię. Aż wreszcie czyny. W
skrajnych sytuacjach łykałam tabletki, chcąc wywołać nimi gorszy stan fizyczny
( prawie zawsze nieskazitelny), omdlenia, bóle brzucha…Byleby być ofiarą, czuć
ból i jak najbardziej odsunąć się od niewygodnych, pretensjonalnych spojrzeń.
Mówiłam wtedy : „jestem chora, mam wymówkę, odczepcie się ode mnie! „ Co to
była za ulga, kiedy nie musiałam się stresować i robić czegoś na pokaz.
Niestety tabletki stały się nieodłączną częścią mojego życia i podobne próby
także..
Liceum. W tym okresie zaczęło się prawdziwe piekło, bo uświadomione. Na
wstępie próba samobójcza, także tabletkami. Nikt się nie przejął, według moich
spostrzeżeń. Kilka wizyt u psychologa, u którego tak się stresowałam, że znów
bym sobie cos najchętniej zrobiła i rezygnacja. Trzy lata huśtawek, choć w
większym stopniu depresji. Trzy lata grożenia, że się zabiję. Przeżywanie
najmniejszej błahostki, śniłam nawet o głupim sprawdzianie z chemii i budziłam
się w środku nocy z poczuciem winy, że coś źle obliczyłam. Przy każdym błędzie
pojawiała się myśl samobójcza. Nikt nie rozumiał. Męczyłam siebie i innych.
Chora relacja z chłopakiem, którego uznawałam tylko za przyjaciela. Nie
wierzyłam, ze mnie akceptuje, a jak już zaakceptował, to ja go miałam w dupie.
Zachowywałam się jak żmija, która jest tylko po to, by z niego wysysać < mimo,
ze sam miał trudne doświadczenia, matka chora psych odeszła, brat schizofrenik
popełnił kilka lat wcześniej samobójstwo>, ale mnie to nie przeszkadzało, aby
marudzić, grozić, zrzędzić i szantażować. Popadłam w zaburzenia odżywiania.
Wpierw były drastyczne chudnięcia, na studiach…
Pierwszy rok studiów. Oczywiście nowe otoczenie, nerwy, stres, potrzeba bycia
najlepszym. W rezultacie bycie najlepszym, samotność i znów wyobcowanie. Byłam
bardzo dobra, a przezywałam dziesięć razy bardziej. Wykańczałam się,
wariowałam, nic nie cieszyło, a jak cieszyło to za bardzo, zbyt krótko.
Zajadałam pustkę, w końcu dwa lata reżimu powoli się odzywał. Widziałam tylko
swoją grubość, powiększałam się nagle. Kiedy w stanach ekstremów było dobrze,
potrafiłam biegać, ćwiczyć i mieć pasję do sportu, nieskończenie wiele. W
druga stronę, potrafiłam tylko leżeć. I znów śmierć mnie przygarnęła, uwiła
sobie gniazdko w mojej głowie, Opowiadałam o niej jawnie, nie wstydziłam się,
mówiłam wszystko co psychiczne, wszystkim…Oni nie rozumieli, albo ich to nie
obchodziło, inni się niepokoili. Nie czułam się ważna, zazdrościłam wszystkim
życia, bo ja swojego nie miałam. Mój dzień nie zależał ode mnie, nie wiem kto
kontroluje moje nastroje, ale z pewnością nie ja.
Drugi rok był moim upadkiem, który trwa do dziś. Mam 21 lat. Nie dałam rady,
emocjonalnie byłam wrakiem, bulimicznie do granic wytrzymałości kompulsywna…
Postanowiłam się leczyć. Wzięłam dziekankę z myślą, że to nie kierunek dla
mnie i od przyszłego roku zmieniam profesję. Miałam się leczyć, zarobić na
leczenie i powoli dochodzić do siebie. Niestety lekarze zawodzili, ja
zawodziłam, bliscy odchodzili, oskarżali, dołowali… A ja dalej, od depresji do
euforii i tak cały czas. Niektórzy, niezorientowani myśleli wręcz, ze jestem
szczęśliwa i zawsze uśmiechnięta. Chyba widywali mnie tylko w autobusie.
Desperacko potrzebowałam kogoś bliskiego, chłopaka, w ostateczności
przyjaciela. Wszystkich bliskich się wstydziłam, przestałam ufać, bo pozwalali
mi upaść, nie był mną. Ja chciałam, aby zobaczyli jakie moje życie jest puste,
nie satysfakcjonujące i bezsensowne. Nie widzieli. Ludzie pojawiali się i
odchodzili. Bardzo szybko. Relacje damsko męskie to już w ogóle tragedia, bo
albo kończyły się już na imprezach, albo na dwóch, kilku spotkaniach…Później
ja byłam zbyt zachłanna, chciałam kogoś bliskiego, nie kochanka, a to już
wszystkim przeszkadzało. Uważali, że jestem pojebana i zdrowo świrnięta. Ja to
wiedziałam.
Druga próba samobójcza była po dwóch kolejnych rozczarowaniach. Tym razem
trafiłam do szpitala. Nikt się nie przejął. Odsunęli się niemal wszyscy, sama
masz sobie pomóc. Praktycznie zewsząd słyszę „ nie chcesz żyć, to nie żyj”.
Lekarze ignoranci, jeszcze utrwalali poczucie winy i nienawiść do siebie, bo
ja to może zrobiłam z miłości do siebie.
Potrzebuję śmierci i miłości. Jak to pogodzić. I jeszcze to jedzenie, a takim
wyobrażeniem siebie, jako kulki trudno się zmusić do czegokolwiek, a zwłaszcza
wystawić na forum publiczne.
Teraz mam niby psychoterapeutkę, ale niebawem mogę nie mieć już na nią
pieniędzy. Rzuciłam pracę, nie umiem znaleźć nowej. Uciekam przed wszystkim.
Coraz częściej myślę na poważnie, a nie tylko wizyjnie…

Obserwuj wątek
    • grow888 Re: Trochę na tamat 04.07.09, 19:16
      mykolina88 napisała:

      Ciężko mi cos doradzić, bo nie jestem specjalistą i sam nawet nie potrafilem sobie poradzić ze swoją dziewczyną....a znałem ją dużo lepiej.

      > trafiłam do szpitala. Nikt się nie przejął. Odsunęli się niemal wszyscy, sama
      > masz sobie pomóc. Praktycznie zewsząd słyszę „ nie chcesz żyć, to nie ż
      > yj”.
      > Lekarze ignoranci, jeszcze utrwalali poczucie winy i nienawiść do siebie, bo
      > ja to może zrobiłam z miłości do siebie.

      Czy oni wiedzieli, że masz bpd ? "Normalnie" u wielu ludzi (włączając to mnie, chociaż do prób samobójczych mi daleko) dopiero taka terapia wstrząsowa skutkuje...trzeba dobić do dna, żeby można bylo się od niego odbić.
    • paradoxman Re: Trochę na tamat 04.07.09, 22:07
      Piszesz ze lekarze jeszcze bardziej Cie dolowali, powodowali wieksze poczucie
      winy i nienawisci do siebie.

      Ja taki sam bylem, a napewno widze w tym podobienstwo, podobnie to odbieralem.
      Odkad znormalnialem, po prostu nie miesci mi sie to w glowie. Powiem Ci na czym
      polega roznica/problem ktory mialem.
      Jak mi ktos mowil co mam robic, denerwowalo mnie to ze ktos mna steruje. Ze mi
      mowi co mam robic, a ja chce po swojemu.
      Albo jak mi ktos mowil o moich bledach, to jesli sie nie obronilem w sensie
      jakiejs samoobrony, odpyskowania, to popadalem w dola. Czulem, ze to mnie
      "lamie" po prostu i w takich sytuacjach, jesli ktos mi przemowil do rozsadku,
      popadalem w strasznie zla samoocene. Czulem sie zlamany i spokornialy. To
      sprawialo, ze wlasciwie zawsze mialem tak, ze jesli ktos mi cos narzucal,
      walczylem jak dziki lew, bo jesli by mnie przegadal, popadl bym w strasznego
      dola i poczucie ze mnie zlamal i ze jestem taki nieporadny i do dupy i sam sobie
      nie radze i to jest prawda.
      Najgorzej jesli ktos mial racje i mowil to z takim "wyrzutem", "zarzutem",
      zamiast spokojnie, to probowal cos mi nawrzucac. Przynajmniej tak to odbieralem,
      i takie intencje wyczuwalem w drugiej osobie ktora mi chciala dogadac.
      Po prostu strasznie sie wtedy wsciekalem.
      Czasem ktos z otoczenia mowil ze "ze mna sie nie da dogadac" itd. itp. i
      zostawiali mnie samemu sobie.

      No i wlasnie taka terapia w ktorej psycholog wytykal by mi co zle robie,
      prowadzila by do czegos takiego jak napisalas, wiekszej nienawisci do siebie i
      zlej samooceny, poczucia winy. Akuratnie mialem psychologa ktory glosno i
      wyraznie mowil, ze mam mechanizmy obronne i on probuje tak prowadzic terapie,
      zeby tych mechanizmow nie uruchamiac. To jak chodzenie po polu minowym, z reszta
      tlumaczyl to calej grupie, ze tak po prostu mamy.

      No i w czym problem? z jednej strony sa ludzie, ktorzy autentycznie chca komus
      doyebac mowiac mu prawde w oczy. Normalny czlowiek sie zdenerwuje, a wyzej
      rozwiniety wezmie *sens* tego co ktos wyrzuca jako dobra wrozbe, jakis moze
      przydatny wniosek, ale zupelnie zignoruje to ze ktos probuje uzyc tego do
      jakiejs pyskowki niepotrzebnej, czy zdolowania, dopieprzenia.
      Zeby byc normalnym wsrod zwyklych ludzi, trzeba ich przewyzszyc o jeden poziom
      rozwoju. Byc tym bardziej rozumnym. Niestety, pelno wsrod nas neurotykow i
      czasem trudno odroznic jednego od drugiego, latwo dac sie sprowokowac, a
      niekiedy wrecz jest to nieuniknione.

      Dlatego tak trudno o skuteczna terapie, bo w czlowieku z problemami
      borderlajnowymi jest wlasnie, tak mysle i mam sie za ex. borderlajna, taki
      ladunek jak pisalem o tym jak reagowalem na to gdy mi ktos cos narzucal,
      uswiadamial itd.
      Znam ludzi, ktorzy tez tak maja, uwazaja sie za zupelnie normalnych, a wyrzucaja
      innym ich bledy, nieporadnosc, ulomnosc i probuja "zlamac" zeby uzyskac
      "dotarcie do rozsadku".
      Jesli by zignorowac zupelnie ich motyw "lamanie", mowia calkiem madrze i nawet
      ciekawie, nie glupio.
      Odkad sie wyleczylem z mojego "lamania i nie dawania sie zlamac", uwazam ludzi
      za geniuszy zyciowych, bo naprawde maja madrze pod czaszkami, jesli wybaczyc im
      swiadoma glupote, napastliwosc, zupelnie puszczac plazem prowokacje, to kurcze
      zero problemow i zysk na kazdym kroku bez zadnych strat.
      Czasem niektorzy ludzie na dobre intencje reaguja nieprzyjemnie choc mowia cos
      nieglupiego, no co zrobisz.

      Ja uwazam ze to jest jedna z najwazniejszych spraw, dla mnie to taki hit sezonu.
      Ale powtarzam raz jeszcze - wiekszosc ludzi nie osiaga tego etapu rozwoju i
      nigdy nie osiagnie, stad "bycie normalnym" stoi pod znakiem zapytania, bo czym
      wlasciwie jest skoro co drugi czlowiek nadaje sie na terapie? :>
      Trudna sprawa.
    • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 05.07.09, 21:12
      mykolina88 napisała:

      > Borderline. To tylko pojęcie, które może i obejmuje szereg podobnych zachowań,
      > powtarzalnych reakcji, prawie identycznych życiorysów, ale dotyczy Ciebie,
      > Ciebie, Ciebie…
      > Każdy przypadek wygląda podobnie, ale warto zaznaczyć, że jesteśmy
      > indywidualnościami

      Bardzo fajnie powiedziane.
      Dzisiaj akceptuję, że mam bpd. Jestem inna. Po prostu.
      Moje zmysły inaczej odbierają świat bo mózg nauczył się funkcjonować jak w szoku
      pourazowym. Wszystko jest takie intensywne, kolorowe, wyostrzone i zawsze takie
      będzie. Mogę iść zwyczajnym chodnikiem i dusić się z zachwytu nad wszystkim co
      mnie otacza, a przypadkowy przechodzień nigdy tego nie zobaczy patrząc w moją
      twarz.
      Mam 30 lat i wiele jazd bpd znacznie się wyciszyło (ataki gniewu, zazdrości,
      lęki). Tutaj trochę dojrzałam. Wiem już, że nie jestem centrum świata tych,
      którzy są wokół. Nie jestem i wcale być nie muszę. Dostałam w prezencie trochę
      wolności by móc uwalniać innych od bycia na moją modłę. I jestem za to
      przeogromnie wdzięczna. Byłam zmęczona...Bardzo zmęczona tym "że inni nie są,
      nie zachowują się wobec mnie jak trzeba" tj. jak mnie to potrzebne. Albo raczej
      - jak wydawało mi się, że potrzebne. Dzisiaj mogę pozwalać im być takimi jakimi
      są i czasem widzieć jak są w tym niepowtarzalnie piękni. I widzę to z
      intensywnością człowieka z borderline.
      Mam wewnątrz cierpienie ale...kto go nie ma?
      Zabrzmi to dziwnie i bez sensu ale mam możliwość akceptowania go. Kiedy z niej
      korzystam, moje cierpienie na pewno nie przestaje być miejscem mojej
      śmierci...mojego umierania. Ale za razem staje się tym co daje mi życie. W coraz
      większej wolności od tego jaki wobec mnie powinien być drugi człowiek...Dostaję
      konkretne "życie" bo czy to nie brak możliwości funkcjonowania w samotności,
      przy jednoczesnej niemożności normalnego bycia z kimkolwiek, zabija człowieka z
      bpd..?
      Umieramy bez bliskiej osoby a kiedy się do nas zbliża i otwiera gardzimy nią,
      dewaluujemy jako osobę i odrzucamy z hukiem.

      Jestem inna. Jestem niezdolna do zdrowej relacji - chociaż mogę już dziś mieć
      przyjaciół :) i nie koniecznie takich jak chcę. Jestem w pewnym sensie i pod
      pewnymi względami kaleką.
      Ale tyle ile "mi zabrano" tutaj - tyle "dodano" gdzieś indziej:)
      Umiem wczuć się w drugiego człowieka do tego stopnia, że czasem ociera się to
      dla postronnych obserwatorów o szósty zmysł...którego przecież nie mam :)i
      dzięki temu jestem... cholernie dobrym terapeutą niepełnosprawnych
      intelektualnie :)A myślałam, że jedyne co umiem to rysowanie :))
      Umiem żyć w zachwycie, burzy zmysłowych bodźców, które docierają do mnie ze
      świata. Tak oderwana od rzeczywistości a jednocześnie tak twardo stojąca na ziemi.
      Chyba zaczyna mi się podobać moja umiejętność bycia wszędzie gościem - w różnych
      tożsamościach, w różnych ludziach. Podczas gdy sama nie mam własnego stałego
      kształtu, własnego "domu"...i zawsze tak będzie. To boli. Czasem bardzo. Ale ten
      ból już mnie nie niszczy. Nie zabija. Nie torturuje. Paradoksalnie mnie...
      oczyszcza. Uwalnia z mojej zależności od drugiego człowieka... Wreszcie.
      To boli - ale mogę się uśmiechać do myśli o mojej samotności, bezdomności.
      Czasem przez łzy ale w tym bólu jest coś tak cudownie słodkiego...że chcę iść
      dalej. Po prostu.
      Będąc tym kim jestem. A jestem kobietą z osobowością nieprawidłową typu borderline.
      • mykolina88 Re: Trochę na tamat 06.07.09, 09:08
        jejku masz cudowne podejście...Zapewne nie zawsze tak było, dojrzałaś i
        spokorniałaś wobec bólu i cierpienia. Ja sie niestety jeszcze czuję jak
        hormonalnie nabuzowana nastolatka, która dopiero weszła w okres dojrzewania.

        Bywa, ze czasami jestem dumna ze swojej borderlinowskiej natury, w końcu nie
        znam drugiej takiej osoby i chyba moi znajomi także. Jeśli chodzi o szósty zmysl
        i umiejętnośc wczuwania się w innych ludzi, mam podobną wrażliwośc, ale uparcie
        wmawiam sobie, ze to nic takiego i wolalabym miec jasne, konstruktywne mysli i
        umiejetnosci, zapewniajace mi prace i godne zarobki. Na razie jestem na etapie
        rzucania wszystkiego i obdzierania siebie z niklej juz godnosci.
        Najtrudniejsze sa jednak relacje damsko - meskie, nie umiem zniesc swojej
        ulomnosci na polu uczuc. A przeciez jestem fajna, inteligentna, ladna, zdaje
        sobie sprawe, ze jestem o wiele lepsza od tipsiarek i laskopodobnych, razacych
        blondyn, a jednak to one chadzaja sobie za raczke, podczas , gdy ja placze i
        siebie okaleczam.
        trudno mi pojac ta niesprawiedliwosc, a najbardziej niewrazliwosci innych istot
        ludzkich.

        Kiedy jest dobrze i normalnie czuje sie, jakby jak na sztywnej scenie, na ktorej
        ktos mi wcisnal przez pomylke scenariusz, niepasujacy do mojego zycia. Ale mimo
        wszystko to mile, choc szczescie mnie rani swoja ulotnoscia i chwilowa wizyta.

        Mam pytanko, leczylas sie gdzies na ta oryginalna i poniekad zabawna
        przypadlosc? Mam na mysli terapie, posychiatre...

        Pozdrawim cieplo, niestety nie jestem jeszcze w stanie okreslic jaka temperatura
        bedzie dla ciebie najprzyjemniejsza :P tymczasowo trwa upal... :) :*
        • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 06.07.09, 21:08
          :) z lekarzami miała do czynienia raz. W wieku 16 lat trafiłam do szpitala po
          próbie samobójczej i tam mnie przebadali na wszystkie strony. Dziwna to była
          sprawa bo do tamtej pory uważałam, że źródłem mojego bólu, który wtedy czułam
          jest sytuacja w domu...Ale od szpitala, sytuacja radykalnie się zmienia a
          ja...cierpię razy 3. Straciłam orientację w tym, co się ze mną dzieje po raz
          pierwszy. Byłam przerażona. Wiedziałam już, że to ze mną jest coś bardzo nie tak
          a ja NIE WIEM CO JEST GRANE. Jedyne uzasadnienie straciło rację bytu. Wszystko
          mnie bolało nie do wytrzymania.
          W końcu poprosiłam znienawidzoną lekarkę o leki. Dostałam antydepresant po
          którym... przeszłam przez piekło. Było zupełnie odwrotnie - ból znikąd zamiast
          wyciszyć się stał się potworny...nigdy tego zapomnę. Nigdy. A jednocześnie
          emocje jakby we mnie uwięzły - nie umiałam ich uzewnętrznić nawet skromną mimiką
          twarzy. Wcześniej miewałam ataki furii, które pojawiały się znikąd. Tłukłam
          wtedy słoiki o podłogę, rzucałam wszystkim co podleciało aż do...opadnięcia z
          sił. Potem zasypiałam.
          Wtedy była pierwsza jazda pt: PUSTKA. Nie czuję nic. Mogę ranić bliskich mi
          ludzi i obserwować ich reakcję jak szalony entomolog motylka, któremu właśnie
          wyrwał skrzydełko - i nie czuć NIC. Obrywali najbardziej ci, bez których nie
          mogłam żyć. Zniszczyłam swojego chłopaka. Strasznie go zniszczyłam i do dziś mam
          poczucie, że nigdy tego nie naprawię.Zrobiłabym dziś wszystko by móc cofnąć
          czas... Był bardzo młody, bardzo elastyczny, ukształtowałam go chorego...Bo był
          ze mną ponad 6 lat. Miałam czas...O nim jest "krótka retrospekcja cudu dla lisa" :)
          Pustka, ból jakby bez bólu. Nie umiem tego inaczej określić. Przestałam móc
          płakać. Zapomniałam jak to jest się roześmiać.

          Wypisałam się na własne żądanie. Odstawiłam prochy.
          Nie wiem czy to zasługa odstawienia leków ale poczułam się silniejsza. Wszystko
          stało się jakby trochę oświetlone słońcem - tak to odbierałam bo myślę często
          obrazkami. Dosłownie tak.
          Resztę znajdziesz na blogu...:)
          O tym jest w "imię (rzecz o pierwszym słowie pod moim adresem ówczesnym)",
          "pójdź za mną"
          Innej terapii nie było...
        • sysunia83 Re: Trochę na tamat 07.07.09, 15:03
          Widzisz z relacjami damsko-męskimi mam tak samo jak Ty,mam zdiagnozowane BPD
          mimo iż jestem tipsiarką z rażącym blondem na głowie i po sporej dawce
          solarium:)Niestety to niema nic do rzeczy,czasem zdarzy mi się iść za rączkę,ale
          to tylko pozory,to jest ten lepszy dzień,który wcale nie świadczy o tym,ze jest
          dobrze miedzy nami.Trochę mnie ubodły twoje słowa,bo z racji tych określeń,które
          napisałaś wnioskować można,ze takie osoby nie zasługują na szczęście bądź jest
          to co najmniej rażąca niesprawiedliwość.Napisałaś,że jesteś o wiele lepsza?Hmmm
          ja nie uważam się za lepsza,nie przez zaniżoną samoocenę,ale przez swoje
          przekonania,ze nie można uważać się za lepszego,bo wszyscy jesteśmy
          równi,jesteśmy po prostu ludźmi złożonymi z wad i zalet w mniejszym bądź
          większym stopniu.Jestem ładna,dbam o siebie,jestem wykształcona,ale co z tego
          skoro ktoś tak potrafi sprecyzować wygląd zewnętrzny,że wnętrze się nie liczy?To
          stereotyp,bo to że jestem "laskopodobną tipsiarą" nie świadczy o moich
          umiejętnościach,pozytywnych cechach,a tym bardziej o tym czy ktoś jest ode mnie
          lepszy,bo ja mogłaby spojrzeć tak na Ciebie i uznać,że jestem o wiele lepsza od
          Ciebie.Widzę,że z dość dużą pogardą patrzysz na takie osoby,to widać w twoim
          opisie,ale największym błedem jest ocenianie ludzi po ich wyglądzie,bo opisujesz
          tak jakby wszystkie tipsiarki nie były inteligentne,fajne,a że ty taka jesteś to
          zasługujesz na więcej niż one i to jest niesprawiedliwe.Zastanów się czy to
          słuszne podejście.

          Ja patrzyłam podobnie na inne pary,ale pod kątem szczęścia,a nie tego jak ktoś
          wygląda i niesprawiedliwości,ze on/ona zasługuje na szczęście,a ja
          nie.Przestałam patrzeć,że to niesprawiedliwe.Dostrzegłam,ze to też są
          ludzie,posiadający swoje troski,że u nich tez są dni lepsze i dni gorsze,czasem
          tez bywają pozory.Uświadomiłam sobie,że niektórzy z tych ludzi tez maja wielki
          bagaż doświadczeń,schorzeń,chorób i zaburzeń.Chyba połowa Polskiego
          społeczeństwa nie miała dobrego dzieciństwa biorąc pod uwagę powszechność
          alkoholizmu w domach,nie mówiąc o depresjach zon/matek u których przekształcały
          się w jakieś poważne zaburzenia maniakalne,lekowe itp.Zaczynam dostrzegać,że nie
          jesteśmy jedyni i prawdziwą niesprawiedliwością było by się tylko w tym
          przekonaniu zamykać.Musimy sobie uświadomić,że tak jak każdy człowiek
          zasługujemy na szczęście,tyle ,ze komuś to przychodzi naturalnie,a my musimy nad
          tym pracować i każdego dnia walczyć ze sobą i swoim słabościami,ale nie jesteśmy
          z góry przegrani.Mam 26 lat,jestem po kilku próbach samobójczych,dzieciństwie
          takim jak opisywałam,po wielu nieudanych związkach,problemach z narkotykami i
          alkoholem.Niektórzy nie dawali mi szans,a jednak z używek po kliku latach brania
          wyszłam sama,bez niczyjej pomocy.Świadczy to o tym,że można.Obecnie leczę się
          farmaceutykami(wybuchy agresji,brak samokontroli,zmienność nastrojów,myśli
          samobójcze) i chodzę na terapię,wierzę po prostu wierzę,że kiedyś będę
          szczęśliwa,bo jestem uparta i uparcie będę do tego dążyła.Zdaję sobie sprawę,że
          bywa różnie i choć upadki zniechęcają to często czegoś uczą i czasem trzeba się
          kilka razy odbić od dna,by zacząć funkcjonować...
          • sysunia83 Re:Odpowiedź powyżej była do mykolina88,bo tak 07.07.09, 21:58
            czytam sobie teraz to co pisałam wcześniej i wygląda to trochę jakbym napisała w
            odpowiedzi do p_takmalowany :)
            • p_takmalowany Re:Odpowiedź powyżej była do mykolina88,bo tak 07.07.09, 22:08
              ...ja w pierwszej chwili tez odniosłam takie wrażenie :) Pozbyłam się go dopiero
              po przestudiowaniu dotychczasowych wypowiedzi - ze swoimi włącznie :)
      • paradoxman Re: Trochę na tamat 06.07.09, 18:26
        Ptakumalowany mam tak samo :)
        Z ta roznica ze nie trzymam w sobie zadnego cierpienia.
        • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 06.07.09, 21:19
          wiesz, paradoxman...ja go chyba nie trzymam.
          Ono po prostu jest. Z tym, że dziś ma zwyczajną, zewnętrzną, obiektywną
          przyczynę. Skoro to sytuacja,której nie można zmienić, ani przed którą nie można
          uciec, będę ją obłaskawiać dotąd aż mi ulegnie i zaczniemy żyć w całkowitej
          przyjaźni :)
          • paradoxman Re: Trochę na tamat 06.07.09, 23:54
            Dobry sposob :)
            Ja z kolei przestaje myslec. Nie wiem wtedy czy zniknely czy dalej gdzies sa i
            wogole mnie to nie interesuje :)
            • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 07.07.09, 21:12
              Zostaje przy swoim sposobie paradoxman :)
              Na Twój zwyczajnie brakłoby odwagi...
              Zawsze musiałam "widzieć", "słyszeć", "czuć", "poznać" "wroga", inaczej
              odpadałam w przedbiegach. Zwyczajnie przeraża mnie to, czego o sobie nie wiem.

              • paradoxman Re: Trochę na tamat 08.07.09, 20:55
                p_takmalowany napisała:

                > Zostaje przy swoim sposobie paradoxman :)
                > Na Twój zwyczajnie brakłoby odwagi...
                > Zawsze musiałam "widzieć", "słyszeć", "czuć", "poznać" "wroga", inaczej
                > odpadałam w przedbiegach. Zwyczajnie przeraża mnie to, czego o sobie nie wiem.

                Mnie przeraza to do jakich bzdur na wlasny temat dochodze w panicznej probie
                samookreslania. Zazwyczaj sa to fobie ktore sobie wmawiam. Znaczy, ze boje sie
                bycia "takim" i ogarnia mnie przekonanie ze wlasnie taki jestem.
                Z drugiej strony popadam w jakies samouwielbienie, chce byc "taki" i wkrecam
                sobie ze tak wlasnie jest, zbierajac na to dowody.
                Jak sledze swoje myslenie, to pojawia mi sie jeden wniosek - myslenie szkodzi
                zdrowiu :)
                • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 08.07.09, 21:25
                  ...rzeczywiście w przypadkach niebezpiecznego ocierania się o paranoję,
                  wyłączałam myślenie. Ale dawno nie miałam tego doświadczenia (parę ładnych lat),
                  więc to co napisałam jest moim bardzo aktualnym sposobem radzenia sobie ze sobą
                  i światem. Zawsze miałam do tego sposobu tendencje i zawsze był mi potrzebny,
                  jeśli nie niezbędny.
                  Muszę być naprawdę przerażona tym co "widzę" lub skrajnie tego nie akceptować,
                  żeby mnie "przełączyło" na Twój sposób. Tak było np: z lękiem przed choroba
                  psychiczną.
                  • paradoxman Re: Trochę na tamat 08.07.09, 22:27
                    Tez balem sie choroby psychicznej mojej mamy genetycznie spadkobierca jestem.
                    Ale chyba najwiecej samemu sobie i jej samej zaszkodzilem moja paranoja wzgledem
                    tego co sie z nia dzialo, i checia kontrolowania, leczenia i cholera wie co a i
                    tak mi sie nie udalo jej nic wmowic ani zlamac jej oporu i wary we wlasna
                    normalnosc.
                    Potem sam sobie do glowy przybralem ze mam ała tylko jestem tak samo nieswiadomy
                    jak ona.
                    No i tak zaczela sie moja gehenna.

                    Teraz widze wszystko inaczej. Ale dopiero po jej smierci.
                    • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 09.07.09, 22:34
                      paradoxman... Kiedy mój ojciec był w stanie choroby, czułam, że muszę go unikać.
                      Na szczęście lub nie - bo nie wiem czy moje odczucie nie było tylko paranoją -
                      było to możliwe bo nie mieszkaliśmy razem (rodzice po rozwodzie). Kiedy był obok
                      wszystko czułam, że "wlewam się" w niego, mogę "poczuć i zobaczyć", mogę
                      "włączyć" się w jego chore myśli, miałam wrażenie, że widzę i rozumiem
                      mechanizmy jego paranoi i jeszcze krok...tylko jeden krok. To jak stanie nad
                      przepaścią w lęku że "mogę skoczyć", "że mnie tam ciągnie..."
                      ...hmm...dzisiaj jestem jego jedyną opiekunką
                      • paradoxman Re: Trochę na tamat 10.07.09, 06:04
                        sprawdz maila
                        • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 10.07.09, 20:04
                          dzięki
    • mykolina88 Re: Trochę na tamat 07.07.09, 10:56
      Ja nawet zazdroszcze innym, dojrzalszym, a nawet wiekowo podobnym, ze ptorafia z
      tym zyc. Z soba...

      Nienawidze zazdroscic, a wciaz to robie!!! I cierpie...

      Dlaczego doluje mnie to, ze ktos sobie poradzil?
      • paradoxman Re: Trochę na tamat 07.07.09, 17:04
        Przeciez nie ma nic zlego w zazdrosci
        ani w tym ze ktos sobie poradzil
        a ty jestes zazdrosna
      • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 07.07.09, 21:25
        mykolina...nie dołuj się kimśtam - to co napisałam nie oznacza wcale, że czasem
        nie rozjeżdżają mi się psychiczne nogi... :)
        Dzisiaj jest tak, ale nie wiem co będzie jutro, nie tak?
        Może zamienimy się rolami i będziesz mnie wyciągać z moich dołów pt:
        zazdroszczę, nienawidzę, nie radzę sobie...Przecież mam bpd i może być różnie -
        włącznie z chorobą psychiczną, na którą mam spore szanse bo choruje ojciec.
        Jest dzisiaj - a jutra jeszcze nie ma
        • mykolina88 Re: Trochę na tamat 09.07.09, 12:32
          nie potrafie, Ja nie mam wlasnego zycia, dlatego zyje innymi, a ze to co widze
          mnie rani...

          Nie mam nawet dzisiaj, bo dzisiaj to tylko nic
          Nie zalezy mi juz na zyciu.
          Moja hierarchia wartosci przewrocila sie do gory nogami.
          teraz umiem tylko jesc i sie ciac, a to niekomu nie imponuje.
          nikomu nie imponuje - nie mam po co zyc!

          proste.
          i koniec tez jest oczywisty...
          nie zauwaza nieobecnosci takiej fatalnej kreatury, a moze wlasnie poczuja ulge,
          ze zniknelam.
          • czita88 Re: Trochę na tamat 09.07.09, 18:53
            Hej.
            Uwierz mi że z takiej sytuacji w jakiej jesteś idzie wyjść. Masz
            dużo przeżyć wspólnych ze mną, jesteśmy nawet ten sam rocznik.
            Rok temu miałam takie same myśli jak ty, że wszyscy mają mnie w
            d... , że jak ze sobą skończę to wszystkim będzie lżej, że po ch...
            ja się urodziłam (jestem z wpadki, przeze mnie starsi się pobrali a
            w tym roku rozwiedli), że tylko problemy i mnóstwo zamieszania
            wniosłam do życia znajomych - co jest w sumie prawdą ;). Miałam
            wtedy poważną próbę samobójczą, wylądowałam w szpitalu, moja
            psychiatra chciała mnie wysłać do szpitala psychiatrycznego ale nie
            wyraziłam zgody. Gdyby rok temu mi się udało.... Nie byłabym tym kim
            jestem teraz, nie poznałabym mojego mężczyzny, ani co to znaczy
            Prawdziwa miłość, związek, problemy... Ciągle się uczę , bardzo dużo
            w tym związku przeszłam , ale wreszcie mam znowu marzenia, jestem
            ciekawa przyszłości , przestałam wciąż życ wspomnieniami.
            Od czasu tamtej próby miałam jeszcze nieraz takie myśli, np przy
            kryzysach w mojej relacji z facetem kiedy widziałam jak przez
            cholerne bpd jestem walnięta ;) i niszczę wszystko w 1 wieczór....
            Przez pierwsze m-ce cięłam się też po każdej awanturze :(.... Tak
            już mam że im większe szczęscie mnie spotykało to gdy coś się psuło
            większy ból czułam...
            Anę a później kompulsywne obżarstwo/ bulimię przechodziłam całe
            liceum. Byłam pewna że nigdy nie przestanę myśleć o jedzeniu, nie
            wyjde z naprzemiennego głodzenia się, katowania ćwiczeniami i
            opychania czym popadnie, wydawania całej kasy na słodycze... Ale
            udało się, już prawie 2 lata czuję się (pod tym względem ;) )
            normalna. Zaakceptowałam swoje ciało, w dużej mierze dzieki
            chłopakowi z którym wtedy byłam, który kochał mnie do szaleństwa i
            uwielbiał mnie i moje ciało nawet jak przytyłam wtedy ponad 10 kg
            przez pigułki anty. Wyzbyłam się kompleksów i obiecałam sobie że już
            nigdy nie będę się odchudzała. Napady odeszły a tamte kilogramy z
            nadwyżką same "wyparowały".
            Piszę to wszystko nie po to żeby się chwalić czy coś, tylko żeby dać
            Ci nadzieję na swoim przykładzie. Jesteśmy jeszcze młode, ja czuję
            się wciąż mimo tylu przeżyć strasznie niedojrzała i głupiutka ;).
            Wciąż mam problemy, m.in. uporczywe tricho, ale wiem że wszystko
            zależy od punktu widzenia... Całe życie miałam i mam nadal tendencję
            to niedoceniania tego co mam, do szukania dziury w całym..
            Co do myśli s. to wiem że są trudne do wyciszenia i najlepiej nie
            walczyć z nimi ale przeczekać, przespać się. Mi pomagało myślenie że
            skoro już gorzej być nie może, to poczekam jeszcze jeden, dwa dni. I
            po tym czasie zwykle obraz świata był już bardziej pozytywny..
            AHa, nie wiem czy się leczysz, ale jeśli chodzi o bulimię to
            powinnaś poszukać pomocy.
          • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 09.07.09, 21:48
            ...mykolina - gdyby mnie się kiedyś udało moje zderzenie z pociągiem...Umarłabym
            znając życie tylko od strony bólu, porażki i bezsensu...
            Wiem jak to jest kiedy największym marzeniem jest po prostu nie czuć już nic bo
            jest tylko ból nie do wytrzymania, na którego nie ma lekarstwa, a na większe
            marzenie dosłownie nie starcza wyobraźni - myślę, że wielu z nas obecnych tutaj
            z Tobą to wie.
            Dzisiaj np:, to co było moim największym przekleństwem - widzenie w ludziach
            rzeczy, z których nawet oni nie zdają sobie sprawy, wyłapywanie wszystkiego co
            czują "złego" względem mnie, jest moim diamentem...jestem terapeutą zajęciowym
            pracującym z niepełnosprawnymi intelektualnie i z dziećmi, także z autyzmem...i
            to dzięki temu wiem co i jak do nich mówić, czego nie mówić, jaką tożsamość
            przybrać (bo przecież nie mam żadnej na stałe...)by do nich dotrzeć, do każdego
            indywidualnie, do każdego jakby był jedyny na świecie. "Widzę" ich i "czuję"
            całą sobą. Moje emocje, tak nienormalnie silne są...zaraźliwe bo kiedy oni
            widzą, że ja w nich wierzę, zaczynają sami w siebie wierzyć i po prostu ruszają
            z terapią...Ja, nikomu nie potrzebna, do niczego nie zdatna a najmniej do tego
            by ją wpuścić między ludzi...i to jako kogo... terapeutę - kiedyś,kpina, smutny
            żart, śmiech na sali dzisiaj fakt, któremu nadal nie mogę się nadziwić a to już
            9 lat...
            Jesteś jak puzzel. Jesteś elementem jakiegoś pięknego obrazu i chociaż dzisiaj
            wszystko Ci mówi, że jest dokładnie odwrotnie - gdzieś pasujesz.
            Ty i tylko Ty. I kiedy zdecydujesz sama o tym, kiedy będzie Twój koniec, to
            miejsce zostanie puste. Nie do zastąpienia. Ktoś nie dostanie Cię w prezencie
            dziewczyno...Ktoś nie dostanie czegoś ważnego, co Ty i tylko Ty możesz mu dać,
            Ty ze swoim bpd.
            • mykolina88 Re: Trochę na tamat 09.07.09, 22:34
              Teraz to sie juz zalamalam. :(

              Domniemane pozytywy mojego zycia sa dla mnie pretekstem, aby sie przyblizac do dna.

              Slowa nadziei przerabialam juz danwo, nie pomogly...
              Ja potrzebuje czynu obok.

              Dzis ucieklam od psycholog. I tak nic bym jej nie powiedziala.
              A reszta swiata na mnie krzycyz, albo milczy.
              Genialnie! :(((((((((((((((
              • p_takmalowany Re: Trochę na tamat 09.07.09, 22:47
                Po prostu poczekaj do jutra. Bez uzasadnienia dla czekania

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka