jogger007
17.09.07, 13:21
...zablokować niechciane inwestycje. W takim np. Białymstoku
uważanym przez większość za zapyziałą prowincję umieją to zrobić.
Tylko u nas w Warszawie, a zwłaszcza na Białołęce są to sprawy nie
do przeskoczenia...
"Ośmiokondygnacyjny wieżowiec pomiędzy drewnianymi chatami stojącymi
przy Bema, Mohylowskiej i Kochanowskiego? To, niestety, nie żart. Na
taki pomysł wpadli szefowie białostockiego Mark-Budu.
Firma ma już działkę ciągnącą od ulicy Bema w głąb drewnianej
dzielnicy. Jest już "oczyszczona" ze zbędnych - zadaniem dewelopera -
chat. Od strony Bema przesłonięta metalowym płotem. Sąsiedzi
słyszeli, że coś na niej ma się dziać. I z niepokojem patrzą na
pustą działkę za ich płotami.
- Wiem, że chcieli tu zbudować blok - nie ukrywa pan Czesław,
mieszkaniec jednego z domów przy Kochanowskiego. Działka Mark-Budu
sąsiaduje z jego posesją
Zdania są podzielone
- Podobno na razie nie dostali pozwolenia z urzędu. Ale jak sprawa
wróci, to na pewno będę protestować. I nie tylko ja, ale i inni
sąsiedzi z Kochanowskiego - pokazuje ręką na domy stojące wzdłuż
wąziutkiej uliczki. - Nie po to mieszkam w domu, żeby za oknem mieć
jakiś blok. I do bloku nie pójdę. Mój brat już tak mieszka. I wcale
mu się to nie podoba.
Jego dom - drewniany, parterowy z poddaszem - ma swoje lata. Remont
by się przydał, ale nie można powiedzieć, że to rudera. A tak
nazywają te budynki, niektórzy z deweloperów i urzędników.
Wśród mieszkańców uliczek są jednak i tacy, którzy na planowany blok
nie zamierzają zwracać o ogóle uwagi. Tuż obok terenu Mark-Budu,
przy Bema stoi wyremontowany drewniany dom. Mieszkający tam
mężczyzna nie chce rozmawiać o planach dewelopera. Rzuca tylko: -
Słyszałem, niech budują. A jak dobrze zapłacą, to też pójdę do bloku.
Na razie jednak Mark-Bud - prócz niechętnych sąsiadów - musi też
przekonać urzędników z departamentu architektury.
Czekanie na plan
Firma już dwukrotnie starała się o warunki zabudowy, która
określałaby szczegółowo, jaki budynek będzie mogła postawić na
działce.
- Po raz pierwszy dokumenty wpłynęły do nas 21 lutego. Firma wpisała
we wniosku, że chce zbudować tam budynek wielorodzinny o wysokości
pięciu kondygnacji - wyjaśnia Donat Kuczyński, dyrektor departamentu
architektury.
Podając tę wysokość, Mark-Bud usiłował wymusić decyzję powołując się
na... dobre sąsiedztwo. Jako przykłady podobnych, wysokich budynków
podał stojące "po sąsiedzku" komendę policji i budynek ZUS przy Bema
oraz wieżowce po drugiej stronie ulicy Kopernika.
Kuczyński postanowił jednak wstrzymać się z wydawaniem decyzji i
zawiesił jej wydanie na dwanaście miesięcy. Mark-Bud odwołał się
jeszcze do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, ale SKO podtrzymało
decyzję urzędu.
Firma nie dała jednak za wygraną. 11 lipca znów złożyła wniosek do
departamentu architektury. Tym razem na jeszcze wyższy budynek - o
wysokości od pięciu do ośmiu kondygnacji!
- Znów zawiesiliśmy postępowanie na dwanaście miesięcy z uwagi na
tworzony właśnie plan zagospodarowania przestrzennego dzielnicy,
który zdefiniuje charakter przyszłej zabudowy [planiści zapowiadali
kilkakrotnie, że powinien być gotowy na początku przyszłego roku -
red.] - dodaje Kuczyński. Decyzji opartej na zasadzie dobrego
sąsiedztwa nie chciał podpisywać. - Bo szczerze mówiąc, to trudno
doszukać się w okolicy budynków o podobnej wysokości.
Szefowie firmy Mark-Bud nie chcieli komentować zamieszania wokół
planowanej inwestycji. - Poczekajmy na decyzje urzędu - usłyszeliśmy
od Jacka Nazarko.
Komentarz
Nie wierzę w dobre intencje urzędników, którzy twierdzą, że
wpuszczając w okolice ulicy Bema deweloperów uporządkują dzielnicę.
Obawiam się, że efekt będzie odwrotny. Zamiast spójnej zabudowy,
znów powstanie architektoniczny chaos: między niskimi drewnianymi
chatami będą sterczeć kilkupiętrowe bloczydła i pseudokamienice, jak
ma to miejsce choćby na fragmentach Bojar. Przypuszczam też, że za
kilka lat któryś z urzędników stwierdzi: a mogliśmy mieć fajną
dzielnicę. I zabierze się za tworzenie planu jej ratowania, jak ma
to miejsce dziś na wspomnianych już Bojarach.
Andrzej Kłopotowski
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok"