fifka01
13.09.11, 09:22
Było juz mnóstwo dyskusji tutaj o wyższości brytyjskiej służby zdrowia nad polską i odwrotnie. Ja zazwyczaj mam stanowisko, ze wszędzie są dobrzy lekarze i konowały żaden system nie jest doskonały, więc nie ma do dyskutować, bo kazdy przypadek inny.
A tu dzis właśnie w polskiej tv śniadaniowej oglądałam panią, która dwa lata była leczona w polsce u jednego ginekologa w jego gabinecie, gdzie sam wykonywał usg i badania, hormonalnie na cyste jajnika, a po 2 latach okazało się, że ma raka. Oczywiście u innego lekarza. Teraz pani pozywa ginekologa do sadu a w tv nawołuje kobiety, aby nigdy nie wierzyły jednemu lekarzowi i zawsze chodziły konsultowac diagnozy do innych lekarzy.
Oczywiście jej współczuję i życze powrotu do zdrowia.
Ale.
Czy to ma sens? Do czego będzie prowadziło takie nawoływanie kobiet, zeby nie miały zaufania do lekarzy? Do latania w poplochu po wielu gabinetach, "wybierania" sobie sposród kilku diagnoz tej, która im najbardziej odpowiada? Powstawania paradoksalnych sytuacji w których lekarze będa oświadczać, ze nie biora odpowiedzialności za leczenie pacjentki, ktora zasięga innej opini? Do czego jeszcze? Do zatłoczenia gabinetów, przeciążenia, kolejek, braku czasu dla powaznie chorych, którzy nie doczekają się na czas na swoja pierwszą wizytę?
Paranoja jakaś.
Od razu pomyślałam, ze jeśli bym źle się poczuła tu, w UK i poszła do GP, dostałabym zlecenie na powiedzmy badanie krwi, na usg, może skierowanie do ginekologa. Każde ztych badań robiłby kto inny. Czy to wałśnie to, że przez proces wywyadu i badań rpzechodzi się przez ręce kilu osób, które mogą na wzajem wykluczyc swoje błędy, nie jest właśnie kluczem do sprawy?
Czyżby to włóczenie sie tygodniami po gabinetach, na które narzekamy, i które porównujemy do polskiego "pójde raz prywatnie, stówka i po sprawie", było jednak lepsze?