Gość: trepidus
IP: *.tele2.pl
01.03.05, 01:41
Bądź pozdrowion, Skyddadzie
Właśnie wróciłem, tym razem z Mayrhofen. Prześledziłem kilka wątków, w których
Kazio i inni przypuścili na Ciebie skoordynowany atak. Że niby porady Twoje
odnośnie grzania nart są o kant D potłuc, a nawet zniszczyć mogą
mikrostrukturę nart, narazić pacjentów na koszty, etc.
W odróżnieniu od teoretyków, zastosowałem się do Twoich rad w praktyce.
Moja narta: Atomic SX11m. Nowa. Jeżdzona od grudnia zeszłego roku. Byłem z
niej niezadowolony w tym sensie, że nie odnalazłem walorów mojego ukochanego
asymetrycznego SX11 Atomika z lat ubiegłych. Podstawowy zarzut - znacznie
gorsze trzymanie na lodzie.
Narty wcześniej smarowałem zgodnie z instrukcjami z grubsza odpowiadającymi
poradom odnalezionym na stronie bodaj narty.onet.pl. Tam było ostrzeżenie,
zresztą znane mi wcześniej, że narty nie wolno przegrzać. Dlatego żelazko
ustawiałem na pół gwizdka i smarowałem nartę lękliwie, coby jej nie uszkodzić.
Ale tak byłem zniechęcony relatywną słabością mojej nowej narty, że
zdecydowałem się po przeczytaniu porad Skyddada na zaaplikowanie jej
temperatur maksymalnych. Jakich? Tego dokładnie nie mogę stwierdzić, gdyż jest
to stare domowe żelazko. W każdym razie ustawiłem je na max i rozprowadzałem
smar przez dobre 15 minut. Smród był taki, że zaintrygowana rodzina wtargneła
do komórki, w której prowadziłem ten zabieg.
Efekt? Narta, którą właściwie spisałem już na straty nabrała
nieprawdopodobnego wigoru. Zdała na 5 egzamin na Harakiri - najstromszej górce
w Austrii o nachyleniu 78 stopni. Faktem jest, że warunki akurat nie były
najtrudniejsze ze względu na potężne opady śniegu. Były tam jednak odcinki
mocno wyślizgane i narty sprawdziły się na nich fenomenalnie. Dodam, że były
zaostrzone na 88 stopni, bez podniesienia.
Narty nic nie straciły ze swoich podstawowych walorów, do których zaliczam
wielką stabilność na dużej szybkości i fenomenalne trzymanie w skrętach o
różnym promieniu.
Dzięki Tobie, Skyddadzie, zyskałem nartę, której teraz nie zamieniłbym na
żadną inną. Krótsza, slalomowa elanka poszła w kąt. No i muszę przeprosić
Atomika, o którym wcześniej wypowiadałem się tu niepochlebnie.
Swoją drogą zastanawiam się nad sensem wszystkich "testów", skoro właściwie
wszystko zależy od przygotowania narty, a o temperaturze i czasie smarowania w
opisach ani słowa.
Kaziu, możesz mnie nazywać klakierem Skyddada. Więcej - nazywaj mnie jego
akolitą, protagonistą i jak tam Ci się podoba. Na pewno jako profesjonalista
trzymasz gdzieś w kiblu stare, zapomniane narty. Zaaplikuj im, w celach czysto
heurystycznych, kurację Skyddada. Nic nie ryzykujesz, a zdumionym będziesz...
Raz jeszcze wielkie dzięki, Skyddadzie, i bądź pozdrowion.
PS. Postaram się w wolnej chwili podzielić się z Wami garścią wrażeń z
Mayrhofen, gdzie spędziłem z rodziną niezapomniane całe dwa tygodnie.