krupniok_pl
04.12.07, 22:09
Był to początek lat osiemdziesiątych, w szkole nie szlo mi najlepiej, a
perspektywa służby w Wojsku Polskim nie była akurat marzeniem mojego życia.
Moim marzeniem był świat po tamtej stronie. Świat, o jakim mówili w radiu
“Wolna Europa”, jaki ogladał kartkując kolorowe prospekty zachodnich firm albo
ten, o którym opowiadała mi ciocia. Ona była “tam” od ponad 15 lat kiedy to
wyjachała po poznaniu polskiego Niemca Edka. Edek miał zęby jak szczur I
kulał, ale ciocia była "zakochana” po uszy, a Edek pewnie cieszył się że
wreszcie ma kobietę. Ciocia pracowała tam w kuchni, a Edek w magazynie i tam
byli zwykłymi robotnikami. Dla nas jednak byli to bogacze. Jak parkowali swój
Opel “Berlineta” to często gromadził się mały tłumek dzieciaków i słychać było
uhy I ohy. Dorośli tylko nieznacznie zerkali z daleka niezręcznie tamując
bulgocząca zazdrość, a może bali się podejść do tamtych za granicy. Ja dumnie
stałem obok i udawałem właściciela. Czasami dawał gumę do żucia, ale później
się wycwanił i sprzedawał ją po dwa złote sztuka. Ciocia przywoziła dużo
rzeczy. Najczęściej przyjeżdżali do Polski dwa razy w roku na święta i w lecie
na wakacje. Wtedy nie wiedzieliśmy, że oszczędzali żeby tu pokazać rodzinie, a
większość tych rzeczy jakie dostawaliśmy od nich to były podarunki innych
Niemcow” dla tych biednych Polaczków, co cierpią pod ruską okupacją “albo były
to zakupy w sklepach z odzieżą z drugiej ręki. My o tym nie wiedzieliśmy i nie
miało to wielkiego znaczenia, tym bardziej że wszystko miało zachodnie metki i
było kolorowe w porównaniu do naszej odzieży. Teraz ciocia już nie przyjeżdża,
narzeka na polską drożyznę, Niemców z byłego NRD i Polaków, co nie chcą już u
niej pracować za 100 Euro miesięcznie.
Ja byłem ostrożnym człowiekiem, nie lubiłem ryzyka i na początku 1981 roku w
szkolne wakacje wykupiłem wycieczkę do Wiednia. Był to już okres wymarzonych
ucieczek i dużo sie mówiło o wyjazdach za granicę. Wyglądało źle, wezwali mnie
na komisję, a w szkole same dwóje. Trzeba było coś robić. Do Wiednia
dotarliśmy przez Węgry. W autokarze było dużo kobiet. W Krakowie dosiadło
sporo ludzi ze Sląska. Na każdym postoju robili zakupy. Grubiały siatki. W
Wiedniu popularna była włóczka, dobrze sprzedawały sie polskie “Malboro”. Ja
jednak nie robiłem zakupów ,udałem sie na na postój taksówek i poprosiłem o
kurs do Traiskirchen. Kierowca znał już taryfę, nie byłem pewnie pierwszym,
którego wiózł do tego miasta.
... cdn