04.12.07, 22:09
Był to początek lat osiemdziesiątych, w szkole nie szlo mi najlepiej, a
perspektywa służby w Wojsku Polskim nie była akurat marzeniem mojego życia.
Moim marzeniem był świat po tamtej stronie. Świat, o jakim mówili w radiu
“Wolna Europa”, jaki ogladał kartkując kolorowe prospekty zachodnich firm albo
ten, o którym opowiadała mi ciocia. Ona była “tam” od ponad 15 lat kiedy to
wyjachała po poznaniu polskiego Niemca Edka. Edek miał zęby jak szczur I
kulał, ale ciocia była "zakochana” po uszy, a Edek pewnie cieszył się że
wreszcie ma kobietę. Ciocia pracowała tam w kuchni, a Edek w magazynie i tam
byli zwykłymi robotnikami. Dla nas jednak byli to bogacze. Jak parkowali swój
Opel “Berlineta” to często gromadził się mały tłumek dzieciaków i słychać było
uhy I ohy. Dorośli tylko nieznacznie zerkali z daleka niezręcznie tamując
bulgocząca zazdrość, a może bali się podejść do tamtych za granicy. Ja dumnie
stałem obok i udawałem właściciela. Czasami dawał gumę do żucia, ale później
się wycwanił i sprzedawał ją po dwa złote sztuka. Ciocia przywoziła dużo
rzeczy. Najczęściej przyjeżdżali do Polski dwa razy w roku na święta i w lecie
na wakacje. Wtedy nie wiedzieliśmy, że oszczędzali żeby tu pokazać rodzinie, a
większość tych rzeczy jakie dostawaliśmy od nich to były podarunki innych
Niemcow” dla tych biednych Polaczków, co cierpią pod ruską okupacją “albo były
to zakupy w sklepach z odzieżą z drugiej ręki. My o tym nie wiedzieliśmy i nie
miało to wielkiego znaczenia, tym bardziej że wszystko miało zachodnie metki i
było kolorowe w porównaniu do naszej odzieży. Teraz ciocia już nie przyjeżdża,
narzeka na polską drożyznę, Niemców z byłego NRD i Polaków, co nie chcą już u
niej pracować za 100 Euro miesięcznie.
Ja byłem ostrożnym człowiekiem, nie lubiłem ryzyka i na początku 1981 roku w
szkolne wakacje wykupiłem wycieczkę do Wiednia. Był to już okres wymarzonych
ucieczek i dużo sie mówiło o wyjazdach za granicę. Wyglądało źle, wezwali mnie
na komisję, a w szkole same dwóje. Trzeba było coś robić. Do Wiednia
dotarliśmy przez Węgry. W autokarze było dużo kobiet. W Krakowie dosiadło
sporo ludzi ze Sląska. Na każdym postoju robili zakupy. Grubiały siatki. W
Wiedniu popularna była włóczka, dobrze sprzedawały sie polskie “Malboro”. Ja
jednak nie robiłem zakupów ,udałem sie na na postój taksówek i poprosiłem o
kurs do Traiskirchen. Kierowca znał już taryfę, nie byłem pewnie pierwszym,
którego wiózł do tego miasta.

... cdn
Obserwuj wątek
    • kan_z_oz Re: Emigracja 04.12.07, 23:15
      Czekam z utęsknieniem na kontynuację.
      Na początku lat 80-tych też ogladałam świat zachodu z
      zainteresowaniem. Nie przez ciocię ani wujka jednakże. Pech chciał,
      że ten jeden wujek z zagranicy - był, tylko wschodniej. Hihihihi.

      Świat płyt np. taki "Pink Floyd" - artykuł o wartości bezcennej,
      słuchany z namaszczeniem u kolegi-posiadacza. To było coś.
      Guma do żucia? to ile w końcu miałeś lat? zastanawiałeś się nad
      sensem życia poprzez żucie balonówki? Czyli dylematy dorastającego
      faceta, który za wszelką cenę zdecydował pozostać w wieku 6-cio
      latka.?

      Proszę dbać o spójność i szczegóły w tych opowiastkach!!!

      Kan
      • artur666 Re: Emigracja 06.12.07, 13:41
        Swiat zachodni z pespektywy gumy do zucia. smile
        Na poczatku 80-tych nie bylo nic w sklepach. Ale chcialo sie jezdzic
        na nartach, wiec dostalem od rodziny z Austrii sprzet narciarski, a
        byl to szpan na calego.
        We Wroclawiu bylem w temacie muzyki przy korycie wiec nie bylo
        problemu.
        Najbardziej mnie jako Teenie wsciekala bryndza w zyciu publicznym
        zrobiona przez komuchow i SB.
    • ouzothepryk Re: Emigracja 04.12.07, 23:17
      niejaki japonczyk zaczyna sie produkowac ?
    • polonus5 Re: Emigracja he,he,he Kupy sie to nie trzyma !!! 04.12.07, 23:44
      1. Wyglądało źle, wezwali mnie na komisję, a w szkole same dwóje.

      2. w szkolne wakacje wykupiłem wycieczkę do Wiednia

      3. Ciocia pracowała tam w kuchni

      4. Teraz ciocia już nie przyjeżdża, narzeka na polską drożyznę,
      Niemców z byłego NRD i Polaków, co nie chcą już u
      niej pracować za 100 Euro miesięcznie.

    • maciekqbn Dobre :) 05.12.07, 00:27
    • harlista Re: Emigracja 05.12.07, 01:35
      smile)))
      Ciekawy jestem nastepnej czesci.
      smile)))))))))))))
      • japo1 Re: Emigracja 05.12.07, 14:18
        Nastepenj czesci ? A co, pontonik, zaniki pamieci masz juz?
    • krupniok_pl ... Emigracja cd. 05.12.07, 12:08
      Kierowca wysadził mnie zaraz obok bramy obozu. Pamiętam że był to wczesny
      poranek i cała brama wjazdowa była zablokowana kłębiącym się tłumem. W
      większości słychać było polskie przekleństwa. Śmierdziało potem, niestrawionym
      alkoholem i kwaśnymi oddechami. Wartownik w budce leniwie zbierał polskie
      paszporty, zapisywał z nich jakieś dane I co jakiś czas wpuszczał kogoś z
      długiej kolejki. Minęło kilka godzin kiedy wezwali mnie do środka. Pierwsze
      pytania , odciski palców i zdjęcia. Większość korytarzy zajęta była przez
      żelazne prycze. W wieloosobowych salach słychać podpite glosy. W niektórych
      pokojach widać było brudne koce przedzielające je w połowie na cześć gdzie spały
      kobiety. Od czasu do czasu przeszedł jakiś murzyn lub arab, wzbudzał wtedy nasze
      zaciekawienie . Ci co byli tu dłużej radzili pilnować walizek, niektórzy z nas
      przywiązywali je sobie do nogi albo starali sie nie spać. Pod koniec 19981 roku
      większość nowo przyjezdnych to byli uchodźcy z Polski, ale w Traiskirchen
      mieszkali tez ludzie z byłej Czechosłowacji, Bułgarii i Albanii. Ci byli
      najgorsi i słyszałem jedną historię o tym jak Albańczycy zabili kilku swoich w
      jakiejś awanturze o wpływy. Podobno weszli do jednej z sal i walili kogo popadło
      metalowymi nóżkami od łóżek. Zostało kilka tropów. Następnego dnia po ubogim
      posiłku dostałem przydział do innego obozu “Gotzendorf”. Single tzn samotni
      mężczyźni w większości byli kierowani wtedy do tego obozu. Rodziny i małżeństwa
      rozsyłano po rożnego rodzajach pensjonatach. Były dobre gdzie dbano o nas, ale
      były i takie gdzie bardzo narzekano na racje żywnościowe. Właściciele tych
      pensjonatów brali nas by zapełnić pokoje często ratowało to ich przed bankructwem.

      ...cdn
    • wujekjurek Re: Emigracja 05.12.07, 14:28
      "Czasami dawał gumę do żucia, ale później się wycwanił i sprzedawał
      ją po dwa złote sztuka."

      Boże, z jakiej rodziny Ty pochodzisz?
    • krupniok_pl ... Emigracja (3) 05.12.07, 14:49
      Tymczasem siedziałem w obozie i obserwowałem jego życie.
      Wszyscy nowi emigranci musieli zacząć dzień od stania pod bramą obozu, gdy było
      jeszcze ciemno. Ludki gromadziły się całą noc i czekały na otwarcie bramy.
      Teorie ataku bramy były różne. Strategia była opracowywana na bieżąco,
      odpowiednio do tego, co działo się w tym miejscu dnia poprzedniego. O 8.00
      wyszedł przed bramę Pan strażnik. Wołał: tej bramy nie otwierać! Kiepską
      polszczyzną powiedział:
      - proszę podawać paszporty
      W tym momencie wysypało się mu na głowę przynajmniej sto paszportów. Zaczął je
      zbierać. Zebrał garść i chciał wycofać się do strażnicy. Ludki zaczęli jednak
      napierać.
      - Pan weźmie mój, pan weźmie mój - krzyczeli.
      Jedni popychali Pana strażnika, drudzy ciągnęli za rękawy. Pan strażnik jakoś
      wyswobodził się i jak nie furknie trzymane w ręku paszporty na oślep, w tłum.
      Ludki rzucili się zbierać paszporty, a Pan strażnik zniknął w dyżurce. Tłumek
      falował i radził jak podejść Pana strażnika następnym razem. Pogoda była ładna.
      Słoneczko. Przy budce telefonicznej grzeczna kolejka. Każdy chciał porozmawiać
      z Polską: "na blachę". Tłumek przybiera na wadze.
      - Szopen przyjechał - ktoś zauważył.
      Mijają dwie godziny. Pan strażnik pojawia się w drzwiach dyżurki. Na wszelki
      wypadek ludki nóg z progu nie zdejmują. Robi się cisza. Pan strażnik oznajmia:
      - Osoby z dziećmi proszę ustawić się po prawej stronie bramy, osoby bez dzieci,
      ale z bagażami po środku, a samotni po lewej stronie bramy.
      I zniknął w dyżurce. Tłumek zafalował.
      - Panowie nie róbcie jaj, bo nigdy nie wejdziemy - ktoś zauważył.
      - Panowie ustawmy się
      - Ej, macie troje dzieci, pożyczcie jedno, co wam zależy, ech nieużyci jacyś
      - Hej! Kazik, ja jestem z wami, powiedzcie, że wujek jestem
      Samotni mają niewesołe miny. Oceniają, że ich szanse na wejście do środka,
      maleją. Po następnej godzinie czekania wyłania się Pan strażnik. Spojrzał, ludki
      grzecznie stoją w grupkach jak przykazał. Ruszył, w stronę grupki z dziećmi
      oczywiście. Wziął kilka paszportów, a tu jak nie ruszą dwie pozostałe grupki.
      Tumult się zrobił jeszcze większy niż za pierwszym razem. Pan strażnik potargany
      z trudem wycofuje się do stróżówki. W ostatnim momencie zniknięcia za drzwiami
      jeszcze zdążył: fru paszporty w tłumek. Sypią się epitety. Jak można takie
      dokumenty, zdobyte z takim trudem, bardzo często "za dodatkową opłatą", cisnąć
      tak na odlew bez poszanowania, gdyby nie przymrozek, to w błoto.
      Z tłumku wyłaniają się organizatorzy-samozwańcy.
      - Panowie tak nie można, bądźcie ludźmi, a nie bydło jakie, już południe, a nikt
      nie wszedł do środka. Tłumek rośnie.
      - LOT przyleciał - ktoś zauważył.
      Następne 3 godziny Pan strażnik nie wychyla się z budki. Ludki grzecznie stoją w
      grupkach jak pan strażnik życzył sobie. Organizatorzy-samozwańcy pilnują
      porządku. Kolejka przy telefonie nie maleje. "Blacha" chyba już rozgrzana do
      czerwoności, stopi się niebawem. Zaczyna się ściemniać. W dyżurce coś drgnęło.
      - Panowie nie róbcie jaj, bądźcie w grupkach, bo nigdy nie wejdziemy do środka -
      postulują samozwańcy.
      Wychodzi Pan strażnik i zaczyna najspokojniej w świecie zbierać paszporty z rąk
      wetkniętych przez płot jak przez kraty. Zbiera od samotnych, bo ta grupka była
      najspokojniejsza, zrezygnowana wcześniejszymi przejściami. Była godzina szósta
      wieczorem.
      W Traiskirchen tłok był niesamowity. Obóz przepełniony. Połowa ludków nie wie co
      robić. Jak szturmowali bramę, to wszyscy byli polityczni, teraz rura zmiękła?
      Połowa chce wracać. Najbardziej trzęsą porami ci co pozostawiali domy albo inne
      majątki. Mają stracha, że jak właściciel jest za granicą, to dobra zostaną im
      zabrane.
      Administracja obozu nie wyrabiała z przerabianiem papierów, teraz doszła
      dodatkowa robota, ludki odbierają paszporty, oddać paszporty i wykreślić z
      ewidencji połowę uchodźców. Tak było. Tym, co się ostali władze obozowe
      przyznały azyle polityczne i przyspieszyły wyjazdy do krajów, które w Austrii
      niczym na targowisku zaopatrywały się w emigrantów, czyli białą siłę roboczą.
      Po tych dwóch tygodniach chodzenia z kąta w kąt po obozowych komnatach, pojawiał
      się pan z listą 45 nazwisk i szuka przynależnych twarzy. Był to pan kierowca,
      który zabrał te 45 osób do autobusu z napisem CHARTER i zawiózł ich do
      pensjonatu w pięknej miejscowości Mondsee nad jeziorem Mondsee.

      ... to be continued
    • krupniok_pl ... Emigracja (4) 05.12.07, 23:31
      Gotzendorf to były koszary wojskowe częściowo oddane nam emigrantom. Dostałem
      się do sali z szesnaściorgiem osób. Ludzie w różnym wieku i pochodzeniu
      społecznym, z różnych rejonów Polski. Każdy z własnym marzeniem o pieniądzach i
      lepszym życiu. Teraźniejszość jednak nie była wesoła. Część nie wytrzymywała
      tych pierwszych dni i wracała a cześć zapominała o marzeniach i znajdowała
      zadowolenie w opróżnianiu “krów” tak określaliśmy tanie wino sprzedawane w
      trzech litr. opakowaniach. Obóz znajdował się kilka kilometrów od najbliższej
      wioski. W połowie między jedną a drugą wsią. Jak się szło na prawo to przed
      wejściem do osady witał nas duży czarny napis „Polen-Raus” i „ Polnische
      Schwaine”. Staraliśmy się nie zwracać na niego uwagi i dlatego większość z nas
      wolała iść w lewo do miejscowości gdzie więcej było sklepów. W obozie wszystko
      można było mieć. Część sprytnych biznesmenów otworzyła sklepiki, w których można
      było kupić alkohol lub papierosy. Dla tych, co chcieli mieć cos innego
      przyjmowali zamówienia lepsi specjaliści. Przez nich napis pokazał się i po
      lewej stronie obozu. Z początku współczuto nam i w zimie zorganizowano nawet
      zbiór rzeczy, ale później jak się szło do sklepu i zaczęło mówić po polsku to za
      plecami dyskretnie stawał właściciel lub ekspedient i patrzył nam na ręce lub do
      kieszeni. Dlatego zaczęliśmy unikać wycieczek do sklepu. Chodziliśmy za to żeby
      zadzwonić do Polski lub kolegi, co juz wyjechał “na blachę”. By to podłużny
      pasek metalu, który wkładało się do automatu żeby oszukać licznik. W dni wolne
      od pracy często ustawiała się duża kolejka i ktoś, kto nie chciał czekać musiał
      iść do następnej budki. Później zatrzymywała nas policja, ale nigdy nie mieliśmy
      kłopotu z ukryciem “blachy”. W obozie mieszkali głównie mężczyźni, w naszym
      bloku mieszkała dziewczyna, ale nie pamiętam juz jej imienia, pamiętam za to jak
      jej alfons chciał skakać z parapetu po pijaku jak spodobał jej się inny chłopak.
      Podobno była tania rozrywka, ale po tym jak ktoś się zaraził straciła dużo
      klientów. Dzień w obozie zaczynał się zwykle od śniadania, po którym oglądało
      się listy na „interwiew” w poszczególnych ambasadach. Później szło się do
      miasteczka albo drzemało na swojej pryczy albo piło i czekało do obiadu, po
      którym czekało sie do kolacji i dalej piło i tak do rana. Noc w obozie często
      była głośna i wiele razy słychać było oddalone odgłosy bojek, czasami krzyk
      Stacha. Stachu z reguły spędzał dzień w swoim łóżku bujając się w przód i tył z
      musztardówką w reku. Od czasu do czasu wrzasnął do siebie może na jakieś
      wspomnienie a może tylko dlatego, żeby wzbudzić naszą uwagę. Stachu dawał o
      sobie znać także w inny sposób a to wtedy, kiedy zapomniał się wypróżnić we
      właściwym miejscu. Od czasu do czasu odwiedzał nas Andrzej. Kiedy sprzedał
      wszystko co posiadał to od czasu do czasu chodził po salach i zbierał na piwo.
      Zostały może tylko dresy i ciężko było się do niego zbliżyć ponieważ strasznie
      śmierdział amoniakiem. Ze wspomnień utkwiło mi jak pewnego razu na stołówce
      austriaccy kucharze specjalnie wyrzucili na podłogę pudełko pomarańczy i jak
      ludzie rzucili się do ich zbierania. W obozie byli też tacy, co chcieli
      pracować. Chodziło się wtedy na stójkę pod obóz i ci, co mieli szczęście
      dostawali pracę u „bauera” w polu lub na winnicy. Była to pewnego rodzaju walka,
      bo tylko kilku dostawało pracę na dwudziestu, trzydziestu oczekujących. Pewnego
      razu jeden z podjeżdżających stracił drzwi od swojego auta w momencie jak
      rzuciło się za dużo chętnych. Za dzień pracy można było dostać ze 100 szyl ,
      zjeść obiad i wypić wino. W zimie jeździliśmy na odśnieżanie Wiednia. Wstawało
      się wtedy o 4 rano żeby być o 5 pod biurem, wywalczyć swój numerek na łopatę z
      miejscowym elementem i o siódmej być gotowym do pracy. Naszym szefem był Jugol i
      za każdym razem jak szliśmy na miejsce to on przystawał przy koszach na śmiecie.
      Widocznie znał te dobre, bo zawsze coś z nich wyjmował. Najlepszą pracę dostałem
      przy powiększaniu muru w pewnym domu uciech. Pracowały tam dwie Polki z Krakowa,
      oficjalnie na służbie. Drugiego dnia jeden z nas skaleczył się w nogę i
      musieliśmy go wynieść na zewnątrz. Właściciel był zły, że zapaskudził wnętrze
      krwią a my, że mieliśmy dodatkową pracę. Ten człowiek spał w grudniu w swoim
      maluchu i tak miał nadzieję na zarobienie na lepszy samochód. Jak nosiliśmy tą
      ziemię to obok stal Hans. Praca Hansa polegała na tym, że patrzył nam do wiader,
      w których wynosiliśmy ziemię i jak doszedł do wniosku, że nie są właściwie
      wypełnione to dorzucał łopatę, a czasami to potrafi splunąć na buty lub wyżej. W
      obozie nie było cieplej wody, grzaliśmy ją przy pomocy grzałek zrobionych z
      dwóch żyletek w dużych metalowych puszkach od konserw. W łazienkach większość
      armatury była zniszczona, a drzwi od kabin dawno juz przestały istnieć. Trzeba
      było uważać na ekskrementy i nocami na onanizujących się facetów. Żeby utrzymać
      ciepło paliło się w każdej z sal węglem w żeliwnych piecykach. Tam gdzie można
      było robiło się dyżury i każdego dnia ktoś miał za zadanie przynosi opał i dbać
      o to żeby nie wygasł ogień. Na rurach często wieszało się skarpetki.Gorzej było
      z praniem spodni czy koszul, większość jednak mężczyzn po pewnym czasie
      zapominała o higienie, otępiale czekało się na przepustkę do raju tzn. rozmowę o
      wizę wjazdowa w jednej z trzech ambasad krajów emigracyjnych: USA, Kanady I
      Australii. Niestety nie było szans osiedlić się w jednym z krajów europejskich,
      chociaż każdy o tym marzył. Wtedy ubierało się to, co jeszcze nadawało się do
      założenia między ludzi. Tak na co dzień nikt się niczym juz nie przejmował a
      zmysł powonienia obojętniał na najgorsze zapachy. Kiedy likwidowano obóz pod
      koniec 1982 roku część z naszych rodaków dla żartu wylewała wodę na te piecyki i
      na podłogę. W obozie co jakiś czas ktoś trącił swój portfel i niewiadomo jakby
      człowiek uważał pewnego razu budził się bez dokumentów i ostatnich oszczędności.
      Mnie przydarzyło się to raz bo później nie było już co mi zabierać. Na interwiev
      w konsulatach przygotowywało się historie o prześladowaniu. Trzeba było być
      politycznym i mieć to jako tako umotywowane. Do USA trafiał najgorszy element. O
      dziwo na ten dzień zawsze trzeźwy. Wybite zęby i blizny były dodatkowym atutem
      na amerykańską wizę.

      to be continued
      • japo2 A do Kanady ktorzy trafiali ? 06.12.07, 15:07
        krupniok_pl napisał:
        Do USA trafiał najgorszy element.
        > O
        > dziwo na ten dzień zawsze trzeźwy. Wybite zęby i blizny były
        dodatkowym atutem
        > na amerykańską wizę

        Bo sadzac po po postach na tym forum, to musialbyc jeszcze znacznie
        bardziej specyficzny "ludek" ?

        >
        > to be continued
        • ratpole Re: A do Kanady ktorzy trafiali ? 06.12.07, 15:16
          japo2 napisał:

          > Bo sadzac po po postach na tym forum, to musialbyc jeszcze znacznie
          > bardziej specyficzny "ludek" ?

          A co ty kurna Polakow dzielisz na lepszych i gorszych?
          Ci z powybijanymi zebami to niby nie twoi bracia rodacy, miedzy ktorymi sam z
          rozkosza wybrales zycie?
          A mozes ty zyd co wrocil do ojczyzny naszej ukochanej, zeby nas z kamienic
          wypedzic na ulice?
        • ouzothepryk Re: A do Kanady ktorzy trafiali ? 06.12.07, 21:58
          japo2 trafil wlasnie do USA.
    • krupniok_pl ... Emigracja (5) 06.12.07, 10:33
      Tak upływało mi kilka miesięcy w oczekiwaniu na wyjazd do Ameryki. Udało mi się
      dostać pracę w warsztacie samochodowym, więc nie było mi nudno. Zarabiałem 1250
      - szylingów na tydzień. Były to całkiem duże pieniądze. Duże, bo „na czysto".
      Niejednemu Austriakowi tyle nie zostawało z dużo większej pensji, po odliczeniu
      wszystkich wydatków z jedzeniem włącznie. Tego nikt z Polaków nie rozumiał.
      „Obóz" jaki był, taki był, ale pokrywał wszystko to, za co Austriak musiał
      zapłacić z zarobionej pensji. Do dnia dzisiejszego żaden „turysta"
      przyjeżdżający do Ameryki dorobić nie rozumie, że $5 na godzinę, to duże
      pieniądze. Natychmiast przyrównuje te $5 do $20, co biorą tubylcy, ani przez
      moment nie pomyśli, że z tych $5 nie musi płacić: mieszkania, samochodu,
      ubezpieczeń, narzędzi i mnóstwa innych wydatków. Prześpi się, naje, do pracy
      zostanie „podrzucony". Całe $5 idzie do skarpety. Ja np. teraz nie mam $5 - na
      czysto do skarpety za każdą przepracowaną godzinę.

      Wreszcie, któregoś dnia wracam z pracy. Czeka na mnie wiadomość. Za dwa dni o
      godzinie 23 podjedzie mikrobus i zawiezie mnie do miejsca większej zbiórki.
      Następny dzień upłynął błyskawicznie. Od rana do południa wyrabiałem paszport
      podróżny, po południu pożegnanie się z właścicielem warsztatu, wieczorem
      pożegnanie z zaprzyjaźnionymi Austriakami, pakowania niewiele i już byłem
      gotowy. Autobusik podjechał punktualnie, było już w nim kilka osób. Zawiózł nas
      do domu starców - punktu zbiorczego. W pustym domu starców każdy dostał pokój.
      - Autokar będzie rano o 6.00. Zawiezie was do Wiednia na lotnisko. Proszę być
      gotowym - zameldowała jakaś osoba.
      - O dwunastej w południe będzie samolot charterowy Wiedeń - Nowy Jork
      - Wszyscy byli gotowi już w tym momencie, a do rana tyle godzin. Nikt nie kładł
      się spać tej nocy. Mikrobusik co jakiś czas przywoził po kilka osób. Jedni
      informowali drugich o rannym autobusie. Droga do Wiednia bez niespodzianek. Wody
      też jakoś nikt nie ruszał.
      Wiedeń, lotnisko, dużo ludzi. Przyjeżdżają autobusy z nowymi grupami. Żadnej
      informacji, ludki trzymają się w grupie, ale tylko dlatego, że Polacy. Jedyna
      informacja, to ta przywieziona, że samolot będzie nazywał się „Charter", poleci
      do Nowego Jorku o godzinie 12 w południe. Chodzimy po tym lotnisku, patrzymy w
      monitory odlotów i nic. Czeski film. Nikt nic nie wie. Nie pamiętam, która to
      była godzina, wszystkie monitory zgasły. Po chwili pojawią się spiker i z
      grobową miną zapowiada smutną wiadomość, że właśnie w Polsce umarł towarzysz W.
      Gomułka. Ludki zdębieli. Po chwili zaczęły się tańce i śpiewy w około monitorów.
      Takiej radości w narodzie dawno nie widziałem.
      Około południa pojawiają się jakieś urzędowe ludki. Nic nie mówią, tylko
      stawiają dwa stoły, razem jeden obok drugiego. Pojawiają się kartonowe pudła, a
      w nich żółte koperty. Pudła wędrują na zestawione stoły. Pan w krawacie, niezbyt
      czysto po polsku objaśnia:
      - Proszę się nie pchać - widocznie ma już doświadczenie.
      - Każdy dostanie swoją żółtą kopertę. Odbierać proszę osobiście za
      pokwitowaniem. Kopert nie wolno otwierać, pod żadnym pozorem. Muszą nienaruszone
      dojechać do Ameryki i osobiście wręczone pracownikowi emigracyjnemu na lotnisku.
      Otwarcie koperty grozi niewyobrażalnymi konsekwencjami z deportacją włącznie.
      Tak nastraszone ludki trochę mniej już pchali się do pana w krawacie. Pan w
      krawacie okazało się, że jest też emigrantem, tylko z emigracji po studenckich
      rozruchach w 1968 roku. Jakoś polskiego języka mu się trochę zapomniało. Też
      przeszedł ten sam obóz. Wybrał wtedy Austrię. Wyczytywał nazwiska, koślawiąc
      wymowę, wręczał każdemu żółtą kopertę. Byłem na "S" wiec miałem czas popatrzeć.
      Ludki z kopertami gromadzili się w kupki dyskusyjne. Każdy ważył kopertę w ręku.
      Brał pod światło. „Przelewał" zawartość. Namacywał wnętrze. Domysłom nie było
      końca. Pan w krawacie powiedział też, że samolot będzie ok. godziny drugiej po
      południu. Gate number... (już dzisiaj nie pamiętam). Na monitorach pojawił się
      wreszcie „Charter to NY". Ludki zaczęli przemieszczać się grupkami do wskazanej
      bramki. Bramka była na poziomie płyty lotniska. Drzwi duże szklane, zamknięte.
      Niektórzy próbują otworzyć. Nie ma klamek. Oglądają, macają. Ktoś zrobił
      odkrycie, że otwierane są elektrycznie. Ludki krążą. Każdy trzyma żółtą kopertę,
      niektórzy w zębach, dosłownie, bo ręce i pachy zajęte bagażami. Każdy sprawdza
      zegarek, która godzina, pewnie żeby nie przegapić odlotu. Druga godzina
      nadeszła. Nic się nie dzieje. Zaczyna się wysyłanie „czujek" w inne rejony
      budynku. Szybko wracają. Żadnych wiadomości. Czas płynie bardzo powoli.

      ... to be continued
      • gringo68 z niecierpliwością czekam na cd... 06.12.07, 11:35
        Fajna story...mozna zrozumieć korzenie frustracji forumowych zupek,
        kielbasek i innych polinezyjskich szczurków...tyle przeszli, osiedli
        w raju, a tu komuna się rypła i stary kraj powoli bo powoli ale
        systematycznie nadgania zapóźnienia...i już nie da się szpanować
        zakupami w Pewexie i Grantem na zielonym papierku rzucanym podczas
        odwiedzin na tacę w rodzinnej parafii...
        • artur666 Re: z niecierpliwością czekam na cd... 06.12.07, 14:00
          To jeszcze nic. Przez obozy emigranckie trzeba bylo przejsc, dobra
          szkola zycia, a tylu bulbonczynkow na raz jeszcze nigdy nie
          widzialem. Mieszanka nainwych jak dzieci przybylych z roznych
          prowincji i oszlomionych innym swiatem, a na drugim biegunie element
          prymitywnych pijaczkow-zlodzieji i coorew.
          To byl cocktail! Rock'n'Roll na calego.
        • ratpole Re: z niecierpliwością czekam na cd... 06.12.07, 14:10
          gringo68 napisał:

          > Fajna story...mozna zrozumieć korzenie frustracji forumowych zupek,
          > kielbasek i innych polinezyjskich szczurków...tyle przeszli, osiedli
          > w raju, a tu komuna się rypła i stary kraj powoli bo powoli ale
          > systematycznie nadgania zapóźnienia...

          Tak, to rzeczywiscie powod do frustracji
          Prawdopodobnie zapomniales, ze zycie ma sie tylko jedno a czas leci szybko hehe
          Mnie do tej pory udalo sie uratowac z niego 20 lat zycia w normalnych warunkach,
          a ty mi kazesz sie martwic swoim "sukcesem" czekania przez te same 20 lat w
          syfie i burdelu na "nadgonienie zapoznien" hehe
          Pogadamy na tamtym swiecie o tym kto lepiej na czym wyszedl
          • _czosnek_ Mozesz sobie tylko cieciu poczytac. 06.12.07, 14:23
            Co ty cieciu uratowales? buahahaha

            Byles jestes i bedziesz cienkim bolkiem.
            Jak taki golas nic w komunie nie potrafil zdzialac, tez nic na
            emigracji nie zwojuje.
            W dawnej Polsce latwiej bylo zarobic forse niz dzisiaj w ten twojej
            cieciowatej hameryce. Tylko ty golasie o tym goowno mozesz wiedziec
            bo z roboli jestes i robolem zostales, kraj ci sie zmienil ale nie
            status. Robol = robol.
            • ratpole Re: Mozesz sobie tylko cieciu poczytac. 06.12.07, 14:29
              _czosnek_ napisała:

              > Co ty cieciu uratowales? buahahaha
              >
              > Byles jestes i bedziesz cienkim bolkiem.
              > Jak taki golas nic w komunie nie potrafil zdzialac, tez nic na
              > emigracji nie zwojuje.
              > W dawnej Polsce latwiej bylo zarobic forse niz dzisiaj w ten twojej
              > cieciowatej hameryce. Tylko ty golasie o tym goowno mozesz wiedziec
              > bo z roboli jestes i robolem zostales, kraj ci sie zmienil ale nie
              > status. Robol = robol.

              Nooo, co jest grane?
              Takie dorobione pod Pewexem panisko jak czosnek nie powinno nawet zwracac uwagi
              na takiego robola jak ja hehe
    • krupniok_pl ... Emigracja (6) 06.12.07, 15:46
      Wreszcie pojawiają się panie ubrane w uniformy lotnicze. Jedna zapowiada:
      - wyjść na płytę jest trzy, samolot stoi daleko, nie widać go, do tych wyjść
      podjadą autobusy, samolot zabiera 250 osób, dla każdego jest miejsce siedzące,
      stojących nie ma, proszę podzielić się na trzy grupy, jedna grupa - pasażerowie
      z dziećmi, druga - pasażerowie z większymi bagażami podręcznymi, trzecia - samotni.
      Ja to skądś znam. Już raz ustawiałem się w takich grupach dziewięć miesięcy
      wcześniej. Grupki grzecznie poustawiały się. Czekamy. Pojawiają się autobusy.
      Szklane drzwi drgnęły, rozsuwają się. Jak się wiara nie rzuci. Panie "lotniczki"
      ledwo odskoczyły na bok. Ludki walą pędem do autobusów. Nikt nie patrzy, kto z
      dzieckiem, a kto z bagażem podręcznym.
      - Kaziu, zajmij mi miejsce przy oknie!
      Autobusy miały pootwierane bagażniki pod podłogą, nikt nie kładzie tam bagażu,
      jeden przez drugiego walą z tobołami do środka autobusu. Autobusy zapełniły się
      iw mig. Kierowcy powyskakiwali zza kierownic na bezpieczną odległość i patrzą co
      się dzieje. Autobusy już pełne, a połowa ludków na chodniku. Nie ma miejsca. Ja
      oczywiście nie załapałem się. Spóźniony refleks. Stoję z boku, ściskam żółtą
      kopertę w jednym ręku, jedyną torbę jaką miałem w drugim, mankietem oczy
      przecieram, nie do wiary co się dzieje. Pani która poleciła zrobić grupki przed
      drzwiami usiłuje tłumaczyć:
      - Są trzy autobusy, bagaże należy położyć do bagażników, wtedy wszyscy zmieszczą
      się.
      Mowa trawa. Nikt nie ruszył się. Kierowcy poczekali chwilę. Pozamykali puste
      bagażniki. Pokiwali do siebie głowami. Odjechali. Reszta czeka. Czekaliśmy dobre
      pół godziny, zanim autobusy wróciły po nas. Ta grupa była już spokojniejsza.
      Kilka osób położyło nawet bagaż do bagażników. Podjeżdżamy pod samolot.
      Niektórzy próbują biec do samolotu, ale szybko zauważają, że schody do samolotu
      są pełne ludków. Tłoczą się na nich ludki jeszcze z pierwszych autobusów.
      Okazało się że po tych pierwszych autobusach wszystkie miejsca w samolocie są
      już zajęte. Jak oni to zrobili? Jest 250 miejsc w samolocie, jest 250 pasażerów,
      połowa pasażerów jeszcze na płycie lotniska, a w samolocie nie ma już wolnych
      miejsc?
      Polak jednak potrafi. Upychanie ludków połączone z tłumaczeniem, że każdy ma
      miejsce siedzące i nie ma miejsc stojących trwało dwie godziny.
      Wreszcie siedzę. Chciałem przy oknie, ale trudno. Od przejścia też jest dobrze,
      nawet lepiej, bo będę mógł przejść się od czasu do czasu bez przepraszania i
      proszenia o pozwolenie ruszenia się. Z tym różnie bywa.
      Lecimy. Zaczynają się wędrówki ludów. Szukanie zgubionych przy wsiadaniu
      przyjaciół. W ogonie samolotu słychać pobrzękiwanie szkła. Polewają znaczy się.
      Ktoś ma dylemat. Otworzyć żółtą kopertę, czy nie otworzyć.
      - Otwieraj, co ci mogą zrobić, samolotu nie zawrócą, jak będziesz już w Nowym
      Jorku to cię w tyłek mogą pocałować.
      - Co deportują? To ty otwórz swoją kopertę, jak takiś mądry. A pewnie, że
      otworzę, nie takie przewalanki się robiło.
      Puszczają jakiś film. Nikt nie patrzy. Panie roznoszą słuchawki. Cena $2. Nikt
      nie bierze. Panie roznoszą jedzenie. Wszyscy biorą. Piwo do obiadu? Proszę
      bardzo, $2. Nikt nie bierze. Wielu ma własne zapasy. Obsługa samolotu
      anglojęzyczna. Nikt nic nie wie. Niektórzy jakoś sobie radzą. Wiadomo, światowcy.
      Po 6 godzinach zbliża się lądowanie. Panie roznoszą deklaracje do wypełnienia.
      Mało kto wypełnia. Ludki nie wiedzą o co chodzi. Ja zresztą też. Lądujemy. Ludki
      klaszczą. Obsługa nie wie o co chodzi. Na wszelki wypadek uśmiechają się.
      Wysiadanie przebiega bez dramatów. Idziemy rękawem do poczekalni. Przy wyjściu z
      rękawa jacyś żółtojęzyczni ludzie, skośnookie każą na migi oddawać żółte
      koperty. Jeden, okazało się Wietnamczyk, studiował w Polsce, zauważa:
      - Oooo, pańska koperta była otwierana, proszę na tę stronę, pana również była
      otwierana, proszę tutaj.
      Moja nie była otwierana, więc nie znam dalszej drogi tych ludków, którzy
      otworzyli swoje koperty. Z lotniska zawieziono nas do hotelu. Była godzina
      jedenasta w nocy czasu NY. Mam pokój z człowiekiem zupełnie mi nieznanym. Nawet
      nie pamiętałem go z samolotu. Nie jest rozmowny. Zostawia swoje bagaże i gdzieś
      znika. Włączam telewizor (kolorowy). Przemawia pan prezydent, Reagan. Nic nie
      rozumiem, ale czuję, że to dobry znak. Przychodzi mi do głowy pytanie: czy
      jeszcze za jego kadencji zrozumiem co mówi? Rano zebraliśmy się w hallu recepcji
      i już małymi grupkami rozprowadzano nas do samolotów w różne kierunki Ameryki.

      ... to be continued
      • maciekqbn Zawsze zastanawialem sie jacy desperaci... 06.12.07, 16:15
        ...jada w nieznane nie potrafiac nawet slowem odezwac sie w obcym
        jezyku. Przeciez to musi byc straszne uczucie, nie byc w stanie nic
        zrozumiec i z nikim sie dogadac ... chocby po angielsku.
        • donk Ja se tak myslem. 06.12.07, 16:30
          Ze lepiej nie miec nic do powiedzenia na zachodach, jak u Jaruzela.
          heheheh
          A pozniej juz bylo lepiej. heheheheh Ale nie Jaruzelowi. heheheh
    • piss.doff nie mecz sie chwieju z kopiowaniem 06.12.07, 17:09
      wiadomosci.onet.pl/1316958,2678,1,1,kioskart.html bo tu masz
      link a jest jeszcze zrodlo pierwotne stopce artykulu.
    • krupniok_pl ... Emigracja (7) 06.12.07, 19:45
      To, co wszyscy zastali na emigracji, przeszło nawet ich najśmielsze wyobrażenia.
      O Polonii amerykańskiej właściwie nic nie wiedzieli lub znali ją tylko z
      rozgłośni radiowych "Głosu Ameryki", czy "Radia Wolna Europa". Wcale nie
      twierdzę, że wymienione tu radiostacje podawały jakieś nieprawdziwe wiadomości,
      ale chcąc czy nie chcąc wykreowały pewien mit Ameryki. Czy kiedykolwiek istniała
      taka Ameryka, o której myśleli? Trudno jest jednoznacznie na to pytanie
      odpowiedzieć. Propaganda amerykańska okazało się wcale nie była gorsza od
      komunistycznej. Wiadomości zasłyszane w Polsce, czy w Europie, szybko traciły na
      wartości w zetknięciu z amerykańską rzeczywistością. Mit Ameryki hodowany przez
      lata stracił na mitologii, rozczarowując bardzo głęboko wszystkich tych, którzy
      liczyli na coś więcej niż życzliwe, wyrozumiałe przyjęcie.
      Społeczeństwo amerykańskie niewątpliwie współczuło Polsce i Polakom, ale tak
      naprawdę nie było przygotowane na ich masowy przyjazd. Prezydent Reagan uczynił
      wspaniały gest w stronę tych wszystkich, którzy znaleźli się w obozach w
      zachodniej Europie, pozwalając im na osiedlenie się w Ameryce. Dopomógł i tym,
      którzy znaleźli się w więzieniach oraz obozach dla internowanych w Polsce. Stara
      Polonia na to nie była przygotowana, nie mogłaby wszystkim pomóc. Trudno jest
      powiedzieć, co to znaczy móc komuś pomóc. Dać pieniądze, a może samochód, czy
      mieszkanie, załatwić pracę albo wysłać do szkoły na naukę języka angielskiego, a
      może znaleźć każdemu kawalerowi dziewczynę? Słowo POMÓC zawierało w owym czasie
      znaczenie przysłowiowego worka bez dna i cokolwiek byśmy do niego wrzucili,
      zawsze by przepadło bez echa. To, że Ameryka darzyła Polaków sympatią tak było
      dużo, ponieważ po raz pierwszy od wielu dziesięcioleci mówiono o Polakach
      pozytywnie, a nie jak do tej pory, na zasadzie dowcipów o głupich Polakach,
      których trzeba aż czterech aby wykręcić jedną żarówkę.

      ... to be continued
    • krupniok_pl ... Emigracja (8) 06.12.07, 19:58
      Nowojorski dzień polskiego emigranta

      Dzień zapowiadał się upalnie. Była dopiero ósma a termometr wskazywał już 28°C.
      Nabrzmiała gęba słońca, blada jak twarz chorego, co jakiś czas wyzierała zza
      poruszanych lekkim wiatrem brudnych kotar. Ciężkie od kurzu leniwie się kiwały
      rzucając dziwne cienie na polepionych smarem rękach Stacha. Przeklinał coś
      cicho, jednocześnie parząc herbatę z użytej już dwukrotnie torebki expresu. Na
      jego twarzy malowało się zmęczenie i te dwanaście godzin, jakie przepracował
      ostatniej nocy.
      Była sobota, więc większość nas była w domu. Zygmunt, który stracił pracę
      tydzień temu, drzemał przy butelce wina. Była do połowy opróżniona i dlatego
      zapowiadał się kolejny dzień picia. Rano znów miał okres, kiedy wydawało mu się,
      że atakują go robaki. Obudził nas i o trzeciej nad ranem i musieliśmy go
      przyprowadzić do porządku. Juz raz chciano nam dać wymówienie po tym jak pijany
      wybiłem szybę wchodząc przez okno do sypialni. A ja po prostu zapomniałem gdzie
      są drzwi. Landlord nie chciał jednak uwierzyć w moje tłumaczenia i dopiero
      kolejna interwencja naszego sponsora wraz z czekiem za wybite okno ostudziła
      jego nerwy. Teraz staraliśmy się być ostrożni i jeśli ktoś w czymś przesadził to
      solidarnie przywracaliśmy porządek. Tak jak dwa tygodnie temu, kiedy Jasiu
      szarpał się z Markiem. Marek wtedy za dużo wypalił trawy i wydawało mu się, że
      Jasiu ukradł mu cześć działki.
      Najbardziej głosu narobiło jednak to jak wyjechał do Polski Andrzej. Był to
      młody chłopak w wieku 25 lat z sympatyczną żoną Jolą. Próbował tu różnych
      rzeczy, ale wszystko kończyło się niewypałem. Raz, wtedy kiedy nie wyszedł mu
      pomysł z fotografiką wracał pijany z zakładu i najechał na glinę na motorze.
      Poszedł do kicia na miesiąc i wypuścili go za kaucją księdza. Po tym miał dość
      biznesu i pracy za 5 dolców. Żona sprzątała w motelu i często widać było jak
      ukradkiem wyciera łzy, kiedy idzie do pracy. W Polsce chyba nic nie robiła, bo
      Andrzej miał dzianych rodziców, a on sam kręcił walutą. Jeszcze do dziś pamiętam
      jak w dzień wyjazdu narobił do basenu i zniszczył pół apartamentu wylewając
      zawartość lodówki na posadzkę i ściany.
      - To za wyzysk świniom kapitalistycznym - wytłumaczył jakiś czas potem w liście
      już z Polski. Wspominając Andrzeja przyszedł mi pomysł żeby zaproponować Jasiowi
      żeby znów zadzwonił po Lindę.
      Linda to tania dziwka. Jasiu poznał ją u znajomych. Była u nas tydzień temu.
      Brała tylko dychę od osoby, akurat tyle by kupić sobie na działkę heroiny.
      Martwiło nas czy znajdziemy taką tanią k... jak się skończy, bo widać było że
      słabnie jej organizm. Ostatnio jak obracałem ją w łazience to skuliła się na
      muszli, bo chwyciły ją dreszcze czy co tam innego i trzeba było odwieść ją do
      domu, a Marek był zły, że nie doszło do niego.

      ... cdn.
      • ouzothepryk japonczyk ? 06.12.07, 21:56
        japonczyk naprawde na imie ma Andrzej:

        "Najbardziej głosu narobiło jednak to jak wyjechał do Polski
        Andrzej. Był to
        młody chłopak w wieku 25 lat z sympatyczną żoną Jolą. Próbował tu
        różnych
        rzeczy, ale wszystko kończyło się niewypałem. Raz, wtedy kiedy nie
        wyszedł mu
        pomysł z fotografiką wracał pijany z zakładu i najechał na glinę na
        motorze.
        Poszedł do kicia na miesiąc i wypuścili go za kaucją księdza. Po tym
        miał dość
        biznesu i pracy za 5 dolców. Żona sprzątała w motelu i często widać
        było jak
        ukradkiem wyciera łzy, kiedy idzie do pracy. W Polsce chyba nic nie
        robiła, bo
        Andrzej miał dzianych rodziców, a on sam kręcił walutą. Jeszcze do
        dziś pamiętam
        jak w dzień wyjazdu narobił do basenu i zniszczył pół apartamentu
        wylewając
        zawartość lodówki na posadzkę i ściany.
        - To za wyzysk świniom kapitalistycznym - wytłumaczył jakiś czas
        potem w liściejuż z Polski.
        • japo2 tak ! to Japo !!! 06.12.07, 22:19
          • mrouzo Nie, myślę, że to Polonus5 ! 06.12.07, 22:36
            Na pewno później przeniósł się do Kanady.
            • soup.nazi Re: Nie, myślę, że to Polonus5 ! 07.12.07, 03:58
              Cicho, kagan, dobrze wiemy, ze wysylales smalec i kukulki do Polski (ofycerowi
              prowadzoncemu z "impexmetalu"?). Miedzy innymi dlatego pozniej wyslali cie na
              badania.
          • downunderguy Re:wincyj ryminiscence - switowce puscie forbe. 07.12.07, 04:28
            sie mowi wstyd mo dzirke - ciekavy na ryality od cylybrity spood
            parromatty i tyj z ritza a i tyj subtylnyj z hameryki - gdybym jo
            miol piczke to ho ho...
            • kan_z_oz Re:wincyj ryminiscence - switowce puscie forbe. 07.12.07, 06:13
              downunderguy napisał:

              > sie mowi wstyd mo dzirke - ciekavy na ryality od cylybrity spood
              > parromatty i tyj z ritza a i tyj subtylnyj z hameryki - gdybym jo
              > miol piczke to ho ho...

              ODP: Downunder - domyślam się, że w tej swojej nieuleczalnie
              okaleczonej gwarze jakoś chodzi Ci też m.in. o Kanowe wspomnienia?
              Rozumiem - piątek, przed zakończeniem szychty gdzieś w budynku CBD -
              można się załamać. Cała godzina do wolności...

              Wspomnienia Kanowe w tego okresu czasu są proste i typowo Kanowe;
              W 1989 roku siedząc w Polsce i przyglądając się upadkowi komuny oraz
              wzlotowi demokracji, zaczęłam dochodzić do wniosku, że ta demokracja
              z obrazka magazynu zachodniego oglądana w 1981 roku i ta w wykonaniu
              rodzimym to dwie różne rzeczy.
              Tak więc na początku lat 1990 postanowiłam, wraz z chłopem, że dosyć
              już tych eksperymentów doświadczanych na własnej pupie oraz czekania
              aż będzie lepiej i czas coś zrobić. Coś okazało się ulotką z
              ambasady AU.
              Pojechaliśmy więc osobiście aby 'z okienka' zasiągnąć informacji.
              Okazało się, że jak poczekamy jeszcze parę miesięcy to będziemy mieć
              wystarczającą ilość punktów aby złożyć papiery na emigrację
              wykwalifikowaną. Tak też zrobiliśmy; jak w mordę strzelił; 60
              punktów za studia fikania koziołków. 20 punktów za 3 lata pracy w
              mieścinie w zawodzie nauczyciela, 30 za wiek - przed 29, reszta za
              język. Formalności, tłumaczenia - korespondencja w prawo i lewo. W
              sierpniu 1990 badania lekarskie w Warszawie, w listopadzie wiza -na
              pobyt stały.
              Następnie zamówienie spotkanie na nasze życzenie z konsulem
              australijskim - czyli wybadania źródła jedynego - jakoś strach mnie
              obleciał, że dali.
              Kawa, ciastka oraz mapa Australii na stole. Konsul był z Perth,
              siostra nauczycielka, gdzieś pracowała w okoliczach Broken Hills.
              Jedyne co pamiętam, że było miło...a chłop był normalny, w
              przeciwieństwie do księżniczki 'w okienku' ambasady.

              Zakup biletu lotniczego w LOT w jedną stronę dla 3, z funduszy
              uzyskanych ze sprzedanego mieszkania i w lutym 1992 wio do Sydney.

              Nudne jak cholera - jak widzisz.
              Telefon do kontaktu jedynego z lotniska. Pupa w taksówkę, do inner
              west. Następnie do agenta, banku i popołudnie już w wynajętym
              mieszkaniu. Dwa pokoje z living/dining, kuchnia, łazienka...
              Wieczorem zakupy spożywczo-przemysłowe. Sobota basen oraz relaks
              emigracyjny...

              Od poniedziałku - urzędy, sprawy do załatwienia, itp. czyli normalne
              życie...

              Pozdrawiam
              Kan

    • krupniok_pl ... Emigracja (9) 08.12.07, 00:02
      Ludzie listy piszą...

      Pracowałem kiedyś w Nowym Yorku na rozbiórkach. Robotnikami byli przeważnie
      polscy chłopi, przyzwyczajeni, jak żadna inna narodowość, do bardzo ciężkiej
      pracy. Pracowaliśmy sześć dni w tygodniu po 1dziesięć godzin dziennie.
      Nauczyłem się w tej pracy szacunku i sympatii do tych ludzi mimo ich
      szorstkości, prymitywizmowi i ogromnego pociągu do alkoholu. Niedziela po
      tygodniu pracy przeznaczona była na pójście do kościoła przed którym odbywały
      się spotkania towarzyskie, rozmowy o pracy i możliwości jej znalezienia. Po
      kościele wracaliśmy do swoich miejsc zamieszkania, przy których Bałuty w Łodzi
      zaliczyłbym do dzielnic luksusowych.
      Mieszkania budowane były w amfiladzie czyli jak nazywano na Brooklinie "like a
      subway system". Głównym miejscem spotkań towarzyskich była kuchnia, która
      jednocześnie spełniała rolę jadalni i niestety "pijalni". Z kuchni wchodziło się
      do ubikacji i łazienki, w której była jedynie wanna. Gdy widziało się biegnących
      ludzi na ulicy, wiedziałeś że biegną do stacji kolejki podziemnej, do kuchni w
      mieszkaniu lub do wejścia do ubikacji. Kto dobiegł pierwszy temu wszyscy
      "współspacze" zazdrościli.
      W każdym mieszkaniu mieszkało po 5-ciu lub 6-ciu chłopa. Ważnym elementem kuchni
      była również lodówka i pralka, która pracowała dla wszystkich po kolei.
      W niedzielę robiono obiad wystawny, składkowy. Robili go przeważnie ci co do
      których reszta miała zaufanie że w Polsce nie pracowali przy drogach gotując
      asfalt. Przeważnie był to rosół z kury, a na drugie ziemniaki z kawałkami kury
      "po kąpieli". W rosole pływały ogromne oka tłuszczu a mimo to nie widziało się
      otyłych ludzi.
      Do obiadu musiałeś mieć czyste ręce i czystą koszulę. Nikt o tym nie mówił. To
      się wiedziało.
      Pojadano powoli wymieniając uwagi, kogo spotkało się po kościele i o pracy. Po
      obiedzie był czas pisania listów.
      O tym chcę opowiedzieć!
      Często zapraszano mnie na niedzielne obiady po których przystępowano do
      ceremoniału pisania listów. Byłem wtedy centralną postacią. Pisarzem -
      powiernikiem.
      Odbywało się to w taki sposób.
      Ja zasiadałem przy jednym końcu stołu uprzednio uprzątniętego z okruszyn i
      pokrytego czystym papierem. Obok mnie wysyłający korespondencję. Reszta
      siedziała naprzeciwko z rękoma, wielkimi jak ciężarki w cukrowni, położonymi na
      tym papierze, rozłożonym odświętnie. Słuchali.
      Pytam jak masz na imię, jak mówisz do żony, ile masz dzieci i jakie mają imiona.
      Czy chodzą do szkoły i czy dobrze się uczą. Kogo chcesz pozdrowić z rodziny. Czy
      martwisz się o inwentarz i czy chcesz o tym napisać. Po otrzymaniu tych i innych
      informacji zaczynamy tworzyć list. W liście umieszczone są zapytania o zdrowie
      żony, dzieci i krewnych.
      Jednak nie po to mnie proszono!
      Chodziło o klimat listu. Dodaję wszędzie gdzie tylko można słowa o tęsknocie i
      uczuciu. Wiem, że te słowa, żony będą czytać po dziesięć razy. Są przecież same,
      pełne niepokoju czy chłop nie znalazł sobie innej za ogromnym oceanem, w
      nieznanym pełnym pokus świecie. Nie, na pewno nie. Nie napisałby takiego listu
      do niej i o niej. O dzieciach. Zatroskany o wyniki w nauce. Myśli też po
      gospodarsku o inwentarzu. Pisze, że wróci rychło i wybuduje dom, który jej
      obiecał. Duża kuchnia i łazienka cała w kafelkach. Tynk na zewnątrz szklany -
      błyszczący. Sobie kupi traktor. Widzę w wyobraźni dumę żony i potakiwania
      krewnych przy czytaniu listu.
      Czy potrafisz sobie to wyobrazić Przyjacielu?
      Zamknij oczy i spróbuj. Czy te listy były autentyczne? Oczywiście, że tak. Oni
      tak myśleli, lecz nie umieli lub wstydzili się przelać swoje uczucia na papier.
      W ciągu całego ich życia ciężka praca zabiła ich wrażliwość zamieniając ją na
      wolę przetrwania.
      Przypomina mi się zawód pisania listów w średniowiecznych miastach. Wtedy
      panował powszechny analfabetyzm. Wszyscy moi klienci umieli pisać! Jest jednak
      różnica pomiędzy pisaniem a umiejętnością "wypisywania się". Trzeba służyć innym
      tą umiejętnością, jeżeli się ją ma!
      Zawsze proponowano mi rekompensatę za moją pracę. Przeważnie w "przelewie". To
      fakt. Odmawiałem. Sam czerpałem satysfakcję z tej pracy. Poznawałem ludzi w ich
      najskrytszym wnętrzu. Czysta socjologia.
      Przyjacielu, nie śmiej się z tego co napisałem.
      To jest mój naród, a ja jestem jego.

      ... to be continued
      • prawdziwyzorba Re: ... Emigracja (9) 08.12.07, 00:18
        krupniok_pl napisał:

        Pisze, że wróci rychło i wybuduje dom, który jej obiecał. Duża kuchnia i
        łazienka cała w kafelkach. Tynk na zewnątrz szklany -
        błyszczący. Sobie kupi traktor. Widzę w wyobraźni dumę żony i potakiwania
        krewnych przy czytaniu listu.

        -------

        I co? Postawił ten dom w końcu, czy nie zdążył?
        Bo przy dzisiejszym kursie, to już po zawodach.
        Może chociaż traktor żonie kupił?
        • piss.doff Re: ... Emigracja (9) 08.12.07, 00:20
          a zona traktor sprzedala i wyjechala do mniasta.
    • krupniok_pl ... Emigracja (10) 08.12.07, 21:17
      Było to na samym początku mojego przyjazdu do Ameryki.
      Organizacja "Caritas”, która sponsorowała mój przyjazd nie mogła sobie darować
      mojego lenistwa i załatwiła mi prace. Za 3.50$ miałem produkować meble. Byłem
      szczęśliwy, to moje pierwsza praca w Ameryce. Nie będę skazany na welfare i
      "food stamps"- myślałem sobie.
      Koledzy zazdrośnie spoglądali jak o czwartej rano wstawałem do mojej pierwszej
      pracy. Tylko Zyggi chrapał pijackim snem i pewnie nikt nie mógłby go obudzić,
      nawet trzęsienie ziemi. Umarłby tak jak spal zaśliniony, z kilkudniowym
      zarostem, w butach których zapomniał zdjąć jak gramolił się na swój brudny materac.
      Szczęśliwie nie musiałem zapalać swojego Pontiaca, kilkunastoletni wóz ledwo
      dyszał i trząsł się jak wariat. Ale do tej pory pamiętam jak przyjemnie się
      czułem kiedy byłem kierowca i czułem jak poddaje się mojej woli ,jak z prawie
      odczuwalnym bólem ruszał do przodu wypluwając mgławice dymu.
      Później go straciłem jak w pewien weekend po kilku piwach nie zmieściłem się na
      skarpie i zjechałem do sztucznego jeziora. Kilku rybaków z przerażeniem
      rozpierzchło się na boki i tylko połamane wędki sterczały z pogniecionej
      karoserii. Pamiętam jak dziś, kiedy na trzęsących się nogach czekałem na
      przyjazd policji. Pamiętam ponury jazgot syren straży pożarnej i moje nieskładne
      tłumaczenia z uwagi na słabą znajomość języka.
      I to minęło, mimo tego przerażony konsekwencjami próbowałem znaleźć rozwiązanie
      i myślałem żeby uciec do Europy. Skończyło się tylko na ratach i strachu.
      Ten, kto mnie wiózł to był brygadzistą zmianowym, Amerykanin, który starał się
      mówić wolno i wyraźnie, tylko on jak później się przekonałem znal angielski.
      Firma należała do Kubańczyka, nigdy go nie poznałem. Na hali produkcyjnej
      pracowało przy taśmie 20 Meksykańczyków. Każdy znał swoją pracę. Jeden był
      tłumaczem i jeśli powstał jakiś kłopot to wtedy podchodzili do Mika i połamanym
      angielskim o ciężkim akcencie starał się wyjaśnić problem.
      Do moich obowiązków należało podawać surowe płyty ze sklejki do sporych
      rozmiarów piły. Z drugiej strony odbierał je młody meksykanin - Jose, chłopak w
      wieku 20 lat. Myślę, że był bez papierów, ale widać było ze nie chce stracić tej
      pracy i spocony odbierał te juz okrojone płyty układając je na kupkę.
      Jak się spóźniłem to przez kilka sekund słychać było tylko pisk piły nagle
      oswobodzonej od wysiłku. Podbiegał wtedy Mike z wrzaskiem ze się opieprzam. Obok
      mnie i Jose unosiły się kłęby kurzu, od czasu do czasu ledwo mogłem złapać oddech.
      Jedliśmy na tych niewykończonych meblach, szybko połykając ledwo przezute kęsy.
      Oni swoje taco i burito a ja kanapki z margaryną i kiełbasą.
      Jak wracaliśmy to juz było po piątej, ponad godzina jazdy autostrada 5. Mike
      miał Volksvagen "rabbit". Po podłodze walały się pogniecione puszki po piwie i
      pobrudzone zeschłym ketchupem opakowania po hamburgerach. Musiałem uważać na
      buty, ale czas jazdy był urozmaicony, bo od czasu do czasu, kiedy samochód
      zwalniał z uwagi na korek to wtedy Mike odwracał się na bok, i jeśli ktoś mu nie
      odpowiadał wyglądem to pluł lub gardłowym głosem wykrzykiwał "fuck you".
      Najczęściej zdążało się to jak zobaczył kogoś w garniturze pod krawatem.
      Wytrzymałem tam kilka dni, później juz nie mogłem dłużej mimo tego ze chciałem.
      • downunderguy Re: wisniok jestys jalowy jak tyn rosot z kury... 09.12.07, 02:15
        wsrod nos emigrontow sum tacy ze jyms bond nie dorosto im do pint...
        • bercik48 Re: wisniok jestys jalowy jak tyn rosot z kury... 09.12.07, 03:20
          nie zapome tego jestem a w Rzymie i burak z rzeszowskiego kierunek
          lejanskk
          na liscie jest na holelu jutro leci
          ja go spotykam on jedze na myjke zeby u tluc 50 d
          nie zabijesz tych traktorow
          • waldek.usa Bercik gdzies ty sie podziewal??? 09.12.07, 03:33
            long time no see...
    • krupniok_pl ... Emigracja (11) 09.12.07, 20:24
      Marian to był mój dobry kolega - poznaliśmy się tutaj, na emigracji. Piszę o nim
      w czasie przeszłym, bo Marian już nie żyje. Pewnego dnia upadł i już się nie
      podniósł. Był wtedy trochę podpity i ludzie mówili, że to przez wódkę, ale ja
      myślę, że też trochę przez to, że upadły jego plany i marzenia. W Polsce Marian
      był uznanym fotografikiem. Miał swój sprzęt i często można go było spotkać na
      różnego rodzaju uroczystościach. Miał układ z miejscowym księdzem. Był tym,
      który robił zdjęcia na ślubach i pogrzebach. Pewnego dnia odwiedził go ten
      ksiądz, już tu w USA. Ksiądz przyjechał za swoją kobietą, ale ta jego kobieta
      nie chciała już z nim być. Wolny czas między mszami, które odprawiał w polskiej
      parafii w Los Angeles spędzał przy wódce. Po kilku tygodniach wrócił do siebie
      do Polski, bo doszedł do wniosku, że lepiej tam "gdzie wszystko jest za frajer".
      Marian natomiast przyjechał do Ameryki, bo chciał mieć więcej. Zaraz na początku
      spróbował otworzyć "warsztat", ale pomysł nie wypalił i Marian zbankrutował. Od
      tego czasu Marian zaczął pić. Kiedyś jeszcze, gdy warsztat był czynny, ale już
      było wiadomo, że nie długo, Marian najechał samochodem na policjanta i za to
      spędził 30 dni w areszcie. Już wiedział, że to koniec, więc uspakajał nerwy
      wódką. Gdyby Marian nie poszedł siedzieć, "warsztat" zamknąłby się jeszcze
      wcześniej. Gdy Marian pracował - rzadko bywał w domu. W nim siedziała jego żona
      z córka. Czekały aż wróci. Od czasu do czasu jechaliśmy z żoną Mariana w góry.
      Marian się tym cieszył. Cieszyłem się i ja. Jego żona była zadowolona, bo
      zmęczony Marian nie miał ochoty się gdziekolwiek ruszać, a ja młody, spragniony
      byłem przygód
      Miałem mały namiot. Jechaliśmy w te góry zobaczyć las i wodę, odetchnąć świeżym
      powietrzem i wypić wino. Ona lubiła słodkie i mocne bełty - "Midnight Train" lub
      "Crazy Horse" po trzy dolary za flaszkę. Po nich szło łatwiej, a ja ciągle się
      zastanawiałem jak to jest, że jej córka Ania nic nie słyszy. Miała wówczas
      siedem lat. Myślę, że ona wszystko słyszała, bo żona Mariana była bardzo głośna
      i dyszała jak lokomotywa. Chyba było jej obojętne, co Ania słyszy. Pamiętam
      dobrze jak się namiot kołysał, gdy ona zawadzała głową o sufit. Może dlatego tak
      wcześnie Ania zaczęła wymykać się z domu. Dobrze się złożyło, że Marian już się
      nie dowiedział o tym, że jego córka w wieku 15 lat zaszła w ciążę. Urodziła
      nawet ładne dziecko. Ojcem był murzyn, więc dziecko miało oliwkową karnację.
      Później murzyn się ulotnił, a wychowaniem dziecka zajęła się matka Ani. Marian
      pracował jako dozorca i dodatkowo naprawiał uszkodzoną kanalizację lub stolarkę.
      Proste naprawy, i dzięki temu miał bezpłatne mieszkanie i tysiąc dolarów
      miesięcznie. Jego żona sprzątała i czyściła opuszczone mieszkania, żeby
      przygotować je do ponownego wynajęcia. Miejsce nie było zbyt dobre, lecz Marian
      nie miał wyboru. Była to południowa część Long Beach, brudna i w 70% zamieszkała
      przez ubogich murzynów. W nocy często słychać było strzały i krzyki. Nie raz
      żonie Mariana przyszło sprzątać mieszkanie, w którym odbyła się strzelanina.
      Długo szorowała zanim zeszły brunatne plamy ze ścian, a znaczną część wykładziny
      dywanowej trzeba było wymienić na nową.
      Pamiętam, że była to sobota. Środek lata i mimo zbliżającego się wieczoru było
      tak gorąco że czułem jak koszula przylepia mi się do pleców. Gdy przyjechałem,
      Marian siedział już wstawiony i kiwał się wprzód, i do tyłu. Wprzód, i do tyłu.
      Obok niego siedział Bogdan od sześciu lat w USA. Z Bogdanem przyjechała do
      Mariana Ewa, kolejna dziewczyna z Polski. Bogdan bezskutecznie, już od dłuższego
      czasu szukał żony. Po rozwodzie szukał jej w Polsce. Ale kolejne kandydatki
      szybko odjeżdżały, gdy tylko połapały się, że Bogdan nie ma domu ani Mercedesa,
      a perspektywa sprzątania czyichś śmieci nie była w ich planach. Tym razem Bogdan
      wierzył, że Ewa jest właśnie tą, która go bezinteresownie kocha. Dla mnie była
      to kolejna pomyłka. Ewa miała na sobie dużo złota i makijażu. I udawała wielką
      panią, a może nią była - któż to wie. Bogdan przy niej dziwnie wyglądał, ze
      swoimi brudnymi paznokciami, ubrany w krótkie spodenki i Adidasy. Co jakiś czas
      nerwowo sięgał po swojego Budwaisera i pociągał kilka łyków. Na lekko już
      łysawej głowie perliły się krople potu. Z kuchni dobiegały dźwięki krzątającej
      się żony Mariana. Były to jego urodziny i zjechało się sporo osób. Ze mną
      przyjechał Stachu i Marek. Stachu ostatnio nie miał humoru, bo wpadł w sklepie
      na kradzieży kaset. Często jeździliśmy razem i ja go kryłem, ale tamtego razu
      przegapiliśmy kamerę, no i było trochę wstydu, gdy zabrano go na zaplecze. Teraz
      musi zapłacić 500 dolców. Myślę, że trochę przesadził, bo kilka kaset
      niemieszczących się pod koszulą wypadło mu na podłogę. To chyba przez to go
      nakryli. Później złapano też Piotra jak kradł maszynkę do golenia, i Jurka, ale
      ten kradł jedzenie. Było to po tym, gdy go wywalili z pracy za to że nie stawił
      się po weekendzie. Zatrzymał go kac, i tak zabrakło mu na życie. On lubił
      kobiety. Co sobota jeździł po dyskotekach, a to sporo kosztowało. Nie miał
      żadnych oszczędności. Więc szedł do Luckiego lub Vonsa i brał wędliny lub sery.
      Później się gdzieś wyniósł i słuch o nim zaginął. Mówią, że poznał jakąs
      Meksykankę i pracuje jako malarz w San Diego.
      Zabrakło Malaki - tak go przezywaliśmy. On był częstym gościem u Mariana.
      Przyjechał z Grecji, z ostatnią większą falą polskich emigrantów - po
      internowanych. Malaka w Polsce pracował jako murarz. Tam zostawił żonę i syna.
      Przyjechał do Kalifornii zarobić na mieszkanie. Jeszcze rok temu nie pił, bo
      miał wszyte lekarstwo, ale ono przestało już działać i Malaka przestał panować
      nad swoim organizmem. Szczególnie wówczas, gdy żona zbyt natarczywie upominała
      się o te dolary. Malaka już zdążył się przekonać, że nie jest łatwo je zarobić,
      gdy się było murarzem w kraju. Tam buduje się z drewna i cegły, ale ona tego nie
      rozumiała. Może już miała drugiego chłopa, bo Malaka bardzo się zmienił po tym
      jak otrzymał list od brata. Wtedy zaczął pić. Trwało to dwa tygodnie. Do
      momentu, kiedy znaleźliśmy go martwego w samochodzie. Przed sklepem, z którego,
      gdy mu się skończyły pieniądze, wynosił wódkę. Chował piersiówki w skarpetkach.
      Później spalono go na koszt miasta, a podobno koledzy zrobili składkę na
      wysłanie prochów rodzinie.
      Z zamyślenia wyrwało mnie poklepywanie Marka. W palcach skręcał peta z trawy i
      kiwnięciem głowy zachęcał, by wyjść przyjarać. Powiedziałem mu, że dopiero gdy
      podadzą jedzenie. On nie był cierpliwy. Po drugiej stronie stołu siedział Maciek
      z Wandą. Wtedy jeszcze pracowaliśmy w tej samej firmie, później przyszły
      zwolnienia i Macka zwolnili. Miał już za wysoką stawkę jak na to, co robił.
      Wanda masowała swój spuchnięty palec. W Polsce pracowała w szkole, a tutaj
      produkowała gumowe uszczelki i od tego narósł jej na palcu jakiś guz. Mówili, że
      trzeba będzie wycinać. Wtedy Wanda lubiła grać w gry losowe. Później
      zbankrutowała, gdy nakupiła towaru za ponad 10 tyś dolarów, takie zupełnie
      niepotrzebne nikomu rzeczy. Tego wymagała obietnica wygrania miliona. Ona grała,
      bo miała już dosyć tej biedy, i tego jak pijany Maciek walił ją w głowę. Maciek
      winił ją za swe niepowodzenia, a ona od czasu do czasu dostawała jakiś drgawek,
      padała wtedy na podłogę i wiła się po kilka minut wyjąc przy tym jak dzikie
      zwierzę. O tym dowiedziałem się jednak o wiele później, wówczas Józek już z nią
      nie mieszkał. Gdy stracił pracę to wyniósł się z domu. Sparaliżowało mu z tych
      nerwów lewą część twarzy, ale po kilku miesiącach trochę to ustąpiło. Pracuje
      teraz na dwa etaty w stołówce szkolnej.
      Znów czuję jak Marek klepie mnie po plecach. Chyba się skuszę na tą trawę.

      ... cdn
    • qwardian Re: Emigracja 09.12.07, 20:40
      To już stary reportaż, czytałem go lata wstecz napisany przez jakąś
      dziennikarzynę Wyborczej, pewnie Lizuta na potrzeby leczenia
      własnych kompleksów. Wspomnienia wydarzeń 1981 roku, z Traiskirchen
      i Goetzendorfu oraz historie emigrantów, to pewnie jedne z najlepiej
      notowanych na necie i starannie opisywane. Muszę przyznać dość
      wiernie oddające rzeczywistość, ale cyniczne wstawki dość jasno
      oddają cel i intencje tego rodzaju materiałów, mają wywołać u nas
      kompleks itp. Ja akurat mieszkałem w budynku o którym się tu
      wspomina, bo tylko w nim mieszkały kobiety, a dokładnie trzy, z tym,
      że były to dwie siostry z drugiego piętra, z gościem z Alfa Romeo,
      natomiast prawie naprzeciw moich drzwi mieszkała dziewczyna, o
      której tu piszą, bardzo atrakcyjna, z facetem przystojnym, ale
      niezbyt zaradnym i nie wiodło im się najlepiej, ale o sprzedawaniu
      się nie było mowy, bo sam bym o tym wiedział. Wspomniane grzałki do
      wody z żyletki sami używaliśmy, byliśmy świetnie zorganizowani, ci
      niepracujący np. odbierali dania w stołówce tym pracującym, były
      dyżury od węgla, pieca, sprzątania. Informacje z Wiednia, z ambasad
      mieliśmy na bieżąco, jeździliśmy regularnie do Traichu
      (Traiskirchen), do Wiednia, organizacji sponsorujących, ambasady
      RPA, jeździłem ze Ślązakami dla towarzystwa do ambasady niemieckiej,
      i do szeregu innych. Tak był spory margines, element przestępczy,
      niejedna moja paczka do Polski zawierała kradziony towar z
      austriackich supermarketów, które odkupywałem, w Traichu w jednym z
      pomieszczeń mieszkała mafia tzw. giganty ze Szczecina. Sporo osób
      miało samochody pozostawiane potem prze3d wyjazdem, sporo ludzi
      zostało w Austrii na zawsze. Ja pojechałem do RPA, za własne
      zarobione pieniądze, zwykłym samolotem rejsowym SAA z doskonałym
      winem, jedzeniem, prosto do pracy. Bez azylu jako emigrant
      gospodarczy, dzięki cze3mu szybko otrzymałem paszport konsularny.
      Dzięki temu nie było mi dane zaczynać za 3.50 $ na godzinę w NY, ale
      w końcu i tak tam się znalazłem, na innych warunkach, ale zaliczyłem
      Wiliamsburg, Greenpoint i Queens, czyli normalne emigranckie
      sypialnie, każdy Polak pracował z tego co pamiętam od obiboków
      począwszy do ambitnych normalnych ludzi, przy czym dał się zauważyć
      pewnego rodzaju dylemat, jak to długo należy ciągnąć, wielu
      powracało, zwłaszcza ci, którzy coś tam zostawili, lub którym coś
      pozostawiono. Wysyłali przez lata pieniądze, w zamian na powrót
      czekało na nich mieszkanie na Mokotowie, czy Ochocie, kiedyś nie
      bardzo doceniane, dzisiaj skarb. Autor nie może być wiarygodny,
      pisze, że miał dwóje na świadectwie, następnie redagował listy,
      teraz po latach posługuje się nienaganną polszczyzną. Zdecydowana
      większość Polaków, z którą miałem styczność to osoby zaradne i w
      miarę dorobione, ponieważ Zachód nie oferuje nic z wyjątkiem kariery
      i pieniędzy, Polacy bez protestu uczestniczyli w szczurzym wyścigu,
      dostosowując się do ogółu. Gdyby w 1981 roku kraje tzw. dziewiątki
      europejskiej przyjmowały nieograniczone ilości Polaków,
      przypuszczam, że większość pozostałaby na starym kontynencie. Nie
      wiedzieliby wtedy jak bardzo Europa jest atrakcyjna w stosunku do
      reszty naszego globu.
      • al-kochol Re: Emigracja 10.12.07, 06:14
        > w Traichu w jednym z pomieszczeń mieszkała mafia tzw. giganty ze
        Szczecina

        po tym jak przywieziono mnie wraz z grupka azylantow mikrobusem na
        pensjonat w Styrii pod Tyrolem, to okazalo sie ze wymieniamy jakichs
        ludzi ze Szczecina, obojga plci, z ktorymi spokojna austriacka wies
        nie wytrzymywala; zaladowano ich na ten sam mikrobus w droge
        powrotna do Traichu... czyzby to byli ci giganci?
    • qwardian Re: Emigracja 09.12.07, 21:34
      To już stary reportaż, czytałem go lata wstecz napisany przez jakąś
      dziennikarzynę Wyborczej, pewnie Lizuta na potrzeby leczenia
      własnych kompleksów. Wspomnienia wydarzeń 1981 roku, z Traiskirchen
      i Goetzendorfu oraz historie emigrantów, to pewnie jedne z najlepiej
      notowanych na necie i starannie opisywane. Muszę przyznać dość
      wiernie oddające rzeczywistość, ale cyniczne wstawki dość jasno
      oddają cel i intencje tego rodzaju materiałów, mają wywołać u nas
      kompleks itp. Ja akurat mieszkałem w budynku o którym się tu
      wspomina, bo tylko w nim mieszkały kobiety, a dokładnie trzy, z tym,
      że były to dwie siostry z drugiego piętra, z gościem z Alfa Romeo,
      natomiast prawie naprzeciw moich drzwi mieszkała dziewczyna, o
      której tu piszą, bardzo atrakcyjna, z facetem przystojnym, ale
      niezbyt zaradnym i nie wiodło im się najlepiej, ale o sprzedawaniu
      się nie było mowy, bo sam bym o tym wiedział. Wspomniane grzałki do
      wody z żyletki sami używaliśmy, byliśmy świetnie zorganizowani, ci
      niepracujący np. odbierali dania w stołówce tym pracującym, były
      dyżury od węgla, pieca, sprzątania. Informacje z Wiednia, z ambasad
      mieliśmy na bieżąco, jeździliśmy regularnie do Traichu
      (Traiskirchen), do Wiednia, organizacji sponsorujących, ambasady
      RPA, jeździłem ze Ślązakami dla towarzystwa do ambasady niemieckiej,
      i do szeregu innych. Tak był spory margines, element przestępczy,
      niejedna moja paczka do Polski zawierała kradziony towar z
      austriackich supermarketów, które odkupywałem, w Traichu w jednym z
      pomieszczeń mieszkała mafia tzw. giganty ze Szczecina. Sporo osób
      miało samochody pozostawiane potem prze3d wyjazdem, sporo ludzi
      zostało w Austrii na zawsze. Ja pojechałem do RPA, za własne
      zarobione pieniądze, zwykłym samolotem rejsowym SAA z doskonałym
      winem, jedzeniem, prosto do pracy. Bez azylu jako emigrant
      gospodarczy, dzięki cze3mu szybko otrzymałem paszport konsularny.
      Dzięki temu nie było mi dane zaczynać za 3.50 $ na godzinę w NY, ale
      w końcu i tak tam się znalazłem, na innych warunkach, ale zaliczyłem
      Wiliamsburg, Greenpoint i Queens, czyli normalne emigranckie
      sypialnie, każdy Polak pracował z tego co pamiętam od obiboków
      począwszy do ambitnych normalnych ludzi, przy czym dał się zauważyć
      pewnego rodzaju dylemat, jak to długo należy ciągnąć, wielu
      powracało, zwłaszcza ci, którzy coś tam zostawili, lub którym coś
      pozostawiono. Wysyłali przez lata pieniądze, w zamian na powrót
      czekało na nich mieszkanie na Mokotowie, czy Ochocie, kiedyś nie
      bardzo doceniane, dzisiaj skarb. Autor nie może być wiarygodny,
      pisze, że miał dwóje na świadectwie, następnie redagował listy,
      teraz po latach posługuje się nienaganną polszczyzną. Zdecydowana
      większość Polaków, z którą miałem styczność to osoby zaradne i w
      miarę dorobione, ponieważ Zachód nie oferuje nic z wyjątkiem kariery
      i pieniędzy, Polacy bez protestu uczestniczyli w szczurzym wyścigu,
      dostosowując się do ogółu. Gdyby w 1981 roku kraje tzw. dziewiątki
      europejskiej przyjmowały nieograniczone ilości Polaków,
      przypuszczam, że większość pozostałaby na starym kontynencie. Nie
      wiedzieliby wtedy jak bardzo Europa jest atrakcyjna w stosunku do
      reszty naszego globu.
      • al-kochol Re: Emigracja 10.12.07, 06:01
        Traiskirchen czy Goetzendorf to latwy temat, nawet dla dziennikarza
        GW
    • artur666 Emigruje na tydzien do Slowacji. 09.12.07, 23:47
      Emigruje z Niemiec na mistrzostwa swiata w Biathlonie w Slowacji.
      Ciezka ta emigracja jak cholera. smile
      pa pa
      • piss.doff Re: Emigruje na tydzien do Slowacji. 09.12.07, 23:57
        zrob reportaz z powrotu!! To jest fascynujaca dziedzina sportu!!!
        • artur666 Re: Emigruje na tydzien do Slowacji. 10.12.07, 00:59
          ok
          • piss.doff Re: Emigruje na tydzien do Slowacji. 10.12.07, 07:18
            smile
    • piss.doff krupnik 10.12.07, 00:09
      gdzie jest ta rzezba:
      www.najmici.net/szukalski/ilustracje/papiez_b.gif
    • soup.nazi A ja lubie ten serial! 10.12.07, 00:13
      Krupniok, pisz dalej, nie ma co ukrywac, ze tak wyglada/la, powazna byc moze
      nawet wieksza czesc emigracji polskiej lat 80 i jej losy. To jest wlasnie czesc
      genetycznie obciazona syndromem pszenno-buraczanym, nie ma co ukrywac. To jest
      ta czesc emigracji, od ktorej spjerdalaliscie w podskokach (i ja tez) - w kraju,
      kiedy jeszcze nie byla emigracja, w krajach przejsciowych, gdzie szyla berety i
      gumofilce az gwizdalo, bo "po nas to potop" i na koncu gdy wyladowala w
      czelusciach Jackowow, Grimpointow, Misisag i jakkolwiek tam sie nazywa
      najwieksze polskie getto w Australii, pol biedy jak nie z ryjem w butelce.
      Powiedzmy sobie szczerze, burak polski jest gatunkiem krajowym i zagranicznym
      and once a burak, always a burak.
      • harlista Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 02:45
        Nie wszyscy doszli do etapu buractwa. Niektorzy zatrzymali sie na etapie kundli.
        Byli kundlami w prl-u, byli kundlami za granica, wrocili przesrawszy zycie i
        szanse do rodzinnej budy jako kundle.
        Na roznych etapach byli: zawszonymi kundlami, zapchlonymi, czy parszywymi
        kundlami , ale zawsze kundlami i tylko kundlami.
        A kundel ma to do siebie ze ugryc nie moze to przynajmniej powarczy i poszczeka
        z bezpiecznej odleglosci na tych ktorym sie powiodlo.
        Bo tak jest mentalnosc kundla

        PS. Moj ulubiony zawszony kundel - daj glos
        Mowisz ze nie?
        Oj dasz, dasz. smile
        • soup.nazi Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 07:04
          Kundel to dobry dodatek do spectrum okreslen Polakow krajowych i zagranicznych.
          Burak czyli prostak, moze byc pracowity, wytrwaly i do jakiegos poziomu
          materialnego rowniez dojsc. Poza tym prostak, choc prostak ma tez czesto jakis
          kregoslup moralno-etyczny w kwestii kradziezy po sklepach, podkladania swini,
          chlania gorzaly, rzygania publicznie, etc. Poza tym funkcjonuja najrozniejsze
          hybrydy.
      • al-kochol Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 05:58
        # i jakkolwiek tam sie nazywa najwieksze polskie getto w Australii #

        rzecz w tym ze w Australii nie ma polskiego getta; moze to dla
        ciebie nazisto kanadyjski z lekka niezrozumiale, ale po prostu nie
        ma i juz
        • soup.nazi Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 06:33
          al-kochol napisał:

          > # i jakkolwiek tam sie nazywa najwieksze polskie getto w Australii #
          >
          > rzecz w tym ze w Australii nie ma polskiego getta; moze to dla
          > ciebie nazisto kanadyjski z lekka niezrozumiale, ale po prostu nie
          > ma i juz

          Jest, jest - nie w takim znaczeniu jak tragedie zwane Jackowem i Grim
          (nomen-omen) pointem, ale sa skupiska gdzie Polacy, tacy jak ci opisani w
          wywiadzie z kims z Australii, ale w takim jak Mississauga pod Toronto, gdzie nie
          ma slumsow, a Polacy mieszkaja w normalnych domach i wykonuja normalne prace, i
          wcale nie sa jedyna grupa etniczna, ktora je zamieszkuje, ale pewna
          hermetycznosc duzego skupiska/kolonii jest. I zaloze sie, ze jest takie miejsce
          w Australii.

          >
          • al-kochol Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 06:45
            co do Australii, mylisz sie!! owszem jest jakis dom starcow na
            oplotkach Sydney prowadzony przez jakies polskie zakonnice...ale
            zeby nazywac to polskim gettem... owszem byly kiedys w Sydney jakies
            skupiska polskie, np w Ashfield (dzis skupisko inteligencji z
            Sajgonu), albo w Bankstown (dzis opanowane przez Arabow)... w innych
            australijskich miastach jest z tzw "polskimi dzielnicami" jeszcze
            slabiej
            • soup.nazi Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 06:59
              al-kochol napisał:

              > co do Australii, mylisz sie!!

              Mysle, ze nie. Ale musialbys zobaczyc Mississauge, zeby miec pojecie jak to
              wyglada, i porownac. Poza tym - nic dziwnego, ze sa mniejsze, popatrz na
              populacje CAN i AU, i proporcjonalna do niej, liczbe imigrantow polskich w
              ostatnich n latach. Polacy lubia sie skupiac, choc nie wszyscy.
              • al-kochol Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 07:13
                w Mississauga to wy macie prezydenta elektronika Tyminskiego!! u nas
                tylko co najwyzej artysci... najpierw skupiali sie przy Bondi Beach
                a pozniej Coogee Beach... u boku jednego mlodego aktora (tu robil za
                rezysera), ktory do Australii przylecial prosto z wiezienia przy
                ulicy Montelupich w Krakowie, debiutowala Kate Blanchett
                • al-kochol Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 10:17
                  June 17th, 1994:
                  "A 1992 NIDA graduate, Blanchett has already been recognised as an
                  actor of particular promise, and here she gracefully forges her
                  claim further. But the night goes, as it should, to Lech
                  Mackiewicz's Franz Kafka. This gifted graduate from one of Poland's
                  leading theatre schools shares Kafka's dark European looks, and the
                  nervous stutter and tubercular cough appear easy; but what's really
                  special is the credibility with which Mackiewicz maps out the pain
                  and struggle of an artist attempting to overcome personal
                  shortcomings and a hostile environment to make his or her life's
                  work."
                  www.geocities.com/Hollywood/Land/9730/kafta.html
      • piss.doff Re: A ja lubie ten serial! 10.12.07, 07:23
        chyba mialem szczescie w zyciu bo jak dotad los oszczedzil mi takich
        niespodzianek z kundlami czy burakami a wrecz przeciwnie. Otarlem
        sie tylko raz o sfore takich lecac tym samym samolotem i pozniej w
        restauracji gdzie przypdakowo obok mojego stolika siedzial taki pan
        z rodzina ktory dostal szalu na caly glos az sie ludzie popatrzyli
        jak wspomnialem ze solidarnosc dala doopy. Bo to na forum to sie
        chyba nie liczy.
    • ratpole Bullshit czyli Radio Erewan nadaje dla Polonii 10.12.07, 05:24
      Porownajcie sobie:

      Emigracja 8
      ====
      Najbardziej głosu narobiło jednak to jak wyjechał do Polski Andrzej. Był to
      młody chłopak w wieku 25 lat z sympatyczną żoną Jolą. Próbował tu różnych
      rzeczy, ale wszystko kończyło się niewypałem. Raz, wtedy kiedy nie wyszedł mu
      pomysł z fotografiką wracał pijany z zakładu i najechał na glinę na motorze.
      Poszedł do kicia na miesiąc i wypuścili go za kaucją księdza. Po tym miał dość
      biznesu i pracy za 5 dolców. Żona sprzątała w motelu i często widać było jak
      ukradkiem wyciera łzy, kiedy idzie do pracy.

      Emigracja 11
      ====
      Marian to był mój dobry kolega - poznaliśmy się tutaj, na emigracji. Piszę o nim
      w czasie przeszłym, bo Marian już nie żyje. Pewnego dnia upadł i już się nie
      podniósł. Był wtedy trochę podpity i ludzie mówili, że to przez wódkę, ale ja
      myślę, że też trochę przez to, że upadły jego plany i marzenia. W Polsce Marian
      był uznanym fotografikiem. Miał swój sprzęt i często można go było spotkać na
      różnego rodzaju uroczystościach. Miał układ z miejscowym księdzem. Był tym,
      który robił zdjęcia na ślubach i pogrzebach. Pewnego dnia odwiedził go ten
      ksiądz, już tu w USA. Ksiądz przyjechał za swoją kobietą, ale ta jego kobieta
      nie chciała już z nim być. Wolny czas między mszami, które odprawiał w polskiej
      parafii w Los Angeles spędzał przy wódce. Po kilku tygodniach wrócił do siebie
      do Polski, bo doszedł do wniosku, że lepiej tam "gdzie wszystko jest za frajer".
      Marian natomiast przyjechał do Ameryki, bo chciał mieć więcej. Zaraz na początku
      spróbował otworzyć "warsztat", ale pomysł nie wypalił i Marian zbankrutował. Od
      tego czasu Marian zaczął pić. Kiedyś jeszcze, gdy warsztat był czynny, ale już
      było wiadomo, że nie długo, Marian najechał samochodem na policjanta i za to
      spędził 30 dni w areszcie.
      • piss.doff Re: Bullshit czyli Radio Erewan nadaje dla Poloni 10.12.07, 07:27
        dobre, facet konfabuluje jak sam Sabala. Sciagnij te jego strone a
        zobaczysz zdjecia jego i jego kaprawej rodzinki.
    • krupniok_pl ... Emigracja (12) 10.12.07, 18:13
      Rano dzwoniła Zosia w sprawie listów z Polski. Zosia z nami prawie nie mieszka,
      to znaczy mieszka, ale tylko przez dwie noce w miesiącu. Przez pozostałe dni i
      noce pracuje jako pomoc domowa, czyli opiekunka albo dziewczyna do wszystkiego u
      pewnej starej Amerykanki, która wcale nie jest zamożna, ale stać ją na pomoc o
      imieniu Zosia.
      U nas Zosia wynajmuje mieszkanie, a raczej łóżko w piwnicy i tak na dobrą
      sprawę to nie potrzebuje mieszkania, ale woli się - jak to mówi czasem z nami,
      czyli z Polakami, rozprężyć i pogadać po dniach i nocach pracy. Być zamkniętym
      przez 24 godziny na dobę w jednym pomieszczeniu ze starą osobą i umierającą nie
      tylko ze starości, ale na jakieś choroby, na których znają się tylko lekarze, bo
      oni biorą za to wielkie pieniądze nie jest łatwo. Na dodatek, jeśli ta chora
      osoba nie mówi po polsku i ani jednego słowa nie rozumie - to już pełne
      więzienie, nawet gorzej niż więzienie, bo więzień z więźniem może sobie od czasu
      do czasu pogadać. Kiedyś były czasy, że Zosia mogła sobie pogadać przez telefon,
      co robiła przez kilka godzin najpierw tygodniowo, a później dziennie, ale teraz
      jej zabroniono używać telefonu. Tylko w nagłych przypadkach - powiedziała córka
      starszej pani a jej obecna właścicielka.
      Zosia dobrze zarabia, bo 300 dolarów na tydzień, tj. na siedem dni. Inni mówią,
      że za taką pracę powinna mieć ze 450 dolarów, ale kto dzisiaj płaci takie
      pieniądze emigrantom, na dodatek bez pozwolenia do pracy. Niech się cieszy, że w
      ogóle ma jakąś tam pracę, przecież w Polsce takich pieniędzy w życiu by nie
      zarobiła a ta zakichana Ameryka stworzyła jej raj, więc niech korzysta ile tylko
      może, więcej już tutaj nie przyjedzie, więc raz kozie śmierć.
      Zosia zawsze, gdy ma wolne, przyjeżdża z dużą butelką taniej wódki, na taką
      butelkę tutaj mówi się ucho, bo jest wielka jak łeb konia i ma uchwyt, który
      może przypominać ucho, w szczególności gdy zobaczy się tej butelki dno. Pan
      Marek i Zenek towarzyszą jej w nocnych rozmowach, aż do świtu. Chłopcy lubią
      wypić, a Zosia pogadać. Poza tym chłopaki są bez bab a Zosia bez chłopa, ma się
      rozumieć krew nie woda, majtki nie pokrzywy. Więc wszystko w porządku "wilk syty
      i owca cała". Wszyscy lubimy Zosię, gdyż jest wesoła i uśmiechnięta, nawet, co
      niektóre panie w naszym sąsiedztwie to jej zazdroszczą, bo "ta dopiero ma
      życie". O nic się nie musi martwić, za nic nie płaci, a w pracy śpi, albo ogląda
      telewizor, a stara Amerykanka i tak nikomu nic nie powie, bo już prawie nie
      mówi, zresztą kto to słyszał, za takie pieniądze co płacą Zosi, nikogo lepszego
      nie znajdą. To dopiero trafiła się Zosi Ameryka, wszyscy z nią grzecznie,
      wszyscy traktują ją poważnie, słuchają co tam z siebie po angielsku wyduka i za
      to dostaje raz na dwa tygodnie czek na 600 dolców, które od razu zanosi do
      banku. Te 600 dolców, to już co niektórych denerwuje.
      Najgorzej jest z Zosią, gdy upije się bez humoru na czarno. Wtedy płacze i
      wymachuje pięściami, staje się wulgarna i obrzydliwie dokucza ludziom, poniżając
      ich mówiąc o sobie jak o lepszej i to jeszcze ważniejszej wykrzykuje, że za
      komuny to była panią, pracowała w Poznaniu w firmie jakiejś tam
      architektonicznej czy biurze projektów. Mąż jej był wysokim komunistą, bo nawet
      dosłużył się stopnia pułkownika w wojsku i czegoś tam w szkole uczył żołnierzy.
      Pijana płacze i się uskarża na swój podły los pomocy domowej, jakby, kto był
      winny, że jest babą do wszystkiego. Co niektórzy mówią, że to wódka przez nią
      "płacze". Wódka jej pomaga i rozluźnia ją, jest jej dobrym przyjacielem, przed
      którym Zosia się spowiada: córka teraz z trzecim dzieckiem chodzi, nie pracuje,
      kto jej pomoże jak nie ja? Zięć inżynier, ale mało zarabia, mąż na wojskowej
      emeryturze, żeby nie moja Ameryka - wnuki nie miały by butów do szkoły, cóż
      dopiero mówić o mieszkaniu czy samochodzie. O pracy w komunie mówi z dumą i dozą
      chwały, ale teraz to ledwo na chleb wystarcza - dodaje. Dobrze, że ta Ameryka mi
      się teraz trafiła, inaczej wszyscy musieliby wbić zęby w ścianę i żreć kit z okien.
      Dobrze, dobrze już tak nie narzekaj - mówią do niej inne baby - w Polsce nie
      jest tak źle, choć za komuny było lepiej, a takie czerwone świnie jak ty żyły
      tam ponad stan, a na dodatek i tutaj w Ameryce szczęście cię nie opuszcza i
      faktycznie ta Ameryka trafiła się jak ślepej kurze ziarnko. Za łóżko w piwnicy
      płacisz prawie nic, masz dwóch gachów, którzy są w wieku twojej córki, stara
      jesteś i jakaś nawet czarownica, wcale jeszcze nie taka spracowana i masz ładną
      figurę, a na dodatek rzuciłaś jakiś czar czy urok na chłopaków, bo nie mogą się
      doczekać, kiedy tylko do domu przyjedziesz na noc. W Polsce o takich chłopakach
      nawet by nie mogła pomarzyć, a tutaj proszę bardzo, patrzysz na nich śmiało i
      wyzywająco. To, czego byś tam nie robiła, tutaj traktujesz jako swoją osobistą
      wolność, i wara komu do tego co ty tam wyrabiasz. Wrócisz do domu znowu będziesz
      aniołkiem, ale zanim to nastąpi, to kabzę nabijasz jak tylko możesz, posyłasz
      kasę do domu co miesiąc, więc oni tam modlą się za twoje zdrowie i proszą Pana
      Boga, abyś była tutaj jak najdłużej, tylko nie pij tyle co świnia, bo wytrzymać
      z tobą nie można, i tych twoich mądrości, co to ty Polsce nie miałaś, albo nie
      masz i jaki to był ważny ten twój mąż komunista wojskowy, który teraz jest stary
      i ledwo nogami może powłóczyć.
      - Jutro rano muszę wcześnie wstać - odpowiedziała Zosia - udając jakby ta gadka
      wcale nie była do niej, - tak się uodporniła na gadanie. Wy śpicie a ja spać nie
      mogę, bo na tym wszystkim rozmyślam, poza tym muszę się jeszcze napić z
      chłopakami, a przy okazji omówić parę spraw, po dwóch tygodniach milczenia ma
      człowiek o czym rozmawiać, poza tym stare ciało kobiety umierającej, z której
      cieknie krew, kał, ślina, mocz, ropa, wycieka takie coś co ludzie nazywają
      życiem a ja gównem, dobrze nie nastraja do życia. Czuję jakby część mojej duszy
      już we mnie umarła, stałam się innym człowiekiem, chcę cieszyć się z życia, chcę
      się radować życiem, dopóki jest jeszcze czas i pora. Wam radzę też tak róbcie,
      jesteście tutaj same, skazane na ogromną samotność, rodzina w Polsce pieniądz
      dostaje, czy to mało, swój haracz płacimy i to jest wysoka cena.

      ... to be continued
      • ratpole To mi sie podoba n/t 10.12.07, 18:22
        krupniok_pl napisał:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka