oldragon
03.01.05, 11:14
Wiatr ucichł nagle. Wiosła spokojnymi ruchami odmierzały dystans do
odległej wciąż, choć dobrze widocznej przystani. Przy burcie, w stroju
niespotykanym w tych stronach, stał ktoś, z zaciekawieniem przyglądając się
gładkim wodom zatoki.
Pięknej zatoki, w pełni zasługującej na swoją nazwę. Po obu stronach
oznaczonego toru wodnego wznosiły się wysokie, poszarpane pasma skalistych
gór, w których nieoczekiwanie, na zachodnim krańcu widniała szczerba,
sięgająca wody. Przez nią, kilkanaście minut wcześniej, wpłynął na ciche wody
mały jednomasztowiec, kierując się za znakami na południowy wschód, ku
niewielkiej, zielonej plamie, kontrastującej z surowością pobliskich skał.
- Cicha Zatoka, panie, i Cicha Dolina za nią, w południe będziemy na miejscu.-
Tęgi właściciel statku zagadnął milczącego podróżnego. - Nie zabawimy tu
długo. Wyładujemy tylko waszą łódkę i zabierzemy jedną rodzinę. Wypływamy nie
czekając na kłopoty.
- Nie mówisz nic o zapłacie, dobry człowieku, czyżbyś zapomniał? - podróżny
uśmiechnął się.
- Nie, panie, kupiec nie zapomina. Nie wiem tylko, czy to wy mnie, czy ja wam
winien jestem zapłatę. - to mówiąc, zaczął nabijać fajkę.
Od przystani ruszyły dwie długie łodzie. Bardzo szybko zbliżały się do
rozmawiających.
- Straż portu nie śpi, panie, a za holowanie trzeba im płacić. Kiedyś było
inaczej. No, teraz jest, jak jest. Trudno to mówić staremu, a prawdę mówić
trzeba całą. Nie wiem, panie kim jesteście. Nie wiem, jak dopłynęliście tak
daleko w swojej łupinie. Nie liczyłem na wiele, biorąc was na pokład, a już
na pewno nie na obronę przed piratami.... Na naszym Placku nie widuje się
często dobrych łuczników, a takich łuków, jak wasz, nie widziałem nigdy
dotąd. Nie pytałem, nie moja rzecz, ale ludzie pytają i nie wiem, co im
powiedzieć...
- Cóż chciałbyś wiedzieć, nie ukrywam niczego. Ciekawość ludzi na morzu znam,
powściągliwość też. Pytaj, jeśli chcesz poznać odpowiedź. Ustalmy jednak
wcześniej, czy ten kamień pokryje twoje koszty? - To mówiąc, pasażer wyjął z
woreczka u boku szmaragd, dość pokaźnych rozmiarów.
- Panie! Ratowalim rozbitka, nie dla zapłaty przecie, i owszem, z takiego
ratowania zysk zawsze jest, ale inaczej go mierzym, naszą Tęczę omijają
nieszczęścia, to wystarczy. Tamci piraci oskubali by nas ze wszystkiego, kto
wie, może i z żywota, gdybyś im żagli nie podpalił i sternika nie utrupił.
- Chroniłem życie.... nie mówmy o tym.
Zapadło niezręczne milczenie. Łodzie portowe szerokim łukiem zbliżały się,
przygotowując do holowania. Załoga Tęczy wciągnęła wiosła i zaczęła szykować
się do przyjęcia nowych pasażerów. Obcy wyjął ze swojej łodzi podłużny
pakunek, przerzucił go sobie przez ramię i skinął na właściciela.
- Chcę, byś przyjął tę łódkę - zagadnął, kiedy tamten podszedł bliżej.
- Mam przecież statek!
- Czekaj, to nie jest zwyczajna łódź, "... nie tonie, nie płonie..."
Stary żeglarz znał tę piosenkę, uśmiechnął się tylko i przerwał.
- Przecież to tylko legenda, nie można obrobić smoczego drzewa.
- Nie wierz wszystkiemu, co usłyszysz. Weź tę łodkę. Nie odpłynie bez twojego
rozkazu, jest lekka i wiesz, jest jak w tamtej piosence.
- Jeśli to smocze drewno, to dlaczego się nie prewraca, kiedy taka leciutka?
- Ma dobry balast, nie obawiaj się.
- Hmmm, dziwny z ciebie człowiek, nawet nie znam twojego imienia, a taki
dar...
- Przyjmij ją, niech będzie, na przechowanie. Na lądzie nie będzie mi
potrzebna. Kiedy będzę musiał, odnajdę cię. I ten szmaragd.
A teraz pozwól, że pożegnam i podziękuję za gościnę. Zaraz dobijemy.
Coś w głosie i postawie mówiącego sprawiło, że kropka miała swój ciężar.
Już tylko plusk wioseł i odgłosy krzątaniny załogi towarzyszyły płynącym.
Wreszcie dobili do przystani. Podróżny bez słowa uścisnął prawicę
właścicielowi Tęczy i ruszył do portu.