03.01.05, 11:14
Wiatr ucichł nagle. Wiosła spokojnymi ruchami odmierzały dystans do
odległej wciąż, choć dobrze widocznej przystani. Przy burcie, w stroju
niespotykanym w tych stronach, stał ktoś, z zaciekawieniem przyglądając się
gładkim wodom zatoki.
Pięknej zatoki, w pełni zasługującej na swoją nazwę. Po obu stronach
oznaczonego toru wodnego wznosiły się wysokie, poszarpane pasma skalistych
gór, w których nieoczekiwanie, na zachodnim krańcu widniała szczerba,
sięgająca wody. Przez nią, kilkanaście minut wcześniej, wpłynął na ciche wody
mały jednomasztowiec, kierując się za znakami na południowy wschód, ku
niewielkiej, zielonej plamie, kontrastującej z surowością pobliskich skał.
- Cicha Zatoka, panie, i Cicha Dolina za nią, w południe będziemy na miejscu.-
Tęgi właściciel statku zagadnął milczącego podróżnego. - Nie zabawimy tu
długo. Wyładujemy tylko waszą łódkę i zabierzemy jedną rodzinę. Wypływamy nie
czekając na kłopoty.
- Nie mówisz nic o zapłacie, dobry człowieku, czyżbyś zapomniał? - podróżny
uśmiechnął się.
- Nie, panie, kupiec nie zapomina. Nie wiem tylko, czy to wy mnie, czy ja wam
winien jestem zapłatę. - to mówiąc, zaczął nabijać fajkę.
Od przystani ruszyły dwie długie łodzie. Bardzo szybko zbliżały się do
rozmawiających.
- Straż portu nie śpi, panie, a za holowanie trzeba im płacić. Kiedyś było
inaczej. No, teraz jest, jak jest. Trudno to mówić staremu, a prawdę mówić
trzeba całą. Nie wiem, panie kim jesteście. Nie wiem, jak dopłynęliście tak
daleko w swojej łupinie. Nie liczyłem na wiele, biorąc was na pokład, a już
na pewno nie na obronę przed piratami.... Na naszym Placku nie widuje się
często dobrych łuczników, a takich łuków, jak wasz, nie widziałem nigdy
dotąd. Nie pytałem, nie moja rzecz, ale ludzie pytają i nie wiem, co im
powiedzieć...
- Cóż chciałbyś wiedzieć, nie ukrywam niczego. Ciekawość ludzi na morzu znam,
powściągliwość też. Pytaj, jeśli chcesz poznać odpowiedź. Ustalmy jednak
wcześniej, czy ten kamień pokryje twoje koszty? - To mówiąc, pasażer wyjął z
woreczka u boku szmaragd, dość pokaźnych rozmiarów.
- Panie! Ratowalim rozbitka, nie dla zapłaty przecie, i owszem, z takiego
ratowania zysk zawsze jest, ale inaczej go mierzym, naszą Tęczę omijają
nieszczęścia, to wystarczy. Tamci piraci oskubali by nas ze wszystkiego, kto
wie, może i z żywota, gdybyś im żagli nie podpalił i sternika nie utrupił.
- Chroniłem życie.... nie mówmy o tym.
Zapadło niezręczne milczenie. Łodzie portowe szerokim łukiem zbliżały się,
przygotowując do holowania. Załoga Tęczy wciągnęła wiosła i zaczęła szykować
się do przyjęcia nowych pasażerów. Obcy wyjął ze swojej łodzi podłużny
pakunek, przerzucił go sobie przez ramię i skinął na właściciela.
- Chcę, byś przyjął tę łódkę - zagadnął, kiedy tamten podszedł bliżej.
- Mam przecież statek!
- Czekaj, to nie jest zwyczajna łódź, "... nie tonie, nie płonie..."
Stary żeglarz znał tę piosenkę, uśmiechnął się tylko i przerwał.
- Przecież to tylko legenda, nie można obrobić smoczego drzewa.
- Nie wierz wszystkiemu, co usłyszysz. Weź tę łodkę. Nie odpłynie bez twojego
rozkazu, jest lekka i wiesz, jest jak w tamtej piosence.
- Jeśli to smocze drewno, to dlaczego się nie prewraca, kiedy taka leciutka?
- Ma dobry balast, nie obawiaj się.
- Hmmm, dziwny z ciebie człowiek, nawet nie znam twojego imienia, a taki
dar...
- Przyjmij ją, niech będzie, na przechowanie. Na lądzie nie będzie mi
potrzebna. Kiedy będzę musiał, odnajdę cię. I ten szmaragd.
A teraz pozwól, że pożegnam i podziękuję za gościnę. Zaraz dobijemy.

Coś w głosie i postawie mówiącego sprawiło, że kropka miała swój ciężar.
Już tylko plusk wioseł i odgłosy krzątaniny załogi towarzyszyły płynącym.

Wreszcie dobili do przystani. Podróżny bez słowa uścisnął prawicę
właścicielowi Tęczy i ruszył do portu.
Obserwuj wątek
    • kocibrzuch Re: Przybysz 03.01.05, 18:40
      Niezły początek na powieść albo i trylogię.
      Mamy już oczekiwać w księgarniach?
      Chciałbym.
    • oldragon Przybysz(2) 05.01.05, 11:19
      Niewątpliwa zaleta zatoki, tak oczywista dla żeglarza, dla piechura
      okazała się mniej przyjamna. W bezwietrzne przedpołudnie powietrze przytłaczało
      mieszaniną zapchaow różnych, z przewagą tych cięższych, portowych. Leniwe ruchy
      pracujących tu iówdzie cechowała, tak specyficzna w tych warunkach, oszczędność.
      Przybysz oddalał się od przystani, rozglądając się. Minął już kilka zupełnie
      pustych tawern. Wreszcie zatrzymał się przed większą budowlą, nad której
      wejściem widniała, wycięta w grubej desce nieregularna figura, a na niej bardzo
      ozdobnie wyrzeźbiona nazwa "Leniwa Flądra". Zdziwiony starannością wykonania i
      niezwyczajną w takim miejscu czystością, wszedł do środka. Tu także królowała
      specyficzna czystość, jakby właściciele nie zniechęceni brakiem środków na
      nowe wyposażenie, pośwęcali cały swój czas polerowaniu i czyszczeniu starego.
      Gość zatrzymał się przed wielkim szynkwasem i czekał.
      Po dłuższej chwili, zza strzępu spranego żagla, pełniącego rolę
      przesłony w drzwiach, wyłonił się zwalisty jegomość z wyrazem zdziwienia na
      twarzy.
      - Witajcie, panie, niewielu ostanio gości mamy, to i na porządki czas. Ale
      skoroście przyszli, czym mogę, ugoszczę.
      - Wody, dobry człowieku, podaj, bo zaschło w gardle. Niezbyt mile gości witasz.
      Gospodarz stropił sie nieco, krzyknął coś niezrozumiale za siebie i, już
      szeroko uśmiechnięty, jął przepraszać klienta.
      - Ruch teraz mały. Obcych w mieście niewielu, a ci, co jeszcze zostali, do
      wyjazdu się szykują. Nawet nie wiem, czyście od wzgórz, czy od portu przyszli.
      Prócz wody, mam dobry miód i coś jeszcze, jeśli wola.
      - Na miód ciepło. Zatrzymać się tu chciałem.
      - Jeśli na dłużej, to tylko u mnie. Kwatery wygodne. Nigdzie was tak nie
      bsłużą, jak tu.
      - Kamieniem zapłatę przyjmujesz?
      - Jeśli kamieniem się żywisz!
      - Takim kamieniem! - pomiędzy palcami gościa błysnął szmaragd.
      - Wybacz! Panie! Język prędki, bo w szynku kształcony. Za taką zapłatę, zostań,
      jak długo zechcesz. Tu kamienie cenne, tylko oszustów bywało kiedyś sporo, tedy
      sprawdzić pozwól. Zaraz ktoś zaprowadzi, wybierz sobie, którą izbę zechcesz, na
      górze wszystko wolne. - Po tych słowach schował kamień za pazuchę i wyszedł.
      Gość nie czekał długo. Młoda, podobna do szynkarza dziewczyna (i
      niewiele od niego mniejsza) rzuciła krótkie
      -Za mną, panie. - i znikła na zakręcie ciasnych schodów. Podróżny podążył za
      nią. Po chwili zastanowienia, wybrał obszerną kwaterę z widokiem na dolinę.
      Podziekował dziewczynie, która zamknęła za sobą drzwi, odłożył bagaż i
      wyciągnął się na zaskakująco wygodnym posłaniu. Zasnął szybciej, niż pomyślał.
      Było już późne popołudnie, kiedy przebudzony, usłyszał gwar rozmów.
      Czyżby karczmarz kłamał? Odświeżył się wodą z miski i zszedł do szynku. Usiadł
      przy schodach, prawie niezauważony. Spostrzegła go nieco niższa, ale
      niewątpliwie także córka szynkarza. Po chwili przed zgłodniałym już trochę
      gościem, pojawił się kawał pieczeni i coś, co wyglądem i zapachem przypominało
      piwo. Przysłuchiwał się rozmowom, jedząc powoli soczystą pieczeń. Powoli gwar
      cichł. Ponad inne głosy, wybiło się nieco skrzekliwe opowiadanie sternika
      Tęczy. Więc jednak nie odpłynęła w południe. Opowieść sternika nabierała tempa.
      • yoanna Re: Przybysz(2) 05.01.05, 13:35
        Oldzie... dopadła Cię Jolka...
        łał :)))
    • oldragon Przybysz(3) 11.01.05, 12:17
      - Zaraz wiedziałem, że coś jest nie tak. Ten cudak na łupinie skąd się niby
      wziął. Musiał być z nimi w zmowie. Cztery dni przy pełnym wietrze płynęliśmy na
      zachód, zanim Grzyb kazał go wyłowić. Do Cichej Zatoki zostały jeszcze dwa dni
      drogi, a tu naraz łódeczka na półtora chłopa z żagielkiem jak mgła. Skąd się
      wziął? Podejrzany gość. Do tego łódka lekka jak piórko, takie coś nie może
      pływać daleko, znam się na tym. No i zaraz, drugiego dnia, ten kaczorski okręt.
      Byli w zmowie, gdyby nie Grzyb, sam bym tego podrzutka przydusił.
      - Sterniku, ale on nas ocalił.
      - Co ty wiesz, tacy mają plany, że nie tobie o nich wiedzieć. Pamiętam, jakeśmy
      piratów wreszcie z Placka przegnali. Bandyckie nasienie. Cztery pokolenia ojców
      haracz płaciły. W jadle i ludziach. Dopiero trzydzieści lat spokoju i co. Znowu
      kaczorskie pomosty nas ścigają. A ten cudak to im żagle spalił, żeby sie nam
      przypodobać.
      - I sternika piratów strzałą przeszył!
      - No tak. - opowiadający nad czymś się chwilę zastanawiał - tylko te ich żagle
      nigdy sie nie paliły. Jak zaczarowane. Ten je podpalił jak słomę. Coś tu
      śmierdzi nieczystymi mocami. Ten sternik, to była baba, Kaczory tak mają, baba
      rządzi i baba steruje, a on ją zdmuchnął, jakby stała o krok. Tak daleko pod
      wiatr... no chyba, że to jakiś krewny tego Godena, co o nim starzy opowiadają.
      - Goden Łucznik?! Musiałby mieć ze sto lat! - wtrącił chłopak kucharza.
      - Głupiś! Toć mówię, że krewny, albo uczeń. Aleć Goden nie na tych ziemiach
      czynów chwalebnych dokonał. Z gęby też mu patrzyło dziwnie. Widzieliście te
      oczy. Nie wiedzieć, jakiego koloru, raz, zda się złote, potem zielone, a jak z
      łuku mierzył, to rzekłbyś, czeluści piekielne. Straszny to człek i lepiej, że
      Tęcza nosić go dłużej nie musi. Jeszcze jakie nieszczęście z piratami za nim
      przyciągnie.
      Przybysz niby nie słuchał, jednak siedział, jak kot przed skokiem. Nie
      wychodził, tylko głębiej wsunął się w kąt i jakby czekał.
      Wtem do karczmy wszedł Grzyb, właściciel Tęczy, i pozdrawiając od progu
      gospodarza, huknął - Cóż to za czasy. Ludzie miast w morze płynąć po domach
      siedzą. Ładunek prędzej na wodzie, niż w porcie spotkasz. Piraci, nie wiedzieć
      skąd, pojawiają się i znikają. Strach wielkim okiem patrzy. Na koniec niczego,
      poza czasem nie tracisz. Co za czasy! Dajcie wina, przed rankiem nie wyruszymy!
      Dalsza opowieść utonęła w fali okrzyków i zachęty do zabawy. Około północy
      przybysz niezauważony wyniósł się do swej kwatery i przysnął.
      Nikt z gości nie zwrócił uwagi na niepozornego chłopczynę, z długimi uszami,
      który przysłuchiwał sie wszystkiemu ciekawie, a potem nagle cichaczem opuścił
      karczmę i zniknął w nocy. Prawie nikt. Średnia córka karczmarza równie
      niepostrzeżenie wymknęła się przez kuchnię. Podążyła jednak w zupełnie innym
      kierunku.
      Sternik na nowo rozpalił się do wspomnień z czasów swej, dość odległej
      młodości. Karczmarz również przepadł gdzieś, a za nim Grzyb. Młodsi słuchali o
      czasach wojen kaczorskich, o porwaniach. O zwyczajach pirackiej braci i
      ofiarach wśród spokojnych kupców-żeglarzy. Niewiele wiedzieli o potędze floty
      zepchniętej z Placka nie tak przecież dawno. W magazynku za kuchnią trwała zaś
      gorączkowa rozmowa Grzyba z krczmarzem.
      - Muszą być gdzieś blisko. Nigdy nie pływają w pojedynkę dalej niż dzień od
      portu.
      - Przecież ich zatrzymał - uspokajał karczmarz.
      - Muszą być niedaleko, chciałem wypłynąć jeszcze w południe, ale żona Garda
      dogorywa, a bez niego nie mam po co płynąć.
      - Uspokój się, przecież port jest dobrze strzeżony. Nikt bez naszej zgody nie
      przybił do naszych przystani.
      - Tak było. Zobacz, co się dzieje. Słabną tu ludzie z dnia na dzień. Zaraza
      jak, czy co. Nie widzisz tego? Zobacz do szynku, prócz moich ludzi paru
      ciekawskich nie masz nikogo. Ta dolina umrze wkrótce, wracaj ze mną na Placek,
      bierz córki i wiej, póki czas.
      -Wiesz, że nie mogę. Nikt nie odchodzi z doliny. Ten czar trwa od wieków. Nie
      mogę zabrać dzieci, więc zostaję.
      - Na śmierć swoją i ich. Bracie, ratujcie się. Widziałeś straże portu? To
      widma, nie ludzie. Jeśli kto zechce, zajmie wasze ziemie bez trudu, a Kaczory
      są blisko, czuję to. Jeden Goden, czy jak go zwał, nie zatrzyma ich dwa razy.
      Pewnie mieszka u Ciebie, co?
      - Skąd Ci to przyszło do głowy?
      - Wiem, że jest tutaj, odpraw go. Ta wasza rada też nie będzie go tutaj
      chciała, bo dziwny jest. Widziałem Długoucha, siedzi pod ścianą, albo już
      poleciał z jęzorem.
      - Zostanę. Wracaj na Tęczę i zabierz swoich ludzi. Długouchy sprowadzi kłopoty.
      Z obcym poradzę sobie po swojemu. Tobie też dobrze zapłacił? - Przy ostatnich
      słowach karczmarz pchnął lekko brata i uśmiechnął sie szeroko.
      - To moja rzecz - usłyszał jeszcze od progu, po czym wszystko zagłuszyła
      awantura z załogą, której ani w głowie postało przerywać sobie nieoczekiwaną
      uciechę.
      Tymczasem na poddaszu srednia córka karczmarza gorączkowo tłumaczyła
      coś wyrwanemu z drzemki gościowi.
    • oldragon Przybysz (4) 17.01.05, 09:49
      - Panie, gościem naszym jesteś, to nasza powinność. Teraz nie czas wyjaśniać.
      Uchodźmy czym prędzej. Wszystko powiem w drodze. - Ton głosu dziewczyny bliski
      był bardziej błagania niż rozkazu. Gość po chwili gotów był do drogi.
      - Jak was wołać, gdyby trzeba było? - to również była prośba. - bo to, co na
      dole gadali.. niepodobna, czyżbyście byli krewnym Godena? Ojciec o Kaczorach
      niewiele mówił. Tyle, że powstrzymać ich nie sposób. Jeszcze, że tych, co oręż
      noszą, mordują bez litości. Wyście ich sami odepchnęli?
      - Chodźmy już. Nazywaj mnie, jak chcesz, dziewczyno. Ciebie jak zwą?
      - Jestem Fala. - To mówiąć ryszyła do ukrytej klapy, prowadzącej na dach
      karczmy. Po grubej żerdzi, przetykanej kołkami, zeszli na tyły gospody i
      ruszyli w stronę ciemniejących na tle nocnego nieba, odległych wzgórz.
      Rzadka zabudowa i późna pora sprawiły, że nie spotkali nikogo, aż do rogatek
      miasta, gdzie straż spała w najlepsze. Toteż minęli ją bez przeszkód i
      zagłębili się w rozległe pola i sady, które w swietle poprzedniego dnia wydały
      się obcemu zieleńsze niż cokolwiek. Wydawać by sie mogło, że o tej porze nawet
      psy śpią.
      Szli w milczeniu, aż za placemi rozjarzyła się czerwono-żółta łuna,
      bijąca znad skraju miasta, od strony, którą właśnie opuścili. Fala, nie
      zwalniając kroku, wyjaśniła, że to pochówek żony miejscowego mistrza kamieni.
      Miał zabrać ją na Placek, ale widać, czar doliny nie wypuszcza swoich dzieci,
      bo zmarła właśnie wtedy, gdy mieli załadować się na Tęczę. Wcześniej cała
      trójka dzieci mistrza poszła tą samą drogą. Dziewczyna posmutniała, opowiadając
      to wszystko. Wreszcie zamilkła. Po chwili zwolniła, aż wreszcie zaniosła się
      płaczem tak rozdzierającym, że obcy stanął jak wryty. Wiocznym było, że nie ma
      pojęcia, co robić w takiej sytuacji. Kiedy próbował się odsunąć, dziewczyna
      niespodziewanie wtuliłą się w jego ramiona. Wciąż płacząc opowiedziała mu o
      smutnym schyłku Cichej Doliny. O tym, jak żadne z dzieci, od kilkunastu już
      lat, nie osiągnęło dojrzałości. O tym, jak ludzie są coraz starsi i coraz
      słabsi. O Radzie Wysokich Czubów, która jakby nie widząc problemu, żąda, by
      port, miasto i cała dolina kwitły. Przecież nawet strażnicy są teraz wątli i
      usychają, jak wszyscy.
      Obcy, zaupełnie zaskoczony zachowaniem dziewczyny słuchał, nieporadnie
      głaszcząc jej głowę. Wreszcie, przerwał potok słów i zapytał. - Czy tu możemy
      odpocząć? Przyda się chwila przerwy w marszu. Myślisz, że jest tu bezpiecznie?
      Zamiast odpowiedzi usłyszał jeszcze bardziej rozdzierający szloch. - Tutaj
      nigdzie nie jest bezpiecznie! Wszyscy umrzemy niedługo!
      - Przecież ty i twoje siostry jesteście dorosłe, więc dzieci dorastają. Miasto
      nie wygląda na żywiołowe, jednak jest w nim sporo ludzi. Ktoś utrzymje te sady
      i uprawia pola, chyba musisz mi wyjaśnić, skąd ten płacz. - Rzeczowy ton nieco
      uspokoił Falę. Ruszyła znów w stronę wzgórz.
      - Przed switem... musimy.... dotrzeć do moich... krewnych. - rzuciła
      przerywanym jeszcze, lecz już spokojniejszym głosem. - Długouchy pewnie już
      doniósł, że obcy wojownik przybył do miasta. Jeśli odkryją, że zatrzymał się u
      nas... ojciec może mieć kłopoty. Rada toleruje... ludzi z bronią tylko u siebie
      na... służbie. Jeszcze ten sternik gaduła... Jutro całe miasto będzie Cię
      szukać. Lepiej, żeby nie znaleźli. Dla nas... i dla ciebie, panie. Nie wiem
      wciąż, jak do ciebie mówić.
      - No dobrze, więc niech będzie. Wołają mnie Kusz - najczęściej, dodał w myślach.
      Dziewczyna uspokoiła się zupełnie. Wędrowali aż do rana. Kiedy przywitał ich
      wuj Fali, było już dobrze po wschodzie słońca.
      Ugoszczeni mlekiem i kawałkiem chleba, mimo zmęczenia, nie mogli zasnąć, nie
      opowiedziawszy przedtem gospodarzom, skąd ta nagła wizyta. Przewodniczka,
      zmęczona i spokojniejsza pod przyjaznym dachem, zapadła w drzemkę, kiedy
      strapiony sytuacją wuj wyjaśniał kłopotliwemu gościowi sprawy Doliny. Ten
      rewanżował się spostrzeżeniami z krótkeigo pobytu w porcie.
    • oldragon Re: Przybysz (5) 18.01.05, 08:24
      Wszystko układało się we wzór upadku. Nie tylko portowe miasto, w którym
      zatrzymywały się kiedyś liczne statki bardzo obrotnych kupców, wyludniało się
      nieustannie. Również wioski, pomiędzy Zamurowaną Przełęczą i Cichą Zatoką,
      zmniejszały się stale z braku rąk do pracy. Sady dziczały, a plony,
      wystarczające wprawdzie do przeżycia, nie pokrywały potrzeb portu, ani zamówień
      zza muru. Jeśli nawet udało się zebrać jakąś nadwyżkę, załoga muru miała
      monopol na pośrednictwo w handlu z drugą stroną i zagarniała większość zysku.
      Niektórzy twierdzili, że na polecenie rady. Ci, co poszli upomnieć się o swoje,
      wracali odmienieni, albo nie wracali wcale. Najboleśniejszy był jednak brak
      młodych ludzi. Dzieci rodziło się coraz mniej i żyły za krótko, gasnąc powoli,
      zamiast rosnąć.
      Jedynie w domach, gdzie osiedlili się przyjezdni, z Placka, z Granic i innych,
      dalekich ziem, było trochę lepiej. Takich imigrantów i mieszanych rodzin było
      jednak niewiele. W ogólnej atmosferze schyłku nawet tam popadano w
      przygnębiającą niemoc.
      Kusz pomyślał - ależ miejsce znalazłem. Szukaj spokoju, a znajdziesz.
      Czyżby czas już dojrzał?
      Podziękował gospodarzowi za rozmowę i gościnę, choć ten twierdził, że przecież
      gościna zapłacona, a przyjęcie skromne. Gość znalazł sobie miejsce z widokiem
      na zatokę, wyciągnął się na trawie, przymknął oczy i zdawać się mogło, że
      zasnął. Patrzący z boku mógł też pomyśleć, że Kusz albo śpi, albo przygląda się
      zatoce i miastu.
      Około południa wody zatodki przecięła potrójna kreska. To dwie łodzie
      holowały Tęczę ku Maczudze i Cepowi, skałom, strzegącym wyjścia na pełne morze.
      Kreski wydłużały się, aż przyjęły kształt ogromnej strzały, której grot
      kierował się na północny zachód, unosząc na pokładzie tęczy część życia
      wędrowca. Przed Maczugą łodzie zawróciły, a Tęcza o własnych siłach ruszyła ku
      otwartym wrotom. Gdy znikła za Cepem, Kusz poruszył się niespokojnie. Leżał
      jeszcze jakiś czas, może drzemał, może rozmyslał.
      Gospodyni, szaroblada, zmęczona kobieta, której nie dane było dochować
      się potomstwa, z troską patrzyła na obcego leżącego na trawie. Obudzić go, czy
      nie, pora posiłku nadchodzi, nie godzi się zostawić gościa głodnego. Nie
      zdążyła jednak zdecydować, co zrobić, kiedy Kusz poderwał się nagle,
      przysłaniając oczy dłonią. To Tęcza wpadła do zatoki, gnając z oklapniętym
      żaglem, pchana ogromnym wysiłkiem wioślarzy. Nawet tutaj docierał głos bębna,
      trwożliwie dudniącego: "prę-dzej, prę-dzej, prę-dzej..." Po chwili z przystani
      odpowiedział mu inny głos. To róg ze strażnicy dawał znać, że niebezpieczeństwo
      jest blisko. Kusz nie zauważył, kiedy wokół niego zebrali się wszyscy
      mieszkańcy osady. Nawet Fala stała, wpatrując się w odległe wody zatoki. O
      dziesięć długości Tęczy, za jej rufą, pojawił się pomost piratów. Jedynie oni
      używali dziwnych okrętów, których dziób wyglądał jak zwodzony most. Z tej
      odległości całość przypominała bardziej sunącą po wodzie gigantyczną kaczkę,
      niż okręt. Śmieszność tego pływadła nie zmniejszała jednak przerażenia wśród
      patrzących. Przecież żaden okręt nie wpłynął do Cichej Zatoki wbrew woli jej
      mieszkańców. Za pierwszym kaczym okrętem pojawił się drugi, w prześwicie między
      skałami widać było już maszt następnego. Wydawało się, że dopadną Tęczę...
      Tymczasem dżwięk rogu pomnożony orzez echo i odpowiedż inneg rogu, i
      jeszcze jednego, i jeszcze nastęonych wzniósł się wyżej o ton, o dwa tony.
      Niewidoczny z tak daleka tor wodny zaczął się wyginać, łodzie strażnicze
      zatrzymały się w połowie zatoki. Tęcza zbliżała się do nich, a za nią, bez
      żadnego sygnału, bez znaku, kaczorski okręt rozpadł się w drzazgi. Jakby
      rozdarty przez ogromne pazury. Drugi i trzeci rozpaczliwie próbowały zawrócić.
      Daremne wysiłki skończyły się wkrótce, kiedy gniewne okrzyki piratów zamieniły
      się w nawoływania rozbitków. Wszyscy w zdumieniu patrzyli na scenę dramatu.
      Strażnicy podjęli liny z Tęczy i holowali ją do portu. Piraci nie szukali
      ratunku, lecz wpław i na czym się dało uciekali w kierunku morza.
      - Niedobrze- pomyślał Kusz - jest ich więcej.
    • oldragon Przybysz (6) 19.01.05, 08:07
      Radosne okrzyki, wywołane klęską pirackiej foltylli milkły. Zgromadzonym chyba
      przeszła przez myśli wizja uciekających najeźdźców. Skoro kierowali się na
      morze, sprawy wyglądają kiepsko. Gospodarz milcząco wpatrywał się w twarz
      Kusza. Zastanawiał się, czy ktoś połączy przybycie jego gościa z pojawieniem
      się zagrożenia. Przybysz, kierowany chyba przeczuciem, wycofał się w stronę
      sadu.
      Nienaturalnie wczesny zmierzch pogłębiał cienie na twarzach,
      zamroczonych już niewesołymi myślami. Gromada przerzedziła się, ostatni gapie
      rozeszli się, zanim niebo pociemniało zupełnie. W głębi sadu Fala odnalazła
      zasępionego gościa. Nie ukrywała obaw, lecz pocieszała jego i siebie, że
      Kaczory nigdy nie walczą w nocy.
      - Mamy więc czas do świtu - skwitował sprawę Kusz - tylko na co? Ten wczesny
      wieczór nie nadszedł sam, ktoś go wezwał.
      Zaskoczona tym stwierdzeniem, dziewczyna nie odezwała sie więcej. Kusz nie
      myślał o spoczynku. Krążył po sadzie to nasłuchując, to mrucząc coś do siebie.
      Wyglądał jak ktoś, kto ma do rozstrzygnięcia ważną kwestię. Wreszcie wrócił na
      miejsce, z którego obserwował wydarzenia na wodzie. Zobaczył wtedy pojedyncze
      ognie chwiejnie opuszczające port. Ognie zbierały się po kilka i mozolnie
      przeciskając się pomiędzy miejskimi zabudowaniami, wyciekały na łąki. Pierwsze
      opuściły już płaski fragment doliny i zaczynały wspinaczkę na łagodny stok,
      drogą, prowadzącą pod mur.
      - Nie mają nadziei - pomyślał Kusz. Podjął decyzję. Ruszył ku jedynej,
      oświetlonej w gościnnym domu izbie. Wchodząc do środka zdecydowanym głosem
      rzucił krótko - zbierajcie się!
      Nikt się nie zdziwił, jakby wszyscy czekali na kogoś, kto podejmie decyzję. Nie
      tracili czasu na zbędne pakowanie. Każdy zabrał to, co uznał za niezbędne.
      Zanim brzask zaróżowił niebo nad wierzchołkami gór, cała osada była gotowa do
      ucieczki. Strumienie świateł z pochodni zlewały się w coraz szersze pasmo.
      Uciekinierzy z miasta docierali już tutaj. W samym porcie ustał wszelki ruch.
      Cicha Zatoka obudziła się tego ranka samotna. Jedyny wyjątek stanowiła straż
      portu i jej dowódca.
      Natomiast Cicha Dolina zupełnie straciła swój charakter. Ci, którzy
      zdecydowali się na ucieczkę później, pokrzykiwali na innych, poganiając pochód.
      Ostatnie grupki trwożliwie spoglądały za siebie. Panika powoli brała góę nad
      rozsądkiem. Kusz spoglądał w stronę portu i zatoki, idąc powoli i pozwalając
      się wyprzedzać, mimo protestów Fali i jej wujostwa. Wreszcie tylko Fala wlokła
      się obok, z rezygnacją dając się nieść dalej i dalej. Nie rozmawiali ze sobą,
      pogrążeni, każde w swoim, smutnym zamyśleniu. Uchodząca w górę ludzka rzeka
      przyspieszyła jeszcze, kiedy okrzyki z końca pochodu zwróciły uwagę wszystkich
      na siedem długich łodzi wpływających do zatoki.
      Kiedy pirackie łodzie bez niespodzianek przekroczyły linię wczorajszej
      klęski, śmielej ruszyły ku przystani. W porcie zagrał róg. Ze skał
      odpowiedziały mu dwa inne. Na spotkanie piratom ruszyły dwie łodzie straży
      portowej. Oznaczenia toru wodnego wykonały dziwny taniec, po którym dwie wrogie
      łodzie wywróciły się, nie wiedzieć czemu. Kolejna przełamała się nagle, Jak pod
      uderzeniem gigantycznego młota.
      -Stójcie! - krzyknął ktoś w tłumie - port się broni. Niektórzy zatrzymywali
      się niepewnie. Ktoś wspomniał opowieści o czarach, strzegących zatoki.
      Najeźdźcy i strażnicy starli się wreszcie. Po chwili zażartej walki dwie
      kolejne pirackie załogi straciły swoje łodzie. Wtem, wszystko ucichło. Na
      wodzie pozostały dwie złówróżbne kreski. Wśród patrzących zgasły resztki
      nadziei.
      - Siedem na dwie, a jednak walczyli. Dlaczego tylko strażnicy bronią
      doliny? - zapytał Kusz.
      Fala nie wiedziała, bąknęła coś o wierze i ślubach. Potem dodała zmieszana
      słowa o Głosie i Obietnicy. Zamilkła. Wkrótce piraci przybili do brzegu. W tym
      samym czasie, na drugim końcu miasta niewielka grupa ludzi w wielkim pośpiechu,
      choć pieszo, przemykała się w stronę sadów. Prowadziło ją dwóch roślejszych
      mężczyzn. Uciekali, jednak w ich poczynaniach nie było oznak paniki.
    • oldragon Przybysz (7) 08.02.05, 11:05
      Kolejny zakos drogi wprowadził uciekinierów za grzbiet wzgórza. Zatoka
      znikła za nim, cisza otoczyła idących. Przed nimi wyraźnie i blisko rysował się
      mur. Wciąż wznosząc się w górę, zaniedbana droga zmierzała ku miejscu, gdzie
      biel kamiennej ściany wtapiała się w szarobiałą skałę niedostępnej góry. Każdy
      z idących raz po raz zerkał z niepokojem w tę stronę. Powietrze pachniało
      lękiem. Jeszcze przed zmrokiem dotrą do bramy. Co zrobią czuwający przy niej?
      Zakaz przekraczania komory był przestrzegany surowo. Tylko towary miały prawo
      przeniknąć przez mur. Czy ucieczka ma sens?
      Kusz zatrzymał się jeszcze, zanim wzgórze zakryło porzucone miasto.
      Widząc rozpacz Fali zapytał, czy rozpoznała grupkę spóźnionych uciekinierów.
      - Z tak daleka nie widziałam, kto to.
      - Tam był Twój ojciec i jego brat - wyjaśnił Kusz.
      - Nie mogłeś ich widzieć, panie. To za daleko!
      - Wierz mi, lub nie wierz. Widziałem ich, jestem pewien. - Kusz ruszył wolno
      za inymi. - To była załoga Tęczy, kilka kobiet i oni. Nie zabrali nic,
      wiedzieli, że nie mają czasu. Myślę, że będą pod murem jutro rano. O ile nikt
      ich nie doścignie.
      Dziewczyna spojrzała z niedowierzaniem na mówiącego. Co jeszcze potrafi
      ten człowiek? - Zadawała sobie pytanie, zadawałą sobie wiele pytań. Dalsza
      droga mijała im w milczeniu. Każde pogrążone we własnych myślach podążało za
      gromadą uchodźców jakby bezwiednie, jakby z ociąganiem, pozostając coraz
      bardziej w tyle.
      Tego dnia wieczór nie zrobił nikomu niespodzianki. Nadszedł o właściwej
      porze, malując na wygładzonej ścianie granicznego muru złowróżbne, czerwone
      cienie. Przed zaryglowaną bramą tłum gęstniał, gęstniało od strachu powietrze.
      Mimo próśb, lamentów, błagań, brama pozostała zamknięta. Rozpaczliwe gesty i
      gniewne słowa mieszały się ze sobą. Brama pozostała zamknięta. Jedyny raz
      zagrał z góry róg, po czym donośnym głosem Wielki Stróż Przejścia oznajmił, że
      z rozkazu Rady Wysokich Czubów nikt nie przejdzie przez mur ani teraz, ani
      nigdy. Nadzieje na ratunek upadły.
      Ktoś w rozpaczy krzyknął - Chodźmy umierać w góry. - Ktoś inny dodał. -
      Nie splamimy naszej doliny.
      Kusz ze zdumieniem patrzył, jak w skrajnej rozpaczy ludzie porzucają resztki
      dobytku i ruszają wzdłuż muru i dalej, w kotlinę za niegościnną górą. Ocenił
      jeszcze rzutem oka mur, imponującą budowlę, której solidność odbierała nadzieję
      na pokonanie siłą. Ogromne kamienie, użyte do jej budowy, wygładzone i
      dopasowane, nie dawały szans wspięcia się na mur. Jego wysokość także
      przerastała znacznie zwykłe obronne budowle. Z górnej galerii z pewnością można
      było obserwować całą dolinę, port i zatokę, pomimo wielkiej odległości. Przede
      wszystkim dziwił go jednak fakt, że mur jest niestary. Postanowił dowiedzieć
      się o nim więcej, kiedyś później. Teraz, z rezygnacją, ruszył za innymi.
      W pierwszej chwili zupełnie nie zauważył, że Fala o coś pyta, wpatrując
      się natarczywie w jego profil. Po chwili dotarło do niego, że chodzi o jej
      siostry. Nie mógł potwierdzić, że je widział, nie chciał martwić dziewczyny,
      zaprzeczając. Milczał więc jakiś czas. Wreszcie, zapytany wprost, czy Flora i
      Figiel były z ojcem, odpowiedział krótko. - Nie wiem. Kolejny raz zapadło
      smętne milczenie
      Zapowiadała się następna noc bez snu. Droga wchodząc w głąb kotliny
      zwężała się stopniowo w ścieżkę, zkręcając wraz z górami na południe. W
      ciemności pochód spowolniony złym stanem ścieżki wreszcie zatrzymał się.
      Pospiesznie zebrano materiał na ognisko. Jego nikły blask nie dodawał wiele
      otuchy, zmęczeni marszem ludzie zapadali w niespokojny sen. Było już po
      północy, kiedy w zupełnej ciszy, przy ognisku, czuwał już tylko Kusz. Kilka
      kroków za jego plecami, spała Fala.
      Łucznika wyrwał z zamyślenia jakiś ruch na granicy światła. Plama
      ciemniejsza od mroku nocy przesunęła się w jego stronę. Chwilę wpatrywał się w
      tamto miejsce, po czym rzucił przed siebie.
      - To Ty?
    • oldragon Przybysz (8) 08.02.05, 19:33
      - Wciąż mnie widzisz - odparł Cień. - Wciąż możesz mnie widzieć - poprawił się.
      - Nie pytasz, czy chcę widzieć - cichy szept Kusza nie uszedł uwadze Cienia.
      - Nadal szukasz? - Cień zmienił temat.
      - Szukam. Przyszedłeś mi pomóc? - padły ciężkie od ironii słowa.
      - Tym razem nie do ciebie przyszedłem. - Odpowiedź była szybka, ale pozbawiona
      jakichkolwiek emocji.
      - Urosłeś - Kusz nie dawał za wygraną.
      - Wydaje ci się.
      - Na pewno jesteś większy.
      - Mam dużą robotę.
      - To na nich ci zależy? - spytał Kusz, wskazując wzrokiem śpiących wokół.
      - Nie. To nie moja robota. Tu aż śmierdzi od strachu. Nic do nich nie mam.
      Tylko, co ty tutaj robisz? Zresztą, nie pytałem.
      Cień przysiadł dokładnie naprzeciw swego rozmówcy. Ciemniejszy niż
      noc, bezszelestny. Gdyby nie rozmowa, można by wątpić, czy jest. Pod
      spojrzeniem Kusza stał się jakby wyrazistszy i jeszcze ciemniejszy. Siedzieli
      słuchając nocy. Czasem westchnienie śpiącego, czasem chrapnięcie wtrąciło nowy
      dźwięk w muzykę snu. Kusz zastanawiał się, dlaczego Cień wszedł w tę samą
      kotlinę, skoro miał cel, gdzie indziej. Czyżby i dla niego mur był nie do
      przebycia? Cokolwiek zamierzał, jak zwykle, jego pojawienie zaowocowało
      rozmnożeniem pytań i wątpliwości. Godziny nocy mijały, Cień siedział bez ruchu.
      - Daleko idziesz? - spytał wreszcie Kusz.
      - Ty też tam dotrzesz.
      - Więc znasz drogę przez góry?
      - To nie jest droga dla nich.
      - Nie pomożesz, jak zwyle.
      - Świt się zbliża. Trzeba iść. - To były ostatnie słowa, jakie dotarły do
      łucznika.
      Nie wiadomo kiedy, Cień rozpłynął się w mroku. Kusz wstał. Po kilku
      okrążeniach dogasającego ogniska spostrzegł, że dziewczyna śledzi go wzrokiem.
      Przystanął.
      - Słyszałam głosy, ktoś tu był? - zapytała.
      - Był, ale odszedł.
      - Kto?
      - Rozmawiałaś kiedyś z Cieniem?
      - Przecież cienia w nocy nie ma, bo jest ciemno.
      - To inny Cień, poszedł na południe.
      - NA POŁUDNIE! - Fala zerwała się nagle. - Skoro on przejdzie, my też możemy
      spróbować. Trzeba iść. Tylko w którą stronę. Wracać pod mur nia ma sensu.
      Gdzieś w głębi kotliny jest przejście. Jeśli je odnajdziemy, może uda się
      ocalić wszystkich przed niewolą.
      Kiedy podekscytowana Fala szepnęła kilku przebudzonym, że w górach
      chyba jest przejście na południe, ci z niedowierzaniem kręcili głowami. Jednak
      potrzeba nadziei była silniejsza. W niespełna godzinę, po obozowisku pozostały
      tylko kupki dymiących popiołów. Fala, zmieszana swoja nieoczekiwaną śmiałością,
      podążała za wszystkimi, oglądając się niemal co krok. Trzymała się blisko
      obcego, który budził otuchę i poruszał w niej uśpione dotąd struny. Chciała
      prosić, by czekał z nią na ojca. Chciała spytać, jakie sprawy omawiał z
      tajemniczym cieniem, lecz onieśmielona jego powagą, milczała.
      Pokonywali kolejny łuk ścieżki, gdy ściany kotliny rozstąpiły się,
      tworząc z jednej strony niewielką niszę, a naprzeciw niej, coś na kształt
      rozległego amfiteatru. Prawie cała ludność Cichej Doliny sunęła w stronę
      następnego przewężenia. Niektórzy zerkali na dziwne kształty wokół. Kilkuset
      stłoczonych między skałami, przerażonych ludzi. Ścieżka nikła w bezładnym
      rumowisku zamykającym drogę. Już słychać było lamenty bezradnie stojących przed
      nieprzebytą przeszkodą.
      Fala z wyrzutem spojrzała na swego towarzysza i zamarła.
      Twarz obcego poszarzała, oczy przybrały brudnoszary odcień. W świetle
      poranka bardzej przypominał upiora, niż człowieka. Odsunęła się odruchowo,
      kiedy krzyknął potężnym głosem
      U C I S Z C I E S I Ę ! ! !
      Okrzyk odbił się od gór, nabrał mocy grzmotu i zmroził wszystkich.
      Amfiteatralnie ukształtowane skały musiały powstać właśnie po to. Kiedy Fala
      oprzytomniała nieco po doznanym szoku zauważyła, że Kusz wpatruje się w ścianę
      poza jej plecami, ponad niszą, tak mocno, jakby chciał przebić wzrokiem górę.
      Już miała spytać, co robi, gdy szepnął tylko do niej - widzę Wzór. Próbowała
      znaleźć coś, o czym powiedział, bezskutecznie. - Jest przejście - szepnął.
      Dziewczynie wydawało się, że ten dziwak oszalał. Spojrzała na niego jeszcze
      raz. Zmieniał się, upodobniając do otoczenia. Szara, matowa, zniekształcona
      sylwetka człowieka podrygiwała, wydając z siebie dudniący głos, jakby chcąc
      wstrząsnąć ziemią. Coraz mocniej i mocniej, dźwięk narastał. Po chwili inny
      głos, podobny, o wiele mocniejszy dołączył swój rytm. Dziewczyna czuła, że to
      rozmowa, nie rozumiała jednak nic, podobnie jak cała reszta ludzi.

    • oldragon Przybysz (9) 10.02.05, 17:08
      Jeśli można nazwać rozmową wymianę tylu myśli na tylu różnych
      poziomach, była to rozmowa. Pierwotny rytm, któremu poddał się łucznik, był
      wielekroć powtarzanym imieniem. Czy ma ono odpowiednik w mowie ludzi? Imię
      złożone z warstw przeplatających się i przenikających wzajemnie, którego
      znaczenia obejmują zakres od "straszliwa zguba tych, którzy zakłócają sen
      kamienia", poprzez "kosi, kosi, na coś się zanosi", aż po "zielonoszare
      przeznaczenie jest twoją drogą" czy raczej "zielonoszara droga jest twoim
      przeznaczeniem". Wszystko to można oczywiście zamknąć w krótkim PRZEKAMOR. Tak,
      i to chyba oddaje istotę wywołanego imienia.
      Drugi, mocniejszych rytm rozbudowując się w trakcie rozmowy obejmował
      tyle czasów, miejsc i znaczeń, że streszczenie ich wymagałoby niemało
      cierpliwości. Przybliżając zatem to, co działo się w kamiennym amfiteatrze do
      późnego popołudnia, należy ograniczyć się do najważniejszego.
      - Kim jesteś, że ośmielasz się zakłócać spokój Strażnika Wielkiej Chwały,
      Stróża Bogactw Nieprzebranych, etc. ect.
      - Jestem wędrowcem, szukającym drogi, kroczącym drogą Wzoru. Chcę dostać się na
      drugą stronę góry, z ludźmi, szukjącymi ratunku.
      - Jakim prawem żądasz otwarcia przejścia. (Nie znam twojego imienia, które
      ukrywasz... zgubisz rytm i będziesz mną.)
      - Prawem krwi i ziemi. Prawem posłuszeństwa jedynej woli, która każe chronić
      życie wpisane w sploty Wzoru. (Nie strasz sobą, bo nikt nie jest tym, czym się
      sobie wydaje.)
      - Czego spodziewasz się po tamtej stronie przejścia? (Wiotkie istoty nie widzą
      Wzoru, same stają się martwymi kroplami na żywej nici. Po to tu przyszedłeś.)
      - Chcę tylko przejść, wraz z tymi, którzy nie pragną nic ponad ocalenie życia.
      (Nie znasz tego, kto do ciebie mówi, a osądzasz.)
      - Czy jesteś jednym z Pierwszych, by grozić Strażnikowi? (Wiem już, jakie jest
      twoje imię, teraz i ja mogę zawołać ciebie, kiedy zechcę. Kto jest sługą? Kto
      jest panem? Tańcz, głupcze! Zwiodła go pycha i popadł w sen kamienny...)
      - Nie jestem jednym z Pierwszych, moje imię tak samo nieważne i ważne w
      splotach wzoru, jak każde. (Jeśli mnie wezwiesz, stawię się, jak każe prawo
      posłuszeństwa. Kamienny sen zostaw swojemu rodzajowi, puść tych wiotkich wolno.
      Mnie nie musisz zatrzymywać, jeśli jednak poprosisz, zostanę.)
      I tak dudnieli i dudnieli, aż Kusz poczuł, że długo już nie zdoła
      opierać się potrzebie jedności ze wzorem, PRZEKAMOREM, górą i trwaniem. Wtedy
      dopiero, nieugięty dotąd strażnik wyciszył się do jednego, wyraźnego rytmu.
      - Otworzę więc przejście. Uważaj tylko na słowa. Nie bierz niedojrzałych,
      wiotcy niech też uważają. Jeśli znasz mojego brata bliźniaka, zabierz kilka
      największych, ode mnie do niego. Jeśli nie znasz, musisz go odnaleźć, to mój
      warunek. Idźcie. Póki oko świata oświetla przejście - dudnienie ustało.
      Wyczerpany Kusz skinął na Falę. Kiedy podeszła wyszeptał.
      - Weź wszystkich i idźcie przez jaskinię. Uważajcie na kryształy, nie złamcie
      żadnego, bo góra nam nie wybaczy. Pospieszcie się, przejście zamknie się o
      zmierzchu.
      Zanim skończył mówić jęk skały przetoczył się nad kotliną. Strażnik otwierał
      drogę. W samym środku niszy pojawiła się rysa. Po chwili obiegła okrąg
      wielkości domu. Powoli, ale już bez hałasu, olbrzymi głaz potoczył się wgłąb
      jaskini, odsłaniając po lewj stronie wchodzących korytarz. Wewnątrz coś jarzyło
      się i migotało. Ponaglani przez Falę ludzie, ogłupiali nadmiarem niezwykłych
      wydarzeń, wchodzili niepewnie do wnętrza góry. Jeszcze kilkunastu maruderów
      pozostawało w kotlinie, kiedy z okrzykiem - Fala! Dziecko! - potężny oberżysta
      złapał zajętą przejściem córkę. Za nim dobiegli pozostali. Bladzi i wyczerpani
      nadludzkim wysiłkiem szybkiego marszu w górę. Załoga Tęczy, bracia Głaz i
      Grzyb, Flora...
      - Gdzie Figiel? - zapytała Fala. Radość znikła z twarzy ojca.
      - Nie poszła z wami? - zapytała starsza siostra.
      - Nie...
      Rodzinne żale przerwało nawoływanie łucznika.
      - Pospieszcie się, zaraz się zamknie.
      Ponagleni, nie czekali dłużej. Mimo zmęczenia, chwycili bezwładnego
      już prawie tancerza i ruszyli ku przejściu. Kiedy mijali odtoczony kamień, Kusz
      gestem nakazał zatrzymać się. Wyjął zza pazuchy szmaragd i wsunął w zagłebienie
      kamienia. Skała zadrżała. - Szybko! Wchodźmy! - krzyknęła Fala.
      Ryk i dudnienie, drżenie i łomot. To PRZEKAMOR śmiał się.
      - Ty łotrze. Dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś z tak daleka? Pogadalibyśmy
      dłużej!
      Kusz uśmiechnął się do swoich myśli. Nie miał jednak sił, by
      odpowiedzieć strażnikowi. Kiedy weszli w korytarz, przejście zamknęło się.
      Wszechobecne kryształy rozsiewały wokół bladą poświatę. Lecz najbardziej
      zaskoczyły piechurów głosy.
      Szepty i śpiewy, śmiechy, kolejne szepty, dochodzące zewsząd.
    • oldragon Przybysz (10) 24.02.05, 18:21
      Otoczeni tyloma dźwiękami, nie śmieli się odezwać. Niektórzy próbowali
      zasłaniać uszy, bezskutecznie. Cichy śpiew jaskini przenikał wszystko. Jakaś
      niewidoczna siła nakazała każdemu z obecnych na ścieżce usiąść. Mimo twardego
      podłoża, usianego wielkimi kryształami w postaci wielościennych brył, nikt nie
      próbował oprzeć się temu nakazowi. Zmęczenie, niepokój, wspomnienie całkowiecie
      niezrozumiałych zdarzeń, złamały wolę uciekinierów. Nie czuli się bezpieczni,
      kiedy jeden po drugim, każdy tak, jak siedział, posnęli. Ostatnim, świadomym
      nadzwyczajności zdarzeń, był Głaz, ale i onj popadł w przedziwny, pełen
      niezwykłej treści, sen.
      Śnił, że jest górą, stróżem wielkiej tajemnicy i sobą jednocześnie.
      Widział drogę w kotlinie, przebytą poprzedniego popołudnia, tyle, że z innej
      perspektywy. Patrzył na niszę i przeciwległe zagłebienie, jakby oglądał siebie.
      Jeszcze jedno nie zgadzało się z poprzednim doświadczeniem. To nie było
      popołudnie. Łuna czerwonego zmierzchu ciemniała powoli. W tej łunie, jakies
      upiorne postacie zbliżały się do niszy. Kiedy dotarły do przejścia, prowadzący
      gromadę mężczyzna skinął w kierunku południa i poszli dalej. Na samym końcu
      gromady zbrojnych, w stroju żeglarza, podążała wysoka kobieta. Ona także
      dotarła do niszy. Zatrzymała się, wnikliwie obserwując okolicę. W jej
      zachowaniu wyczuwało się niepewność, pomieszaną z determinacją. Krzyknęła coś,
      zwołując pozostałych. Tylko czterech, uzbrojonych w proce i sztylety,
      szczupłych i z wyglądu zwinnych mężczyzn, podążyło w stronę osypiska,
      zamykającego kotlinę. Bardzo szybko zawrócili jednak, nie znajdując drogi.
      Kobieta, w zawiniętej w wymyślne zwoje chuście, zdobnej rubinem
      ogromnych rozmiarów, nakazała wszystkim milczenie.
      Przemówiła w obcym języku, który we śnie wydawał się zupełnie zrozumiały. Scena
      zaiste groteskowa. Czterdziestu rosłych, uzbrojonych po zęby mężczyzn
      posłusznie stanęło za nią, z szcunkiem pochylając głowy. Sama zaś przywódczyni
      następne słowa skierowała wprost do skał.
      - Jestem Ali, Kapłanka Nieutraconej Mądrości, wzywam cię, skało! Bądź
      posłuszna!
      Nie stało się nic nadzwyczajnego. Echo zwielokrotniło moc jej okrzyku i zgasło.
      Śniący czuł irytację Przekamora, czuł niepokój góry, czuł niechęć do pirackiej
      przywódczyni, wszystko naraz i wszytko osobno. Wydał z siebie dudniący głos,
      oznajmujący te uczucia w krótkim.
      - Nie przejdziesz tędy, wiedźmo!
      Przynajmniej tak zinterpretowałby te słowa Głaz.
      Zaraz potem Ali przemówiła w jeszcze innym języku, przy którym jej towarzysze
      popadali na twarze i zamarli w bezruchu.
      W tonie jej głosu nie było już niepewności. Jedynie ktoś, przywykły do
      wydawania rozkazów i bardzo pewny swej władzy, mógł mówić w ten sposób. To też
      drażniło Głaza (i wszystkie osoby, które wyczuwał w tym śnie).
      - Głupi kamieniu, twoje imię wypisano na skale, nie oprzesz się! Nakazuję ci!
      SEZAMIE! OTWÓRZ SIĘ!
      Skała drgnęła. Nie padło żadne słowo. Ponownie otwarło się przejście.
      Przed gromadą piratów i ich władczynią, rozjarzył się bogactwem barw i błyskami
      kruszców, przestronny korytarz, przechodzący w rozległą pieczarę. Ali z
      zadowoleniem na twarzy, ruszyła śmiało naprzód. Za nią poszli jej wierni
      słudzy. Kiedy ostatni z nich przestąpił uskok, wyznaczający kraniec pieczary,
      strażnik zamknął przejście.
      Śniący poczuł nieprzyjemne pieczenie, jakby zjadł pieczyste bez wina,
      albo nieświeże owoce. Czuł falę mdłości, kiedy rozochoceni widokiem bogactw
      piraci, wyrywali sobie nawzajem złote samorodki i leżace wokół kryształy.
      Uczucie narastało, az do silnego bólu, kiedy rozochoceni mnogością bogactw,
      rabusie poczęli odłupywać od ścian skarbca niedorosłekamienie-kryształy. Ból,
      gniew, zimna radość ogarnęły Głaza, kiedy dostrzegł, że kolejni sprawcy zła nie
      mogą oderwać się od swych zdobyczy. Wtedy zrozumiał. Strażnik pilnował przejść,
      wielu przejść, do których prowadziła jedna brama. Ali, ze swoimi zbójami,
      wybrała niewłaściwe. Władca stawał się sługą, filarem w grocie. Ostatnią myślą
      żywych wciąż napastników stawał się strach przed karą. Obróceni w świadomy
      kamień, mieli wiele czsu na rozmyślania.
      Ali rzucała jeszcze klątwy, bez przekonania, bez mocy, aż uległa
      sugestii kamienia.
    • oldragon Przybysz (11) 28.02.05, 22:30
      Trudno określić, jak długo trwał sen. Budzącym się towarzyszyło silne
      przekonanie, że czas ruszać. Ponadto tkwiła w nich potrzeba milczenia. W
      przestrzeni wypełnionej dźwiękiem milczeli więc wszyscy. Wiedzieli, że każdy
      prześnił ten sam sen. Skąd? Wiedzieli, jak wie się, że trzeba oddychać. Kiedy
      ruszyli przed siebie, Głaz spojrzał na Kusza. Poprzednie osłabienie dziwoląga
      znikło bez śladu. Jedynie strój nie leżał już tak dobrze. Właściwie każdy z
      idących miał podobny wygląd, jednak na wysokim obcym szczególnie rzucało się w
      oczy, że strój jest za mały, jakby skurczył się, kiedy spali. Głaz miał wielką
      ochotę zapytać, czy ktoś jeszcze zauważył tę zabawną skądinąd zmianę. Zamiast
      tego ruszył lekko wznoszącą się ścieżką, schylając się co kilka kroków, by
      podnieść ten, czy inny kamień. Skąd brał pewność, że nie wrośnie w grotę,
      wiedzą ci, którzy spali wtedy z nim.
      Wędrowali tak godzinę, może dwie, ku wciąż rozjaśniającemu się
      zakrętowi ścieżki. Po ominięciu gładkiego łuku ściany, oczom wędrowców ukazała
      się jaskinia jeszcze dziwniejsza. Wyższa, szersza, o ścianach gładkich i
      równych, przypominała kształtem wnętrze leżącego dzwonu. Na samym zaś końcu, w
      najszerszym i najwyższym miejscu z góry do dołu, przecinały ją kamienne słupy,
      a może to w ścianie powstały szczeliny, przez które wpadały światło i dźwięki.
      Ostatni w kolumnie wpadali na zatrzymujących się niespodziewanie
      przed nimi. Nie kryjąc zachwytu widokiem, rozdziawiali usta jak dzieci.
      Nadzieja i radość płynąca z tego miejsca była tak ogromna, że wreszcie Gard
      przełamał wewnętrzy nakaz milczenia i szepnął.
      - Harfa Ech.
      Kolejna legenda ożyła. Byli w miejscu, o którym babcie opowiadały kiedyś
      kołysanym do snu wnukom. W studni żywego głosu. Źródło ptasiej radości i szkoła
      śpiewu wiatrów, przed nimi, wokół nich. Bliskie ekstazy uczucia przerwał nagle
      trzask pękającego szwu, i kilka następnych. To koszula Grzyba pękła na plecach.
      Gard także miał już oberwane rękawy. Szerokie spodnie Kusza, sięgały zaledwie
      połowy łydek. Nagła panika zmąciła zatrzyamaną scenę. Kto żyw gnał teraz ku
      krawędzi Harfy, by opuścić to cudownie niebezpieczne miejsce, zanim resztki
      garderoby spadną z rosnącego nieoczekiwanie jego właściciela.
      Szczeliny okazały się dośc przestronne, jednak tuż za nimi za wąską półką,
      ścieżka znikała. Ktoś wychylił się nad przepaścią poniżej półki, zachwiał się i
      przerażony, przywarł do jednego z filarów.
      - Tam są schody, ale chyba dla olbrzyma. Wąskie, bardzo strome, z dołu pewnie
      ich nie widać.
      Ponieważ z tyłu napierano nieustannie, pierwsi, co odważniejsi, ostrożnie
      zaczęli forsować gigantyczne stopnie. Placańczycy, Gard, Kusz i jeszcze kilka
      osób z mieszanych rodzin, zamykali pochód. Kiedy już minęli kamienne struny
      Harfy Ech, poczuli lekką ulgę. Grzyb zażartował nawet.
      -No pięknie. Nigdy nie byłem wielkoludem, a wy?
      Przeprawa w dół trwała cały dzień. Ściemniało się już, kiedy Gard,
      jako ostatni, przekroczył strumień u stóp, pozornie niedostępnego, urwiska.
      Ugasiwszy pragnienie zimną, czystą wodą, z przygrywającymi do snu żołądkami,
      wygnańcy, a może ocaleńcy, ułożyli sie ponownie do snu. Z nadzieją, że tym
      razem obejdzie się bez niespodzianek. Na wypadek takowych Placańczycy z załogi
      Tęczy zaoferowali pełnienie nocnej wachty.
      W ciągu przeprawy przez górę Fala nie odstępowała Kusza. Flora,
      trzymała się z kolei blisko ojca. Teraz, kiedy stroje okazały się ciasne, a
      czasem wręcz niekompletne, z niepokojem zerkała na układającą się w pobliżu
      obcego młodszą siostrę. Postanowiła także czuwać, jednak zmęczenie ponownie
      wzięło górę. Chrapania i stękanie utrudzonych, ale i uszczęśliwionych udaną
      ucieczką ludzi, być może do dziś grają pod sklepieniami Harfy Ech.
      Kusz nie mógł zasnąć, rozmyślając o zdarzeniach ostatnich dni.
      Nieświadomy uczuca rodzącego się w sercu pogodnej, śpiącej opodal dziewczyny,
      rozważał swoje plany. Wobec rozwijających się w nieprzewidziany sposób
      wypadków, nie pzostawało nic innego, jak kroczyć obraną ścieżką. Czy to ścieżka
      do celu, czy na manowce, to się okaże. Pokrzepiony własnym spokojem, oddał się
      wspomnieniom...

    • oldragon (12) Przybysz 17.05.05, 21:41
      Kiedy poranek zbudził się niezwykle cichy, poza rudym Placańczykiem,
      drepczącym w kółko nieco niżej, wszyscy spali. Chłopak w przykrótkich spodniach
      za każdym kręgiem oddalał się nieco od nich, przyciągany wzorem, w jaki
      układały się kamienie na drodze w dół doliny.
      Właściwiej byłoby nazwać ją wąwozem. Wieczorem, zmęczeni nie zwrócili na to
      uwagi. Teraz jednak, świt podkreślił wszystkie kontury i wyłowił z dna wąwozu
      mozaikę. Knot, zwany tak z racji węźlastej budowy ciała, zauroczony zjawiskiem
      przysunął się do skalnej ściany. Znalazł miejsce do krótkiej wspinaczki i...
      wdrapawszy się na uskok w ścianie spojrzał na wąwóz z góry. Najwidoczniej cała
      szerokość dna została przez kogoś ozdobiona pięknym rysunkiem, który dopiero z
      góry nabierał wyraźnego kształtu. Mozaika przedstawiała rozległą i nieregularną
      pajęczynę, w której centrum spoczywał ogromny, wypełnijący ponad jedną trzecią
      obrazu, pająk.
      Poruszony odkryciem zlazł ostrożnie i wrócił do budzących się powoli
      ludzi. Opowiedział o swoim odkryciu Grzybowi, jednak słyszał go każdy w
      pobliżu, toteż wieść rozniosła się szybko. Wszyscy chcieli zobaczyć mozaikę z
      bliska i juz ruszali ochoczo z biegiem strumienia, kiedy Gard krzyknął:
      - Stójcie! To jest tańcząca mozaika. Byłem kiedyś po tamtej stronie.
      Potajemnie. Przekupiliśmy we trzech strażników muru i poszliśmy szukać skarbu.
      Moi przyjaciele zniknęli w tej przeklętej pajęczynie. Nie wiem, czy tędy
      zdołamy przejść!
      Zmieszane okrzyki zagłuszyły go po chwili, mimo to nikt nie
      kontynuował marszu. Zbyt wiele dziwów przeżyli w ostatnich dniach, by
      przemilczec takie ostrzeżenie.
      Istotnie, kilkanaście kroków przed skrajem zdradliwej układanki strumień znikał
      pomiędzy kamieniami, co nie byłoby może dziwne, gdyby nie to, że znikał równo,
      w jednej szczelinie.
      Kilka głosów przypomniało czas, kiedy młody awanturnik z obcej krainy znikła z
      Cichej Doliny na jakiś czas. Jego przyjaciól nie pamiętano. To było tak dawno.
      Wreszcie Grzyb przycisnął pytaniami rosłego jubilera. Z odpowiedzi
      wynikało jedno. Pajęczyna jest umieszczona tak, że wyjść z wąwozu można tylko
      przez nią. Jednak próba wejścia na kamienie mozaiki uruchamiała, albo ożywiała
      labirynt, którego ściany to wyłaniały się, to znikały, kierując ofiarę sieci w
      stronę postaci pająka. Tyle zdołali wykrzyczeć przyjaciele Garda, nim stracił z
      nimi kontakt podczas tamtej wyprawy.
      Zwątpienie ogarnęło zebranych, jedynie Kusz wpatrywał się w Garda z
      ogromnym napięciem. Potem odwołał go na stronę. prowadzona półgłosem rozmowa
      trwała długo. Wreszcie Gard wstał i odszedł jeszcze dalej, a Kusz, siedząc ze
      wzrokiem utkwionym w mozaice, mruczał do siebie. Pozostali, jak dzieci,
      patrzyli w jego kierunku z wiarą, że znajdzie po raz kolejny rozwiązanie. Nie
      mylili się.

      Kiedy Kusz wstał, ruszyli ku niemu w zupełnym milczeniu. Wszyscy,
      poza Gardem.
      Kiedy zaczął tłumaczyć, jak można oszukać labirynt, niektórzy wybuchali
      śmiechem, niektórzy kręcili z niedowierzaniem głowami. Przybysz jednak z
      niewzruszoną miną zagonił wszystkich do szeregu, ustawił ich według wzrostu,
      każdemu kazał się mocno uchwycić bioder poprzednika i czekać. Na koniec
      przymusił Garda, by prowadził tę przedziwną stonogę, sam zaś zają miejsce na
      jej końcu. Zgodnie z radą dziwaka, wszystkie nogi podnosiły się rytmicznie,
      dając komiczny obraz, gdyby ktoś patrzył z boku. Ja śledzie wychodzące równym
      szeregiem z beczki, mieszkańcy Cichej Doliny wraz z przyjezdnymi wsuwali się
      krok po kroku na zdradliwe płyty mozaiki. Pod stopami wyczuwali drżenie, gdzieś
      obok, na wysokość dwóch rosłych mężczyzn wystrzeliłą ściana, nie dławiona
      naciskiem stopy. Lekkie falowanie i chybotanie nie zmniejszyło determinacji
      idących. Stopa przy stopie, krok za krokiem, gromada w całościznalazła się na
      niegościnnych kamieniach. Wtedy nastąpiła rzecz nieoczekiwana. Pomiędzy płytami
      wystrzeliły w górę gejzery wody, pułapka walczyła, jednak bezskutecznie.
      Powolny, równy marsz, przybliżał Garda, a za nim całego ludzkiego krocionoga do
      zbawczej, przeciwległej krawędzi mozaiki. Kiedy już tylko ostatnie nogi
      dreptały po mokrych kamieniach, ktoś potknął się. Pomiędzy bezpiecznymi na
      stabilnym gruncie, a ostanim Kuszem, wyrosła ściana. Wstrząśnięci widokiem,
      patrzyli w osłupieniu, kiedy na głowie Flory wylądował koniec sznura, a zza
      ściany dobiegł roześmiany głos.
      - Jest tam kto? To może mnie wyciągniecie?
      I Kusz został wyciągnięty z entuzjazmem, który kosztował go kilka solidnych
      siniaków.
      Gard z niedowierzaniem kręcił głową.
      - Czy to znaczy, że my byliśmy wtedy zbyt głupi?
      - To znaczy, że byliście zbyt samolubni - przyganił Grzyb.
      Oddalając się od pułapki dotarli wreszcie do miejsca, gdzie wąwóz otwierał się
      na zieloną, z lekka pofałdowaną równinę, którą zwali zamurzem. Mijało południe.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka