Dodaj do ulubionych

kiedy odejsc????

30.12.07, 21:25
zastanawiam sie czy lepiej meczyc sie samej czy z kims????chodzi mi o to ze czasem bardzo kogos kochamy ale ta milosc przysparza nam wiele cierpien....ta milosc albo nasza druga połówka...na przykład jestesmy z kims,kochamy ta osobe ale okazuje sie ze ona juz nie kocha(albo my tak myslimy,ze wzgledu na brak okazywania uczuc,bo kiedy rozmawiamy sa zapewnienia o milosci),my zdajemy sobie z tego sprawe, ale dalej jestesmy razem...my nie zrywamy bo kochamy,,ta osoba nie zrywa np ze wzgledu na przyzwyczajenie...trwamy w tym mimo ze cierpimy,mimo ze codziennie stykamy sie z obojetnoscia drugiej osoby...dlaczego tak jest???lek przed samotnoscią????nadzieja ze moze jeszcze sie cos zmieni????czy to jest moment zeby odejsc????
Obserwuj wątek
    • skorpionica11 Re: kiedy odejsc???? 31.12.07, 01:52
      Kiedy czlowiek sie meczy z 2 osoba i czuje ze to nie jest to i wtedy
      trzeba podjac "meska decyzje" i odejsc
      • iwonap87 Re: kiedy odejsc???? 31.12.07, 08:46
        ale jesli kocha ta osobe mimo wszystko????czy szukac rozwiazania,porozumienia itp czy zostawic wszystko na pastwe losu i isc dalej????
        • skorpionica11 Re: kiedy odejsc???? 31.12.07, 11:13
          jesli do tej pory nie rozmawialas to powinnas jak najszybciej
          porozmawiac czy obydwoje chcecie byc ze soba uwazam ze jesli 2
          strona nie chce byc z kims ale nie ma odwagi o tym powiedziec
          (tzw.tchórzostwo) to lepiej abys wziela sprawe w swoje rece
          bo nic gorszego nie ma od bycia "na sile"z kims (dla to to by bylo
          upokarzajace jako kobiety)
          podumowanie:
          1.rozmowa co dalej
          2.naprawa relacji
          3.odejscie
          • fantka Re: kiedy odejsc???? 31.12.07, 11:44
            Witam Cię Iwonap87 na forum.
            Trudny temat podjęłaś...
            To wszystko zależy od okoliczności.
            Czasem lepiej przerwać od razu...
            i czasem warto powalczyć...
            Każdy przypadek trzeba indywidualnie potraktować.
          • gacusia1 Re: kiedy odejsc???? 01.01.08, 03:14
            Czasem jest tyle PRZECIW odejsciu.Czasem nie ma na to odwagi i
            sil.Czasem sa dzieci.Czasem nie ma sie po prostu dokad odejsc.Czasem
            wydaje sie,ze latwiej zniesc ten smutek,zal,samotnosc w zwiazku niz
            odejsc-zaczac wszystko od nowa...
    • lady_1 Re: kiedy odejsc???? 02.01.08, 15:46
      ja tez mam takiproblem kocham ale wchodzi w gre duuza zazdrosc to jest meczace
      denerwujace ciagle podejrzenia i co zrobic to samo pytanie ? zostac czy nie ?
      rozmawialismy wiele razy, ale za duzego skutku nie ma. Jestesmy ze soba 3
      lata,nie mamy dzieci slubu nie mieszkamy ze soba...
      • fantka Re: kiedy odejsc???? 03.01.08, 11:41
        Witaj Lady_1 na forum.
        Kiedy i czy odejść
        to sprawa bardzo indywidualna.
        Tak wiele czynników składa się
        na taką albo inną decyzję.
      • maja88_1988 Re: kiedy odejsc???? 25.01.08, 22:03
        hejka ja jestem w podobnej sytuacji jak ty... tez nie wiem co zrobic są dni ze
        mam go dość ze poprostu go nie nawidze a sa dni ze pozanim swiata nie widze
        próbowałam juz odejsc pare razy ale zawsze jak budziłam sie rano miałam poczucie
        winy ze zle zrobiłam i ze musze do niego wrócic... mysle ze u nas problemem jest
        to ze my codziennie sie widujemy teraz postanowilam i powiadomiłam go o tym ze
        od nastepnego tygodnia bedziemy sie widywac co 2 dzien bo chce miec wkoncu
        troche czasu dla sibie czy to pomorze? to sie okarze
        • fantka Re: kiedy odejsc???? 30.01.08, 10:27
          Maja88_1988 witam Cię na forum.

          Masz podobną sytuację do sytuacji Iwony?
          Czy także Twój związek jest związkiem
          z mężczyzną o innej kulturze i mentalności
          obyczajowej i religijnej,
          czy tylko zachowanie jego jest podobne?
    • iwonap87 Re: kiedy odejsc???? 04.01.08, 10:42
      nigdy nie bylo mi tak zle jak teraz...juz nie wiem co robic...jest tak ciezko...kocham a przynosi mi to jedynie smutek i cierpienie...jestem sama...nie mam prawdziwych przyjaciol...nie mam nikogo...chcialabym umrzec bo nie daje rady juz tak zyc....probuje rozmawiac ale to na nic...moj smutek nie wywoluje u 'tej' osoby zadnych emocji...nie ma pytan co sie dzieje..nie ma zapewnien ze bedzie dobrze...
      • skorpionica11 Re: kiedy odejsc????do Iwony 04.01.08, 13:22
        Dlatego lepiej odejsc to zazwyczaj jest najlepsze wyjscie
        a troche zycia znam ;) nie szkoda cie nerwow i cierpienia
        trzeba byc silnym i isc dalej ...
      • sund-ance Re: kiedy odejsc???? 06.01.08, 14:06
        Iwonko. decyzja o odejściu nigdy nie jest prosta. nikt nie mówi też, że potem
        (zaraz po) będzie 'kolorowo', bo NIE BęDZIE :( - przykro mi, ale taka jest
        prawda. Pomyśl jednak jak bardzo teraz cierpisz... jest to cierpienie "słabe",
        bo jednak podsycane nadzieją na poprawę...ale za to ciągłe...gdy zerwiesz,
        będziesz cierpiała "bardzo", ale mam nadzieję, że krótko. z bólem niestety tak
        jest. bardziej intensywny (paradoksalnie) nas męczy, ale szybciej przemija. ból
        słaby/ćmiący zżera nas sukcesywnie od środka... wypala i niszczy, siejąc jeszcze
        większe bo długofalowe spustoszenie.. odbija się jeszcze większym echem we
        wspomnieniach...wierz mi - naprawdę wiem, co mówię.

        niemniej nie rób nic pochopnie. trzeba się obopólnie zastanowić z czego wynika
        brak nici porozumienia, brak odwzajemnienia... musisz skonfrontować to z Twoim
        Chłopakiem.. może ma On jakieś problemy.. dylematy? a czy nie jest przypadkiem
        taką osobą, która wprost nie potrafi okazywać swych uczuć? tacy ludzie
        (zwłaszcza mężczyźni) też istnieją... Zresztą faceci są bardziej oszczędni w
        słowach. Większość też jest 'mniej wylewna'.. może On należy właśnie do tej
        grupy? ;)

        tego Ci życzę :) porozmawiaj z Nim jednak. wyjaśnijcie, co Was boli. Zakomunikuj
        Mu, że potrzebujesz odrobiny atencji, że chcesz poczuć się kochaną.. może On
        myśli, że w pełni Ci to okazuje?

        pozdrawiam serdecznie i głowa do góry :)
        nie smutaj. jutro też jest dzień!
      • betina02 Re: kiedy odejsc???? 09.01.08, 07:48
        Nadchodzi moment ze to on odejdzie. Bede szczera do bólu ale nie
        kocha juz skoro nie reaguje na Twóje cierpienie i Twój smutek.
        Dojrzewa do decyzji albo czeka na odpowiedni moment albo ucieknie
        bez słowa. Przechodziłam to. Kiedy postanowił ze odejdzie to
        odchodzil 3 miesiace to było straszne i nikomu tego nie zycze. A
        nadal go kocham... Pozdrawiam cieplutko
      • maja88_1988 Re: kiedy odejsc???? 25.01.08, 22:06
        iwona u mnie jest to samo jak go pytam czy nie widzi tego ze cos jest nie tak
        miedzy nami mowi ze nie, albo wymiguje sie od rozmowy bo jest zmeczony i nie ma
        głowy do myslenia...
    • roborobi Re: kiedy odejsc???? 06.01.08, 08:45
      Chyba trzeba odejść od razu - bo potem już za późno
      • betina02 Re: kiedy odejsc???? 09.01.08, 13:38
        Jesli się cos podejrzewa czuje ze to koniec to nalezy walczyć,
        najgorzej jak odejscie jest zaskoczeniem dla drugiej strony.
        • fantka Re: kiedy odejsc???? 18.01.08, 10:48
          Spokojnie,
          nic na łapu-capu!
          Iwonap87 trochę za mało napisała,
          tak naprawdę nie wiemy w czym rzecz...
          Iwonko może coś więcej?
          • iwonap87 cała historia..... 20.01.08, 00:21
            napisze cała historie naszego zwiazku

            Poznalismy sie w ubieglym roku w lutym gdy zaczelam prace w barze (
            aha dodam ze on nie jest Polakiem..jest Turkiem....:( ) on
            przychodzil tam bo lokal nalezal do jego znajomych...tamci czesto
            zapraszali mnie to do baru to na dyskoteke na piwo itd ale zawsze
            odmawialam,duzo slyszalam o turkach i wolalam unikac ich towarzystwa
            po pracy...z nim bylo inaczej....duzo gadalismy jak przychodzil i po
            jakims czasie sie z nim umowilam...spotykalismy sie i bylismy razem
            tzn jestesmy do tego czasu ale co bedzie dalej to nie wiem....przez
            pierwszy miesiac bylo super...pozniej czesto sie klocilismy ale
            ogolnie tez bylo ok...spedzalismy ze soba bardzo duzo
            czasu...bylismy nierozłączni,caly czas razem...mieszkalismy razem
            przez dwa miesiace i gdyby nie ciagle klotnie to moglabym powiedziec
            ze bylo cudownie...pozniej on musial wyjechac do turcji,prosil bym
            na niego czekala,obiecywal ze bedzie dzwonil,ze dla niego jestem
            jedyna itd..w koncu spytal czy pojade z nim,nie wahalam sie
            dlugo.pogadalam z rodzicami,spakowalam walizki i pojechalam z
            nim....tam powiedzial swojej rodzinie (wujkom,ciotkom itp) ze jestem
            tylko kolezanka z pracy,chcialam sobie zrobic wakacje itp. bylam zla
            ze tak powiedzial a on tlumaczyl sie tym ze nie chcial zeby od razu
            mowili o slubie itd.uwierzylam...pojechalismy do jego
            rodzicow...bylo ok(jego siostry i mama sa super,przytulaly mnie
            traktowaly bardzo milo) zle sie czulam,poszlismy do lekarza i
            okazalo sie ze jestem w ciazy....on od razu zdecydowal ze musimy
            usunac bo to nie najlepszy czas na dziecko...powiedzialam ze nie
            zrobie tego..upieral sie..plakalam,mowilam ze jak nie chce to sama
            wychowam,ze moze odejsc ze sobie poradze...jego mama tez
            plakala,przekonywala go.poszlismy do lekarza,lekarz spytal czy tego
            chce odmowilam,rozplakalam sie...lekarz powiedzial ze nie moze tego
            zrobic bez mojej zgody....przez kilka dni nie moglam spac,nic nie
            jadlam,ciagle płakałam,wymiotowalam,dostalam gorączke a pozniej
            krwotok....poroniłam....wtedy byl przy mnie ,pocieszal,mowil ze
            kiedys bedziemy miec dzieci,ze za rok wezmiemy slub,ze on chce,ze
            jego mama tez,ze ona wszystko przyszykuje....pomalu dochodzilam do
            siebie...kiedy zblizala sie data powrotu okazalo sie ze ma problem z
            wiza,musial zostac...wrocilam sama...miesiac bez niego byl
            koszmarem,ciagle czekalam na telefon i odliczalam dni jego
            powrotu...w koncu nadszedl...bylo cudownie..po dwoch tygodniach
            zaczely sie klotnie,juz nie zamieszkalismy razem,mial dla mnie coraz
            mniej czasu,klocilismy sie o to,chcial wiecej czasu dla
            siebie....myslalam ze mnie zdradza...stalam sie cholernie
            zazdrosna,ciagle pytalam gdzie byl,z kim,jak dlugo itd.nie poswiecal
            mi uwagi,stalam sie tlem,dzwonil jak mu cos trzeba bylo....jak
            zaczynalam ten temat to zapewnial o swojej milosci o tym ze mnie
            nigdy nie zostawi,zebym mu zaufala bo on mnie nie zdradzi...kilka
            dni bylo ok a potem znow to samo....teraz gdy ja jestem u siebie on
            chodzi na imprezy z innym turkami,nie odbiera wtedy
            telefonow,ogolnie jest dla mnie oschły...kiedys gdy zaczelam rozmowe
            na temat tego co mowil w turcji o malzenstwie to wszystkiego sie
            wyparł,powiedzial ze on nie chce miec dzieci,nie chce zony,ze wtedy
            powiedzial to tylko tak o ;(;( .....w dalszym ciagu sie
            klocimy...kilka dni jest ok a potem wielka burza...juz czasem nie
            wytrzymuje...probuje sobie tlumaczyc ze lepiej bedzie jak nie
            bedziemy razem...ale nie umie odejsc..a wiem ze on tego nie
            zrobi..nawet gdybym odeszla bysmy sie widywali mamy wspolne
            interesy,pomagam mu,nie potrafiłabym go zostawic samego z tym
            wszystkim..wiec czekam,jestem podejrzliwa,nie umiem mu juz
            zaufac....ale z drugiej strony go kocham i ciagle mam nadzieje ze
            sie zmieni..tylko nie wiem czy to mozliwe...jestem zbyt naiwna.zbyt
            słaba.jest dla mnie jak narkotyk nie umie bez niego zyc,daje mi kopa
            i jednoczesnie powoli bardzo powoli usmierca...zatracam sie przy
            nim...juz nie jestem ta osoba ktora bylam...wiele razy slyszalam to
            od znajomych....chcialabym zyc jak kiedys ale nie wiem czy to
            mozliwe po tym wszystkim...jest mi tak ciezko...mam cholernie
            mieszane uczucia: wiem ze kiedys to sie skonczy,przyzwyczajam sie do
            tej mysli,ale wciaz mam nadzieje ze sie zmieni,boje sie ze mnie
            zdradzi,paralizuje mnie mysl ze on bedzie z inna dziewczyna....czuje
            sie taka rozdarta...chcialabym uciec...ale zbyt wiele razy uciekalam
            gdy cos mi sie nie ukladalo i wiem ze to nie najlepszy pomysl...juz
            nie wiem jak mam zyc...tak bardzo chce zeby ktos mi pomogł...nie
            radze sobie z tym wszystkim...nie radze sobie z
            bolem,cierpieniem,samotnoscia....czy tak powinna wygladac miłosc????
            to wszystko jest chore...czasem zaluje ze tak potoczyly sie te
            sprawy,zaluje ze go poznalam,ze wogole zaczelam tam
            prace...chcialabym cofnac czas i zaczac wszystko od nowa....
            • skorpionica11 Re: cała historia..... 20.01.08, 13:58
              wez sie w garsc iz zacznij wszystko od nowa bez niego
              zacznij nowe zycie
              mysle ze za jakis czas z tych waszych "intersow" mozesz sie wycofac
              ja jestem za radyklana zmiana cos koncze i zaczynam zyc od nowa
              i to jest najlepsza metoda poboli i za jakis czas przestanie
              szkoda zebys sobie zmarnowala zycie bo mloda jestes i cale zycie
              przed Toba :)

              3 maj sie
              • fantka Re: cała historia..... 20.01.08, 18:03
                Iwonko los uchronił Cię przed
                tym jasyrem tureckim.
                Podziękuj Bogu za to że ochronił Cię przed
                formalnym związaniem się z tym turkiem.
                Dziewczyno przejrzyj na oczy i uciekaj
                od niego najdalej jak można.
                Z własnej woli nie pchaj się w nieszczęście!
                Nie wierz ani w jedno jego słowo!
                Ratuj się!
                Nie żałuj go !!!!!!
                bo za grosz nie jest tego wart !!!!!!!!!!!
                Uśmiechnij się
                i poszukaj odpowiedniego chłopaka !!!

                -
            • maja88_1988 Re: cała historia..... 25.01.08, 22:14
              po tym jak powiedział ze nie chce zony i dzieci nie zastanawiała bym sie odeszła
              bym od niego
    • bella291 Re: kiedy odejsc???? 25.01.08, 13:12
      Mentalnosc i jeszcze raz metalnosc! Jestes z nim rok,i piszesz ze nie mozecie
      dojsc do porozumienia w domu,a pomysl co by bylo gdybyscie mieli zamieszkac na
      stale??Jezeli on nie hcial dziecka to automatycznie dal ci do zrozunienia ze
      niedba o ciebie. Pomysl, napisalas ze powiedzial ze po roku wezmie z toba slub,a
      co by przeszkadzalo w tym dziecko? Przeciez i tak mowil ze bedziecie miec po
      slubie.Turki sa inaczej wyhowywani maja inna metalnosc niz polacy,inaczej
      okazuja rowniez uczucia do swych zon,zona to jest do gotowania,sprzatania i do
      wychowania dzieci,a nie ktore nawet nie maja prawa miec wlasnego zdania,ih
      zdania sie w wiekrzosci nie licza, bo jest tylko glopia kobieta.
      Jestes z nim tylko rok,zamkni drzwi za nim, i wiedz ze nie jestes jego pierwsza
      ani ostatnia,niebadz naiwna i badz konsekfentna,a to ze on cie nie zostawi to
      jest jemu narazie na reke a nie tobie bo tylko nie poczebnie sytuacie przeduza.
      Mysle ze dasz sobie rade musisz byc twarda
      • fantka Re: kiedy odejsc???? 30.01.08, 10:16
        Witaj Bella291 na forum.

        Dobrze że masz zdanie podobne do mojego.
        Dziewczyna powinna jak najszybciej
        wycofać się z tej znajomości.
    • iwonap87 :(:( 29.01.08, 19:55
      nie potrafie odejsc...wiem jak on mnie traktuje,zle mi z
      tym,wazniejsi sa dla niego koledzy,wystarczy jeden telefon od nich a
      ten juz leci,ja ciagle jestem na drugim miejscu....pfff zeby tylko
      na drugim...rozmawiamy,jest ok,a potem 'buch' znow to samo...mowi ze
      dla niego minął ten czas kiedy bylo "romantycznie",ze teraz to ze
      mnie kocha okazuje przez to co dla mnie robi...ale ja tak nie
      umiem...czuje sie jakbym zyla w cieniu,jakbym więdła....nie mam
      checi do zycia...on niedlugo otwiera bar w innym miescie...mowi ze
      wtedy tez bedziemy razem,choc wiem ze odleglosc na to nie
      pozwoli...chyba czekam na ten moment...sama nie umiem
      powiedziec "juz koniec"....teraz probuje sie oddalic,nie spedzac z
      nim zbyt wiele czasu,szukam pracy,czesciej wychodze sama <bez
      niego>,poznaje nowych ludzi...wierze ze w ten sposob łatwiej mi
      bedzie o nim zapomniec a jesli nie zapomniec to przynajmniej
      zrozumiec ze nie jestesmy dla siebie...
      • fantka Re: :(:( 30.01.08, 10:34
        Iwonko,
        czy u Ciebie nie działa teraz "syndrom ofiary" ???

        Otrząśnij się !!!!
        Wyrzuć go zdecydowanie
        ze swojego życia !!!!
        Nie oglądaj się za siebie,
        nie leć jak ćma do światła.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka