paulutek
12.07.10, 21:33
Mam 29 lat,partnera od kilku lat i dwóch synków z nim (1,5l i 3 l.)
Bede szczera: bedac w pierwszej ciąży spotkałam sie z mężczyzną,z
którym wczesniej byłam.Spotkanie to polegało na kilku min. rozmowy.W
szczerej rozmowie z partnerem powiedziałam mu o tym,on w odwecie
przyznal sie do wielokrotnej zdrady zanim zaszłam w ciążę.Do zdrady
w ogólnie przyjetym znaczeniu,tzn.zadnej nie kochal,to byl czysty
seks.
Do tej pory przy każdej kłótni wraca do tej sprawy tzn.chodzi o
moja "zdrade" bo o swoich nie pamieta (dlatego ze to bylo przed
ciążą,potem niby postanowil byc mi wierny).Każde swoje chore
zachowanie tym usprawiedliwia,np. to że poszedł do sąsiadów i pil a
ja siedzialam w domu z dzieckiem i drugim w brzuchu,a jak po niego
poszlam to zaśmial mi sie w twarz.To,ze robi zadymy bez powodu,ze po
jednym wyjściu na picie kazał mi zniknąć nazajutrz itp.
Wszystko podświadomie usprawiedliwia zdrada.
Jakis czas temu spotkalam przypadkiem tego faceta,zamienilam kilka
zdan,w przyplywie szczerosci tez mu o tym powiedzialam a on na to,ze
kazal mi wtedy do niego sie nie odzywac a ja to olalam.Ostatnio z
tego powodu nazwal mnie kurwiszonem.
Nie w glowie mi zdrada bo mimo,ze nie jestem szczesliwa z moim
facetem to nie chce kombinowac nic na boku,nawet bym czasu nie miala
(a jestem o to nieustannie podejrzewana).
Moje pytanie brzmi czy jest sens trwac w zwiazku,ktory psychicznie
mnie wykancza,z osoba ktora wciąż rozdrapuje rany,wciąz wraca do
czegos co bylo."Zdrade" jesli rozmowa nia jest sie wybacza lub nie i
zyje sie dalej.Wiem,ze to pewnie boli,zwlaszcza faceta ale ile mozna
o tym samym? Ta rozmowa miala miejsce 3 lata temu.Z góry dziekuje.