sowietolog
10.05.12, 01:57
Zabrakło Sarkozy'ego i pojawiła się - oczywista dla tych bardziej rozsądnych i spostrzegawczych - niemożność utworzenia stabilnej, większościowej koalicji parlamentarnej oraz rządu w Grecji, a cała Europa drży w posadach...
Jeżeli w XXI wieku, po kilku dekadach narastającej i przyspieszającej "integracji europejskiej", przy kolejnych omnipotentnych traktatach unijnych (Maastricht, Schengen, etc., etc.), przy tysiącach eurokratów w Brukseli i Strasburgu oraz stolicach europejskich krajów i regionów (prowincji, landów, województw), przy masie prounijnej propagandy, tej oficjalnej i tej podprogowej, przemycanej w mediach, prasie, tv (np. cassus polskiego serialu Złotopolscy), przy wielu mld wydawanych na powyższe oraz całą masę różnych celowych programów unijnych - cała ta polityczno-gospodarcza konstrukcja jaką jest Unia Europejska, jej byt, możliwość przetrwania - opiera się WYŁĄCZNIE na dobrej (lub złej, zależnie od kontekstu i interpretacji, hehe...) woli i naciskach dwóch europejskich stolic, a raczej "dworów" dwóch przywódców urzędujących w tych stolicach, czyli Merkel i Sarkozy'ego, oraz na "konieczności dziejowej" utworzenia rządu w jednym z peryferyjnych, rolniczo-turystycznym kraju tej pol.-gosp. konstrukcji, to jest to nic nie warty twór. Twór fikcyjny, wirtualny, oderwany od realizmu. Twór, który prędzej czy póżniej padnie na pysk. Przez jakiś błąd czy widzimisię paryskiego lub berlińskiego "dworu" czy brak stabilnej władzy w Grecji...
Dlaczego ta "oczywista oczywistość" w mainstreamie jest tematem tabu? Dlaczego na racjonalizm są w stanie pokusić się tylko ci, których mainstream przyczepia propandowe łatki "nacjonalistów", "populistów", "demagogów", czy wręcz "oszołomów", vide debata publiczna w Polsce i polskie media...
Wiarę w Unię, w "unijność", odbieram już jako nową ideologiczno-polityczną religię, następcę komunizmu. Systemu, który zwalczając, ośmieszając religię jako taką, sam się nią stał, zyskując - pod pozorem humanizmu i naukowości marksizmu-leninizmu - prawdziwych wyznawców, kapłanów i wiernych... Jak to nazwać, tę absurdalną wiarę w Unię? "Unionizm"...?
Zastanawiam się tylko, dlaczego Niemcy jeszcze tkwią w tej ułudzie? Czyżby euro tak bardzo spacyfikowało europejską konkurencję dla niem. gosp. i dawało takiego silnego kopa niem. eksportowi, że ciągle jest to opłacalne? Czy Niemcom nie byłoby i bezpieczniej, i wygodniej, zawrzeć z krajami Beneluxu (mam wątpliwości co do niestabilnej i zadłużonej Belgii) osobnej unii walutowej? Do takiej pewnie o wiele chętniej przystąpiłyby kraje skandynawskie, z pozaunijną Norwegią. Podejrzewam, że i Szwajcarzy mięliby znacznie mniej obaw co do utraty własnej niezależności i franka szwajcarskiego... Po co dalej tkwić w euro, skoro od funta ani nigdy nie odejdą Brytyjczycy (padłoby londyńskie City, a wraz z nim doszłoby do bankructwa UK), ani raczej nigdy nie przystąpi Rosja (inkorporując własny potencjał terytorialno-surowcowy). Kraje, które wymieniłem, są z grubsza sobie bliskie i etnicznie (ludy i narody germańskie), i kulturowo, i mentalnościowo, vide protestancki etos pracy i "zimny chów"... Gdyby jeszcze tworzono w miarę silne bariery na granicach tej wspólnoty dla imigracji muzułmańskiej (arabsko-tureckiej), to obok takich krajów jak Kanada, Australia z Nową Zelandią czy Singapur, byłby to najprzyjemniejszy (najbezp. i najstabilniejszy społecznie i ekonomicznie) do życia region na globie. Bez problemów dołującego i zbyt podatnego na imigrację, romańskiego "Południa" Europy. Niestety, przypuszczalnie Słowiańszczyzna na wschodzie Europy także na wiele dekad nie kwalifikowałaby do tej zony... No, może z wyjątkiem Czechów i ich stabilnej waluty...