Gość: _real_
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
06.09.04, 13:59
Poczytajcie proszę:
Dlaczego Rosjanie zabijają Czeczenów, dlaczego Putin zaczął tę wojnę, dlaczego
jej nie kończy, dlaczego Czeczeni zabijają Rosjan - pytania logiczne,
odpowiedź mniej, bo mieszczą się w niej emocje niepasujące do władzy.
Precz z terrorem! Niech żyje terror!
W Domu Kultury "Dubrowka" zastrzelono wszystkich terrorystów, i tych, którzy
się bronili, i tych uśpionych. Nie dowiemy się już jednak, kto, kiedy i
dlaczego uzbroił szahidki nie w bomby, a w atrapy ładunków wybuchowych, o czym
większość z nich nie wiedziała, do ostatka uparcie łącząc nieaktywne przewody.
I dlaczego niektóre z nich miały przy sobie bilety powrotne do domu?
(C) AFP / KOROLKOV
KRYSTYNA KURCZAB-REDLICH
Wiosną tego roku, wieczorem, nad rzeką Assa w Inguszetii siedziała przy
ognisku grupka dzieci. Przeleciały nad nią dwa rosyjskie śmigłowce wojskowe,
zawróciły, spuściły bombę. Ognisko się dopalało, oświetlając trzy trupy i
kilkoro ciężko rannych. Niedługo potem patrzyłam w oczy matki jednego z
zabitych chłopców. Patrzyłam też w oczy matki, która pochowała trzech synów,
kilkunastolatków, przy tym - dwóch porwanych przez żołnierzy, a potem
porzuconych gdzieś przy drodze, z wypatroszonymi wnętrznościami. Widziałam
dzieci bez oczu i bez dłoni, okaleczone przez zabawki zrzucane na Czeczenię z
rosyjskich śmigłowców. Widziałam dziewczynkę z dziurą w czaszce, pod którą
pulsuje przykryty przezroczystą błoną mózg. Widziałam inną, zupełnie
sparaliżowaną przez odłamek bomby, który utkwił gdzieś w okolicach kręgosłupa.
Rozmawiałam z piętnastoletnim świadkiem rozpruwania brzuchów dwóm żywym
chłopcom czeczeńskim, których wnętrzności pijani żołnierze rzucali psom...
Te dzieci, gdy je kaleczono i zabijano, krzyczały zapewne głośniej niż dzieci
ze szkoły nr 1 w Besłanie, ale miały mniej szczęścia: ich cierpienia to
codzienność Czeczenii. Dzieci z Besłanu cierpią odświętnie, na oczach
przyklejonego do telewizorów świata. Telewizor to święto terroru, jego
konsekracja. A równocześnie - przekleństwo serwisów informacyjnych, które
pożerają tylko świeże mięso, a wczorajsze nieszczęścia już ich nie interesują.
I gdy jakiś konsekwentny dziennikarz będzie się upierać, że dramat Kosowa,
Kabulu czy Groznego nie przestaje być dramatem tylko dlatego, że świeższe są
nieszczęścia Bagdadu, usłyszy: może to i dramat, ale już nie temat.
Kto dziś nie umiera na ekranie, ten nie umiera wcale. Więc, by umieranie było
dostrzeżone, trzeba samemu zabijać - ot i cała filozofia terroryzmu, choć w
czeczeńskiej wersji bywa zawodna, bo nigdy nie wiadomo do końca, kto i po co
zabija.
Był koniec sierpnia 2002 roku. Grozny. Upał. Czekamy na kogoś tam w rozgrzanej
puszce samochodu. Nagle Musa, kierowca, pochyla się i szepce mi na ucho, choć
nikogo w pobliżu nie ma: - Zmieniamy taktykę. Będziemy tak, jak Palestyńczycy,
zabijać poprzez szahidów. Szykuje się duża akcja. W Moskwie. Zobaczysz. -
Świat was znienawidzi, będzie wami pogardzał - mówię. - A co nam ten świat
pomógł?! Milczy i ma gdzieś to, jak nas zabijają. Nie mamy już innego wyjścia...
Wtedy nie uwierzyłam, a przypomniałam sobie tę rozmowę, podnosząc z błota na
Dubrowce muzułmański różaniec, taki jaki wisiał w aucie Musy...
Dlaczego Rosjanie zabijają Czeczenów, dlaczego Putin zaczął tę wojnę, dlaczego
jej nie kończy, dlaczego Czeczeni zabijają Rosjan - pytania logiczne,
odpowiedź mniej, bo mieszczą się w niej emocje niepasujące do władzy. Bo, czy
nienawiść może być elementem strategii państwowej?
"Pierwszą wojnę czeczeńską" (1994 - 1996) zakończył generał Aleksander
Lebiedź, zawierając w Chasawjurcie pokój z głównodowodzącym siłami
czeczeńskimi Asłanem Maschadowem. I choć w maju 1997 roku prezydent Jelcyn
zawarł z Maschadowem (którego w zwariowanych od radości zwycięstwa,
powszechnych wyborach naród wybrał na prezydenta) pakt o pokoju, rosyjscy
generałowie starannie przygotowywali odwet. Zamienienie sympatii, jaką świat
żywił do tego niewielkiego, bohaterskiego narodu, na niechęć to jeden z
głównych punktów tego planu. I oto jeszcze w 1996 r. tajemnicza ręka, która -
jak się później okazało - należała do Czeczena, agenta FSB Adama Denijewa,
gotuje śmierć sześciu lekarzom Czerwonego Krzyża... Inny kolaborant, Arbi
Barajew, w dwa lata później obcina głowy czterem Anglikom i Nowozelandczykowi.
Któż nie pamięta tych głów zatkniętych w śnieg? W model porywacza szybko
wpasowali się czeczeńscy bandyci, porywając kogo popadło, najczęściej swoich
bogatych ziomków, cudzoziemców na ogół zostawiając moskiewskim agentom.
Prysnął czar romantycznych, walczących o niepodległość rycerzy, ludzi honoru i
gór. I o to chodziło. Zadanie zostało wykonane. Porwania należą już jednak do
rzadkości. Te najgłośniejsze, jak choćby porwanie Ariana Erkla z organizacji
Lekarze bez Granic, okazało się też akcją przeprowadzoną przez FSB, co zostało
udowodnione...
Codzienność Czeczenii ostatnich lat nie wzrusza, bo jej nie oglądamy. Ludzie
porywani z domów, torturowani, gwałceni, mordowani, rozrywani dynamitem nie
trafiają na wizję ani w eter, bo Czeczenię szczelnie odizolowano od świata.
Dziennikarz z kamerą wpuszczany jest tam od święta (np. na wybory) i pod
ścisłą kontrolą. Zimą tego roku rosyjski oficer zażądał ode mnie skasowania
sfilmowanej ulicy, bo "tu wszystko jest tajne". Cudem uniknęłam zabrania
kamery, a nawet dużo większych nieprzyjemności. Największy sukces Putina w tej
wojnie - to sukces propagandowy: Czeczen to albo ten, który uległ procesowi
kremlowskiej "normalizacji", albo terrorysta. Bo zeszłowieczne porwania
zastąpiono bardziej nowoczesnym nośnikiem nienawiści - terroryzmem.
Czeczeński terroryzm zaistniał dla świata we wrześniu 1999 roku, wraz z
wylatującymi w powietrze domami i ówczesnym premierem Rosji Władimirem Putinem
ścigającym Czeczenów nawet w wychodku. W komputerach pozostały daty i liczby
ofiar, powtarzane przy każdym nowym dramacie. Pojawiające się przy nich
wątpliwości znikają z pamięci, bo zamazują obraz.
Gdy i nazwa Besłan spadnie na dalsze miejsca w wiadomościach, zapomnimy o tym,
że Rusłan Auszew (cieszący się ogromnym autorytetem były prezydent Inguszetii)
nie zobaczył ani jednego Czeczena wśród terrorystów, choć pertraktował z nimi
długo, uwalniając dużą grupę dzieci. Zobaczył Osetyjczyków i Rosjan, a nie
Arabów i Murzyna, o których doniosły rosyjskie media. Umknie naszej uwadze, że
Czeczeni odcięli się od nieznanej im (i komukolwiek), a przyznającej się do
autorstwa dramatu w Besłanie organizacji Islamabulah, sugerującej związek z
Al-Kaidą. - Robią z nas sklonowanego bin Ladena, jesteśmy więc bezradni -
głosiły czeczeńskie centra informacyjne, komentując zdanie Putina o
interwencji międzynarodowego terroryzmu.
Umknie uwadze większości nie tylko opublikowane przez Czeczenów zapewnienie,
że człowiek o nazwisku Magomed Jewlojew i pseudonimie Magas, nazwany przez
oficjalne źródła rosyjskie przywódcą atakujących szkołę terrorystów, w ogóle
nie istnieje. I mało kto się dowie, że lekarzom szpitali w Besłanie FSB
odebrało telefony komórkowe, by nie mogli przekazać na zewnątrz wiadomości o
stanie i liczbie ofiar. A i dziennikarze - niezależni eksperci od Czeczenii:
Andriej Babicki - zaaresztowany na moskiewskim lotnisku pod zarzutem wiezienia
materiału wybuchowego - i Anna Politkowska - przytruta w samolocie lecącym na
Kaukaz - znikną za obrazami nieszczęsnych dzieci ze szkoły nr 1. Zapomnimy i o
tym, że terroryści wezwali na pośredników nieprzychylnych im obrońców praw
człowieka (jak Kowaliow) czy polityków (jak Hakamada), ale generała FSB -
prezydenta Inguszetii Zjazikowa, starego działacza komunistycznego -
prezydenta Osetii Dzasochowa i związanego z FSB doktora Roszala...
Niebawem przestanie nas dziwić i zaskakująca życzliwość dla kamer, choć
pamiętamy, że podczas szturmu na Dubrowce nie tylko z kamerą, ale i bez niej
przebić się przez kordony wojska nie było można. Zapomnimy i o pytaniu Rosjan,
dlaczego wtedy, gdy ca