Dodaj do ulubionych

nauczyciel gnebący dzieci

IP: 212.244.31.* 24.11.05, 14:20
pomocy!!!syn uczy sie w gimnazjum w Warszawie o bardzo dobrym poziomie. Uczy
się b.dobrze(4,85 średnia).Jednak nauczycielka matematyki to istny potwór.
Gnebi dzici, krzyczy, wyżywa się nad nimi. Wynikiem tego jest nerwic szkolan
u syna- wymioty,obgryzanie pznokci, silny lek przed lekcja matematyki. W
kuratoriu powiedzieli, że najlepiej zmienić szkołę. Nie skomentuje tego. Taki
sam poziom jak i matematyczki.Co zrobić, nie chce rezygnowac z dobrej szkoły.
Obserwuj wątek
    • Gość: Molestator Re: nauczyciel gnebący dzieci IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.11.05, 10:30
      A jake jest zdanie dyrektora?

      forum.edu.pl/
    • gaika Re: nauczyciel gnebący dzieci 06.12.05, 20:38
      Czy inne dzieci i rodzice tez się skarżą? Jest szansa na wspólny front?

      Poprosiłabym, aby na lekcjach matematyki był obecny dyrektor lub pedagog, a w
      razie braku efektu, rodzice.
    • zuchna Re: nauczyciel gnebący dzieci 09.12.05, 20:37
      Najpierw - wyznanie z głębi: szlag mnie jasny trafia, kiedy słyszę o takiej
      matematyczce, czy innym typie psychicznie pastwiącym się nad nieletnimi (przy
      zdrowych zmysłach trzyma mnie jedynie zdanie powtarzane czasem wspaniałomyślnie
      przez pewną Forumowiczkę: nie wszyscy nauczyciele są tacy)! Zakładam tu, że
      historia nie jest zmyślona i to ja, na przykład, jestem dzieckiem, które na
      myśl o swojej pani wymiotuje i gryzie palce. W moim LO też "jedna pani" miała w
      życiorysie kilka ładnych lat takich szaleństw - doszła do perfekcji i NIKT jej
      nie mógł dać rady. W stosowaniu rozmaitych "chwytów psychologicznych" doszła do
      maestrii (sama zaznaczała, że bardzo interesuje się psychologią). Z lubością
      stosowała je na upatrzonych jednostkach - raczej uczniach, ale nauczyciela też
      umiała "psychologicznie" zmieszać z błotem. Kilka ostrych słów, które jej
      czasem ktoś z nas czy rodziców powiedział, nie robiło na niej ŻADNEGO wrażenia.
      Przyjmowała wszystko ze stoickim spokojem, patrząc człowiekowi w oczy wzrokiem
      węża. Myślę, że naszym błędem było to, że te próby "powiedzenia jej do słuchu"
      miały charakter incydentalny. Czyli: ktoś wybuchał, a potem znowu było cicho -
      znowu do czasu. Toteż przyjmę stanowisko Gaiki: niech rodzice założą wspólny
      front. Niech ktoś z nich w końcu wstanie na wywiadówce (rozumiem, że
      wychowawczynią jest inna pani) i powie: "Jestem matką X. Moje dziecko... (tu
      opis objawów, które podała w poście matka + opis wybranych zdarzeń). Kto z
      państwa też uważa, że matematyczka dręczy także jego dziecko?" Muszą paść
      wypowiedzi - konkretne (patrz: nawias). Trzeba iść do kobiety (nie wyobrażam
      sobie, żeby pominąć ten etap) kupą i jasno jej przedstawić sprawę. Jeśli
      pójdzie tylko ojciec Zdzisia, to Zdzisio nie będzie miał życia na lekcjach tej
      pani. Reagować zbiorowo trzeba na każdy kolejny akt przemocy w klasie: znowu
      uderzyć do tej pani. Dręczenie za dręczenie. Nachodzić choćby co trzy dni.
      Pytać, dlaczego znowu pani odniosła się do Jasia tak a nie inaczej. Nie życzyć
      sobie. Głosem zdecydowanym.
      Nasza "pastwiąca się" w końcu wylądowała na leczeniu u psychiatry. Oficjalnie -
      z innych przyczyn. Ale co to nas obchodziło?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka