Dodaj do ulubionych

Upiór w Operze

13.03.08, 21:41
Scenografia plasticzana (no! obronił się żyrandol i projekcje
multimedialne; pan od świateł po prawej sympatyczny)... reszta -
gleba!
A teraz po aktorach:
1) Damian Aleksander - nie poznałem go w tej masce
2) Raul - uroczy, daje radę
3) Christine - mogłaby podkładać Pocahontas albo Cinderellę - nic
więcej się nie wykrzesi, zero charyzmy, głosik słodko-pierdzący!
4)Carlott - boska, broni się chociaż w drugiej scenie pierwszego
aktu - daremna gra. Ale można jej wybaczyć, bo jedyna z jajem aktorka

Nudą wiało, i tyle. Jeden, dwa elektryzujące momenty, poza tym flaki
z olejem niczym brazylijski serial...

Generalnie kicha, wysiedziałem wprawdzie do końca pierwszego aktu,
ale dłużej, uwierzcie, się nie dało :0

Zastanówcie się, przed zakupem biletu, czy na pewno lubicie A.L.
Wbbera i jego ciężkawą tfu-rczość! Na szczęście, nie musiałem
płacić, bo mnie TVN zaprosił ;)
Obserwuj wątek
      • Gość: widzka Re: Upiór w Operze IP: *.aster.pl 18.03.08, 13:37
        a ja wręcz przeciwnie, spróbuję Cię pocieszyć ;) Naprawdę warto zobaczyć, Damian
        naprawdę sprawdza się w tej roli, ma facet kawał głosu, wcześniej go nie
        doceniałam.Co do Christiny to nie wiem na którą trafisz ale jeśli na Edytę to
        super, jest genialna zresztą pozostałe dziewczyny też są w porządku. Jestem
        pewna, że spektakl zrobi na Tobie wrażenie swoim przepychem i wspaniałą muzyką.
        A co do Łukasza to cóż dla mnie to nie to, nie ta barwa, nie ten styl
        śpiewania...ja czekam na Tomka Steciuka
        • Gość: Inga Re: Upiór w Operze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.03.08, 17:15
          Steciuka w ogóle nie kojarzę. Natomiast za Damianem nie przepadam specjalnie.
          Może i ma niezły głos, ale drażni mnie jego osoba. Łukasza muszę przyznać, nie
          znam za dobrze, kojarzę ze dwie jego piosenki, ale jego głos działa na mnie
          jakoś tak kojąco, więc jeśli miałabym wybór, to jego upiora chciałabym zobaczyć.
        • Gość: zimka Re: Upiór w Operze IP: *.satfilm.net.pl 29.01.09, 14:06
          Zgadzam sie. według mnie spektakl byl berdzo udany, a Aleksander bardzo
          pozytywnie mnie zaskoczyl. Zagrobelny nie wydaje mi sie zeby pasowal do roli
          meskiego i tajemniczego (a przede wszytskim przystojnego!!) Upiora. Na szczescie
          trafilam na obsade z aleksandrem i bardzo mi sie podobalo. Ale i tak najlepiej
          im wyszlo "Mascarede" ;)
      • Gość: Dorota Babilas Re: Upiór w Operze IP: *.icpnet.pl 28.04.08, 14:10
        Zastanawiałam się czy jedna recenzja wystarczy… Bo jak tu zmieścić wrażenia
        dotyczące właściwie wszystkich elementów przedstawienia: orkiestry, scenografii,
        kostiumów, śpiewu, gry aktorskiej, reżyserii i tak dalej. Chyba w punktach.
        1. Orkiestra.
        Miłe zaskoczenie, że muzyka na żywo, z kanału – na Kotach leciała z nagrania. Z
        naszego pierwszego rzędu widać było, że dyrygent przyszedł w słuchawkach
        ochronnych, które zdjął po uwerturze. Słusznie – takie fortissimo wbija w
        róż-plusz foteli. Niestety, w porównaniu z wersją londyńską, nieco zmieniona
        orkiestracja w kierunku… hmm… rockowym. Moim zdaniem niepotrzebnie. Ja rozumiem,
        że skoro akcja dzieje się w XIX wieku to jeszcze nie powód, że muzyka musi być
        stricte dziewiętnastowieczna (jak np. u Kena Hilla) ale trochę żal tej
        rockowo-popowej maniery (do czego jeszcze wrócę). Mimo wszystko, orkiestra nie
        raziła, grała w tempie i była jednym z jaśniejszych elementów spektaklu.

        2. Scenografia i słynne już efekty techniczne.
        W sumie dobrze, chociaż po prasowych ochach i achach liczyłam na więcej.
        Żyrandol spadał malowniczo, ale w Londynie chyba jakoś szybciej – tutaj raczej
        zjechał majestatycznie na linach. Podobały mi się puszczane z rzutnika slajdy z
        Palais Garnier. Oczywiście, Webberowska Opera Populaire to nie jest Palais
        Garnier! Ale rozumiem, że realizatorzy chcieli wrócić do źródeł, pokazać że w
        ciemię bici nie są i przynajmniej wiedzą kto to był Gaston Leroux. Po namyśle
        mogę im to policzyć na plus – zawsze uważałam brak prawdziwej Opery Paryskiej za
        największą z – nielicznych – wad dzieła Webbera. No dobrze, dyrektorzy
        przenieśli sobie biurka do Grand Foyer, ale niech im będzie na zdrowie… Dach
        jest dość podobny do paryskiego. Ekipa z Romy nie jest – jak lubią podkreślać -
        jedynymi cudzoziemcami, którzy znają Palais Garnier od figury Apolla na dachu
        do jeziora w piwnicy, ale to tak na marginesie… Aha, Loża Piąta – mes chers
        Monsieurs – jest z drugiej strony sceny.
        Dalsze zmiany w dekoracjach przedstawienia, niestety już tylko na gorsze, i to
        coraz gorsze. Lustro nie wygląda jak lustro – a ma wyglądać jak lustro, do
        licha! – tylko jak jakiś portal rodem z gry komputerowej. Jak wygląda Demeure du
        Lac, szkoda słów. Schody, schody, schody – po co komuś w domu tyle schodów
        znikąd donikąd? Jakieś podesty nie wiadomo po co, za to brak podstawowych mebli;
        kiedy Christine pada zemdlona nie ma jej nawet dokąd przenieść. Organy – to
        znaczy to połączenie maszyny parowej, szafy grającej i konsoli do pinballa – to
        chyba jakaś parodia. Błyska toto światłami jak sklep przy Oxford Street na
        tydzień przed Bożym Narodzeniem. Proponuję, żeby pan Paweł Dobrzycki postawił je
        sobie na pamiątkę w sypialni, kiedy po 100 latach Roma zdejmie ten kolaps
        artystyczny z afisza.
        A już to, co się dzieje kiedy Upiór i Christine płyną przez jezioro… W Londynie
        kandelabry wynurzały się spod sceny w bardzo stylowy, rzekłabym
        romantyczno-fantastyczny sposób. Tutaj mamy jakieś – plastikowe? gumowe? –
        atrapy, gnące się jak zaklinane węże i co gorsza poruszane przez przebranych za
        dziwne stwory techników. To miały być jaszczurki, a może żaby albo ryby… Coś
        dziwnego, co znowu bardziej pasuje do stylistyki gry komputerowej niż do Upiora
        Opery. Cały romantyzm i tajemniczość tej sceny idzie na ryby.
        Druga porażka scenograficzna – Don Juan. Któremuś z recenzentów gazetowych
        skojarzyło się z Don Giovannim Trelińskiego – nota bene genialnym – ja tego tam
        nie widziałam za grosz. Już prędzej w „Primadonnie” kiedy ubierają Carlottę w
        osiemnastowieczną suknię na rogówkach do roli Hrabiny – ta scena, kiedy suknia
        zamienia się w ogromną piramidę i podjeżdża do góry. To było ładne wizualnie i
        ciekawe koncepcyjnie. Ale nie Don Juan! Nie kanapka róż-plusz, nie jakieś
        falliczne struktury w tle. Jeśli ktoś widział tę scenę tak, jak grano ją w
        Londynie (i innych replica productions) to w Romie będą go bolały zęby. To był
        przeniesiony na deski teatralne ten nieszczęsny film z 2004 roku, i to jego
        zdecydowanie najmniej udana scena.

        3. Kostiumy.
        Już się kiedyś nabijałam z której z aktorek zatrudnionych do partii Christine
        piszczącej w TVN: „Jaka śliiiczna sukienka! Czuję się w niej jak
        księżniiiiczka!”. Ja to pokrótce ujmę tak – prawdziwa panna Daae, w 1881-82
        roku, kiedy dzieje się akcja Upiora, powiedziałaby raczej: „Co to za stare
        szmaty? Przecież od końca lat 1860tych nikt nie nosi krynoliny! Ja może i
        pochodzę z biednej, chłopskiej rodziny z zapadłego końca Europy, ale takich
        łachów nosić nie będę!” I to by było bardziej prawdopodobne, niż stroje od Sasa
        do Lasa – od lat 1860 do 1890tych, z gustownym dodatkiem lateksu, że się
        współczesne sado-maso nie powstydzi. Carlotta permanentnie ubiera się w stylu
        Belle Epoque, który nadejdzie za jakąś dekadę od wydarzeń dziejących się w
        musicalu.
        To, w co wciśnięto aktorów w maskaradzie to kompletny chaos – panowie w
        smokingach z przełomu wieków, panie w lateksowych miniówach, no chyba że te na
        schodach, bo wtedy jest „salon sukien ślubnych Mariola w Pułtusku” (nie
        obrażając mieszkających z Pułtusku pań o imieniu Mariola). No i kolory – w
        Londynie olśniewające, tutaj jak na filmie, trzy: biel, czerń i złoto. Christine
        oczywiście w krynolinie – ona najczęściej w krynolinie, biedna dziewczyna. Na
        próbę Don Juana też przychodzi w krynolinie i wygląda jakby pomiędzy nią a
        Carlottą było z 30 lat różnicy w kostiumach. Na marginesie, w XIX wieku widoczny
        spod materiału sukienki stelaż krynoliny to był najgorszy obciach.
        Jeśli chodzi o kostium Upiora to jest bardzo źle. Niby co można popsuć w późno
        dziewiętnastowiecznym męskim stroju? Oj można, można. Po pierwsze ten
        wampiryczny kołnierz przy pelerynie. Sama peleryna w tych czasach jest dość
        ekscentryczna – chociaż do Upiora oczywiście pasuje – ale, na wszystkie
        świętości, nie z takim kołnierzem! O masce odsłaniającej cały nos w ogóle
        najlepiej byłoby od razu zapomnieć. Cień nadziei pojawia się w ostatniej scenie
        przedstawienia, kiedy Meg Giry znajduje na fotelu porzuconą maskę (ja lubię ten
        fotel od początku, fajny był, jak w Londynie). I to jest INNA maska, taka mniej
        więcej jak na plakacie. Czyli jednak był tu jakiś Upiór, inny niż zaoferowane
        nam połączenie pirata z Zorro? Skoro o maskach mowa, słów parę o charakteryzacji
        głównego bohatera. No przynajmniej tyle, że zrezygnowano z filmowego pomysłu, że
        Upiór przesadził z solarium. To nie było drobne oparzenie ani kłopoty z cerą do
        przykrycia grzywką. Na szczęście, chociaż oczywiście w porównaniu z tym, co
        Upiór ma na twarzy w Londynie to nie jest aż tak źle. Ale jest źle – i to
        dobrze. Bo sprowadzenie wszystkich jego problemów do drobnych braków na urodzie
        to dopiero byłaby makabra.

        4. Śpiew (czyli dźwięki wydobywające się z gardła)
        Od najlepszego. Marcin Mroziński jako Raoul (niech ktoś do cholery poprawi ten
        błąd w imieniu w programie przedstawienia!) de Chagny. Było dobrze. Głos miły,
        naturalny, powiedziałabym aktorski. Dobra dykcja, sporo emocji, brak
        manieryzmów, muzykalność. Zdecydowanie najlepsza decyzja obsadowa.
        Damian Aleksander jako Upiór – na razie tylko o dźwiękach, interpretacją zajmę
        się później. Myślałam, że będzie gorzej i byłam mile zaskoczona. Tak mile, że
        przez dłuższy czas nie zwracałam uwagi na inne poważne błędy (przede wszystkim
        brak jakichkolwiek emocji w głosie). Ale nie fałszował, chwała Bogu… W tytułowym
        duecie była niestety ta okropna „rockowa” maniera, która mnie jednoznacznie
        kojarzy się z warczeniem – to chyba miało być sexy. Nie było. Ale w sumie
        wokalnie nie było tak źle. Interpretacja – jako rzekłam – w dalszej części.
        Edyta Krzenień jako Christine. Niedobrze. Znów brak emocji
        • Gość: Dorota Babilas Re: Upiór w Operze IP: *.icpnet.pl 28.04.08, 14:11
          cd...
          Edyta Krzenień jako Christine. Niedobrze. Znów brak emocji, ale tym razem
          również kłopoty z techniką na tyle duże, że przeszkadzały w odbiorze. Po
          pierwsze pani miała przesterowany mikroport – o tym kto to słyszał w mikroporty
          śpiewać w tak małym teatrze w ogóle pisać nie będę – częściowo jak mniemam
          świadomie, żeby głos brzmiał na wyższy, ale stanowczo przesadzili. Wszystkie
          wysokie dźwięki brzmiały jak gwizdek, ostro i metalicznie. Dodatkowo, te
          naprawdę wysokie (finał tytułowego duetu) były nieczysto, zdecydowanie
          niedociągnięte. „Wishing…” (scena na cmentarzu) wokalnie położona na łopatki.
          Najmniej raził duet z Raoulem, być może towarzystwo lepiej śpiewającego kolegi
          pomaga dać z siebie co najlepsze.
          Barbara Meizer jako Carlotta. Bardzo, bardzo źle. Carlotta jest profesjonalną
          śpiewaczką, primadonną opery. Ona może mieć kłopoty z intonacją, frazowaniem,
          duże vibrato – ale nie fałsze! Bardzo nieprzyjemny głos, pogorszony jeszcze
          dodatkowo przez – zapewne narzuconą przez „reżysera” – manierę. Żeby już nie
          było wątpliwości, że opera to dno i mumia z muzeum.
          Zbigniew Ślarzyński jako Piangi. Troszkę lepiej niż Carlotta, ale znów ta
          nieznośna nadekspresja i – wymagane przez „reżysera” – fałsze. Swoją drogą,
          porządne teatry informują widzów kto występuje w jakiej roli w danym
          przedstawieniu – Romie najwyraźniej wystarcza program z obsadą zbiorczą, co
          którego wieczora się dzieje już ich nie obchodzi.
          Dyrektorzy. Za młodzi, stanowczo za młodzi. To jest naprawdę widoczne, chyba nie
          tylko z pierwszego rzędu, a już słyszalne bez wątpienia. Domalowana sztuczna
          siwizna, doklejone wąsy i bardzo młode głosy udające starsze. To nie ma już
          dojrzalszych śpiewaków?
          Anna Sztejner jako Madame Giry – kompletnie bez wyrazu, aktorsko i wokalnie. Ida
          Nowakowska jako Meg Giry niewiele lepiej. Dodatkowo źle obsadzona, całkiem
          nieprzekonująca jako tancerka baletu ze swoją bardzo atletyczną figurą. Reszta
          obsady robiła co mogła. Najlepiej spisał się balet, zwłaszcza w momentach
          „teatru w teatrze” kiedy ma tańczyć klasycznie. Ładnie było.

          W części drugiej recenzji: inscenizacja, „reżyseria”, interpretacja postaci
          zaproponowana przez aktorów, tekst polski. Do tej pory, kochani, byłam bardzo,
          ale to bardzo łagodna…

          Część druga –

          Siedziałam w tym pierwszym rzędzie, w bardzo doborowym towarzystwie, i starałam
          się zwracać uwagę na wszystko jednocześnie. To bardzo męczy – to jest zbyt
          szerokie spektrum percepcji - pewnie w końcu coś mi umknęło. Ale dobrze,
          spróbuję ustosunkować się jakoś do pozostałych elementów tej rozsypanej układanki.
          5. Inscenizacja.
          Chwilami wzorowana na Londynie (dość dużo w pierwszym akcie), chwilami żywcem
          ściągana z filmu (większość aktu drugiego. Teraz mówię tylko o inscenizacji,
          jakbym była głucha i wyłączył mi się dźwięk.
          - Prolog: Aukcja – obleci. Klasycznie rozegrana, po londyńsku.
          - Hannibal – też Londyn (słoń, kostiumy, balet), chociaż razi znacznie większa
          nadekspresja u Carlotty i Piangiego. Już gdzieś o tym pisałam – dla mnie jedyny
          sens takich instrukcji ze strony „reżysera” (ja pana dyrektora Wojciecha
          Kępczyńskiego reżyserem bez cudzysłowu nie nazwę) to zniechęcenie widza, który
          wcześniej nie był w prawdziwej operze przed jakimikolwiek tego typu pomysłami.
          Zły to ptak, co własne gniazdo kala – musical jest dwudziestowiecznym
          spadkobiercą tradycji operowej i tego rodzaju interpretacje jak w warszawskim
          Hannibalu to plucie na własnych przodków, znacznie szlachetniejszych nota bene
          niż ich późne wnuki.
          - Think of Me – inscenizacyjnie do przyjęcia. Wokal pani Krzemień dał się
          znieść, może ze względu na pewien margines tolerancji przy pierwszej arii. Tekst
          to inna historia, a oderwana od arii końcowa koloratura – a ja naprawdę czekałam
          na to my-y-y-y-y-y-y – yyyyŚL!! na końcu – jeszcze inna.
          - duet z Meg, scenka z Raoulem i lustro – to co wyżej, czyli prawie replika
          inscenizacyjna. Nie bardzo wiadomo po co Upiór ją zabiera przez to lustro, czy
          też raczej portal z plastiku i pleksiglasu. Postulowałabym nieśmiało, że z
          zazdrości o Raoula – tutaj nie ma żadnej zazdrości (ale to już kwestia gry
          aktorów). Dlaczego Christine w ogóle wchodzi w to lustro? Tak samo nie wiadomo.
          - duet tytułowy – państwo schodzą, schodzą, schodzą na tle bardzo ładnych
          slajdów z prawdziwej piwnicy w Palais Garnier. I dobrze – to w końcu piąty
          poziom ma być. Ale potem jest jezioro i łódka i te wyginające się kandelabry
          poruszane przez jakieś stworki. Te stworki zabijają cały klimat, jest jeszcze
          gorzej niż w filmie Schumachera z wyłażącymi ze ściany łapami. To jest parodia,
          tym gorsza, że zapewne niezamierzona.
          - Music of the Night – to samo, co było w filmie, obściskiwanki zupełnie nie w
          porę (o „rozmiarach” potem…) Jeśli chodzi o inscenizację, to mamy bieganie w
          górę i w dół jak kot z pęcherzem, mamy Christine pozostawioną na podłodze (a
          niech sobie leży), mamy demonstrację, jak „reżyser” wyobraża sobie kogoś, kto
          gra na organach (może dałoby się wybrać kiedyś na jakiś koncert, polecam Bacha
          na początek). Sprawa niespodziewanego zdjęcia maski Upiora przez Christine
          przerosła „reżysera” całkowicie, tak samo zresztą jak aktorów. To wszystko trwa
          stanowczo zbyt długo, traci jakiekolwiek prawdopodobieństwo.
          - Notes; gabinet dyrektorów plus Primadonna – to są trudne sceny, bo w tych
          ansamblach każdy śpiewa co innego, ale to się naprawdę da tak wyćwiczyć, że
          wychodzi harmonijnie. Tutaj państwo rozjechali się do tego stopnia, że wyszła
          kakofonia i trudno odgadnąć o co chodzi. Może to i lepiej – to, co im kazał
          śpiewać „reżyser” zasługuje na osobny punkt.
          - Il Muto – to samo co z Hannibalem, czyli przesterowany Londyn „dla chętnych a
          głupich”, pogardliwe nabijanie się z Wesela Figara (u Webbera jest to raczej na
          wpół hołd, na wpół łagodny żart).
          - All I ask of you – dach. Jeszcze najlepiej. Raoul mógłby mniej biegać, ale
          zrozumiem, że go roznosi młodość i energia. Cmoczek z Christine był aż za bardzo
          niewinny jak na tę wersję tej historii (podobno na widowni był narzeczony pani
          Krzemień i się dziewczyna speszyła). Ale dobrze, było w miarę konsekwentnie.
          Akt drugi.
          - Maskarada – film, nic więcej. Bardzo statycznie, bardzo drętwo, znowu ta
          choreografia rodem z teatru marionetek która tak wkurza u Schumachera. Znowu
          bieda kolorystyczna wbrew temu, co mówi libretto (jakie libretto! O tym czymś
          potem…) Upiór przychodzi jak do poczekalni kolejowej – co za fatalny kostium! –
          biega po tym plastikowym Grand Escalier całkiem bezładnie.
          - Notes 2 – chaos podobny do analogicznej sceny w pierwszym akcie. Najwyraźniej
          wszyscy improwizują, a tylko panu Mrozińskiemu jakoś to wychodzi. Próba Don
          Juana to po raz kolejny drwina z prawdziwego teatru. Pan Piangi, zawodowy
          śpiewak, zamiast problemów intonacyjnych i nieumiejętności powtórzenia
          nowocześnie brzmiącej frazy ma przykazane przez „reżysera” fałszować tak, żeby
          głuchy się poznał.
          - Wishing… i pojedynek – jeśli do tej pory dało się wytrzymać, to bardzo szybko
          robi się coraz gorzej. To są elementy z Londynu oraz z filmu zmieszane tak, żeby
          wydobyć z nich wszystkie niekonsekwencje, głupoty i błędy. To jest jak blok w
          PGRze, najgorsze cechy wsi i miasta. Więc mamy wielkie grobowce (skąd Christine
          stać na takie mauzoleum?), mamy kule ognia (ale w zupełnie innym znaczeniu niż w
          Londynie, jako pusty gadżet nic więcej) – ale za to mamy zapożyczony z filmu
          pojedynek na szpady (jest 1882 rok, do diabła!). Jeśli ktoś jeszcze ma
          wątpliwości czy w 1882 roku mężczyźni nosili ze sobą szpady, to spieszę
          wyjaśnić, że szpady – i to dwie! – przynos
          • Gość: Dorota Babilas Re: Upiór w Operze IP: *.icpnet.pl 28.04.08, 14:12
            cd...

            - Wishing… i pojedynek – jeśli do tej pory dało się wytrzymać, to bardzo szybko
            robi się coraz gorzej. To są elementy z Londynu oraz z filmu zmieszane tak, żeby
            wydobyć z nich wszystkie niekonsekwencje, głupoty i błędy. To jest jak blok w
            PGRze, najgorsze cechy wsi i miasta. Więc mamy wielkie grobowce (skąd Christine
            stać na takie mauzoleum?), mamy kule ognia (ale w zupełnie innym znaczeniu niż w
            Londynie, jako pusty gadżet nic więcej) – ale za to mamy zapożyczony z filmu
            pojedynek na szpady (jest 1882 rok, do diabła!). Jeśli ktoś jeszcze ma
            wątpliwości czy w 1882 roku mężczyźni nosili ze sobą szpady, to spieszę
            wyjaśnić, że szpady – i to dwie! – przynosi Upiór celem zorganizowania pojedynku
            z Raoulem de Chagny. W Londynie przekaz tej wieloznacznej sceny był moim zdaniem
            taki, że Upiór (starszy zresztą od Raoula, a nie jak tutaj równolatek) po prostu
            nie ma zamiaru się ze smarkaczem bić i tylko strzela mu pod nogi kapiszonami
            dokładnie tak jak złośliwymi komentarzami. Tutaj mamy chłopaków honornych,
            którzy się o Królewnę Lalę (bezwolną jak z bajeczki Disneya) będą malowniczo
            pojedynkować w samych koszulach – sam seks i testosteron… A już to, że Raoul (w
            końcu zawodowy oficer) powala Upiora na glebę, zastyga nad nim ze szpadą
            wycelowaną w pierś i pada słynne – zaś absolutnie nieobecne w Londynie - „NIE
            TAK!” to ja mam ochotę skomentować pytaniem „A jak?” Szkoda było wysiłku panów
            na opanowanie ładnego choreograficznie pojedynku, skoro on nie tylko nie ma
            sensu, ale jest do tego stopnia NIE TAKI.
            - Don Juan – to mogło być jeszcze gorsze? To było tak koszmarnie niedopracowane,
            chaotyczne, pozostawione na żywioł aktorom, którzy nie mieli pojęcia co oni mają
            grać. Czy „reżyser” odwiedził chociaż jedną próbę tej sceny, czy po pojedynku
            poszedł opijać sukces swojej „autorskiej wersji”? Te balety niby skrzyżowanie
            Don Giovanniego z Carmen (a oba we wsi Głucha Dolna), te obłapianki za biuścik,
            te prężenie się jak koty w marcu… A już scena z maską powala. Upiór sobie
            niezrażony śpiewa, podczas gdy Christine majstruje mu z pół minuty przy szmatce
            piracko-zbójeckiej, którą ma na twarzy. Już to widzę (niestety, widziałam – ale
            oczom nie wierzę). A potem ona mu zdejmuje tę chusteczkę i dalej sobie śpiewają,
            ze trzy frazy jeszcze, jak gdyby nigdy nic. Zero reakcji. Myślę, że część
            wpływów z wyprzedanych do października biletów warto by przeznaczyć na zabranie
            aktorów grających główne role (oraz koniecznie „reżysera”, który im to miał
            wyjaśnić) na porządne przedstawienie do Londynu albo Nowego Jorku. Są w końcu
            jakieś tanie loty. W porządnej inscenizacji to jest scena, która wbija w fotel.
            Tutaj to jest jakaś niezrozumiała improwizacja całkowicie nieprzygotowanych
            aktorów.
            - finał w podziemiach – przynajmniej tyle, że „reżyser” nie kazał im „grać
            kubłami” (kubeł, jak wiadomo, jednostka miary gry aktorskiej). Była próba
            ratunku – w wykonaniu Raoula, który starał się jak mógł. Był stupor Christine,
            do którego widz zdążył się przez trzy godziny przyzwyczaić. Był też zupełnie nie
            najgorszy Upiór, chociaż po pierwsze po tym, co się działo przez półtora aktu to
            trochę za późno na reanimację, a po drugie wyszło to (zamierzenie czy jednak
            nie?) całkowicie odwrotnie niż w „replica productions”.

            6. No to teraz, Mesdames et Monsieurs, kunszt aktorski państwa z czołówki obsady.
            Raoul (M. Mroziński) – brawo! Widać, że PWST to dobra szkoła. Raoul w tej
            interpretacji jest taki jak należy: młody, sympatyczny, zdecydowany,
            zaangażowany i ogólnie dający się lubić. Nawet bardziej niż w Londynie (o tym
            filmie już nie wspominając) – tam bywał jednak bardziej despotyczny, zwłaszcza w
            scenach gdy organizuje zasadzkę z Christine jako przynętą. Tutaj on naprawdę
            chce ją ratować z rąk psychopaty.
            Christine (E. Krzemień) – jednym słowem: Disney. Księżniczka Lala – bezwolna jak
            kawałek drewna przekładany z rak do rąk. Nagroda w pojedynku – to mogła być w
            sumie ciekawa reinterpretacja, że główna akcja toczy się pomiędzy dwoma
            konkurentami z Christine jako trofeum. W Romie pierwszy raz w życiu pomyślałam,
            że Raoul wygrał. Bo był szczery, zakochany, w sumie bezinteresowny.
            Upiór (D. Aleksander) – on to grał jak Krystyna Janda, która zawsze jest
            Krystyną Jandą kogokolwiek by nie grała (i nie będzie jej tam żadna Modrzejewska
            czy Callas bruździć) – z tym, że pan Aleksander to nie Janda. Jeśli filtrował tę
            rolę przez własny charakter – a na to wygląda – to była to obsadowa porażka
            stulecia. W jego wykonaniu Upiór to zimny, zapatrzony w siebie narcyz, Don Juan
            z piwnicy, wyrachowany, zakochany z sobie samym i własnym geniuszu. Pokrzywiona
            gęba mu w zasadzie nie przeszkadza, bo w lustra nie zerka żeby się nie
            denerwować – poza tym ma tak niezaprzeczalne walory (i rozmiary…) że wszystkie
            kobiety na scenie (i na widowni) powinny natychmiast zemdleć z wrażenia. A jak
            jedna (kukiełka Christine) nie chce mdleć, no to się ją zgwałci i tyle. Na
            zimno, żeby pokazać kto tu rządzi. Bez emocji – ten pan w ogóle nie zniża się do
            czegoś takiego jak emocje. Czego on od niej chce właściwie? Na pewno jej nie
            kocha, w sumie nie jest o nią nawet zbyt zazdrosny, z nudy uczy ją śpiewać (ze
            skutkiem dość mizernym, ale jaki nauczyciel taka uczennica). Nawet w finale jest
            co najwyżej rozgoryczony, że niedobry świat się na nim – geniuszu wszech czasów
            – nie poznał. Ale to tym gorzej dla świata. Nie ma w nim za grosz tragizmu,
            rozdarcia, tego, co w tej postaci jest tak absolutnie niezbędne – perfekcjonisty
            świadomego własnej niedoskonałości. To jest Apollo zaślepiony własnym blaskiem,
            nic ponadto. To jest przypadek na granicy nieuleczalności – w tej wersji
            Christine najlepiej zrobi uciekając gdzie pieprz rośnie. On sobie doskonale
            poradzi – czyżby Roma przygotowywała się już na owiany ponurą legendą ewentualny
            sequel do scenariusza z Upiora Manhattanu?

            7. Tekst polski Daniela Wyszogrodzkiego.
            Ponieważ jestem – jak niektórzy wiedzą – skrajnie nieobiektywna, powiem
            najkrócej jak się da. Miałam ochotę suflerować całej obsadzie z mojego miejsca w
            pierwszym rzędzie. Od pierwszych słów, od przegadanej aukcji. Znaczy, aukcja
            jest prologiem, czyli nie musi być w konwencji opery, ale potem – od pierwszej
            nuty pozytywki – to jest opera! Tam są arie, duety, ansamble i RECYTATYWY! To
            nie jest gadka-szmatka luźnym tekstem, to się gra jak biały wiersz, z melodyką
            frazy (co z tego, że bez basso continuo) – tam ma znaczenie ilość sylab i tym
            podobne rzeczy całkowicie przez pana Wyszogrodzkiego zignorowane. On tego nie
            zrozumiał, nie polubił, zrobił to dla kasy i zapewne z przyjaźni dla Pana
            Dyrektora.
            Może przeczytał moje tłumaczenie, a może te kilka linijek, które mu wyszło to
            czysty przypadek. Tekst „Wspomnij mnie” zamiast dotychczasowego „Twoja myśl” na
            początku arii Think of me to raczej nie jest przypadek… Arie i parę duetów
            znałam już z szerszego obiegu. Niezłe (All I ask of you), kontrowersyjne (The
            Phantom of the Opera), nijakie (The Mirror) do słabych (Music of the Night). Nie
            słyszałam wcześniej tych wszystkich małych scenek (pozytywka, pierwsze
            zdemaskowanie, przejścia pomiędzy większymi fragmentami, ansamble z dyrektorami)
            – miałam ochotę płakać i tylko obecność bardzo wyjątkowych osób po mojej prawej
            i lewej stronie sprawiła, że jakoś to wytrzymałam niemal wyłamując sobie kości w
            palcach. Nie wiem, czy jest gdzieś taka wersja musicalu Webbera, gdzie widz
            zaczyna płakać przy Notes – ja byłam bliska zwierzęcego skowytu. Za ten
            nieprawdopodobnie skopany tekst. Za brak elementarnego szacunku dla materiału,
            sylaby porozciągane jak stare gacie, rozsypany rym i rytm czegoś,
            • Gość: Dorota Babilas Re: Upiór w Operze IP: *.icpnet.pl 28.04.08, 14:13
              cd...
              7. Tekst polski Daniela Wyszogrodzkiego.
              Ponieważ jestem – jak niektórzy wiedzą – skrajnie nieobiektywna, powiem
              najkrócej jak się da. Miałam ochotę suflerować całej obsadzie z mojego miejsca w
              pierwszym rzędzie. Od pierwszych słów, od przegadanej aukcji. Znaczy, aukcja
              jest prologiem, czyli nie musi być w konwencji opery, ale potem – od pierwszej
              nuty pozytywki – to jest opera! Tam są arie, duety, ansamble i RECYTATYWY! To
              nie jest gadka-szmatka luźnym tekstem, to się gra jak biały wiersz, z melodyką
              frazy (co z tego, że bez basso continuo) – tam ma znaczenie ilość sylab i tym
              podobne rzeczy całkowicie przez pana Wyszogrodzkiego zignorowane. On tego nie
              zrozumiał, nie polubił, zrobił to dla kasy i zapewne z przyjaźni dla Pana
              Dyrektora.
              Może przeczytał moje tłumaczenie, a może te kilka linijek, które mu wyszło to
              czysty przypadek. Tekst „Wspomnij mnie” zamiast dotychczasowego „Twoja myśl” na
              początku arii Think of me to raczej nie jest przypadek… Arie i parę duetów
              znałam już z szerszego obiegu. Niezłe (All I ask of you), kontrowersyjne (The
              Phantom of the Opera), nijakie (The Mirror) do słabych (Music of the Night). Nie
              słyszałam wcześniej tych wszystkich małych scenek (pozytywka, pierwsze
              zdemaskowanie, przejścia pomiędzy większymi fragmentami, ansamble z dyrektorami)
              – miałam ochotę płakać i tylko obecność bardzo wyjątkowych osób po mojej prawej
              i lewej stronie sprawiła, że jakoś to wytrzymałam niemal wyłamując sobie kości w
              palcach. Nie wiem, czy jest gdzieś taka wersja musicalu Webbera, gdzie widz
              zaczyna płakać przy Notes – ja byłam bliska zwierzęcego skowytu. Za ten
              nieprawdopodobnie skopany tekst. Za brak elementarnego szacunku dla materiału,
              sylaby porozciągane jak stare gacie, rozsypany rym i rytm czegoś, co w założeniu
              jest koronką brugijską. To samo Primadonna, to samo Notes 2. I tak dalej, i tak
              dalej. Scena z maską w podziemiach mnie ogłuszyła – może na pewnych etapie
              gwałcony organizm przestaje odbierać jakiekolwiek bodźce. Tam coś było „z duszy,
              z duszy…” – nie wiem co, bo zrobiło mi się duszno. Don Juan (Point of no return)
              – duet genialny, zmysłowy i piękny do nieprawdopodobieństwa został tym tekstem
              zamieniony w czeskie porno. Nawet beznadziejna reżyseria nie raziła aż tak, jak
              ten tekst.
              Tam jest wszystko wywrócone do góry nogami, tam są zmiany interpretacyjne na
              poziomie tłumaczenia, nieuzasadnione i bardzo, bardzo złe. „Mogłeś mieć i świat
              i mnie, a wybrałeś krew…” – Christine do Upiora?! Nawet ci aktorzy nie
              uzasadniają takiej masakry. Cała rozbudowana scena pomiędzy Raoulem a Christine
              w drugim akcie – w niej nie ma śladu niezdecydowania, wahania, emocji – już na
              poziomie tekstu. Cmentarz – to samo. Rozsypane, za długie, błędne teksty. I coś,
              czego mi żal najbardziej. Nie obleśnego Don Juana, nie durnowatych „snów” i zbyt
              pikantnych „rozmiarów”. Lustra. Tego, że u Webbera (tak, tam!) Upiór i Christine
              mówią do siebie NAWZAJEM „Aniele Muzyki” – oni to mówią przez lustro. Bo to jest
              sztuka o lustrze (i 10 000 innych rzeczach, ale lustro jest bardzo wysoko na
              liście). A tutaj tego nie ma – tutaj tłumacz nie odróżnia mianownika od wołacza,
              raz po raz (The Mirror, trio po Wishing…) Mnie ten tekst bolał całkowicie
              fizycznie – tak jak w Kabarecie Starszych Panów „każda kropla w twej wannie mój
              drąży mózg” – jak śpiewał Wiesław Michnikowski do wiarołomnej kochanki.
              Byliśmy kiedyś na Kotach w tłumaczeniu pana Wyszogrodzkiego – było dobrze, nie
              doskonale ale to bardzo trudny, nieprzetłumaczalny tekst do poezji noblisty T.S.
              Eliota. I tam się bronił. Słyszałam i czytałam fragmenty Tańca Wampirów – było
              ładnie, fachowo i z wyczuciem. To nie jest zły tłumacz, naprawdę. I parę linijek
              w ty Upiorze w Operze (aby go odróżnić od innych UPIORÓW OPERY) było dobrych.
              Ale inne były tak złe, że powodują u niewinnych i niczego nieświadomych
              słuchaczy straty moralne.

              Podobno gościom z Londynu polska non-replica się podobała. Być może, jako
              niskobudżetówka (stosunkowa) dla teatrów niezdolnych do wystawienia tego jak
              należy, ujdzie w tłoku. Ale to tłumaczenie to jest jedyny element, którego The
              Really Useful Group i sam Andrew Lloyd Webber nigdy nie zauważy, bo nie zna
              języka. Oni odnoszą się do spektaklu Romy przez pryzmat oryginalnego libretta,
              które wygrywa swoją wieloznacznością, subtelnością, grą niuansów. I tego, co
              naprawdę stało się w Romie – w warstwie dźwięku, a nie niedostatków
              inscenizacyjno-aktorskich – nie będą wiedzieli nigdy.
              • Gość: victory victory Re: Upiór w Operze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.05.08, 20:02
                proszę.

                błagam.

                wiele można romie zarzucić, ale nie to, że kiedykolwiek coś
                puszczone było z playbacku.

                w "kotach" technika uniemożliwiała orkiestrze granie w orkiestronie,
                ale grała na żywo w jednej z sal.

                obejrzyj się kiedyś za siebie, na ścianę (telebim?) z tyłu. rzucony
                jest tam obraz dyrygenta, żeby tempo gry orkiestry w sali zgadzało
                się z tym, co śpiewają soliści na scenie.
              • maravigliosa Re: Upiór w Operze 02.07.08, 10:21
                Pomimo sympatii, jaką dażę TM Roma to nie mogę się z Tobą nie zgodzić w większości. Oglądając film z 2004 widzimy przystojnego mężczyznę w pelerynie, bardzo mało okaleczonego. Ulegamy złudzeniu, że wszystkie jego problemy ograniczają się do jego twarzy. Co to ma być? Dlaczego oni wymyślają zupełnie inną historię? Sam pomysł zrobienia czegoś nowego mi osobiście nie przeszkadza ale drażni mnie, że ich wersja nie ma czasem zupełnie sensu. Christine bez swojego zdania, wygląda jakby kochała Erika namiętną miłością a potem nagle zdejmuje mu maskę przy wszystkich, by strażnicy go schwytali. Spłycili tę opowieść i czasem nie było wiadomo, o co im chodzi bo dają sprzeczne sygnały...
        • kubissimo Re: Upiór w Operze 29.04.08, 23:30
          ok, dlugie, szczegolowe, z wiekszoscia sie zgadzam, CUDOWNIE zjadliwe, ale czemu
          nizej jest wersja skrocona pod innym nickiem?
          forumowa schizofrenia? ;)

          no i troche nie rozumiem tego tekstu o korzystaniu z Twojego tumaczenia, ale w
          takiej formie rzuca leciuchno sugeruje, ze ton ogolny recenzji wynika z faktu,
          ze wybrano inne tlumaczenie.

          • babilas Re: Upiór w Operze 30.04.08, 00:50
            Poniżej to nie ja, ale przyznaję, że koleżanka, z którą byłyśmy razem w Romie. W
            sumie towarzystwo było większe i jeśli jeszcze ktoś swoje wrażenia wklei, to byc
            może również będą podobne.

            Z tłumaczeniem było tak, że napisałam je jeszcze w 1992 roku, a potem -
            usłyszawszy w paru miejscach, że Polski nie stać na własną inscenizację Webbera
            - zarejestrowałam je w ZAIKSie i zajęłam się innymi rzeczami. Gdy doszły mnie
            słuchy o planach teatru Roma, zadzwoniłam i umówiłam się na rozmowę. Pan
            Dyrektor Kępczyński (pomimo umówienia się telefonicznego i zanim jeszcze
            cokolwiek przeczytał) znalazł dla mnie mniej więcej 3 minuty, aby poinformować
            mnie, że, cytuję "ma kolegę, który mu wszystkie tłumaczenia robi". Jeśli jeszcze
            tego nie wymienił na papier toaletowy, to teczka z alternatywnym librettem w
            Romie leży. Oczywiście, że jestem rozgoryczona, nieobiektywna i wredna. ;)
            • kubissimo Re: Upiór w Operze 30.04.08, 16:42
              hmmm, wycofuje sie z podjerzen ze schizofrenii. Pozostaje jednak pytanie, ktora
              z Was jest dominujaca w tym zwiazku i narzuca drugiej cale zwroty, a nawet
              poglady ;)

              czy myslisz rozgoryczona, nieobiektywna i wredna kobieto, ze moglabys sie
              podzielic wlasnym tlumaczeniem? Niekoniecznie, zeby porownac z tlumaczeniem
              Wyszogrodzkiego, bo nadmiar kakofonii sprawial, ze niewiele z niego zrozumialem,
              ale jestem ciekaw Twojej produkcji.
              I obiecuje robic z niego uzytek li i jedynie w domowych pieleszach pod
              nieobecnosc innych domownikow :)
              • babilas Re: Upiór w Operze 30.04.08, 18:23
                Pewnie to zrobię w końcu i wkleję gdzieś - pewnie podlinkuję sobie do bloga.
                Jakoś mi się do tej pory wydawało to mało bezpieczne, bo jeszcze ktoś zabierze a
                ja się nawet nie spostrzegę, ale w sumie co mi szkodzi. W razie czego niech się
                ten ZAIKS na coś przyda i mnie broni ;) Jak się z tym pozbieram to podam linka.

                A recenzje pisałyśmy każda u siebie. Ty nie masz przyjaciół, z którymi miewasz
                wspólne poglądy bez narzucania? Zwłaszcza, jak oglądacie przedtem coś razem. No
                popatrz, myślałam, że to częste, a to znowu tylko ja naiwna mierzę ludzi swoją
                miarką. ;)
              • labruja28 Re: Upiór w Operze 30.04.08, 18:36
                Chyba żadna nie jest dominująca w związku (jak zwał tak zwał relację) – a
                podobne zwroty powstały w wyniku długiej nocnej dyskusji. Potem pisałyśmy
                niezależnie – nieświadomie pewne tezy wykorzystując. Z dużą częścią się
                zgadzałyśmy ale nie we wszystkim. Faktycznie Dorotę bardziej łupnęło, a mnie
                znudziło. Ja naprawdę bardzo chciałoby powiedzieć po „ Słuchaj Dorota uprzedzona
                jesteś, dobre było” Mnie się np. Koty baaardzo podobały. I dałam Romie pewien
                kredyt. Ale się nie dało tak powiedzieć.

                Mnie jest tylko żal. Że potem się pisze jaki Webber paskudny.
                  • labruja28 Re: Upiór w Operze 07.05.08, 11:35
                    A na ten przykład użytkownik account11, który zaczął tą rozmowę pisze coś takiego:
                    "Generalnie kicha, wysiedziałem wprawdzie do końca pierwszego aktu,
                    ale dłużej, uwierzcie, się nie dało :0

                    Zastanówcie się, przed zakupem biletu, czy na pewno lubicie A.L.
                    Wbbera i jego ciężkawą tfu-rczość! "

                    I myślę że wielu innym się nie podobało w Romie - a potem słyszę opinie ze to
                    Webber zły. A mnie się zdaje że by im się mógł oryginał podobać. Przynajmniej
                    muzycznie by się obrobił.

                    A Webber komu jak komu ale Dorocie się podoba. Właśnie dlatego tak reaguje na
                    Romę mam wrażenie. Gdybyśmy oryginał był słaby to jezdny wniosek byłby " słaby
                    oryginał, słaba adaptacja, cóż" A tak jest " Boże co oni z Tym zrobili, mordercy!"

                    Ps. Ja jestem obiektywna. I personalnych żadnych obiekcji nie mam. Poza krzywdą
                    estetyczna jaką mi wyrządzono na spektaklu.
              • babilas Re: Upiór w Operze 30.04.08, 19:52
                No i jak w ruskim dowcipie: prosił, prosił i wyprosił ;)
                Tu jest nasz mały ogródek (to znaczy mój i mojego męża):
                babilas.blogspot.com/ Parę tekstów moich, parę jego, trochę wspólnych.
                Polskie libretto musicalu Webbera podlinkowane z boku, w dziale Różności. Inne
                staroci (np recenzja Kotów bodajże z października 2007) pod starym adresem:
                babilasy.salon24.pl/
                Upiór Webbera prześpiewany ze 100 razy w najrozmaitszych okolicznościach i
                obsadach ;) - najlepiej wychodzi pod Original Cast Recording
                (Crawford/Brightman/Barton).
            • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 06.05.08, 18:43
              Doroto, jestes inteligentna i wiesz, ze lepiej napisac prawde o
              Twojej przygodzie z Wojciechem Kepczynskim i "Upiorem" w Romie.
              Ale Twoja recenzja(e) - to nienawisc, Doroto. To nie ma nic
              wspolnego z konstruktywna krytyka. Jest w niej tyle nieprawdy,tyle
              przedziwnych skojarzen, tyle zlosci. Ciekawi mnie tylko jedno:
              Czy nie czujesz sie glupio, czytajac recenzje z przedstawienia?
              Poczynajac od Twojej imienniczki Szwarcman, ktora jest raczej
              surowym odbiorca? "Upior" byl odebrany rewelacyjnie, to byl jeden
              wielki zachwyt calej prasy. I nie tylko. Bo zachwyt wyrazili rowniez
              przedstawiciele Webbera, a ci sie tak szybko nie zachwycaja!
              Jestes jedyna ze swoimi pogladami. To swiadczyloby o tym, ze albo
              naprawde znasz na teatrze, albo sie nie znasz zupelnie.
              Bede bardziej mily dla Ciebie: czytam w Twoich mailach, ze jestes
              koneserem i rzeczywiscie rozumiesz sztuke teatralna wraz ze
              wszystkimi procesami, zachodzacymi na scenie.
              Tyle tylko, ze jesli masz osobisty uraz do kogos i czegos, to nie
              pisz. Po co Ci to?
              • babilas Re: Upiór w Operze 07.05.08, 11:15
                Mylisz się, Guciu (czy najlepszy to już nie mnie oceniać). To nie jest
                nienawiść, choć może sporo goryczy. Mnie się po prostu serce kraje kiedy widzę,
                że coś co znam i kocham od lat zamieniono w komercyjną papkę i bajeczkę dla
                dzieci (tak właśnie widzą to recenzenci prasowi, sprawdź na e-teatrze). W
                warszawskiej inscenizacji broni się tylko to, co mimo wszystko przetrwało z
                oryginalnego kształtu utworu Webbera. I jest tego na szczęscie, dość dużo. Nie
                dodano jednak niestety nic wartościowego, za to wiele ujęto. Gdybym chciała
                przekonywać Cię, jak bogate - i przede wszystkim niejednoznaczne - treści niesie
                ze sobą ta sztuka (a nie tylko kicz, melodramat i bajkę o Pięknej i Bestii), to
                pewnie znowu wyszedłby mi jakiś znacznie za długi tekst. Czytając recenzje w
                gazetach widziałam zachwyty nad mechaniką sceniczną i "doskonale opakowanym
                produktem". Czy mi było głupio? Nie, raczej żal. Żal, że recenzenci zobaczyli
                rozrywkę, a nie rozbudowaną symbolikę. Że o samym spektaklu napisano w sumie
                niewiele, a każda recenzja w 80% składała się z historii musicalu jako gatunku.
                Jeśli to są Twoim zdaniem rewelacyjne recenzje, to ja przepraszam. Osobisty uraz
                ma z tym pewnie wiele wspólnego, ale nie wszystko. Nie spisałam swoich opinii po
                to, żeby komukolwiek - włączając autorów tej inscenizacji - dokopać. Oni i tak
                pewnie są ponad to, zamknięci szczelnie w bańce własnego samozadowolenia. Czy
                miałam jakieś "konstruktywne" oczekiwania? Być może - na przykład poprawienie,
                kosztem choć kilku dodatkowych prób, poziomu reżyserskiego przedstawienia; żeby
                ktoś wyjaśnił zdezorientowanym aktorom (widziałam to z bliska, że tacy byli) co
                oni mają właściwie grać. To wbrew pozorom nie jest łatwa sztuczka dla
                "zmęczonego businessmena".
                Ty, Guciu (najlepszy bądź nie), zobaczyłeś nienawiść, której tu nie ma. Może to
                też jest jakiś komentarz, że każdy widzi tylko to, co chce. Ja, jeśli chcesz
                wiedzieć, napisałam to z miłości. Dziwne, prawda?
          • labruja28 Re: Upiór w Operze 30.04.08, 08:31
            Bo to dwie inne osoby są - i pisały niezależnie od siebie. Ale były razem na
            spektaklu i dyskutowały. Inna rzecz, że nie cała opinia jest taka sama. Pan
            Damian Aleksander mnie znudził, Dorotę wkurzył.
          • maravigliosa Re: Upiór w Operze 26.08.08, 22:20
            kubissimo napisał:

            > ok, dlugie, szczegolowe, z wiekszoscia sie zgadzam, CUDOWNIE zjadliwe, ale czem
            > u
            > nizej jest wersja skrocona pod innym nickiem?
            > forumowa schizofrenia? ;)

            Dziecko, zanim sięgniesz po określenia z terminologii medycznej, najpierw dowiedz się, co one oznaczają...
            Schizofrenia - zaburzenie psychiczne zaliczane do grupy psychoz endogennych. Objawia się upośledzeniem postrzegania lub wyrażania rzeczywistości, najczęściej pod postacią omamów słuchowych, paranoidalnych lub dziwacznych urojeń albo zaburzeniami mowy i myślenia, co powoduje znaczącą dysfunkcję społeczną lub zawodową.
            Uważa się, że zaburzenie dotyka pierwotnie zdolności poznawcze, ale znaczenie mają także przewlekłe problemy z zachowaniem i emocjami. U osób ze zdiagnozowaną schizofrenią zwiększone jest prawdopodobieństwo wykrycia zaburzeń współtowarzyszących, takich jak depresja, zaburzenia lękowe, a występowanie nadużywania różnych substancji psychoaktywnych w ciągu całego życia wynosi 40%. Jednakże, w odróżnieniu od depresji jako choroby afektywnej niejako podłożem obniżonego nastroju nie jest smutek, a ogarniająca chorego pustka.

            Synuś, nie bądź taki do przodu bo Cię zabraknie z tyłu.

        • madryt03 Re: Upiór w Operze 07.05.08, 10:08
          Witam. Dziękuję za tę recenzję. W końcu jedyna analityczna i
          pogłębiona krytyka jakiej próżno wyszukiwać w prasie. Zgadzam się z
          Panią w każdym słowie. Mam wrażenie, że byliśmy na tym samym
          spektaklu (takiego wrażenia nie mam, gdy czytam uniżone (zamówione?)
          recenzje gazetowe), które w wypadku Romy, teatru młodego i modnego,
          z którym warto się lubić, powstają chyba jeszcze przed premierą.
          Przy czym przyznam, iż trudno oczekiwać rzetelnej recenzji od
          tytułów, które jednocześnie zgodziły się pełnić rolę patronów
          medialnych wydarzenia. Przyznam (choć jestem na forum Gazety, a nie
          jest to bez znaczenia), że dla prasy to niewygodna sytuacja:)
          Ten teatr zawsze opierał się na kopiowaniu innych wzorców, nie
          zawsze najlepszych, bo wzorcem dla "nowej formy" spektaklu
          teatralnego nie powinna być wcześniejsza wersja filmowa tego samego
          przedstawienia (Grease, Upiór)... To się jednak nie zmieni tak
          długo, jak długo będzie włączony telewizor w gabinecie dyrektora-
          reżysera i jak długo jego ograniczeni asystenci będą podróżować po
          innych teatrach spisując czyjeś pomysły.
          Nie będę jednak rozwodził się nad szczegółami, gdyż zrobiła do Pani
          wyśmienicie i szczerze. Dodam jedynie, że Roma jest z założenia
          teatrem rozrywki, który jednak tę "rozrywkę" pojmuje w sposób
          najbardziej podstawowy i prymitywny. W tych "tonach uszytych
          materiałów..., milionach guzików..., zaskakujących elementach
          pirotechnicznych..., setkach castingowanych artystów... i miesiącach
          przygotowań..." reżyser topi sceniczną prawdę, a sama "magia teatru"
          nie może przebić się przez SHOW, a jak jej nie ma w ogóle to też nie
          szkodzi, bo przecież "LĄDOWANIE HELIKOPTERA NA SCENIE WYDARZENIEM
          KULTURALNYM STOLICY!!! (hasło "Miss Sajgon").

          reżyser i choreograf
          • babilas Re: Upiór w Operze 07.05.08, 11:32
            Dziękuję serdecznie. Bardzo krzepiące jest przeczytać, że ktoś "z drugiej strony
            kurtyny" myśli podobnie. Dla mnie cała ta ścieżka Upiora: teatr - film - i znowu
            do teatru w innym kształcie, jest niestety ścieżką prowadzącą w dół. Najbardziej
            boli mnie patrzeć na niezrozumiałe dla mnie poczynania samego Andrew Lloyda
            Webbera, który (przypadkiem?) stworzył arcydzieło, a teraz sprawia wrażenie,
            jakby sam z nim walczył. To on ostatecznie zgodził się na film w takiej formie i
            obsadzie (młodo i seksownie), te same kryteria zastosowano chyba w naszej
            "non-replica production". I wszystkim się podoba. Widzom (tym młodym i tym
            spragnionym widoku seksownych ciał), recenzentom (oczywiście!) i ludziom w
            teatrze (najbardziej pani księgowej?). Podobno Webber pisze sequel do
            scenariusza Upiora Manhattanu Forsythe'a. Mnie się w tym momencie kojarzy już
            tylko zdesperowany, wściekły na cały świat i zrozpaczony niemal do szaleństwa
            Erik z powieści Leroux, który wierzy w to, że wystarczy jeden ruch jego palca, a
            cały Palais Garnier wyleci w powietrze. Nie wyleci... Niestety? Na szczęście?
            Ale nie wyleci, bo mitu zabić się nie da.
          • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 07.05.08, 21:08
            A Pan Szanowny podpisuje sie jako rezyser i choreograf aby wzbudzic
            respekt (jam z branzy)? Bo jesli nie tylko dlatego, to chcialoby sie
            uslyszec o sukcesach - bo to tylko one decyduja o szacunku.
            A jesli takowych specjalnie nie ma, to i po co sie wysilac?
            Z drugiej strony (jako milosnik tego teatru) poslusznie melduje, iz
            biletow na "Upiorka" na pazdziernik niewiele juz zostalo, co jest
            rekordem w Rzeczypospolitej.
            Lobuzy z Nowogrodzkiej. Tak oszukac publicznosc...
            • Gość: Robert Re: Upiór w Operze IP: *.eranet.pl 08.05.08, 00:38
              babilas: ciesz się dziewczyno, że Kepczyński okazał się przyzwoitym
              nepotą - bez czytania powiedział, że ma kolesia i nie ma tematu. Bo
              jakby przeczytał i nie chciał, to mogłabyś się zadręczać, że może
              faktycznie gorsze, a tak masz jasność (i nie masz kolesi, tam, gdzie
              trzeba).

              gucio: akurat Szwarcman się zna na musicalu tak jak ja na
              organizacji udoju owiec. A ty te swoje teksty wypisujesz w ramach
              obowiązku świadczenia pracy na Nowogrodzkiej, czy jako "pożyteczny
              zachwycony idiota" prywatnie?
              • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 08.05.08, 08:04
                >gucio: akurat Szwarcman się zna na musicalu tak jak ja na
                > organizacji udoju owiec. A ty te swoje teksty wypisujesz w ramach
                > obowiązku świadczenia pracy na Nowogrodzkiej, czy jako "pożyteczny
                > zachwycony idiota" prywatnie?

                Nie zna sie Szwarcman, nie zna sie reszta recenzentow piszacych
                dobrze o spektaklu (a sa tacy, ktorzy pisali zle?), nie znaja sie
                autorzy praw autorskich. Znaja sie natomiast ci, ktorzy pisza zle -
                czyli prawie wszyscy w tej groteskowej dyskusji (urazona niedoszla
                tlumaczka Upiora, najprawdopodobnie niespelniony do konca rezyser/
                choreograf i kilku innych).
                To nie troska o dobro teatru muzycznego ogolnie, a Koty i Upiora
                szczegolnie powoduja, ze Dorota pisze elaboraty na ich tematy. Przy
                odrobinie dobrej woli nie trudno nie zauwazyc, ze warszawski Upior
                jest lepszy od londynskiego (tak, prosze Panstwa - lepszy). Ale
                niniejsza dyskusja jest groteskowa wlasnie dlatego, ze dobrej woli
                tutaj nie ma, jest natomiast agresja i nawet nieskrywana zlosc.
                Mam problem z odpowiedzia na Twoje ostatnie pytanie: na
                Nowogrodzkiej nie pracuje, nie uwazam tez, ze jestem idiota.
                Nawet w potocznym tego slowa znaczeniu.
                • babilas Re: Upiór w Operze 08.05.08, 11:34
                  Goscka: Ależ nie! Przecież to było przepiękne! Muzyka i ogólny konflikt
                  dramatyczny były na naprawdę światowym poziomie – uwodzicielskie, że Don Juan
                  się chowa. Sensem sztuki w ogóle jest podobać się i uwodzić. To wspaniałe –
                  absolutnie szczerze – że ktoś idzie do teatru/kina/bierze do ręki książkę itp. i
                  wychodzi z tego kontaktu zmieniony.
                  Tylko, że…
                  Mówią, że lepsze jest wrogiem dobrego. Nie przepadam za tą wojowniczą
                  metaforyką, ale uważam, że lepsze po prostu to zaledwie dobre przyćmiewa,
                  sprawia, że ono robi się przezroczyste i nieistotne.

                  Gucio: W odróżnieniu od Ciebie, ja biorę Twoje słowa za dobrą monetę – naprawdę
                  wierzę, że nie piszesz swoich komentarzy kierując się jakimkolwiek doraźnym
                  interesem. Mówisz, że polski Upiór jest lepszy niż „replica versions”. Widziałam
                  już na sieci kilka dyskusji gdzie jedna strona (krytyczna) wysuwała coraz to
                  kolejne rzeczowe argumenty, podczas gdy druga (entuzjastyczna) powtarzała jak
                  mantrę „było cudownie, wspaniale, superancko, bosko!” nie chcąc jednakże
                  zdradzić niewidzącej tych cudowności części ludzkości konkretnie co im się tak
                  bardzo podobało. Co twoim zdaniem było nie tylko równie dobre, ale wręcz lepsze?
                  Dla mnie ten wybór wygląda mniej więcej tak:

                  - śpiew szkolonym do muzyki klasycznej głosem (Londyn), czy śpiew
                  „piosenkarski”, rockowo-popowy (Warszawa)
                  - kostiumy bardzo osadzone w realiach historycznych, czy odrealnione w stronę
                  bajkowości
                  - maskarada olśniewająca kolorami, czy trzy kolory w lateksie
                  - Christine, która do końca kocha ich obu i nie potrafi wybrać, czy Christine,
                  która od pierwszej sceny doskonale wie kogo kocha a kogo się boi.
                  - Raoul jako człowiek rozdarty między miłość do kobiety i chęć pokonania
                  przeciwnika, czy Raoul jako jednoznacznie bohaterski rycerz-smokobójca
                  - Upiór jako tragiczny geniusz, czy Upiór jako niebezpieczny psychopata
                  - relacja Upiór/Christine jako bardzo głęboka (i tragiczna) relacja lustrzana
                  (identyczność i komplementarność zarazem), czy ta sama relacja po prostu jako
                  porwanie dziewicy przez potwora
                  - opera (gatunek) jako codzienny świat bohaterów, traktowany po prostu poważnie,
                  czy opera jako ramota z lamusa którą należy wyszydzić i do reszty ośmieszyć

                  Jeśli miałabym to wszystko (i dużo więcej) streścić jednym zdaniem: w „replica
                  versions” była wielowymiarowość i równowaga, w warszawskiej „non-replica” mamy
                  od początku narzuconą interpretację (bo te wszystkie zmiany są interpretacją).
                  Naprawdę wolisz „łopatologię” niż niedopowiedzenie? Jeśli tak, to Twoje prawo,
                  choć sam sobie nakładasz ograniczenia akceptując bez dyskusji cudzą wizję.

                  Na koniec, Guciu, błagam, przestań domniemywać co ja myślę, bo tylko się coraz
                  bardziej gmatwasz. Moje, jak je nazwałeś, „elaboraty” naprawdę nie wynikają ze
                  złej woli. Jeśli chodzi o Koty, to bardzo mi się podobały – a wręcz ostatecznie
                  przekonały nawet mojego męża, który za musicalem jako gatunkiem nie przepada (te
                  złośliwości, do których się referujesz jak mniemam, to jego słowa, z których się
                  zresztą wycofał po drugim akcie, co też napisałam – Guciu, czytaj ze
                  zrozumieniem, proszę). Groteskowo to się robi, kiedy dyskutanci zaczynają
                  wypisywać odpowiedzi zanim przezytają do końca wypowiedź interlokutora - po
                  natrafieniu na pierwsze zdanie, które ich rozsierdzi. ;-)

                  Robert: A wiesz, zaryzykowałabym… Mimo wszystko, myślę, że lepiej zostać
                  uczciwie pokonaną niż trzepniętą kapciem. ;-)
                  • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 08.05.08, 12:58
                    <Jeśli chodzi o Koty, to bardzo mi się podobały – a wręcz ostatecznie
                    przekonały nawet mojego męża,(..)

                    Odpowiem pozniej na Twojego maila (nie mam czasu teraz). Chcialbym
                    jedynie sprostowac powyzsze: nie, Koty sie Tobie nie podobaly w
                    takim samym stopniu, jak nie podoba Ci sie Upior! Nie musze chyba
                    cytowac Twojej "recenzji" z Kotow, zamieszczonej na Waszej stronie,
                    bo pamietasz ja dobrze.
                    • babilas Re: Upiór w Operze 08.05.08, 13:31
                      Guciu, na litość! To ja nie wiem, co mi się podobało a co nie, za to Ty wiesz?
                      Odpowiem Ci pokrótce (praca przy komputerze ma swoje zalety, np taką że można
                      sobie robić przerwy na pogawędki): Koty (jako dzieło) lubię i mam do niego
                      sentyment, a warszawskie wystawienie mi się podobało, choć nie bezdyskusyjnie.
                      Mój mąż się w przerwie wyzłośliwiał (on z zasady woli operę, więc nie całkiem
                      akceptuje konwencję musicalową), ale przekonałam go później, że nie miał racji.
                      Chętnie z Tobą podyskutuję o Kotach, ale nie róbmy "off-topicu".
                      Upiora (jako dzieło) kocham do nieprawdopodobieństwa, starając się nadać temu
                      jakieś znamiona racjonalności. A warszawska inscenizacja moim zdaniem to dzieło
                      bardzo spłyca. I tyle.
                      • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 08.05.08, 14:33
                        Doroto,
                        Informuje, iz warszawskie Koty objechalas tak strasznie, ze tylko
                        Upiora objechalas gorzej.
                        I tak to jest, kiedy w gre wchodza emocje. Nie powinnas byla
                        informowac nas o konflikcie z Kepczynskim, bo odebralas nam
                        mozliwosc potraktowania Twojej recenzji serio.
                        A teraz do dziela:
                        Musical rozni sie od dramatu tym, iz wykonawcy musza laczyc trzy
                        gatunki: aktorstwo, muzyke i taniec. Dlatego tez w musicalu nie ma
                        gwiazd, bo (jak mowia w branzy) trzeba spiewac jak Pavarotti i
                        tanczyc jak Barysznikow. Tych gwiazd nie ma ani na Broadway'u, ani
                        na Westendzie. Rezyserzy zawsze borykaja sie z problemem obsady
                        musicali: ten jest lepszy do tanca, tamten z kolei zle
                        tanczy a lepiej spiewa. Byly oczywiscie gwiazdy bardziej wyraziste,
                        jak n.p. Julie Andrews,ale to byly tamte czasy i tamte musicale.
                        Przy tej okazji chcialbym zaznaczyc (to oczywiscie moje zdanie), ze
                        kudy Butlerowi (filmowemu Upiorowi) do Damiana Aleksandra! Ten, kto
                        tego nie widzi i nie slyszy - nie wiele sie na sztuce musicalowej
                        zna.
                        Cenie Kepczynskiego za to, ze dal Polakom mozliwosc obejrzenia
                        wielkich produkcji musicalowych. Cenie go za wizjonerstwo, za
                        upartosc, cenie wreszcie za to, ze umie stworzyc rozmach i atmosfere
                        we wszystkim czego sie dotyka. Cenie wreszcie za to, ze umie dobrac
                        swietnych fachowcow. Scenografia Pawla Dobrzyckiego jest smashing,
                        nie mniej ni wiecej. Schody na poczatku drugiego aktu - are you
                        talking t'me? A jak gra Pawlowski? Czy kogos w Europie stac na
                        trzydziestoosobowa orkiestre, skladajaca sie z tak swietnych (choc
                        mlodych)muzykow, ktorzy graja ze smaczkiem?
                        Nie Doroto, nie dam sie wciagnac w akademicka dyskusje o glebi
                        przezyc Erica, o interakcji (pomiedzy nim a Kryśką), o stanach
                        emocjonalnych Raoula. Bo tu nie o to chodzi.
                        Polecam Upiora wszystkim, ktorzy jeszcze na nim nie byli. Idzcie i
                        zachwycajcie sie estetyka spektaklu i czujcie muzyke. I zaloze sie -
                        bedziecie chcieli przyjsc drugi raz. Zapamietacie moje slowa.
                        Slowa wielkiego fana warszawskiej Romy.
                        Leccie na rog Nowogrodzkiej i Broadway'u!

                        • babilas Re: Upiór w Operze 08.05.08, 15:35
                          Guciu, odpowiem jeszcze raz, bo po pierwsze wzbudzasz moją instynktowną sympatię
                          (swoją młodością i entuzjazmem, albo przynajmniej młodzieńczym entuzjazmem), a
                          po drugie mam pewne doświadczenie w pracy dydaktycznej i nieco cierpliwości.
                          Swoją drogą, Ty mnie dzisiaj po prostu odciągasz od roboty, ale jak mawiają
                          prawnicy „chcącemu nie dzieje się krzywda”.

                          >Doroto,
                          Informuje, iz warszawskie Koty objechalas tak strasznie, ze tylko
                          Upiora objechalas gorzej.<

                          Wolałabym nie wdawać się teraz w długie analizy Twojej analizy mojej analizy
                          Kotów. „Co ja myślę, że on myśli, że ja myślę, że ja napisałam” kojarzy mi się z
                          radzieckim filmem szpiegowskim albo z „namawianiem” rodem z wczesnej
                          podstawówki. Pisanie autoreferatów w stylu „co autor chciał przez to powiedzieć”
                          do garści impresji też trochę mija się z celem. Moim zdaniem to tam jest – i
                          przygany (nieduże) i pochwały (duże) – ale jak nie widzisz to trudno, składam broń.

                          >I tak to jest, kiedy w gre wchodza emocje. Nie powinnas byla
                          informowac nas o konflikcie z Kepczynskim, bo odebralas nam
                          mozliwosc potraktowania Twojej recenzji serio.<

                          „Konflikt” to stanowczo zbyt duże słowo. Pan Dyrektor po prostu odesłał mnie
                          jednym machnięciem ręki z nicości w nicość, poświęciwszy mi najwyżej trzy minuty
                          swojego cennego czasu. Gdzie tu konflikt? Poza tym, Guciu, nie wydaje mi się,
                          aby przytoczenie tej dość gorzkiej, ale jednak anegdoty, wpływało w znaczący
                          sposób na moje zmysły wzroku i słuchu. Nie jestem typem człowieka, który dla
                          zasady broniłby do upadłego przegranej pozycji. Gdybym uważała, że w Romie było
                          dobrze, prawdopodobnie dałabym temu wyraz, zapewniam Cię. Moja radość z tego, że
                          Warszawiacy mają okazję zobaczyć takiego Upiora, jakiego ja kiedyś zobaczyłam
                          (albo i lepszego) przeważyłaby jakieś osobiste kłucie w sercu.

                          >A teraz do dziela: […]<

                          Masz wiele racji, jeśli chodzi o musical – chociaż myślę, że i tutaj, jak
                          wszędzie, zdarzają się gwiazdy, czyli osoby w ten czy inny sposób wybitne. Dla
                          mnie musical góruje nad klasyczną operą większą zawartością gry aktorskiej, tak
                          jak opera wygrywa w konkurencji „la voix humanie”. W sumie co kto lubi i jedno
                          drugiemu nie szkodzi. Dla mnie musical był wstępem do zainteresowania muzyką
                          klasyczną, pewnym pomostem pomiędzy kulturą popularną i wysoką. I to w tym
                          gatunku cenię do dziś. Dyrektorowi Kępczyńskiemu też zasług nie odmawiam,
                          krytykuję jedynie „reżysera” Kępczyńskiego.

                          >Przy tej okazji chcialbym zaznaczyc (to oczywiscie moje zdanie), ze
                          kudy Butlerowi (filmowemu Upiorowi) do Damiana Aleksandra!<

                          A wiesz co, tu się z Tobą zgadzam! I to tym dobitniej pokazuje do jakiego
                          stopnia przedstawienie w Romie jest uscenicznieniem FILMU a nie inscenizacją
                          musicalu. Nie lubię tego filmu – za „bajkowość”, ahistoryczność, „popowe” głosy
                          i najważniejsze kryterium przy castingu – młodość i wielką atrakcyjność fizyczną
                          aktorów. To wypacza znaczenie oryginalnego musicalu w sposób niedopuszczalny.
                          Niestety, te same kryteria kierowały chyba doborem aktorów w Warszawie. W pewnym
                          wywiadzie ktoś z nich się nawet chwalił, że przedstawiciele The Really Useful
                          Group pochwalili obsadę z Romy jako „najbardziej seksowną na świecie”. Świetnie,
                          ale to nie o to chodzi! Chyba, że zamierzeniem realizatorów jest szczenięcy
                          zachwyt nastolatek nad „naszym ślicznym Upiorkiem”.

                          >Scenografia Pawla Dobrzyckiego jest smashing, nie mniej ni wiecej. […] <

                          Jest efektowna, zgoda. Tu, gdzie nawiązuje do paryskiego Palais Garnier – nawet
                          bardzo efektowna (gabinet dyrektorski, schody, dach). Multimedia zdecydowanie
                          dobre. Niestety są też elementy efekciarskie (loch, Don Juan) – a szkoda, bo
                          dobrze szło. Ale zgoda, można przymknąć oko, poza tym nigdy nie ma tak, żeby się
                          wszystkim wszystko podobało.

                          >Nie Doroto, nie dam sie wciagnac w akademicka dyskusje o glebi
                          przezyc Erica, o interakcji (pomiedzy nim a Kryśką), o stanach
                          emocjonalnych Raoula. Bo tu nie o to chodzi. <

                          ALE TO O TO CHODZI, Guciu, właśnie o to chodzi! O Erika, o Christine, o Raoula –
                          o całą tę skomplikowaną i wieloznaczną treść, którą powinno być widać spod
                          mechaniki scenicznej. Trochę, na szczęście, widać. I to ratuje przedstawienie w
                          Romie.

                          >Polecam Upiora wszystkim, ktorzy jeszcze na nim nie byli. Idzcie i
                          zachwycajcie sie estetyka spektaklu i czujcie muzyke. I zaloze sie -
                          bedziecie chcieli przyjsc drugi raz. Zapamietacie moje slowa.
                          Slowa wielkiego fana warszawskiej Romy.
                          Leccie na rog Nowogrodzkiej i Broadway'u!<

                          No i znowu się zgadzamy – pewnie, że idźcie i zobaczcie! Jeśli coś wzbudza takie
                          dyskusje, to musi być ciekawe. To nie jest bajka, to nie jest kicz („czyli
                          sztuka szczęścia”, że zacytuję oficjalną recenzję GW). To są emocje w epickich
                          proporcjach. To jest język i potęga prawdziwej opery przełożona na potrzeby
                          współczesnego, nawet niezbyt wyrobionego, słuchacza. Nawet jeśli zobaczycie
                          tylko SZOŁ, to idźcie i zobaczcie. Bo może, jeśli przymkniecie oczy i spojrzycie
                          pod innym kątem, zobaczycie coś więcej niż szoł.
                          • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 08.05.08, 15:48
                            <(..)(swoją młodością i entuzjazmem, albo przynajmniej młodzieńczym
                            entuzjazmem), a po drugie mam pewne doświadczenie w pracy
                            dydaktycznej i nieco cierpliwości.>

                            Mam 76 lat, Doroto. Na dydaktyke za pozno...
                            Co do reszty: That's my girl!
                          • kubissimo Re: Upiór w Operze 09.05.08, 20:50
                            Bede w mniejszosci, ale napisze, ze mi sie film podobal. Nie oczekiwalem od
                            niego, ze bedzie wierna ekranizacja wersji scenicznej, wiec ominelo mnie to
                            rozczarowanie.
                            Owszem, jest to troche zubozone w stosunku do oryginalu, przesuniete sa pewne
                            akcenty, ale jako calosc sie broni. Odmlodzenie obsady, a zwlaszcza glownego
                            bohatera skresla kilka tropow interpretacyjnych, ale nie dziwcie sie, ze w
                            amerykanskim filmie usuwa sie kontrowersyjne elementy, jak np. wieloznaczny
                            zwiazek mlodej (nieletniej?) dziewczyny z duzo starszym mezczyzna. Takie rzeczy
                            mozna zapodać w filmie z kategorii R, a Phantom z zalozenia mial byc G, lub co
                            najwyzej PG. Niestety tak to jest z amerykanskimi filmami i albo sie z tym
                            pogodzimy, albo nie.
                            Wracajac do filmu - niektore pomysly inscenizacyjne sa znakomite - swietna
                            uwertura, maskarada, czy Don Juan, ktory IMO jest perełką (i az szkoda, ze w tym
                            przypadku pan K. wyjatkowo nie pokusil sie o podkradniecie pomyslu). Podobaly mi
                            sie tez zdjecia swiadomie operujace estetyka kiczu, czy wrecz campu (a la Pierre
                            et Gilles).
                            Pojawily sie zarzuty o „bajkowość” i ahistoryczność. Hmmm, jakby na to nie
                            patrzeć, to Upiór jest bajką i dziwi mnie, ze ktos w hollywoodzkiej ekranizacji
                            angielskiego musicalu opartego o francuska powiesc grozy chce szukac prawdy
                            historycznej :)
                            Dodam tylko, ze film zdecydowanie bardziej spodobal mi sie przy drugim (i kazdym
                            kolejnym) widzeniu. Przy pierwszym zderzyl sie z wyobrazeniami wysnutymi w
                            oparciu o material zdjeciowy (niestety wciaz nie widzialem wersji londynskiej) i
                            gleboko wdrukowana partytura z londyńskiego albumu, a niestety Butler to nie
                            Crawford, a Rossum to nie Brightman. Chociaz tez nie mozna powiedziec, ze
                            filmowa obsada byla totalna porazka. Np. Minnie Driver jest absolutnie
                            zachwycajaca.
                            Natomiast sam Butler wielkim wokalista nie jest, ale ma cos, czego w Romie nie
                            uswiadczymy, czyli umie grac. A do mnie chyba jednak bardziej trafia czlowiek,
                            ktory gra, ze umie swietnie spiewac, niz technicznie znakomity wokalista, ktory
                            nie umie wlozyc w swoj spiew najmniejszych emocji (casus Damiana Aleksandra) :/

                            i tu dochodzimy do drugiej kwestii, ktora chcialem poruszyc, czyli zjawiska
                            okreslanego jako artysta musicalowy. Pan Gucio (jezeli moge sobie pozwolic na
                            taka poufalosc) mowi, ze wlasciwie takich artystow nie ma. A ja uwazam, ze jak
                            najbardziej są.
                            Co prawda mam wyniesiony ze stajni Jozefowicza podzial na "sikorki" i "malpki",
                            czyli artystow spiewajacych i artystow tanczacych, ale prawda jest taka, ze
                            "sikorki" musze miec co najmniej swobode i plynnosc ruchu, a "malpki" musza
                            umiec czysto zaspiewac. A do tego musza miec jakis dryg aktorski. I to jest
                            minimum na Broadwayu, czy West Endzie. Oczywicie jezeli chodzi o solistow,
                            wymagania sa wyzsze i z reguly juz silniej ukierunkowane, ale nawet tu mozna
                            znalezc wybitnych, wszechstronnych artystow, np. legendarna juz Chita Rivera,
                            Liza Minelli, Elaine Paige, Barbara Dickson, Patti LuPone, Caroline O'Connor,
                            Helen Sjöholm, Ute Lemper, Joel Gray, Michael Crawford, Alan Cumming...
                            Na naszym podworku tez mozna znalezc takie nazwiska. Maria Meyer, Basia Melzer,
                            Kasia Groniec (ostatnio rzadko widywana w teatrze, a szkoda, bo to wybitna
                            artystka), Kuba Szydłowski, Wojtek Dmochowski, Robert Rozmus, Krzysztof
                            Respondek, Janusz Radek... Wszystkie te nazwiska to artysci wychodzacy poza
                            termin "aktor śpiewający".

                            heh, caly czas sobie obiecuje, ze ustosunkuje sie do recenzji Upiora autorstwa
                            Doroty B., ale caly czas mowie sobie, ze nie mam czasu. A jednak okazuje sie, ze
                            jestem w stanie znalezc chwile, zeby wysmazyc elaborat :)
                            • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 09.05.08, 21:59
                              Dobry wklad do dyskusji.
                              Film mi sie nie podobal; nie pamietam jaki musical na filmie podobal
                              mi sie. No moze "My Fair Lady" - i tez Audrey Hepburn wymienilbym na
                              Julie Andrews. Ta ostatnia byla wysmienita w "The Sound of Music",
                              ktory prawde mowiac niezle sie bronil na filmie. Fatalny "Skrzypek
                              na dachu", niedobry "Chorus Line" (pamietajcie - to moje zdanie).

                              Damian Aleksander byl lepszy od Butlera pod kazdym wzgledem, rowniez
                              aktorskim (pamietajcie - wszystko moje zdanie). Uwazam, ze nie ma na
                              swiecie lepszego Upiora, moze jedynie byc ktos tak dobry jak on.
                              Kto tego nie widzi, na musicalu sie nie zna (pamietajcie - to moje
                              zdanie).
                              Rossum byla potrzebna rezyserowi pod kątem wygladu, tak zreszta, jak
                              Cukorowi Hepburn. Zgadzam sie z Toba co do bajkowosci "Upiora",
                              ktorego w ogole nie traktuje powaznie - za wyjatkiem muzyki. Reszta,
                              to odczucia estetyczne, nic wiecej. Nie rozplywalbym sie nad
                              konstrukcja libretta czy scenariusza, nie jest to warte swieczki.

                              Piszesz:
                              >Pan Gucio (jezeli moge sobie pozwolic na taka poufalosc) mowi, ze
                              wlasciwie takich artystow nie ma. A ja uwazam, ze jak najbardziej
                              są.>

                              I masz racje, ze sa. Jeno ja nie pisalem, ze ich nie ma. Pisalem, ze
                              nie ma gwiazd musicali (w sensie rozpoznawalnosci). Przyklady, ktore
                              podajesz sa wyjatkami potwierdzajacymi regule. A i tak mozna sie
                              spierac co do kilku z nich; sa tylko i wylacznie gwiazdami filmu,
                              ktore zagraly raz w swoim zyciu na scenie teatru.
                              A jesli chodzi o nasze podworko: Basia Melzer jest gwiazda -
                              autentyczna i prawdziwa - ale za nia na ulicy nikt sie nie ogladnie.
                              To samo dotyczy Panow Szydlowskiego i Dmochowskiego.
                              Za Pania Groniec i Panem Radkiem moga sie ogladnac, ale bieda polega
                              na tym, ze nie sa oni gwiazdami musicali.
                              Zycze Ci udanego (dlaczegozby nie mial byc)weekendu.

                              • kubissimo Re: Upiór w Operze 09.05.08, 23:54
                                hmmm, w takim razie pozwole sobie wyrazic MOJE zdanie: jezeli ktos chwali
                                aktorstwo Damiana Aleksandra, ten o aktorstwie wie tyle, co nic :) chlopak
                                ladnie sie prezentuje, ma bardzo dobrze ustawiony glos i... to wszystko.

                                o musicalach filmowch sesu largo nie bede dyskutowal, bo wlasciwie de gustibus
                                non autobus ;)

                                a co do gwiazd to tu akurat bym sie nie spieral :) Jedyne dwa nazwiska na tej
                                liscie, ktore wiaza sie z rowniez z filmem to Minelli i Crawford, jednakze nawet
                                oni na ekranie najwieksze triumfy swiecili w musicalach. Reszta to gwiazdy
                                scisle zwiazane z teatrem (do kazdego z nich moge podac po kilka tytulow, wiec
                                ciezko mowic o tym, ze to byla jednorazowa przygoda) i ich nazwiska sa jak
                                magnes dla tamtejszej publicznosci.
                                A ze u nas tak nie jest... Coz, u nas w ogole nie ma czegos takiego jak kultura
                                teatralna. Polak idzie do teatru od wielkiego dzwonu, a i tak najchetniej na
                                jakas farse (w przypadku warszawy rzadzi Teatr Kwadrat). Nie ma tez systemu
                                gwiazd teatralnych, bo z calego kraju nie wiem, czy zebraloby sie 10 nazwisk,
                                ktore sa w stanie przyciagnac widzow (policzmy: Janda, Stenka, A. Seweryn,
                                Gajos, Englert, J. Stuhr, J. Peszek, ... ktoś jeszcze?).Wiec jezeli sposrod
                                setek (tysiecy?) artystow dramatycznych da sie zebrac kilka nazwisk, to nie ma
                                sie co dziwic, ze artysci musicalowi, gatunku marginalnego w tej czesci Europy,
                                nie maja u nas stausu gwiazdorskiego. Zreszta troche sie to zmienia. Na portalu
                                grono.net sa fora poswiecone musicalom, Teatrowi Roma i do kazdego z nich sa
                                zapisane setki mlodych ludzi. Tak wiec jest szansa, ze wyrosnie nam nowe
                                pokolenie teatromanow. Niestety - być może z racji ich wieku - sa oni kompletnie
                                bezkrytyczni i nie ma tam szans na konstruktywna dyskusje :///
                                Ale badzmy dobrej mysli :)

                                pozdrawiam rowniez :)

                                ps. co do Groniec i Radka, to tak z pamieci, bez grzebania w zyciorysach
                                wymienie pare tytulow. Groniec: Metro, Piotrus Pan, Tango Operita, spektakle
                                muzyczne w Bufffo. Radek: gdynski Sen nocy letniej, wroclawska Opera za trzy
                                grosze (ZNAKOMITA!), chorzowski Jesus Christ Superstar. Jak dla mnie wystarczy,
                                zeby ich uznac, za artystow musicalowych :)
                            • marla30 Re: Upiór w Operze 19.05.08, 14:42
                              kubissimo napisał:
                              Odmlodzenie obsady, a zwlaszcza glownego
                              > bohatera skresla kilka tropow interpretacyjnych

                              Jedne skreśla, inne podsuwa. Tak mi się wydaje, że zwłaszcza Jungiści-amatorzy mają swój field day dzięki panu Schumacherowi ;).


                              > Wracajac do filmu - niektore pomysly inscenizacyjne sa znakomite - swietna
                              > uwertura, maskarada, czy Don Juan, ktory IMO jest perełką (i az szkoda, ze w ty
                              > m
                              > przypadku pan K. wyjatkowo nie pokusil sie o podkradniecie pomyslu).

                              Niemniej zredukowałabym balet.


                              > Natomiast sam Butler wielkim wokalista nie jest, ale ma cos, czego w Romie nie
                              > uswiadczymy, czyli umie grac. A do mnie chyba jednak bardziej trafia czlowiek,
                              > ktory gra, ze umie swietnie spiewac, niz technicznie znakomity wokalista, ktory
                              > nie umie wlozyc w swoj spiew najmniejszych emocji (casus Damiana Aleksandra) :/

                              Pod tym się podpisuję w 100%. Jestem na świeżo po spektaklu z panem Aleksandrem, a POTO z 2004 też widziałam stosunkowo niedawno.
                            • Gość: istvan Re: Upiór w Operze IP: 195.56.77.* 22.05.08, 19:55
                              Zachwycasz sie Kubis pomyslami inscenizacyjnymi filmu - Twoje prawo,
                              ale w porownani z wersja sceniczna (londynska) to film jest krokiem do
                              tylu.

                              Skoro w Londynie Bjornson zaprojektowala kostiumy precyzyjnie z epoki w
                              ktorej rozgrywa sie akcja, to dlaczego akceptowac "diznejlend"
                              warszawskich dyletantow. To samo scenografia, rezyseria, tekst, muzyka.
                              • kubissimo Re: Upiór w Operze 26.05.08, 10:34
                                hehe, ale przeciez pisze, ze zachwycam sie (niektorymi!) pomyslami
                                inscenizacyjnymi filmu, a nie warszawskiej produkcji, wiec nie rozumiem naglego
                                przeskoku do "warszawskich dyletantow".

                                a jezeli chodzi o kostiumy, to naprawde przesadzacie. Czy w jakimkolwiek
                                musicalu (czy w ogole w teatrze) chodzi o idealne odwzorowanie portretowanej
                                rzeczywistosci? Bo jezeli tak, to rownie dobrze mozna miec pretensje, ze nic
                                tylko spiewaja i spiewaja, a przeciez pod koniec XIX wieku MUSIELI tez czasem
                                rozmawiac.
                                Albo akceptujemy konwencje umownosci w teatrze, albo nie.

                                fetyszystom detali polecam film "Titanic", gdzie odtwarzano nawet oryginalny
                                haft na serwetkach w jadalni.
                        • mazurkiewicz01 Re: Upiór w Operze 08.05.08, 23:46
                          Litości, Gustawie...

                          Scenografia jest "smashing", muzycy są "świetni", fachowcy
                          są "świetni", jest cudownie, jest wspaniale, bilety sprzedane,
                          produkcja warszawska lepsza niż londyńska (tutaj już przesadziłeś w
                          robieniu wody z mózgu, wybierz się, zobacz i porównaj), świat
                          krytyki oszalał z zachwytu, Kępczyński nie może wyjśc z domu, bo
                          wielbicielki i wielbiciele obcałowują go po wszystkich możliwych
                          częściach ciała... No i nikogo w Europie (czemu tak skromnie,
                          napisz, że we wszechświecie) nie stać na trzydziestoosobową
                          orkiestrę (przestań, Gustawie przepisywać bełkot z broszurek prop-
                          agit Romy i wywiadów z Kępczyńskim). "Upiorek" przenosi Nowogrodzką
                          na Broadway.

                          Sukces owszem. Komercyjny. O innych aspektach można by było
                          porozmawiać. Można by było. Ale musiałbyś wpierw Gustawie wstać z
                          klęczek, odlożyć kadzidło, wybrać się na weekend do Londynu i
                          zrezygnować z retoryki a'la Bladaczka ("Dlaczego w spektaklach
                          teatru Roma mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?...
                          Jak to nie zachwyca Gałkiewcza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem
                          Gałkiewiczowi, że go zachwyca... Jak widać, Gałkiewicz nie jest
                          inteligentny. Innych zach-wy-ca!")
                          • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 09.05.08, 10:33
                            >produkcja warszawska lepsza niż londyńska (tutaj już przesadziłeś w
                            > robieniu wody z mózgu, wybierz się, zobacz i porównaj)(..)>

                            Wybralem sie, zobaczylem, porownalem...

                            <świat krytyki oszalał z zachwytu,>(..)

                            Nie wiem, czy oszalal. Wiem, ze prasa zgodnym chorem okreslila
                            spektakl jako sukces. To publicznosc oszalala.

                            >No i nikogo w Europie (czemu tak skromnie,
                            > napisz, że we wszechświecie) nie stać na trzydziestoosobową
                            > orkiestrę>

                            Autentycznie i prawdziwie nie stac. Ani w Londynie, ani na
                            Broadwayu. Rome stac, poniewaz jest dotowana, jak kazdy inny teatr w
                            kraju.

                            <"Upiorek" przenosi Nowogrodzką na Broadway.>

                            Naszym krytykom mozesz nie wierzyc, ale tak sie o Romie wyrazili
                            Anglicy od Webbera, a oni (jak czytalem) nie przepuszcza niczego, co
                            im sie nie spodoba.

                            >Kępczyński nie może wyjśc z domu, bo wielbicielki i wielbiciele
                            obcałowują go po wszystkich możliwych częściach ciała.>

                            Boj sie Boga, Mazurkiewicz01, coz Ty wypisujesz?
                            Mnie nie interesuje Kepczynski, interesuje natomiast jego Upior.
                            I tyle.







                            • mazurkiewicz01 Re: Upiór w Operze 10.05.08, 20:54

                              > Wybralem sie, zobaczylem, porownalem...

                              Jeśli naprawdę, Gustawie, byłeś w Londynie, widziałeś, porównałeś...
                              i nadal wolisz spektakl warszawski, który:

                              1) jest nieudolnie, a momentami w ogóle nie reżyserowany
                              2) rozgrywa się w tandentej, jarmarczno - odpustowej scenografii
                              3) obsługiwany jest przez jakichś pijanych akustyków

                              [pomijam 4) i 5) - komentarz w PS]

                              to rozmowa nasza musi się skończyć uzgodnieniem, że niewiele możemy
                              uzgodnić.

                              Ktoś tam sugerował, że jesteś szeregowym pracownikiem Romy.
                              Niesłusznie zupełnie: w obecnych czasach najemnicy nie walczą z taką
                              zaciekłością. Jesteś kimś związanym z produkcją spektaklu - bo tylko
                              to może powodować taki emotional attachment. W zaślepieniu "romskim
                              Upiorkiem" depczesz po faktach. I nie argumentuj się sprzedanymi
                              biletami - Rubik też zapełnia sale na gęsto. Ilość się na jakość nie
                              przekłada.

                              Ja życzę Ci, Gustawie, żeby "romski Upiorek" szedł przy kompletach
                              długie lata. Wbrew temu co napisałeś, to nie jest Upiór
                              Kępczyńskiego. To jest nadal Upiór Webbera, pomimo wszelkich
                              zabiegów Kępczyńskiego and Co. I dlatego warto to, mimo wszystko,
                              zobaczyć/usłyszeć.

                              Mz01.

                              PS.

                              4) muzyka - rozumiem, że komuś może odpowiadać "popująca" maniera
                              orkiestracyjna, mi akurat nie; zresztą z tego, co mimo jazgotliwego
                              nagłośnienia usłyszałem, to jakkolwiek filharmonicy wiedeńscy to nie
                              są, to grali dość żwawo i czysto.
                              5) tłumaczenie - nie znam się, ale to co widziałem na internecie
                              dość zgrabne: ze spektaklu pamiętam liczne niezręczności; ta
                              "anegdotka" o "koledze" dość symptomatyczna.
                              • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 11.05.08, 09:25
                                Walczcie nie ze mna - ja nie jestem ani krytykiem, ani pracownikiem
                                Romy (wbrew temu, co poniektorzy sugeruja).
                                Walczyc nalezy z cala prasa, z ktorej tylko czastka nazwala spektakl
                                bardzo udanym, bo dla reszty byl on wydarzeniem sezonu. Trzeba
                                walczyc nie ze mna, tylko z tymi, dla ktorych scenografia
                                Dobrzyckiego jest arcydzielem (a nie "odpustem", jak piszesz), a
                                rezyseria Kepczynskiego kolejnym sukcesem. Trzeba pisac i
                                polemizowac z prasa, ktora kompletnie nie zna sie na sztuce
                                musicalowej - pomijajac fakt, ze zostala kupiona.
                                To do nich powinne byc skierowane uwagi Twoje i kilku innych osob.
                                Trzeba im pokazac, ze ludzie ich czytaja i nie pozwola na
                                manipulacje.
                                Czuje, ze w glebi duszy ze mna sie zgadzasz.
                                Argument z pijanymi akustykami jest chyba ponizej Twoich mozliwosci.
                                Pozdrawiam

                          • Gość: Nixdorf Re: Upiór w Operze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.05.08, 10:51
                            > Sukces owszem. Komercyjny. O innych aspektach można by było
                            > porozmawiać. Można by było. Ale musiałbyś wpierw Gustawie wstać z
                            > klęczek, odlożyć kadzidło, wybrać się na weekend do Londynu i
                            > zrezygnować z retoryki a'la Bladaczka ("Dlaczego w spektaklach
                            > teatru Roma mieszka nieśmiertelne piękno, które zachwyt wzbudza?...
                            > Jak to nie zachwyca Gałkiewcza, jeśli tysiąc razy tłumaczyłem
                            > Gałkiewiczowi, że go zachwyca... Jak widać, Gałkiewicz nie jest
                            > inteligentny. Innych zach-wy-ca!")

                            hehehe, nokaut
                        • Gość: Robert Re: Upiór w Operze IP: *.icpnet.pl 10.05.08, 16:29
                          > Cenie Kepczynskiego za to, ze dal Polakom mozliwosc obejrzenia
                          > wielkich produkcji musicalowych. Cenie go za wizjonerstwo, za
                          > upartosc, cenie wreszcie za to, ze umie stworzyc rozmach i atmosfere
                          > we wszystkim czego sie dotyka. Cenie wreszcie za to, ze umie dobrac
                          > swietnych fachowcow. Scenografia Pawla Dobrzyckiego jest smashing,
                          > nie mniej ni wiecej. Schody na poczatku drugiego aktu - are you
                          > talking t'me? A jak gra Pawlowski? Czy kogos w Europie stac na
                          > trzydziestoosobowa orkiestre, skladajaca sie z tak swietnych (choc
                          > mlodych)muzykow, ktorzy graja ze smaczkiem?

                          > Polecam Upiora wszystkim, ktorzy jeszcze na nim nie byli. Idzcie i
                          > zachwycajcie sie estetyka spektaklu i czujcie muzyke. I zaloze sie -
                          > bedziecie chcieli przyjsc drugi raz. Zapamietacie moje slowa.
                          > Slowa wielkiego fana warszawskiej Romy.
                          > Leccie na rog Nowogrodzkiej i Broadway'u!

                          Internet to takie fajne anarchistyczne - demokratyczne medium, które odporne
                          jest na wszelkie próby manipulacji. Pusty śmiech wzbiera, gdy gostek, który
                          ewidentnie jest na liście płac na Nowogrodzkiej udaje robiący "grassroot
                          support" głos ludu.

                          W gazetach takie coś to się nazywa ogłoszenie płatne albo recenzja sponsorowana :-)
                          • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 11.05.08, 09:37
                            <W gazetach takie coś to się nazywa ogłoszenie płatne albo recenzja
                            sponsorowana:-)>

                            Wole "dyskusje sponsorowana".
                            What leads us again to the voice of ladies and gentlemen of the
                            entire press. Jeden sie moze mylic, ale wszyscy? Kilku mozna kupic,
                            ale wszystkich?
                              • mazurkiewicz01 Re: Upiór w Operze 11.05.08, 15:22
                                Gość portalu: Nixdorf napisał(a):

                                > W internecia takue cos nazywa sie astroturfing:
                                >
                                > media2.pl/felietony/29673-astroturfing-–-malowana-trawa.html

                                Gdyby to był profesjonalny astroturfing, to Gustaw dyrygowałby
                                piejącym z zachwytu chórem kilkunastu nicków, obejmującym studentkę
                                z Wałbrzycha, robotnika budowlanego z Lublina, ekspedientkę ze
                                Złotych Tarasów, profesora kulturoznawstwa z Łodzi, kierowcę TIRa z
                                Gdańska, gospodynię domową z Mysłowic oraz bezrobotnego geja w ciąży
                                z Elbląga. Gustaw podsumowywałby tylko wypowiedzi ("to bardzo
                                ciekawy głos w dyskusji", "interesujący punkt widzenia", "warto
                                zwrócić uwagę na tę wypowiedź"), czasami jego marionetki nie
                                zgadzałyby się do końca ze sobą (wtedy Gustaw mediowałby i łagodził
                                konflikty), czasami nie byłyby do końca wszystkim zachwycone (wtedy
                                Gustaw, wskazując na przykłady innych zachwyconych, prowadziłby je
                                ku pełnej iluminacji).

                                A tak, gdy cały budżet poszedł w słonia, Gustaw musi sam wszystko
                                "tymi ręcami" po godzinach kręcić. Trochę też już w piętkę goni, no
                                bo ile można da capo al fine że ludzie przychodzą, że prasa się
                                zachwyca, że scenografia arcydzieło, a reżyseria geniuszu produktem.
                                I tylko Gałkiewicz się nie zachwyca, mimo, że tysiąc już razy Gustaw
                                tłumaczył, że nieśmiertelne piękno, które mieszka w spektaklach
                                teatru Roma, zachwyt wzbudza. Jak widać, Gałkiewicz nie jest
                                inteligentny. Innych zach-wy-ca!
                                • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 11.05.08, 17:03
                                  >Gdyby to był profesjonalny astroturfing, to Gustaw dyrygowałby
                                  piejącym z zachwytu chórem kilkunastu nicków, obejmującym studentkę
                                  z Wałbrzycha, robotnika budowlanego z Lublina, ekspedientkę ze
                                  Złotych Tarasów, profesora kulturoznawstwa z Łodzi, kierowcę TIRa z
                                  Gdańska, gospodynię domową z Mysłowic oraz bezrobotnego geja w ciąży
                                  z Elbląga.>

                                  Masz racje. Ale Gustaw nie musi aktywowac zastepow kolegow, ktorzy
                                  pod roznymi nickami musieliby promowac spektakl w Romie (w jego
                                  wieku zajmowanie sie pisaniem pod roznymi nickami jest troche ponad
                                  sily). Zrobili to za niego krytycy teatralni z jednej strony i
                                  widzowie z drugiej.
                                  Poniewaz dyskusja zeszla na boczne tory, przeto dziekuje wszystkim
                                  za przemila (tak naprawde uwazam)pogawedke.
                                  Do zobaczenia sie na tych lamach po nastepnych premierach (nie
                                  koniecznie w Romie)!
                                  • labruja28 Re: Upiór w Operze 13.05.08, 14:09
                                    Może jeszcze słowo o tych pochwalanych recenzjach. Czy ja wiem czy one były
                                    takie rewelacyjne?

                                    Nie mam manii prześladowczej i nie sądzę żeby wszyscy byli jakoś podkupieni. Ale
                                    inną rzeczą jest, że istnienie niepisany zwyczaj pisania zaraz po spektaklu
                                    ostrych recenzji polskich – super – produkcji. W końcu sporo zostało w to
                                    włożone, promocja i tak dalej, wiec się ogólnie coś pozywanego pisze, a potem
                                    woda w usta. Tak jest w przypadku filmów: Ryś ) tak, dzień po premierze mówiło
                                    się że „interesujący film w doborowej obsadzie”, quo vadis, zemstę i wiele innych.

                                    Ja śledziłam recenzje po premierze i wyglądały one mniej więcej tak:
                                    „ Olśniewająca mechanika sceniczna, bla bla bla” „Tyle pracy włożyli, tak się
                                    starali” „Tyle to kosztowało” „ Coś o historii musicalu” Tylko ani słowa o
                                    muzyce, o głosach, o grze aktorskiej. Jak to czytałam to miałam wrażenie że
                                    czytam recenzję z galerii gdzie napisano że „ Obrazy były w rewelacyjnych
                                    ramach, i super oświetlone”

                                    A że na niektórych recenzentach zrobiło wrażenie? No w końcu ten Weber pod
                                    spodem się bronił! Nawet Kępczyński taki mistrz nie jest żeby to ot tak
                                    zniszczyć. Choć się starał.

                                    A wracając do filmu z 2002. Hmm. Mnie on mierzi. To jest temat do dyskusji „
                                    która adaptacja jest gorsza” I mimo wszystko uważam że film był lepszy – bronił
                                    się oryginalny tekst. Choć Butler jest dla mnie absolutnie nie do tej roli.
                                    • Gość: Mercurio Re: Upiór w Operze IP: *.tosa.pl 15.05.08, 09:29
                                      abruja28 napisała:

                                      > Może jeszcze słowo o tych pochwalanych recenzjach.
                                      > Czy ja wiem czy one były takie rewelacyjne?

                                      No i jest jeszcze zjawisko patronatu medialnego, które poniekąd narzuca konieczność napisania entuzjastycznej recenzji - bo jak tu być patronem gniota?

                                      Ekipa Romy przed i po premierą biła PR'owską pianę nasładzając się nawzajem (to wszystko, co ten najęty "szczery entuzjasta" tu przepisywał: że cudowna reżyseria, scenografia "smashing", tłumaczenie natchnione, wszystko wspaniałe, cudowne, non-plus-ultra, lepsze niż w Londynie, Webber z zachwytu dostał czkawki, dyrygent to drugi Toscanini i pierwszy Karajan, muzycy to znani wirtuozi, a w ogóle to jesteśmy genialni, cudowni i wspaniali). Po pierwsze w narodzie jest głód sukcesu, jakiegokolwiek sukcesu (starszym przypominam histerię wokół 'Metra'), po drugie ludność wcześniej spotykała się z tak nachalną propagandą jedynie w reklamach proszków do prania i w świecie polityki. Z zaskoczenia wzięli...

                                      Pomijając patronów medialnych i wziętych z zaskoczenia - większość wypowiadających się recenzentów to zna się albo na teatrze (dramatycznym) albo muzyce (klasycznej) albo na operze. Czyli trochę obok tematu. A jak już sie znalazł fachowiec od teatru muzycznego, to gdy porównał "Upiora..." z jakąś "Krainą uśmiechu" albo "Wesołą wdówką" gdzieś stawianą to wiadomo, że musiał się zachwycić. No i, co prawie wszyscy tutaj powtarzają - mimo usilnych starań Kępczyńskiego, Dobrzyckiego, Wyszogrodzkiego i innych - nie udało się tego spieprzyć do końca.

            • madryt03 Re: Upiór w Operze 08.05.08, 16:10
              Mój podpis... hmmm no taki po prostu jest jaki jest.
              Co do reszty - rozumiem, że dopuszcza Pan do wyrażania opinii tylko
              tych, którzy "obciążeni" zostali sukcesem? Przypominają mi się
              częste, w sumie smutne riposty twórców w kierunku krytyków: "Nie
              podobało się? To pokaż, że zrobisz lepiej..." :)
              A jeśli chodzi o mój nick, to pozwoli Pan, że odbiję piłeczkę i
              skromnie zapytam o Pański - "najlepszy". A w czym, jeśli wolno
              spytać?:)
              Ps. A mówiąc poważnie, jeśli kwestionuje Pan choć jedną myśl z mojej
              wypowiedzi, to poproszę o merytoryczny komentarz. Którą? Dlaczego?
              Tylko nie dyskutujmy o gustach, bo z "panem miłośnikiem Romy" nie
              znajdę tu chyba wspólnego mianownika.

              Pozdrawiam
              • najlepszy.gucio47 Re: Upiór w Operze 08.05.08, 16:32
                Witam,

                >Mój podpis... hmmm no taki po prostu jest jaki jest.>

                Tak, oczywiscie. Jednak czuje, ze jest "freudowski" (czuć branżą):-)

                >Co do reszty - rozumiem, że dopuszcza Pan do wyrażania opinii tylko
                > tych, którzy "obciążeni" zostali sukcesem? Przypominają mi się
                > częste, w sumie smutne riposty twórców w kierunku krytyków: "Nie
                > podobało się? To pokaż, że zrobisz lepiej..." :)

                Nie, nie - to nie ja. Ja z Panem sie nie zgadzam - ale zbesztam
                kazdego, kto Panu zabierze prawo do wypowiadania sie (w tym miejscu
                nie jestem oryginalny, ale pasuje).

                >A jeśli chodzi o mój nick, to pozwoli Pan, że odbiję piłeczkę i
                > skromnie zapytam o Pański - "najlepszy". A w czym, jeśli wolno
                > spytać?:)

                Jest to idiotyczny nick, ale zostal przydzielony mi przez webmastera
                tej strony...

                >Ps. A mówiąc poważnie, jeśli kwestionuje Pan choć jedną myśl z
                mojej wypowiedzi, to poproszę o merytoryczny komentarz. Którą?
                Dlaczego? Tylko nie dyskutujmy o gustach, bo z "panem miłośnikiem
                Romy" nie znajdę tu chyba wspólnego mianownika.>

                Kwestionuje mysl z samego poczatku poprzedniego maila.
                Dopoki bedzie Pan pisal o "unizonych i zamowionych recenzjach
                teatralnych" - co jest glosem w dyskusji żadnym, bo ponizej pasa -
                to o czym mam dyskutowac?
                I ja pozdrawiam


    • Gość: beti Re: Upiór w Operze IP: *.biblpubl.waw.pl 02.04.08, 14:55
      Nie przepadam za A.L.Webberem, jego dziełom daleko choćby do Tańca
      Wampirów, ale i tak będę chodzić na to od czasu do czasu - dla
      ulubionych artystów. :)
      Widziałam Upiora w operze w Romie już kilka razy, cały czas gra go
      Damian Aleksander. Gra naprawdę z sercem, pięknie i wzruszająco, w
      kilku scenach dosłownie się popłakałam, ale to nie jest ten mój
      wymarzony Eryk, za którym miałabym ochotę iść na oślep w zachwycie
      na koniec świata. Na szczęście już niedługo wystąpi Tomek Steciuk,
      którego ubóstwiam od lat za słodycz głosu, tajemniczość i piękno
      gestów, no i strasznie mnie ciekawi Łukasz Zagrobelny, który - jak
      się okazuje - potrafi też ślicznie śpiewać operowo.
      Wdziałam już wszystkie trzy dziewczyny grające Christine. Kaja i
      Paulina jeszcze muszą się wiele nauczyć, a Edyta Krzemień to
      prawdziwe objawienie, wokalnie (belcanto) i aktorsko. Świetnie
      sprawdzili się też Raoulowie (Marcin Mroziński i Łukasz Talik) -
      chłopaki przystojne i bardzo utalentowane. Bardzo podobały mi się
      (we wszystkich obsadach) kreacje dyrektorów, Carlotty, Ubalda,
      Madame Giry, pana Reyera, Passarina i innych oraz świetny zespół
      taneczny.
    • 1962wolf Re: Upiór w Operze 03.04.08, 10:12
      trochę dziwią mnie komentarze dotyczące muzyki webera.
      o ile spketakl mozna odbierać róznie, rezyseria może się ,
      lub nie podobac, scenografia, technika wokalna, aktorstwo itd
      itd---------to wszystko rzecz do zauważnie dopiero na
      spektaklu.
      ale muzyka webera/
      jest znana od 30 lat
      pełno jej wszedzie ,o ile ktoś zada sobie odrobinę trudu.
      zawsze mnie dziwi , gdy na spektakl, koncert, wystawe, idzie
      ktoś , kto nic nie wie na dany temat, idzie powodowany
      owczym pedem ,lub za darmo , bo mu dano bilecik............a
      potem taki ktoś grymasi.
      równie dobrze można grymasić ,że koczkodany w warszawskim zoo-
      nie mają tyłków zielonych tylko czerwone.
    • labruja28 Re: Upiór w Operze 28.04.08, 11:46
      Jaka piękna katastrofa, chciałby się powiedzieć. Niestety była tylko katastrofa, wcale nie piękna.

      Wystawiając musical lub operę, reżyser ma narzucone nuty i słowa, a z tematem może rozbić wszystko. Tak jak w Berlińskim Rigoleccie, czy wersjach Don Giovanniego, które miałam okazję oglądać, utwory przez reżyserię miały zupełnie inny wydźwięk i inny punkt ciężkości. W przypadku Upiora wystawianego w Romie miało się ochotę krzyczeć „ Czy leci z nami reżyser? Czy ktoś tym cyrkiem dowidzi?” Całość wyglądała tak, jakby nikt nad tym nie panował, nie miał pomysłu, a aktorom puszczono wersję filmu z 2004 i powiedziano „ no, tak to mniej więcej ma być, radzicie sobie jakoś”. Swoją drogą to Roma powinna zapłacić za prawo adaptacji nie Webberowi a Szumacherowi.

      Ale po kolei. Zacznijmy od tego co najwalniejsze. Nie, nie od mechaniki scenicznej.

      Głosy i ludzie.

      Damian Aleksander jako Upiór. Cóż, spodziewałam się absolutnej katastrofy, a było po prostu kiepsko. Głos nie bolał, nawet darował sobie tą rockową manierę, za co jestem mu szczerze wdzięczna. Głosowo nie powalał, był powiedzmy poprawny. Nie przesadzał z ekspresją i rzucaniem się po scenie, czym uratował mnie od zgonu i opętańczego chichotu. Minus był taki, ze jak dla mnie był absolutnie nijaki. Nie wzbudził emocji. Był bez wyrazu. Ponieważ pierwszy akt i scena w podziemiach były zagrane bez wyrazu – to na końcu nie wiadomo czego on od tej Christine chce. Końcówka II aktu: ponieważ wcześniej relacja emocjonalna między nimi nie była pokazana, była ona zupełnie absurdalna. Dzień wcześniej widziałam Toskę to nałożył mi się Scarpia – „czas ucieka, decyduj się, idziemy w buduar, albo go ubiję.” A to nie o to chodziło, nieprawdaż?

      Pani Edyta Krzemień jako Christine. Źle. Bardzo Źle. Grała zupełnie bez wyrazu z maską na twarzy. Zero emocji, wokalnie słabiutko. I na tym skończmy ten temat.

      Raoul. Tu było dobrze, Aktorsko bardzo dobrze, wokalnie dobrze. Bardzo Raulowaty i pokazał że zakochany w Chrstine. Latał po tej scenie desperacko próbując ją uratować z rąk wariata w czym publiczność mu kibicowała. Z tego jakie mnie doszły słuchy Raul - II obsada też daje radę. Szkoda że nie można go posłuchać bez reszty ekipy.

      Carlotta. Ja mam wrażenie, że ta pani potrafiłaby zrobić coś z tej roli, gdyby ktoś to reżyserował. Tak wyszła Katastrofa. To ma być diwa? To jest parodia! Opera? To jest cyrk! Ona miała być rozpieszczoną despotyczną śpiewaczką, może z lekkim fałszem, a nie cudacznym czymś w różowym wdzianku. Tu można wspomnieć o tym co zrobiono z Opery jako takiej. Pogardliwe obśmianie, fałsze, cyrki, machanie łapami.

      Reszta obsady tak sobie. Miałam wrażenie, że oni by mogli by to zrobić całkiem fajnie, gdyby ktoś powiedział im jak.

      Teraz katastrofy ciąg dalszy. "Rama obrazu" – czyli cudowna i chwalona mechanika sceniczna.

      Dwie rzeczy rzeczywiście robiły wrażenie. Pierwsza, to sceny z rzutnika z opery Garnier. Mezcal Webbera tam się nie dzieje, ale ok, chcieli wrócić do książki bardzo dobrze. Sceny z podziemi na rzutników są powalające. Ale spokojnie, już po sekundzie gumowe kandelabry a obok nich tancerze – jaszczurki niszczą cały efekt. Widz nie może się specjalnie ekscytować.
      Druga rzecz to faktycznie żyrandol był fajny. Siedzieliśmy z przodu i to robiło wrażenie. Za całość ruchomej mechaniki należy chyba jednak bić brawo technikom, którzy się postarali.

      Jednak żeby strona wizualna nie odbiegała od wokalnej tu też był pomysł jak coś zepsuć.
      Keybord ze światełkami ( czerwone i zielone – myślałam że to choinka z tyłu) w podziemiach był dramatyczny. Maskarada „ ile masek tyle barw” w trzech kolorach i ze spódniczką z lateksu. Wspomniane lizardy obok kandelabrów. Don Juan z lustrzanymi konstrukcjami o kształcie fallicznym. Wiele tego było.

      Dalej kostiumy. Ktoś kto to projektował oglądał film z 2004. Niestety nie zrobił nić więcej. Każdy z inszego okresu, w idiotycznych, nienaturalnych kolorach. Księżniczka Lala ( Christine) w krynolinie, plusz, lateks. To był Disney! Księżniczka Barbie w głównej roli. I upiór Ken.



      Wszystkie wspominane uwagi można podsumować jednym. Słaba reżyseria. A może jej brak. Mam wrażenie że oni mogli by to zrobić z tą obsadą i tymi nakładami finansowymi całkiem fajnie. Ale zabrakło emocji i pomyślunku. No bo kto jest odpowiedzialny choćby za to, ze seny zbiorowe – kakofonia, każdy swoje. Próby don juana, na których Piangi zawodowy śpiewak zawodzi jak wyjec.
      Albo chory pomysł dodania sceny filmowej z pojedynkiem. Jeden z najsłabszych momentów przedstawienia kiedy Chrsitine krzyczy „ nie tak” To jak? Mydłem ma go dobić? To zmienia wymowę całego spektaklu! To bolało.

      A teraz tragedia najgorsza. Tłumaczenie. Wiem, ono było podobne w filmie. Tylko że tam nie musiałam go czytać. A gwałt przez uszy boli bardzo. Pozostawię kolejnym recenzentom dokładna analizę, ale brzmiało to momentami śmiesznie, momentami niezrozumiale, śpiewało się bez rytmu.
      Dla mnie największe Kwiatki to „ róż plusz” „ poczuj jej rozmiary” i „ ciemna strona wzywa cię”. Chciał wstać i krzyczeć „Lordzie Vaderze, jestem tu”! Z tym tłumaczeniem to jest osobny temat.

      Przez to cały dzień przylepiła się do mnie piosenka śpiewna na melodię Urszuli luz – blues „ róż – plusz, poczuje jej rozmiary...”

      Smutne jest tylko to, że jeżeli ktoś nie znał wcześniej tej historii, to raczej go nie zauroczy. Jeżeli ktoś nie znał wcześniej Opery to też się zniechęci.

      Pocieszające tylko jest to, ze mit sam się obroni. Niestety ma przed czym.
      • Gość: ZEDknqzdO Re: Upiór w Operze IP: 163.21.47.* 03.04.09, 00:53
        pharmacy; zoloft online; zoloft; purchase generic zoloft; zoloft; order cheap zoloft online; zoloft; zoloft; zoloft; zoloft online order; cheap zoloft; order zoloft; zoloft; uk zoloft; buy zoloft; uk zoloft cheap; zoloft purchase online; zoloft; zoloft online; zoloft; zoloft; order cheap zoloft; order zoloft; order zoloft; zoloft; buy zoloft; purchase generic zoloft online; generic zoloft online; buy zoloft; zoloft; buy zoloft usa; zoloft; zoloft; buy zoloft online; zoloft; zoloft; zoloft; zoloft; online zoloft order; purchase cheap zoloft online; uk zoloft; zoloft; zoloft online; purchase generic zoloft; zoloft; zoloft online; zoloft; zoloft; zoloft; online zoloft; buy zoloft online; buy zoloft online; zoloft; order zoloft; zoloft; uk zoloft; online zoloft; online zoloft order; purchase zoloft; zoloft buy; zoloft; zoloft; zoloft buy; zoloft; zoloft canada; zoloft;
      • Gość: LARtOpzTWEqmBkJI Re: Upiór w Operze IP: *.204.79.46.78.clients.your-server.de 03.04.09, 16:07
        pharmacy; buy zoloft canada; zoloft; zoloft; buy zoloft; zoloft; zoloft; zoloft; purchase zoloft; generic zoloft; zoloft; zoloft; purchase zoloft online; zoloft; zoloft; zoloft; online zoloft purchase,; buy zoloft; generic zoloft online; zoloft online purchase; buy zoloft; zoloft online; buy zoloft online; zoloft; zoloft online; zoloft; online zoloft; buy cheap zoloft; generic zoloft; order cheap zoloft; zoloft buy; zoloft; zoloft online; zoloft; generic zoloft; zoloft; zoloft; order zoloft usa; buy zoloft online; order generic zoloft; buy zoloft online; zoloft; buy zoloft; online zoloft purchase,; zoloft uk; buy zoloft; zoloft; zoloft; zoloft; zoloft; generic zoloft; zoloft purchase online; uk zoloft cheap; zoloft; zoloft; buy zoloft; buy zoloft; buy zoloft; buy zoloft; buy zoloft; zoloft; zoloft; purchase generic zoloft online; zoloft; buy zoloft; zoloft; order zoloft online; zoloft; generic zoloft; buy zoloft; zoloft generic; buy zoloft; zoloft generic; online zoloft buy; zoloft; online zoloft; zoloft; zoloft buy; zoloft;
      • Gość: QJHMlyMha Re: Upiór w Operze IP: 212.219.203.* 10.04.09, 03:06
        pharmacy; tetracycline; tetracycline; tetracycline order online; buy tetracycline canada; buy tetracycline online; tetracycline; tetracycline; cheap tetracycline online; online tetracycline buy; tetracycline; tetracycline; tetracycline online; tetracycline; tetracycline; buy tetracycline usa; tetracycline; tetracycline buy; tetracycline; tetracycline; tetracycline; tetracycline; buy tetracycline; buy cheap tetracycline; buy tetracycline; purchase tetracycline; buy tetracycline online; purchase generic tetracycline online; tetracycline; order tetracycline; tetracycline; tetracycline; tetracycline; tetracycline order; tetracycline; tetracycline; buy tetracycline; tetracycline; tetracycline; tetracycline; tetracycline; tetracycline; order tetracycline uk; tetracycline; tetracycline; buy generic tetracycline; buy cheap tetracycline; buy tetracycline; tetracycline; order tetracycline uk; generic tetracycline; online tetracycline; uk tetracycline cheap; tetracycline buy; tetracycline; tetracycline; tetracycline; tetracycline; buy tetracycline uk; tetracycline; tetracycline; tetracycline online; tetracycline; tetracycline generic; purchase tetracycline; tetracycline online order; tetracycline cheap; buy tetracycline uk; buy tetracycline; tetracycline; tetracycline cheap; tetracycline; tetracycline; uk tetracycline cheap; order generic tetracycline; buy tetracycline;
      • Gość: QktxDJMn Re: Upiór w Operze IP: *.cache.isnet.net 11.04.09, 04:11
        pharmacy; rimonabant; uk rimonabant generic; purchase generic rimonabant; cheap rimonabant uk; order rimonabant online; rimonabant; buy rimonabant uk; rimonabant; rimonabant buy online; buy rimonabant; rimonabant; buy rimonabant online; rimonabant buy; generic rimonabant; online rimonabant order; rimonabant; rimonabant; cheap rimonabant; order rimonabant; rimonabant; order cheap rimonabant online; rimonabant; rimonabant; buy rimonabant; purchase rimonabant online; rimonabant; online rimonabant order; uk buy rimonabant; rimonabant; purchase generic rimonabant; rimonabant; buy rimonabant; rimonabant; cheap rimonabant uk; rimonabant purchase online; rimonabant; buy cheap rimonabant online; rimonabant; rimonabant online; rimonabant; rimonabant online; cheap rimonabant; generic rimonabant; rimonabant; rimonabant; buy cheap rimonabant; order cheap rimonabant online; buy generic rimonabant online; rimonabant online; generic rimonabant; generic rimonabant online; rimonabant; rimonabant; rimonabant; order rimonabant uk; rimonabant; rimonabant; rimonabant; online rimonabant; rimonabant; buy rimonabant; rimonabant; rimonabant buy; rimonabant; generic rimonabant online; rimonabant; rimonabant; online rimonabant; rimonabant; rimonabant; rimonabant; buy rimonabant; rimonabant; rimonabant; generic rimonabant uk; buy rimonabant; <a href="<a href="
      • Gość: WprhIFElBPr Re: Upiór w Operze IP: *.198.0.172.satgate.net 28.04.09, 23:23
        mammamia; order generic antabuse; antabuse; antabuse; antabuse; antabuse purchase; online antabuse purchase,; purchase antabuse; antabuse; antabuse; antabuse; antabuse online; antabuse; antabuse; antabuse; antabuse; antabuse; purchase antabuse; antabuse; antabuse; antabuse; antabuse buy; antabuse; order antabuse; antabuse; antabuse; antabuse; purchase antabuse; antabuse online; antabuse; antabuse; antabuse; buy antabuse; antabuse; antabuse; buy antabuse; order antabuse usa; cheap antabuse usa; antabuse; buy cheap generic antabuse; antabuse buy; antabuse; order cheap antabuse online; antabuse; cheap antabuse online; antabuse; antabuse online buy; buy antabuse; antabuse; antabuse; order antabuse; antabuse; antabuse order online; antabuse; online antabuse; antabuse; antabuse; antabuse; generic antabuse uk; antabuse; uk antabuse; antabuse; antabuse cheap; antabuse; antabuse; generic antabuse; generic antabuse; antabuse generic; generic antabuse online; order cheap antabuse online;
    • Gość: tulipan teatr ROMA-wielka KICHa IP: *.gprs.plus.pl 18.05.08, 15:13
      witam,
      to co zobaczylam na spektaklu bylo ..czy ja wiem jak bajeczka mojej 4 letniej
      siostrzenicy. owszem, spiew i zmiana dekoracji zachwycaly ale wszytsko to
      przytlaczajace w pewnych momentach.
      i wydaje mi sie przez to ze wszystko to za bardzo przereklamowane.
      i tutaj olbrzymi minus dla samego teatru- to co sie tam dzialo przechodzi
      wszelkie granice. setki osob. niewygodne male siedzenia i brak klimatyzacji.
      nawet nawiew nie dzialal!!!!!!!na dworze ok 20 stopni a w srodku ok 60!!!
      tragedia. ludzi bliscy omdlenia i czekajacy z utesknieniem na przerwe!!
      bilety za 80 zl?? zdzierstwo w bialy dzien. kupujac wejsciówki za 15 zl mialam
      lepsze warunki niz w romie za 80!!!
      porazka
      sumujac...jeszcze raz w takich warunkach nie wytrzymalabym nawet 5 min. a szkoda
      bo to wszytsko przycmilo caly szoł.
    • veeto1 Riposta cz. 1 26.05.08, 19:41
      Wiecie, że cała ta dyskusja o „Upiorze w Operze” zajmuje 32 strony w
      Wordzie? Wiem, bo skopiowałam sobie ten wątek, by wygodniej mi było
      odnieść się do niego i – o ile uznam za słuszne – zacytować jakiś
      fragmencik. Mam więc zamiar napisać dużo, choć może nie tak dużo jak
      Dorota Babilas.
      Zacznę od tego, że przedstawię się, bo widzę, że stosując różne
      metody w zasadzie wymuszono to na każdym. Mam 47 lat, jestem kobietą
      i z zawodu nie jestem muzykiem. Moją natomiast pasją jest książka,
      film, muzyka (głównie klasyka), malarstwo, architektura, fotografia
      słowem sztuka jako taka. W swoim czasie uczyłam się w szkole
      muzycznej, a więc mam niezły słuch umiejętność grania na fortepianie
      i skrzypcach, śpiew również opanowany (nie chodzi mi o 100 lat ;-)
      Tyle o sobie. Teraz do rzeczy, a w zasadzie do „Upiora”.
      Przeczytałam książkę. Zresztą kilka dni temu przeczytałam ją
      ponownie, więc mam ją na świeżo w pamięci. Dwukrotnie widziałam
      film. Niedawno byłam w Romie i niedługo wybieram się powtórnie, gdyż
      moja przyjaciółka z Wlk.Brytanii chce zobaczyć polską wersję, o
      której sporo dobrego słyszała (nie ode mnie notabene).
      Wszyscy zjadliwi krytycy chyba zgodzą się ze mną, że wystawienie
      tego musicalu
      w Warszawie, to jednak duże wydarzenie sceniczne.
      Moim zdaniem warszawski spektakl ma kilka mankamentów, jednak w
      chwili, gdy zasiadłam w fotelu Romy zostałam zaczarowana i ta
      hipnoza trwa do dziś. Upiór mnie uwiódł, zachwycił, rozkochał.
      Pozwolę sobie posiłkować się formą wypowiedzi Doroty, która
      posłużyła się punktami. Nawet nie będę zmieniać ich kolejności, ale
      trochę ich ujmę.

      1. Orkiestra.
      To co kocham najbardziej. Pod sceną widoczni żywi muzycy, żywa
      muzyka, ruch smyczków, delikatne światełka przy pulpitach z nutami.
      Rewelacyjnie wykonana uwertura, zresztą jak całość. Jakość pracy
      orkiestry świetna od początku do końca. Nie zauważyłam rockowego
      charakteru. Muzyka „z pazurem”, ale stwierdzenie, że zastosowano
      orkiestrację rockową jest moim zdaniem grubo przesadzone.
      Co więcej, miałam wrażenie, że lepiej podoba mi się wykonanie
      artystów z Romy niż filmowe, ale to chyba jednak kwestia odbioru na
      żywo.

      2. Scenografia i efekty techniczne.
      Rewelacja! Scenografia dość dynamiczna. Nie mam pojęcia, jak w sumie
      mały teatr zdołał pomieścić takie bogactwo ogromnych dekoracji i tak
      sprawnie nimi manewrować. Naprawdę niewiele było momentów
      statycznych. Zejście Eryka z Christine do lochów pod operą
      zrealizowane w sposób skończenie doskonały. Łódź, którą wiózł
      dziewczynę do swojej kryjówki i mgła na jeziorze – nikt nigdy tego
      lepiej nie zrobił.
      Dorota napisała:
      >A już to, co się dzieje kiedy Upiór i Christine płyną przez
      jezioro… W Londynie kandelabry >wynurzały się spod sceny w bardzo
      stylowy, rzekłabym
      >romantyczno-fantastyczny sposób. Tutaj mamy jakieś – plastikowe?
      gumowe? –
      >atrapy, gnące się jak zaklinane węże i co gorsza poruszane przez
      przebranych za
      >dziwne stwory techników. To miały być jaszczurki, a może żaby albo
      ryby… Coś
      >dziwnego, co znowu bardziej pasuje do stylistyki gry komputerowej
      niż do Upiora
      >Opery. Cały romantyzm i tajemniczość tej sceny idzie na ryby.
      Tak jak napisałam wyżej, cała droga od garderoby do kryjówki
      przedstawiona była świetnie
      i nie zgadzam się z opinią Doroty, ponadto jeśli Dorota ma
      skojarzenia z wężami, to i dobrze. W książce było ich „na gęsto”.
      Nie jest też prawdą, że żyrandol spadał malowniczo na linach.
      Siedziałam w drugim rzędzie i miałam przez moment wrażenie, że
      ogromna konstrukcja leci z hukiem wprost na mnie.
      Dach opery – bez zastrzeżeń. Scena dawała wrażenie, że Christine i
      Raoul znajdują się gdzieś bardzo wysoko. Zdobienia dachu, w których
      w pewnym momencie widać zamaskowaną postać dawały obraz potęgi
      budynku. I to rozgwieżdżone czarne niebo… Bez kiczu, bardzo
      delikatnie, prawie niewidocznie…
      Dorota napisała:
      >Aha, Loża Piąta – mes Cher Monsieurs – jest z drugiej strony sceny.
      Hmmm, to zależy z której strony się patrzy – ze sceny, czy z
      widowni. Nie będę wnikać. Książka sugeruje wprawdzie, że loża
      znajdowała się nad lewym wyjściem najbliżej sceny, ale o ile
      pamiętam nie mówi, gdzie znajduje się narrator. Nie widzę więc
      powodu do rozdzierania szat z powodu takiej zmiany.
      Dalej cytując tekst Doroty można dowiedzieć się, że:
      > Lustro nie wygląda jak lustro – a ma wyglądać jak lustro,
      dolicha! – tylko jak jakiś portal >rodem z gry komputerowej. Jak
      wygląda Demeure du Lac, szkoda słów. Schody, schody, >schody – po co
      komuś w domu tyle schodów znikąd donikąd? Jakieś podesty nie wiadomo
      >po co, za to brak podstawowych mebli; kiedy Christine pada zemdlona
      nie ma jej nawet >dokąd przenieść. Organy – to znaczy to połączenie
      maszyny parowej, szafy grającej i >konsoli do pinballa – to chyba
      jakaś parodia. Błyska toto światłami jak sklep przy Oxford >Street
      na tydzień przed Bożym Narodzeniem.
      Nie miałam skojarzeń z żadnymi portalami jeśli chodzi o lustro.
      Schody? A skąd wiesz, że donikąd? Po porostu akcja TAM akurat się
      nie toczyła. Poza tym pod gmachem opery były labirynty, wiele
      poziomów, pułapek, zapadni itd. Dekoracja to bardzo dobrze oddawała.
      Łóżko dla Christine można było wprawdzie dodać, ale wtedy ktoś gotów
      zaprotestować przeciw lekceważeniu upiora i zarzucić brak trumny, w
      której zazwyczaj sypiał.
      Scena, gdy Eryk otula zemdloną Christine swym płaszczem moim zdaniem
      jest udana, pełna ciepła ze strony Upiora i oddająca jego uczucie do
      niej.
      Organy nie takie? A dlaczego? Raczej dziwne byłoby gdyby scenograf
      wstawił tam zwykły instrument. Upiór był genialnych wynalazcą i
      dlaczego ten nieprzeciętny człowiek miał komponować muzykę na
      przeciętnym instrumencie? Czytając opis Doroty miałam wrażenie, że
      oglądałyśmy dwa różne spektakle.

      >Druga porażka scenograficzna – Don Juan.
      >Nie kanapka róż-plusz, nie jakieś falliczne struktury w tle. Jeśli
      ktoś widział tę scenę tak, jak > grano ją w Londynie (i innych
      replica productions) to w Romie będą go bolały zęby. To był
      >przeniesiony na deski teatralne ten nieszczęsny film z 2004 roku, i
      to jego
      >zdecydowanie najmniej udana scena.
      Trzeba też dużo wyobraźni, by w dekoracji do Don Juana dopatrzeć
      się fallicznych struktur. Zdecydowanie nie przeniesiono tej sceny z
      filmu, choć podobieństwa są. Film jest tu wulgarny, burdelowy i po
      prosty niesmaczny z tymi niby tancerkami flamenco liżącymi
      partnerów. Spektakl Romy jest bardziej „podtekstowy”, subtelniejszy.
    • veeto1 Riposta cz. 2 26.05.08, 19:41

      3. Kostiumy.
      Dorota zarzuca im wiele. Moim zdaniem niesłusznie. To prawda, na
      niuansach mody w XVIII XIX w. nie znam się. Należy jednak wziąć pod
      uwagę miejsce, w którym rozgrywa się akcja, czyli opera, czyli
      teatr, czyli ciągłą obecność kostiumów scenicznych. Akcja jest
      baśnią, rozgrywa się w krainie baśni (bo taką teatr jest) i obecność
      strojów „poza epoką” jest zupełnie usprawiedliwione.
      Owszem, mam zastrzeżenia do stroju Eryka na balu maskowym. Czerwień
      jego płaszcza zlewa się z czerwienią dywanu i Upiór jest w związku z
      tym mdły a nie upiorny, jak czerwona śmierć.
      Maskarada bardzo udana, choć istotnie głównie czarno biała.
      Odebrałam to jednak, jako ukłon w stronę książki. Christine
      umawiając się na bal z Raoulem każe mu przyjść w stroju białego
      domino informując go, że sama przyjdzie w czarnym domino. Bal w
      Romie był mocno „arlekinowy”. I dobrze. Christine i Raoul nie są co
      prawda ubrani zgodnie wersją książkową, ale to też dobrze (moim
      zdaniem oczywiście), bo takie kostiumy, wraz z maskami, nie oddałyby
      uczuć jakimi ta para darzyła się.
      Cytat z postu Doroty:
      >Jeśli chodzi o kostium Upiora to jest bardzo źle. (…)
      >O masce odsłaniającej cały nos w ogóle najlepiej byłoby od razu
      zapomnieć.
      Skwituję to dwoma zdaniami:
      Jeśli chodzi o kostium Upiora to jest bardzo dobrze.
      Maska idealna. Nie jest paskudnie „gumiasta” jak na filmie. Zasłania
      akurat tyle twarzy, by można było dostrzec to, że Upiór jest
      przystojnym mężczyzną (a w tą stronę ewoluuje ta opowieść).

      4. Śpiew
      Moim zdaniem najlepszy był Tomasz Steciuk (Upiór). Głos o pięknej
      barwie, świetna modulacja od tonów czystych i głębokich po nieco
      upiorne i zniewalający szept, przy okazji dobra gra aktorska i ruch
      sceniczny. Doskonała dykcja w każdym momencie. Czarował i zakochiwał
      w sobie nie tylko Christine.
      Marcin Mroziński jako Raoul – poprawnie, ale ja bym się w nim nie
      zakochała.
      Nie jestem pewna, kto śpiewał Christine (programy pod tym względem
      są niedopracowane), ale tak na 90% wydaje mi się, że była to Paulina
      Janczak. Bez zarzutu, choć pełnia głosu jeszcze przed nią.
      Spektakl istotnie trochę drwi z opery, ale ja to widzę inaczej.
      Szyderstwo wymierzone jest wobec napuszonych gwiazd opery, które
      niezależnie od talentów młodszych artystów, robią wszystko, by nie
      zejść z afisza. Ale to tylko moje zdanie.

      7. Tekst polski Daniela Wyszogrodzkiego.
      Dorota obrzuciła tłumaczenie i jego autora wszystkim co najgorsze.
      Przy okazji podała linka do swojej wersji libretta. Otóż zadałam
      sobie trud i dokładnie je przestudiowałam. Mało tego, porównała
      teksty z blogu z tekstami zaśpiewanymi w Romie. No cóż, Dorota może
      jest specjalistą od kultury brytyjskiej, ale leitmotiwy z musicalu
      wypadają na korzyść Wyszogrodzkiego, który przy okazji jest poetą.
      Doroty tekst jest szeleszczący, a zatem trudny i niewdzięczny do
      zaśpiewania, zapewne w wersji śpiewanej trudniejszy do odbioru i
      mniej miły dla ucha.
      Dla przykładu mniej więcej ten sam fragment w tłumaczeniu autorstwa:

      1. Doroty:

      Pozwól duszy twej wieść cię przez nieznany świat
      a zapomnisz o życiu, które znasz.
      Daj jej ponieść cię tam, gdzie sama chce!
      Tylko tak mogę przecież zdobyć cię...
      Miękko, czule, jak w zauroczeniu
      dotknij, uwierz, zatop się w tym brzmieniu.
      Niech się zacznie sen, kiedy cała oddasz się
      tej muzyce, którą daję tobie ja.
      Muzyka Nocy niechaj w tobie gra!

      2. Wyszogrodzkiego:

      „Ty wyruszysz w rejs
      Odrzuć precz całe życie jakie znasz,
      I na zew sennych pragnień w lot się wzbij.
      Tylko tak swą duszę oddasz mi.
      Wznieś się odpłyń, poddaj się omdleniu.
      Chłoń mój dotyk, nakarm swe pragnienia
      Czas na nowy sen, mroczna strona wzywa cię
      Jest w niej moja moc i jest w niej wola ma.
      To z moich nut ta noc muzykę gra.
      Tylko ty mym pieśniom życie dasz.
      Śpiewaj gdy nam noc muzykę gra.”

      Wyraźnie widać, że druga wersja jest łagodniejsza dla ucha, mniej w
      niej tych polskich sz, brz, trz, cz. Poza tym jest bardziej
      poetycka, miękka, z leciutką nutą erotyki niezbędnej do wyrażenia
      uczuć Upiora.
      W przedsięwzięciu takim jak musical trudno mówić o absolutnie
      wiernym tłumaczeniu. Tłumaczenie, tak samo jak oryginał, musi
      oddawać klimat, uczucia, pasować do muzyki, ruchu, mieć odpowiednie
      tempo i rytm. Poszczególne głoski i słowa muszą dać się płynnie
      zaśpiewać.
      Dorota zarzuca, że w tekście Wyszogrodzkiego tylko Christine zwraca
      się do Eryka „Aniele Muzyki”. Jest to nie prawda, bo wzajemnie mówią
      tak do siebie.
      Dorota całą tę fourmową (i pewnie nie tylko) awanturę o nie
      wykorzystanie jej tłumaczenia rozpętała tylko z zazdrości, że w tak
      spektakularnym przedsięwzięciu nie pojawiło się nazwisko Babilas.
      Zdecydowanie zgadzam się z Guciem, który napisał:
      >Doroto, jestes inteligentna i wiesz, ze lepiej napisac prawde o
      >Twojej przygodzie z Wojciechem Kepczynskim i "Upiorem" w Romie.
      >Ale Twoja recenzja(e) - to nienawisc, Doroto. To nie ma nic
      >wspolnego z konstruktywna krytyka. Jest w niej tyle nieprawdy,tyle
      >przedziwnych skojarzen, tyle zlosci.

      Kończąc tę pisaninę podkreślę raz jeszcze, że spektakl w Romie to
      duża rzecz i czas spędzony z Upiorem nie będzie zmarnowany. Ja się w
      każdym razie zakochałam. W całości. Bez wyjątków.
      • labruja28 Re: Riposta cz. 2 26.05.08, 21:21
        Cóż masz prawo do swojego zdania, zwłaszcza że zostało ono przedstawione
        rzeczowo i na temat. Nie do końca się zgadzam, ale widzę że nie przekonam.

        Tylko jedna kwestia:
        "(Maska) Zasłania
        akurat tyle twarzy, by można było dostrzec to, że Upiór jest
        przystojnym mężczyzną (a w tą stronę ewoluuje ta opowieść)."

        I tu jest zgrzyt. Bo on przystojny nie jest i nie ma być. Cokolwiek by o nim
        mówić i jakiekolwiek przypisywać talenty i rozmiary. Nie może być przystojny. O
        to w tym chodzi. Gdyby był to nie miałby problemu i nie sierdziłby w tej
        piwnicy. Więc strona w którą ewoluuje ta powieść ( w Romie i w filmie) jest
        cokolwiek absurdalna.
        • veeto1 Re: Riposta cz. 2 27.05.08, 17:21
          Z obiektywnego punktu widzenia masz 100% racji, natomiast jako
          kobieta chętnie spostrzegam, że brzydota może być atrakcyjna i
          pociągająca. Tego zapewne oczekuje wiele kobiet. Trudno więc winić
          teatr(nie ten jeden zresztą) lub film, że starają się temu
          oczekiwaniu sprostać. Zgodzisz się przecież, że generalnie fabuła
          jest "dla bab". Przyznaję się, że akurat w tym aspekcie zdecydowanie
          jestem babą. Aczkolwiek, tak jak napisałam - z obiektywnego punktu
          widzenia miaż absolutną rację i z obiektywnego punktu widzenia upiór
          powinien być upiorny. :-)
      • mazurkiewicz01 Riposta? 28.05.08, 12:12
        Dobrze, veeto, że zestawiłaś te dwa tłumaczenia we fragmencie. Mi się nie chciało grzebać w sieci, zresztą tekstu Wyszogrodzkiego nie ma chyba na necie w formie zwartej. Dość jasno dla mnie z tego zestawienia wynika, że Wyszogrodzki pisze teksty z lekkością. Lekkością walca. Drogowego. "Nakarm swe pragnienia". "Mroczna strona wzywa cię". I "róż-plusz" (tyle pamiętam z pierwszej sceny premiery, inne okropiki Wyszogrodzkiego łaskawie utopiły się już w moich trójglicerydach i cholesterolu). Nazywanie przy tej okazji Wyszogrodzkiego "poetą" brzmi jak (niezamierzone zapewne) szyderstwo.

        Skoro już sprowokowany zostałem do zajęcia stanowiska w tej kwestii - znacznie bardziej wiarygodnie brzmi dla mnie Dorota B (chociażby dlatego, że występuje pod własnym nazwiskiem) i jej opis spotkania z Kępczyńskim i "republiką kolesi" aniżeli tandem anonimowych gloryfikatorów tejże. Nie wzbudza także we mnie sympatii sytuacja, w której anonimy wycierają sobie wirtualną gębę czyimś nazwiskiem:

        veeto1:>
        > Dorota całą tę fourmową (i pewnie nie tylko) awanturę o nie
        > wykorzystanie jej tłumaczenia rozpętała tylko zazdrości, że w
        > tak spektakularnym przedsięwzięciu nie pojawiło się nazwisko
        > Babilas.

        Przy okazji, taki mechanizm psychologiczny jaki prezentują veeto i jej alter ego - najlepszy.gucio nazywa się projekcją atrybutywną (postrzeganie cudzych zachowań i reakcji przez pryzmat własnej osobowości).

        A co do reszty wypowiedzi veeto1. To jest chyba dość normalna sytuacja, że komuś podoba sie bardzo to, co komuś innemu się akurat nie podoba. Większość najczęściej ma reakcje letnie. Opisuje tę sytuację krzywa Gaussa.

        Pisze w którymś momencie veeto1:
        > Czytając opis Doroty miałam wrażenie, że oglądałyśmy dwa
        > różne spektakle.

        I zapewne tak było, drogie Panie, choć być może siedziałyście obok siebie. Używając metafory ze świata fotografii cyfrowej - obiektyw podaje ten sam obraz, ale to, jak zostanie on zarejestrowany zależy od matrycy - jak duża, ile ma pikseli, jakich one rozmiarów i jak rozmieszczone. I tak samo w "Romie" - to, na co zwraca się uwagę zależy od przygotowania widza i jego obycia. Im gęstsza siatka odniesień kulturowych, tym percepcja pełniejsza (nie lepsza, w końcu mamy demokrację, ale pełniejsza). Im więcej się wie, tym więcej się można dowiedzieć - to tak, jak z układaniem puzzla: im więcej mamy ułożone, tym łatwiej dokładać nam kolejne elementy. Inne warstwy zauważy w sztuce licealistka, inne gospodyni domowa, inne uniwersytecki kulturoznawca. Różnica tylko taka, że akademik zrozumie inne poziomy odbioru, gospodyni domowa będzie się natomiast upierała, że to, co ona widzi to jedynie słuszne. Habilitacja i profesura nie są warunkiem sine qua non w percepcji, ale, z autopsji mówiąc, sporo pomagają.

        Jeśli, veeto, namówisz koleżankę do przyjęcia Twojej rewizyty w Londynie, to zobaczysz może "skończenie doskonałego" Upiora - w warstwie scenografii, muzyki, kostiumów, reżyserii i efektów technicznych. Na razie Twoje nieukojone neospazminą zachwyty nad "romską produkcją" przyjmuję cum grano salis - no bo przecież jedyne porównanie jakim dysponujesz to ze skądinąd średnio udanym filmem i własnymi wyobrażeniami na podstawie lektury książki. Pisanie więc, że Upiorek z Romy jest NAJLEPSZY jest niepotrzebnym narażaniem się na śmieszność. Może warto powstać z klęczek i rozwiać dymy kadzidlane - wtedy widzi się jakby trochę lepiej. Ja byłem w Her Majesty's dwukrotnie, raz tuż po premierze, w 1987 i drugi raz we wczesnych latach 90 - a więc prehistoria. Może od tego czasu londyński Phantom wypsiał - ale raczej w to wątpię.

        Kubissimo - o ile jestem w stanie zrozumieć argumenty Twoich protagonistów to rzecz widzę tak. Trzylatkowi wystarczy pokazać kogoś ubranego w kartonową koronę, aby uwierzył święcie, że to król. Im bardziej jesteśmy dorośli, tym bardziej realistycznych bajek potrzebujemy. Nota bene - to chyba tajemnica sukcesu prozaików nurtu realizmu magicznego. Poza tym kiedyś w poczekalni u fryzjera (tak, łysi też potrzebują od czasu do czasu) przeglądałem jakiś kolorowy tabloid, w którym kostiumolog (płci nie pomnę) z Nowogrodzkiej zachwycał się nad ogromem swojej pracy włożonym w zaprojektowanie kostiumów do Upiora (oni wszyscy się najczęściej w mediach sami nad sobą zachwycają). Skoro zatrudnili fachowca, fachowiec wykonał pracę, to dlaczego efekt amatorski? "Kto wie, gdyby nas lepiej i piękniej kuszono..." (Z. Herbert, "Potęga smaku")
        • najlepszy.gucio47 Re: Riposta? 28.05.08, 16:53
          He,he... Zaglądnąlem tu po miesiącu, a dyskusja wciąż trwa.
          Dla poniektórych temat ten jest niezbędny w celu przyjęcia dawki
          adrenaliny i (chyba najważniejsze)złagodzenia choć po części
          doznanych krzywd. Whatever they are. Radość z czytania własnych
          argumentów (w przekonaniu że są słuszne)i czytania cudzych maili
          (niech durnych, byle obrzydzających spektakl) wywołuje upragniony
          orgazm. I czekać na odpowiedź oponenta, by radośnie uderzyć w niego
          następnymi argumentami - znów w przekonaniu, że są słuszne.
          Nic z tego, mazurkiewicz01! Wygląda na to, że i Ty jesteś
          skrzywdzony, bo Twoje zaangażowanie jest nieumotywowanie duże.
          Za duże. Tak nie reaguje człowiek, który chce sobie podyskutować na
          temat spektaklu. Tak reaguje ktoś, komu zależy na dokopaniu
          realizatorom "Upiora", bo coś tam, coś tam.
          Nie wiem, co się kryje za "coś tam coś tam". Wiem tylko, że coś jest.
          Coś, co przeszkadza Ci obiektywnie patrzeć na realizacje musicalu.
          A przecież widzę, że się na tym znasz. Momentami piszesz dobrze i
          przyjemnie się Ciebie czyta.
          Pozdrawiam

          • labruja28 Re: Riposta? 28.05.08, 17:22
            Zaglądam, bo mam pracę przy komputerze i czasem można robić sobie przerwę na łyk
            kawy. Moja sprawa. Chyba z mojej strony czas kończyć tą dyskusję. Guciu
            skończyły ci się argumenty merytoryczne i zaczynasz się zachowywać jak cham.
            Pierwszy raz zdarza mi się tak wprost epitetem do rozmówcy internetowego, ale
            inaczej się nie da. Nie jest przedmiotem dyskusji czemu kto się wypowiada, ani
            jakie doznania ona w nim wywołuje. Wypowiadamy się o spektaklu. Jeżeli skończyły
            ci się argumenty to możesz zamilknąć. A to co niniejszym zaprezentowałeś to
            chamstwo. Tyle.
            • marla30 Re: Riposta? 28.05.08, 20:02
              Labruja, wydaje mi się, że jesteś odrobinę niesprawiedliwa. IMHO Gucio nie wykazał się chamstwem. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że znacznie bardziej bolesne są insynuacje Mazurkiewicza01, który raczej wprost wyrokuje o niewyrobieniu artystycznym oponentki w dyskusji. Np. te zachwyty nie zdławione neospazminą, to sugerowanie ciasnoty umysłu - tyleż efektowne, ileż nieuzasadnione. To Cię nie oburza, a sugestie Gucia o zbytnim zaangażowaniu autora postu już tak. Dlaczego? Jeśli oczywiście można spytać.
              Żeby było jasne - mnie się spektakl w Romie baaaaardzo średnio podobał, a już scena z tańczącym upiorem podczas PONR mnie zażenowała. Niewyraźnie nagrane fragmenty na YouTube z Panaro i Cudią chociażby są nieporównywalnie lepsze. Recenzja Doroty bardzo mi się spodobała, chociaż nie do końca się z nią zgadzam, no ja nie mam tak emocjonalnego stosunku do Upiora, więc przedstawienie mnie nie załamało, jedynie trochę rozczarowało. Rzeczywiście szkoda, że non-replica w Romie to w zasadzie częściowo replica POTO z 2004. Ja historii przystojnego upiora nigdy - mówiąc potocznie - nie kupię, za nic. Chyba że zapomnimy o opowieści jako takiej i będziemy się bawić w archetypy i symbole, ale to już ma niewiele wspólnego z teatrem w Romie, Guciem, Mazurkiewiczem i tym wątkiem :).
            • najlepszy.gucio47 Re: Riposta? 28.05.08, 21:13
              Nic nie rozumiem. Odpowiadasz szalenie oburzony, nazywajac mnie
              chamem. Gdzie jest moje chamstwo? Zachowujesz sie tak, jakbys byl
              rowniez mazurkiewiczem, a przeciez nie jestes.
              Oder?
            • najlepszy.gucio47 Re: Riposta? 28.05.08, 21:44
              Ty sie labruja28 na mnie nie gniewaj. Milo mi sie z Wami wszystkimi
              dyskutuje, ale troszku przesadzacie z ta krytyka. Chodzi mi o to, ze
              gdybyscie recenzjowali spektakl "Phantoma" z teatru w Tiranie, to
              emocje bylyby duzo mniejsze. A dlaczego mialyby byc mniejsze (nie
              mowie oczywiscie o analizie tekstu)?
        • veeto1 Re: Riposta? 28.05.08, 18:41
          Napisałam 1 długi, a więc podzielony na 2 części post i nie
          podejrzewałam, że jeszcze zabiorę w tej sprawie głos. No cóż.
          Zostałam wywołana do odpowiedzi.
          Lektura postu podpisanego przez mazurkiewicz01 skłoniła mnie do
          przeszukania innych wypowiedzi tego autora. Ot tak, by poznać tę
          postać i jego poglądy również w innych sprawach .Jakież było moje
          zdziwienie, gdy zobaczyłam, że ten forumowicz w bieżącym roku na
          forum "Teatr" wypowiedział się 3 razy. Wyłącznie w tym wątku.
          Notabene nie wypowiadał się w ogóle na innych forach gazety. Może
          więc to nie najlepszy.gucio jest moim alter ego (wyjaśniam - gucio
          to nie ja!), a mazurkiewicz01 jest kolejnym wcieleniem autora Dorota
          Babilas, babilas, czy może ktoś jeszcze.
          Przejdźmy jednak do rzeczy. Nie będę wdawała się w dyskusję o
          Upiorze, bo swoje zdanie już wyraziłam i tę sprawę uważam za
          zamkniętą. Odnieść się natomiast chcę do kilku istotnych dla mnie
          drobiazgów.

          Primo. Abstrahując od tego kto, co przetłumaczył i jak, muszę
          stwierdzić, że nie zgadzam się ze stwierdzeniem mazurkiewicz01,
          że "bardziej wiarygodnie brzmi Dorota B (...) i jej opis spotkania z
          Kępczyńskim i 'republiką kolesi' aniżeli tandem anonimowych
          gloryfikatorów tejże."
          Aby wysnuć taki wniosek należałby poznać wersję wydarzeń również
          drugiej strony, a więc od czci i wiary odżegnanego Kępczyńskiego.

          Secundo. Nie wycieram sobie wirtualnej, anonimowej gęby niczyim
          nazwiskiem. Dorota podpisuje się imieniem i nazwiskiem, podaje link
          do swojego bloga, a więc staje się niejako osobą publiczną, Nie
          uważam więc, bym cytując jej wypowiedzi miała używać formy Dorota B.
          albo Dorota X.
          To, że ja nie podpisuję się nazwiskiem wynika z formuły forum. W
          zasadzie wszyscy użytkownicy, a przynajmniej znaczna ich część,
          używa nicków, a występujące ewentualnie tu i ówdzie nazwiska też nie
          muszą być zgodne z tymi, które figurują w dowodach osobistych.

          Tertio. Dowiedziałam się, że jestem gospodynią domową i nie mam
          obycia, bo na kulturze znają się jedynie akademicy, a moja opinia o
          warszawskim spektaklu najwyraźniej mnie do takich nie zalicza. Hm,
          to prawda. Jestem gospodynią domową. Mam dom, męża, syna, sprzątam,
          piorę, gotuje obiady. Ale przy okazji jestem absolwentką 2
          kierunków - prawa i politologii. Studia kończyłam na uczelniach
          państwowych (kiedyś innych nie było). Na prywatnej zrobiłam
          podyplomowo prawo administracyjne i właśnie w zawodzie
          administratywisty pracuję. O swoich pozazawodowych zainteresowaniach
          pisałam wcześniej. Dla porządku napiszę, że mąż również posiada
          wykształcenie wyższe, a syn studiuje na 2 kierunkach równocześnie
          nieźle sobie radząc (również na państwowej uczelni choć prywatne już
          są).

          Quarto. Niestety, nawet jeśli wybiorę się do Londynu na Upiora, to
          niuanse w tłumaczeniu nie zostaną przeze mnie wychwycone. Mogę
          najwyżej podziwiać musical jako taki. Będąc gospodynią domową język
          angielski znam na poziomie turystyczno - restauracyjnym. Niestety
          biegle posługuję się tylko językiem rosyjskim, dobrze znam również
          niemiecki. No cóż błędy młodości, kiedyś nie wiedziałam, że
          przyjdzie mi pisać na forum, gdzie zdaje się słaba znajomość
          angielskiego to wstyd i poruta.

          Quinto. Opisując swoje wrażenia ze spektaklu w Romie nie byłam w
          nieukojonym neospazminą zachwycie, nie napisałam też, ze ta
          inscenizacja jest najlepsza na świecie. Istotny zachwyt wyraziłam
          nad jedną tylko sceną! O całości wyrażałam się zaś bardzo
          pozytywnie. To jest jednak różnica.
          • marla30 Re: Riposta? 28.05.08, 20:21
            veeto1 napisała:

            > Lektura postu podpisanego przez mazurkiewicz01 skłoniła mnie do
            > przeszukania innych wypowiedzi tego autora. Ot tak, by poznać tę
            > postać i jego poglądy również w innych sprawach .Jakież było moje
            > zdziwienie, gdy zobaczyłam, że ten forumowicz w bieżącym roku na
            > forum "Teatr" wypowiedział się 3 razy. Wyłącznie w tym wątku.
            > Notabene nie wypowiadał się w ogóle na innych forach gazety. Może
            > więc to nie najlepszy.gucio jest moim alter ego (wyjaśniam - gucio
            > to nie ja!), a mazurkiewicz01 jest kolejnym wcieleniem autora Dorota
            > Babilas, babilas, czy może ktoś jeszcze.


            Wiesz, chyba jest troche inaczej. Pozwolę sobie zabawić się w detektywa - trochę przypadkiem. Przedwczoraj, szukając informacji o Steciuku jako Upiorze (bardzo żałuję, że nie trafiłam na niego na swoim przedstawieniu, tylko na DA) trafiłam przez Gooogle na nieznane mi wcześniej forum musical.pl, a tam na wątek, gdzie znalazłam również zamieszczone tutaj recenzje Doroty Babilas i Laruji28. Tam obie panie zostały zaatakowane w dość niemiły sposób przez bywalczynie tego forum, i natychmiast z odsieczą im przybył (pod innym nickiem) forumowicz, który napisał 5 postów w dość podobnym stylu jak tu Mazurkiewicz (tzn, tak mi się wydaje, nie mam czasu, żeby tam wejść ponownie i analizować styl itp. Nie jestem śledczym, słowo, o co pewnie zaraz zostanę oskarżona, pewnie padnie nazwisko Ziobro i pojawią się sugestie co do kariery w ABW ;)) i znikł.
            Nie wiem, ale nie wydaje mi się, żeby to było inne wcielenie Doroty Babilas.
            • veeto1 Re: Riposta? 28.05.08, 21:59
              W sumie to śmieszne, że spektakl teatralny może budzić takie
              wojownicze klimaty na forum.
              Warto pamiętać, że Weber zaakceptował takie wystawienie swego
              musicalu i dał zgodę na non replica production.
              Ramotą to nie jest. Warszawa to nie Londyn, ale wstydzić się czego
              też nie mamy. Nie wierzę też, że bilety do Romy kupuje wyłącznie
              gawiedź i ciasnota umysłowa. Tacy ludzie do teatru nie chodzą
              pomimo, że teatr nie jest zarezerwowany wyłącznie dla osób, które
              doktoryzowały się na danej pozycji z repertuaru. Jest miejscem dla
              każdego, kto czuje potrzebę obcowania ze sztuką. I tak być powinno.
              • marla30 Re: Riposta? 28.05.08, 22:13
                Ale w sumie to OK, że budzi emocje - choć może faktycznie zaczyna się robić zbyt wojowniczo.
                Veeto1, a ja mam do Ciebie pytanie, bo Ty byłaś na spektaklu ze Steciukiem - jaki jest jego Upiór? Też zimny, znudzony, obojętny, jak Upiór Damiana Aleksandra (taki wydał się mnie, jak widać nie tylko). Bo się trochę zastanawiam, czy to kwestia reżysera, czy interpretacji aktora. Czy jednego i drugiego po trochu.
                • veeto1 Re: Riposta? 28.05.08, 22:33
                  Powiem Ci, że moim marzeiem było nie trafić na Damiana. Jakoś
                  podskórnie czułam, że może być lepszy Zagrobelny. Zdziwiłam się
                  więc, że zobaczyłam Steciuka. Jego interpretacja postaci moim
                  zdaniem jest bardzo ok. Tak jak pisałam - świetny głos i operowanie
                  nim. Jego Eryk okazuje emocje, ale nie nachalnie. Świetnie
                  zaśpiewane wszystkie szepty, a także złość i bezsilność. Można było
                  wyczuć miłość do Christine, zazdrość o nią, o jej uczucia, o
                  Raoula. Nie wiem, kto będzie występował, gdy pójdę następnym razem.
                  Chętnie zobaczyłabym ponownie Steciuka, ale równie chętnie
                  porówanłabym jego interpretację z czyjąś inną. A, jeszcze jedno,
                  Steciuk nie jest taki wypasiony jak D.Aleksander. Jest wyższy i
                  zdecydowanie szczupły. Moim zdaniem taka sylwetka lepiej pasuje do
                  tej postaci, niż pucołowatośc D.Aleksandra.
                  • babilas Re: Riposta? 29.05.08, 00:19
                    Puk, puk. To ja, Michał, mąż Doroty. Piszemy z tego samego adresu, więc nick ten sam. Dorota się bardzo ubawiła, że wątek wciąż żyje i ma się dobrze, mimo, że od miesiąca się nie odzywała. "Tylko Ciebie tam brakuje", powiedziała. Więc jestem.

                    Po pierwsze to jakiś surrealizm, że zaczęliście się tutaj legitymować i zdzierać sobie nawzajem maski (nas to na szczęście nie dotyczy, jesteśmy kim jesteśmy i nikim innym, można do nas zadzwonić, zaGGadać, zamailować, umawiać się na kawę - namiary na naszej stronie). Na takich forach jak to, to jest się zazwyczaj tylko tym, co się piszę.

                    Po drugie, nie wyzywajcie się od chamów, proszę - to jest w końcu wątek w ramach forum 'Kultura'. Nawet jeśli macie diametralnie inne zdanie.

                    Po trzecie, chyba wszystko już zostało powiedziane na wszelkie sposoby na wszystkie tematy, które zapoczątkował list Doroty. Nieśmiało proponujemy abyście się Państwo dalej naparzali, skoro już musicie, w sposób nie obryzgujący osób postronnych. Kibole umawiają ustawki gdzieś po lasach, proszę pójść tym tropem.

                    Po czwarte, skoro już wszystko zostało powiedziane i będziemy się tego trzymać - dziękuję w imieniu Doroty za wszystkie wypowiedzi, i te sympatyczne i te mniej sympatyczne, wierzymy, że one wszystkie szczerze i w dobrej wierze napisane. Teraz proszę odłożyć na pawlacze szable, rapiery, kłonice, korkowce i buzdygany - ogólne kochajmy się, młody ułan pyta, w pierwszej parze mazurkiewicz z guciem.

                    Po piąte, nawet jeśli warszawski Phantom nie do końca satysfakcjonujący, to lepszy taki niż żaden. Więc niech długie lata przy kompletach chodzi.

                    Serdeczności,

                    Babilas
                    • marla30 Re: Riposta? 29.05.08, 21:48
                      Ehkem. Po takiej dobrotliwo-protekcjonalnej połajance to aż trochę głupio cokolwiek napisać - dotąd mi się wydawało, że wątki, w których poruszone tematy zostały wyczerpane, same się zwijają i zdychają, a nie po odgórnym poleceniu/sugestii jednego z uczestników dyskusji czy rodziny uczestnika. Ja jednak nieśmiało zasugeruję, że nie wszystko się toczy wokół rzeczywiście ciekawej recenzji Pani Doroty. Przynajmniej w założeniu wątek ten dotyczy romskiego Upiora, ja się chętnie jeszcze czegoś dowiem.

                      Zatem się odezwę, choćby po to, żeby podziękować Veeto1. Najwyżej wątek się urwie po tym poście, wielkiej różnicy nie będzie.

                      P.S. I jeszcze dodam, że jak dotąd, od chamów wyzywała tylko jedna osoba, więc liczba mnoga trochę na wyrost.
                  • marla30 Re: Riposta? 29.05.08, 21:53
                    Dzięki, Veeto. Ja też marzyłam o tym, żeby nie trafić na Aleksandra, ale mi się nie poszczęściło - podczas kupowania biletów obsada nie była znana (przy okazji, kiedy wejdziesz na główną stronę Romy i klikniesz maskę upiora bodaj w pierwszym lub trzecim okienku od góry po lewej, wyświetli Ci się obsada części majowych i czerwcowych przedstawień, może zdołasz dzięki temu sprawdzić tę Christine.
                    • kubissimo Re: Riposta? 30.05.08, 00:06
                      niestety informacje o obsadzie na stronie romy nie sa zbyt wiarygodne. Widzialem
                      wczesniej obsade Steciuk/Janczak i ostatnio idac drugi raz sprawdzilem w sieci
                      obsade i sie ucieszylem, ze zobacze Aleksandra/Krzemien. O dziwo na scenie
                      pojawili sie... Steciuk i Janczak :/
                      a tak chcialem porownac te glosy. ehhh
                      • marla30 Re: Riposta? 30.05.08, 20:50
                        kubissimo napisał:

                        > niestety informacje o obsadzie na stronie romy nie sa zbyt wiarygodne. Widziale
                        > m
                        > wczesniej obsade Steciuk/Janczak i ostatnio idac drugi raz sprawdzilem w sieci
                        > obsade i sie ucieszylem, ze zobacze Aleksandra/Krzemien. O dziwo na scenie
                        > pojawili sie... Steciuk i Janczak :/
                        > a tak chcialem porownac te glosy. ehhh

                        O kurcze, to mnie zmartwiłeś, bo się zastanawiałam, czy mimo wszystko nie wybrać się do Romy po raz drugi, ale na zupełnie inną obsadę, najchętniej na Steciuka właśnie i inną niż Kaja Mianowana Christine (nie wiem, czy coś przegapiłam, ale jakoś nie widziałam na stronie Romy ani jednego spektaklu z Zagrobelnym - nie żebym jakoś strasznie chciała go oglądać, tylko się zdziwiłam).
                        Tak trochę offtopowo - czy niezgodność obsady z tym, co na stronie, może stanowić podstawę do zwrotu biletów w Romie?

                        Kubissimo, a jest szansa, że napiszesz parę słów na temat tego, co widziałeś?
                        • veeto1 Re: Riposta? 31.05.08, 19:45
                          marla30 napisała:

                          > Tak trochę offtopowo - czy niezgodność obsady z tym, co na
                          stronie, może stanowić podstawę do zwrotu biletów w Romie?

                          Na pewno nie, przecież obsada zawsze może ulec zmianie chociażby z
                          powodu choroby aktora.
                    • veeto1 Re: Riposta? 30.05.08, 15:11
                      marla30 napisała:

                      > Dzięki, Veeto. Ja też marzyłam o tym, żeby nie trafić na
                      Aleksandra, ale mi się
                      > nie poszczęściło - podczas kupowania biletów obsada nie była
                      znana (przy okazj
                      > i, kiedy wejdziesz na główną stronę Romy i klikniesz maskę upiora
                      bodaj w pierw
                      > szym lub trzecim okienku od góry po lewej, wyświetli Ci się obsada
                      części majow
                      > ych i czerwcowych przedstawień, może zdołasz dzięki temu sprawdzić
                      tę Christine
                      > .


                      Dzięki!
                  • marla30 I jeszcze jedno 29.05.08, 23:39
                    veeto1 napisała: A, jeszcze jedno,
                    > Steciuk nie jest taki wypasiony jak D.Aleksander. Jest wyższy i
                    > zdecydowanie szczupły. Moim zdaniem taka sylwetka lepiej pasuje do
                    > tej postaci, niż pucołowatośc D.Aleksandra.

                    Psiakrew, brakuje funkcji edit na tym forum, stąd już trzeci post. Zupełnie zapomniałam - przepraszam, ale mnie wizja (i widok) zapasionego Upiora trochę bawi. Z drugiej strony, mgliście pamiętam, że kiedyś na jakimś amerykańskim forum trafiłam na tezę, która wtedy (wtedy!) wydała mi się całkiem interesująca, mianowicie że deformacja Upiora (ale to raczej tyczyło się Erika Leroux) miała być signum temporis - brak nosa odzwierciedlał strach przed syfilisem, a jako że obecnie największą plagą zachodniego społeczeństwa jest otyłość, to może otyły Upiór nie jest taki całkiem od czapy (przepraszam za ten kolokwializm)?
                    Hm, co innego czytać, co innego oglądać na własne oczy ;).
                    • Gość: Antonia Re: I jeszcze jedno IP: *.centertel.pl 04.06.08, 01:43
                      Uwielbiam Edyte Krzemień w roli Christine. Najprawdziwsza postać w
                      historii polskiego musicalu. Piękny, nietypowy głos z nutą
                      rozwibrowanego aromatu, na wpół klasyczny a jednak biały..:)
                      Doskonała technika. Aktorsko-dużo dobrego. A to co jest złe wynika
                      jedynie z kieoskiego ustawienia reżyserskiego, nic więcej. Jestem
                      pod wrażeniem. Tomek Steciuk.. troszke nie w timie z muzyką, za dużo
                      oddechów tam gdzie nie trzeba, ale aktorsko jest zawodowy, bez
                      zastrzerzeń.
    • maja_zoliborz Re: Upiór w Operze 17.06.08, 22:41
      Byłam w ubiegłym tygodniu na Upiorze w Operze. Powiem jedno -
      rewelacja. Nie spodziewałam się. Kilka lat temu widziałam spektakl w
      Londynie i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jakiś czas temu
      znalazłam ten wątek i byłam pełna najgorszych przeczuć. Niejako
      zaocznie stwierdziłam, że wywaliłam w błoto pieniądze na bilety.
      Tymczasem warszawski Upiór zachwycił mnie niewyobrażalnie.
      Nie wiem kim jest osoba, która napisała tu kilka długich tekstów o
      tym, jaki badziew zrobił Kępczyński, ale wiem, że ta osoba nie ma za
      grosz racji.
      Drodzy Forumowicze! Nie słuchajcie malkontetntów! Idźcie do Romy.
      Warto. Bardzo warto!
    • veeto1 Re: Upiór w Operze 19.07.08, 15:00
      Tak tylko sobie dopiszę. Byłam właśnie na Upiorze z moją koleżanką z
      Anglii i była szczerze zachwycona spektaklem. Nie to jest jednak
      istotne. Tym razem trafiłam na Eryka w interpretacji Damiana
      Aleksandra. Muszę niestety przyznać, że moje zdanie o nim jako o
      aktorze i wokaliście musiałam zmienić w trybie natychmiastowym.
      Rewelacja. Chyba lepiej niz Steciuk. Na pewno lepiej niż Steciuk.
    • Gość: eedek Re: Upiór w Operze IP: *.unregistered.net.exatel.pl 23.07.08, 15:35
      Natknąłem sie na ten wątek przypadkowo szukając recenzji o
      warszawskim Upiorze po zobaczeniu go w miniona sobotę i postanowiłem
      wtrącic swoje trzy grosze. Widziałem Upiora w sumie cztery razy: 2 w
      Londynie i 2 w Nowym Jorku. Jakiś punkt odniesienia zatem mam. Nie
      widziałem filmu, ten obejrzałem dopiero w niedzielę po spektaklu.
      Powiem krótko: rewelacja. I polecę ten spektakl kazdemu. Idąc do
      teatru byłem pełen obaw czy jest to wierna replika czy są tam jakieś
      reżyserskie dodatki mogące przerwać ciagłosc i harmonię całości. Tak
      było np w Kotach gdzie wstawiono nudną i psujacą spektakl scenę snu
      z akcją na statku. Nic z tych rzeczy: przedstawienie było dokładnie
      takie jak je widziałem poprzednio. Oczywiście, trzeba wziąc poprawkę
      na możliwości techniczne teatru Roma. Przeczytałem w którejś
      wypowiedzi zarzut, że muzyka w warszawskim wykonaniu jest zbyt
      rockowa. Nie zgadzam sie. Owszem, jest bardzo dynamiczna i to jest
      plus. Andrew Lloyd Webber (ALW) wyostrzał muzyke na rózne potrzeby
      (głownie komercyjne), kiedy muzyka była rozpowszechniana na listach
      przebojów przez oryginalny skład premierowy (Crawford, Brightman,
      Barton). Ale ten akcent został złagodzony. Fakt, muzyka nie wróciła
      do oryginalnej miękkosci i bardzo dobrze. Obecna dynamika jest w sam
      raz i dobrze pasuje do całości i mozliwości teatru Roma. Scenografia
      i inscenizacja były bez wiekszych rewelacji ale też nie mozna sie do
      niczego przyczepić. W Londynie i Nowym Jorku był większy rozmach ale
      też nie można mówić, że za nim sie kryła jakaś olbrzymia głębia
      artystyczna. Tam jest to po prostu spektakl komercyjny w doskonałym
      wykonaniu. Są rózne formy i interpretacji przekazu ale wazne też
      jest żeby treśc była ta sama. I w Warszawie sie to udało. Owszem
      były dwie sceny które mnie raziły (co nie oznacza że całkowicie się
      nie podobały). Pierwsza to schodzenie do podziemi wsparte efektami
      wizualnymi z projektora. Akurat nie jestem zwolennikiem takich
      sztuczek które maja nadrobić braki techniczne teatru (w końcu teatr
      jest teatrem a nie kinem) ale rozumiem że życie idzie naprzód i nie
      zaszkodzi sobie troche pomóc (np lasery są juz w powszzechnym
      uzyciu). W każdym razie ten fragmnent był udany. Drugi do
      wyłaniające się kandelabry razem z jakimiś dziwnymi postaciami.
      Rzeczywiście zepsuło to harmonię całości ale biorę poprawkę na to ze
      nie było możliwości innej organizacji sceny. Druga scena to
      przedstawienie Don Juana. Było ubogie, za modernistyczne i wyrwane z
      epoki. Też sobie to tłumaczę możliwościami technicznymi - w Romie
      nie można przebudować całej sceny bez kilkuminutowej przerwy. Stąd
      dziwne czerwone rzeżby udające płomienie. Cała reszta była na dobrym
      poziomie. Drobiazgami czy kołnierz był za długi czy za krótki głowy
      sobie nie zawracam. W końcu upiór ma być upiorem.
      Na koniec jedna ważna uwaga. Wspomniałem juz że Upiór jest
      przedsięwzieciem komercyjnym. Takie było założenie, które jest
      konsekwentnie realizowane. Maska Upiora to takie samo logo co Coca
      cola, zegarki Omega czy samochody Ford. Ma trafiać do świadomości
      bez słów, że za tym sie kryje super jakość i niezawodność. Czasami
      dzieje sie to kosztem artystycznym ale taka jest niestety cecha
      produktu masowego. A Upiór takim jest. Ma trafiac do jak największej
      liczby widzów i stąd konieczne są kompromisy. Uważam że w Warszawie,
      na możliwości Romy, odwalono kawał dobrej roboty i włożono w to dużó
      serca i wysiłku. Niesprawiedliwie jest mówić, że przedstawienie w
      Romie to taki połprodukt dla ciemnoty bo Polacy wszystko kupią. W
      Londynie (przede wszystkim) ale też i Nowym Jorku miałem czasami
      wrażenie że uczestniczę w jakimś przedstawieniu dla turystów. Proszę
      nie stawiać ALW w równym rzędzie z Puccinim czy Mozartem. To
      zupełnie inna epoka.

      Z kolei zdecydowanie na minus to wentylacja w teatrze i ubogie
      stoisko z gadżetami (brak płyty, sprzedawanie na Upiorze płyty z
      Kotami to chyba nie najlepszy pomysł).

      PS
      Po obejrzeniu filmu powiem tylko tyle: film ten to taki gadżet. Jest
      przeznaczony dla fanów Upiora i miał zrobić kasę. Rozumiem
      rozczrowanie fanów, że film nie jest dokładną repliką teatru jaką
      były np Koty czy nawet Metro. Ale tak miało być - to jest film
      fabularny!
    • allee Re: Upiór w Operze 26.07.08, 21:07
      Muszę powiedzieć, że dyskusję na forum przeczytałam ostatniej nocy
      jednym tchem. Dawno nie czytałam tylu trafnych, często błyskotliwych
      wypowiedzi na temat, który także mnie żywo obchodzi. I choćby z tego
      powodu powinnam się ze wszystkimi zgodzić i zamilknąć na wieki, coś
      mi jednak nie daje. Cóż, zanim powiem coś dalej, to wyspowiadam się
      z mojego „Upiornego” doświadczenia: 4 przedstawienia, włącznie z
      ostatnim w sezonie tydzień temu, wszystkie Christine, po razie
      Steciuk i Talik, a poza tym Aleksander i Mroziński. Po drodze majowe
      przedstawienie w Her Majesty`s, żeby zobaczyć u źródła co i jak.
      Powinnam powiedzieć, że mimo wcale nie najmłodszego wieku, musical
      odkryłam dla siebie w ciągu ostatnich kilu lat, a w Romie, nie
      uwierzycie, pierwszy raz byłam właśnie na „Upiorze” ! Dlaczego,
      nieszczęsna, spytają co poniektórzy ?! Otóż właśnie dlatego, że
      strasznie boję się porażek, a już szczególnie pięknych. Eks-Operetka
      kojarzyła mi się z tabunami dzieci ze szkół i paniami z
      kursokonferencji i co złośliwsi forumowicze pewnie stwierdzą, że
      niewiele się zmieniło.
      Upiór. Aleksander. W pierwszym, jakie widziałam, marcowym
      przedstawieniu niesłychanie emocjonalny. Kusicielski i tajemniczy.
      Piękne połączenie monumentalnej sylwetki z fantastycznym operowaniem
      głosem. Nawet jeśli troszkę się popisywał trzymając dźwięk o sekundę
      za długo. Przy „Point of No Return” lewitowałam i tak mi zostało do
      dzisiaj. Mnie jednak martwi coś u pana Damiana. Otóż pozostałe dwa
      przedstawienia, które widziałam z jego udziałem, to było tylko echo
      pierwszego. Rozmywają się środki, to nie jest śpiewanie na sto
      procent. Mam taką hipotezę, że potrzeba tutaj pokarmu dla duszy,
      panie Damianie. Ja się stanowczo nie zgadzam, żeby Pan wolny czas
      spędzał na grillowaniu u Magdy Gessler czy na pokazach mody ślubnej
      (podejrzałam w Internecie), bo od tego głębi nie będzie w pana
      interpretacji i głosie. Niech Pan pojedzie na West End albo do
      Edynburga w sierpniu, popatrzy, co się teraz gra, obejrzy trochę
      złych i trochę dobrych musicali i wróci. Ja mam taki przykład z
      panią Brodzik, która tak grała, tak grała, że jak w końcu zatęskniła
      za jakąś prostą, ładną historią do zagrania, to okazało się, że nie
      umie wyjść poza środki wyrazu ograniczone do dwóch min i trzech
      grymasów. Joanna radosna, zamyślona i frasobliwa. Pstryk- pstryk. Ja
      mam nadzieję, że z panem Damianem tak nie będzie.
      W odróżnieniu od monumentalnego Aleksandra Steciuk to krew, pot i
      łzy i to także biorę w ciemno. Może w tej postaci jest coś takiego,
      co działa na kobiety ? Oddanie się ciemnej stronie mocy, bycie
      kierowaną przez siłę nie dającą się do końca zracjonalizować ?
      Raoul. Marcin Mroziński. W marcowym przedstawieniu sztywny i
      sztuczny, potem z każdym razem lepszy. Jak dla mnie najbardziej się
      do lipca rozwinął w swojej roli.
      Christine. Pewnie się zdziwicie, ale mnie się najbardziej podobała
      Mianowana, tu chyba nikt nie optował za jej wykonaniem. Piękny,
      dziewczęcy głos, ładna interpretacja, uroda, nie mam zastrzeżeń.
      Carlotta. Melzer się za bardzo wygłupia, ale publiczność zdaje się
      ją za to nie nagradza jakimiś szczególnymi brawami, co powinno dać
      pani Barbarze do myślenia. W londyńskim przedstawieniu primadonną
      jest obfita cieleśnie śpiewaczka i gra serio, co uważam za miłą
      odmianę po histerii w Romie.
      Powiem Państwu tak: ja byłam na tym przedstawieniu 4 razy nie
      dlatego, że mam obsesję. Ja tam po prostu znajduję wciąż nowe tropy
      i zagadki do rozwiązania. Nie wszystko jeszcze rozumiem, a
      chciałabym. Nie wszystko dostrzegłam. Zostało mi jeszcze wiele
      rzeczy do zachwycenia się. I parę do zdenerwowania. Nie wszystko
      jeszcze wypłakałam. To pewnie zdziwi osoby, które na forum uznały,
      że przedstawienie w „Romie” jest spłycone, że to macdonald i pop.
      Powiem więcej, jesienią pójdę po raz piąty. Jeśli chcecie popatrzeć
      jak lewituję przy „Point of No Return”, to też przyjdźcie 4
      października i popatrzcie na środek drugiego rzędu. Jak mnie
      żyrandol nie zabije, to zawisnę panu Damianowi na ust pąkowiu, kiedy
      wgryza się w Christine i utonę we łzach na „Wishing You …”.
      A potem wrócę spokojnie do tzw. życia.
    • Gość: allee Re: Upiór w Operze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.10.08, 21:42
      Minęło lato, długie dwa i pół miesiąca bez „Upiora”, aż nadszedł
      wieczór 4 października i moje piąte „Upiorne” spotkanie. Zasiadłam w
      ulubionym drugim rzędzie i zanurzyłam się w muzyce. Uwielbiam ten
      moment, kiedy podczas aukcji żyrandol wspina się po linie do sufitu,
      a towarzysząca temu muzyka zapowiada to i komentuje. Odczuwam wtedy
      magię teatru każdym porem skóry i towarzyszy mi napięcie
      porównywalne chyba tylko z minutami tuż przed zanurzeniem się w
      wodach Great Barrier Reef. Co się dziś wydarzy ? Czy zobaczę
      wiosłogona i konika wodnego czy tylko ławicę makreli ? Czy
      aparatura się nie zepsuje ? Czy ogórek morski, który leżał wczoraj
      na ławicy piasku jeszcze tam jest ? Tego typu emocje. No a potem…
      cóż, to już piąty raz, a ja wciąż coś znajduję: tym razem postacie
      drugiego planu: balet, zwłaszcza w scenie maskarady – ludzie z
      twarzami z ulicy, z każdą sekundą coraz bardziej urodziwi.
      Dyrektorzy, Piangi, wszystko trafione w punkcik, z wdziękiem i bez
      popisywania się i mam nadzieję, że mój entuzjazm to nie jest tylko
      efekt powakacyjnego wygłodzenia.
      Christine (Paulina Janczak tym razem) brava, brava, bravissima – ja
      nie wiem, ile w tej młodej śpiewaczce jest wrażliwości, determinacji
      czy jak to nazwać, żeby wciąż wzbudzać w sobie stan potrzebny do
      przekazania tych wszystkich emocji, którymi nas obdarowuje.
      Wdzięczna, świeża i wzruszająca. Over and over again.
      Raoul (Marcin Mroziński) – wydał mi się trochę zgaszony tym razem,
      bywało lepiej, jakoś tak bez zapału czy raczej zapał urywał się w
      połowie gestu jeszcze zanim kończyły się słowa. No ale może mi się
      zdawało, bo wiadomo nie od dziś, że nie można służyć dwóm panom, a
      dla mnie król jest tylko jeden ;)
      Eryk(Damian Aleksander) – do końca nie wiedziałam, czy to on zagra,
      bo informacje o obsadzie na stronie teatru do samego końca
      opuszczały ten jeden tydzień przedstawień. Dzisiaj, kiedy ktoś
      naprawił skuchę, zauważyłam, że tego dnia śpiewał także w
      przedstawieniu o 15, sama tego nie odczułam w najmniejszym stopniu.
      Tak więc Upiór-Damian… pozwólcie, że westchnę. O ile zazwyczaj
      lewituję przy „Point of No Return”, to teraz zaczęłam już
      przy „Music of the Night”, z taką emocją i wrażliwością to było
      zaśpiewane. Wróciło do mnie wspomnienie mojego pierwszego, marcowego
      przedstawienia, kiedy było podobnie, (przy okazji późniejszych
      forumowicze, włącznie ze mną, zarzucali panu Damianowi brak emocji).
      Gesty pełne, dokończone, nie zniecierpliwione, wytrzymane ile
      trzeba. Jeśli można mówić o prawdzie psychologicznej przy tego typu
      baśniach, to ja ją dostrzegłam, po raz pierwszy zwróciłam także
      uwagę na mimikę pana Damiana i jego grę czysto aktorską – bardzo w
      klimacie postaci i sceny, co w sytuacji, gdy ma się pół twarzy
      zakryte, nie jest sprawą łatwą. Mówiąc krótko: nie mogłam oderwać
      wzroku, choć walczyłam w sobie z tendencją do przymknięcia powiek i
      odlotu, ale wtedy straciłabym widok Upiora: śpiewał fantastycznie,
      wyglądał świetnie, co dziwnym zrządzeniem losu mogę poświadczyć z
      tzw. realu, gdyż trzy dni przed przedstawieniem minęłam się z nim w
      pobliżu teatru idąc odebrać bilety (niestety, patrzył w dal i nie
      nawiązał kontaktu wzrokowego). Tak więc poproszę, duuużo. Już
      zaczynam tęsknić za muzyką, zapachem tego teatru, sekundami
      niepewności „Upiornych” nowicjuszy, czy ten żyrandol to tak na serio
      spadł, czy to było specjalnie ? No i oczywiście za Upiorem,
      począwszy od jego pierwszych zaśpiewanych nut do leciutkiego
      uśmiechu przy standing ovation, zwłaszcza kiedy podnosi do ust
      czerwoną różę i jest jak syty, zadowolony kot, skrzyżowanie Kota z
      Chesire z Moną Lisą. Następna odsłona w ostatni piątek listopada,
      dopiero, – czemu te bilety w drugim rzędzie są takie drogie ?! ;)
      Chyba dlatego, że gdzieniegdzie jest trochę miejsca na nogi, z czego
      skwapliwie korzystam. W każdym razie już zaczynam się cieszyć.
      A potem ? Potem to już tylko Sylwester…
      • veeto1 Re: Upiór w Operze 08.10.08, 19:55
        No nie, sylwestra to spędzę zupełnie gdzie indziej, ale co do Twojej
        wypowiedzi, to muszę się z nią zgodzić. Również jestem pod
        wrażeniem. Dzieło Webbera rzuca na kolana, a ta leciutko "rockowa"
        jak ktoś napisał aranżacja bardzo mi odpowiada.
        Po raz kolejny byłam 26.09. Po raz kolejny miałam okazję podziwiać
        grę (słoów tych użyłam świadomie) oraz wokal D.Aleksandra. Uważam,
        że jego postać w porównaniu ze spektaklami wiosennymi jest dużo
        bardziej dojrzała. Gra aktorska i wykonanie fragmentu, w którym
        Upiór śpiewa o tym, że mimo wszystko, mimo swej szpetoty szuka
        piękna (chodzi o moment w podziemiach, gdy Christine rano, po
        przebudzeniu, zdejmuje Erykowi maskę)przyprawił mnie o dreszcze.
        Naprawdę odczuwałam żal nad losem tego człowieka i chętnie bym go
        przytuliła do serca i utuliła w jego bólu. Tak, Damian Aleksander
        dojrzał do kreowanej postaci.
        Kiedyś pisałam o wypasionym upiorze, a teraz stwierdzam, że D.A.
        zdecydowanie wyszczyplał, bardzo godnie prezentuje się więc w
        kostiumie.
        Teraz idę do Romy z kolejnymi znajomymi pods koniec listopada.
        Zostało mi jeszcze pójscie z synem i jego żoną, którzy będą w Polsce
        dopiero w marcu i wtedy chcą iść na ten spektakl.
        Tak więc, biorąc pod uwagę, że ani Ty ani ja nie powiedziałyśmy
        ostatniego słowa w kwestii "Upiora w Operze" może kiedyś opiszemy
        wrażenia z tego samego przedstawienia.
        • allee Re: Upiór w Operze 27.10.08, 23:28
          Jak to miło, że wreszcie ktoś z kimś się tu zgadza… Co do
          wzruszenia, jak mam łzy w oczach w tym samym co Ty momencie, ale
          oczywiście jeszcze w paru. Szczyt osiągam przy spalonych
          mostach „The bridge is crossed so stand and watch it burn” w „Point
          of No Return”. Zmysłowy charakter tego utworu jest nieodparty. Nawet
          śniło mi się kiedyś, że byłam w Romie i pan Damian zaśpiewał to po
          angielsku, a mnie się wydawało, że to był sen. Poza tym nieodmiennie
          wzrusza mnie i zastanawia wybór, przed jakim stoi Christine.
          Parafrazując słowa z pewnej polskiej komedii ”Ja to bym w życiu do
          teatru nie poszedł” mogę powiedzieć „Ja to bym w życiu nie wybrała
          Raoula”. Aczkolwiek rozumiem jej wybór – bycie muzą to ciężka i
          kiepsko płatna robota, wiem coś o tym.
          Miałam nie pisać do czasu ostatniego piątku listopada, kiedy nastąpi
          moje szóste „Upiorne” spotkanie, ale natknęłam się na youtube na
          filmiki z otwarcia stacji Młociny, które zamieściła jakaś dobra (?)
          dusza i muszę wtrącić swoje trzy grosze. Po pierwsze – pani Paulino,
          panie Damianie, szanowna orkiestro - ukłon i szacun. Ja nie wiem,
          kto wpadł na ten pomysł (pewnie jakiś księgowy lub sponsor),
          żebyście występowali tacy kompletnie wyrwani z kontekstu, oprawy,
          sceny, atmosfery i jeszcze tuzinu innych rzeczy, ale mimo jakości
          filmów jestem w stanie ocenić, że obie zamieszczone piosenki były
          świetnie zaśpiewane, aż poczułam się zazdrosna, że mnie tam nie
          było, a te cudowne emocje, jakie wzbudza we mnie śpiew Upiora i nie
          tylko, tym razem stały się udziałem publiczności chyba dość
          przypadkowej. A może przemawia przeze mnie wyżej wspomniana
          zazdrość, bo publiczność przyszła świadomie na „Upiora” ?
          Nieprzypadkowe na pewno były wykonania, emocje nawet przez komputer
          się przebijały, oto profesjonaliści.
          Przeczytałam na stronie Romy, że szykuje się następna eksplozja w
          postaci „Les Miserables”. Ach, jak ja strasznie chcę ! To jest mój
          absolutnie ukochany musical, który staram się zobaczyć za każdym
          razem, kiedy znajduję się w promieniu 50 mil od West Endu i już
          myślę o obsadzie (bądźcie pewni, że nie będę przemyśleń ukrywać ),
          a także np. jak zabrzmi w naszym tolerancyjnym kraju
          fragment „Little People” śpiewany przez Gavroche`a „A flea can bite
          the bottom of the Pope in Rome” hi hi. John Owen-Jones, Drew Sarich,
          drżyjcie. Ta karczma Roma się nazywa !

          • allee Re: Upiór w Operze 14.11.08, 20:24
            No i jest płyta. Jak powiedział wczoraj na konferencji prasowej
            dyrektor Kępczyński, 100 osób się piekliło po każdym przedstawieniu,
            że jej nie ma. Ja się nawet nie piekliłam, tylko nie mogłam
            doczekać. No i co ? Powiem krótko: maaało. Moja angielska płytka to
            DWA cd, a książeczka ma kilkadziesiąt stron i słowa wszystkich
            piosenek, a nawet fragmenty „mówione” i dołączony film, ten stary. I
            nie ma co zwalać, panie dyrektorze, że firma Webbera ma swoje
            wyśrubowane wymagania, nie wierzę, że oni by nie pozwolili wydać
            choćby paru więcej utworów i ich tekstów, zwłaszcza że to
            wydawnictwo na jubileusz teatru. Jednym z moich ulubionych zajęć
            (nie zawsze na trzeźwo, przyznaję) jest maltretowanie sąsiadów po 23–
            ej moją wersją karaoke różnych ulubionych piosenek, w tym głównie
            musicalowych. Przepis na udany wieczór samotny lub w towarzystwie:
            wchodzimy na youtube, znajdujemy ulubiony utwór, ściągamy słowa i
            dalej możemy już śmiało wyć do księżyca. Najlepiej się do tej pory
            czułam w „Muzyce nocy” (nauczyłam się wreszcie polskiego tytułu) i
            oczywiście „The Point of No Return”, które z przyczyn obiektywnych,
            musiałam wykonywać w wersji angielskiej, bo tylko takimi tekstami
            dysponowałam. Teraz sytuacja niewiele się zmieniła. Przed chwilą
            próbowałam pomęczyć ludzkość polską wersją, ale, panie Danielu
            Wyszogrodzki, proszę coś zrobić z tymi „rozmiarami”, bo mi tu
            zboczeńcy, wśród których nie brakuje fanów Romy i „Upiora”, do okna
            pukają ciągle.
            Najbardziej wstrząsające wrażenie wywarł na mnie ostatni utwór
            płytki, jest wielowarstwowy, bogaty, brzmiący na wszystkich planach,
            bardzo emocjonalny, natychmiast przypomina, z jaką sytuacją się
            wiąże. Wszyscy wokaliści i ORKIESTRA w najwyższej formie (panie
            Macieju, dziękuję). Majstersztyk. Co do pana Marcina, po dzisiejszej
            konferencji i wykonaniu na żywo bardzo zyskał w moich oczach.
            Podczas niektórych przedstawień, w których go obserwowałam,
            denerwowało mnie parę rzeczy, co składam teraz na karb mojego pms:
            kwadratowe ramionka, jasny wzrok, takie chłopięce chłopię
            z „Ferdydurke”, a zwłaszcza trzy miny, którymi grał. Na płytce i
            dzisiaj, w wykonaniu na żywo widzę, że tam się coś dzieje fajnego w
            głosie i interpretacji, panie Marcinie, ukłon, obserwuję. Wczoraj na
            konferencji miałam źrenice jak złotówki, doniesiono mi, kiedy pan
            Damian zaśpiewał „Muzykę nocy”, choć się troszkę wygłupiał na
            początku i nie pozwalał mi odpłynąć. Resztki rozsądku przypominają
            mi, że artysta to nie to samo co sztuka i trzeba oddzielić aktora od
            postaci, co mi się z trudem udaje jak słucham go śpiewającego. Jest
            coraz bardziej kompletny i w ogóle nie przeszkadza, że minutę
            wcześniej gotował krewetki. Pan Damian wie już, że to nie on ma
            przeżywać, ale słuchacze. W końcu podczas promocji płyty chodzi o
            sprzedaż. Te wszystkie złote, platynowe płyty… A ludzie ? Bardzo
            dobrzy i ważni aktorzy - Mme Giry, Dyrektorzy, Piangi, zostali
            trochę zbagatelizowani, wypchnięci za kolumnę, a oni przecież mają
            swoją rolę i znaczenie. Jakoś nieładnie to wyszło.
            Panie dyrektorze, proszę z umiarem w sprawie dzwonków z „Upiora” na
            telefon, one od miesięcy są dostępne, wiem coś o tym, np. na
            matrix.pl Fajnie, że oferuje Pan real music, ale źle, że nie można
            ich odsłuchać przed zakupem, w końcu nie każdy ma czy będzie miał
            płytę. Poza tym coś nie działa jak trzeba: chciałam
            ściągnąć „Wspomnij mnie”, jeden z 4 smsów był niekompletny, co
            uniemożliwiło mi otrzymanie dzwonka. Wysłana pod adres podany przez
            teatr reklamacja z uporem maniaka wracała, więc wysłałam ze strony.
            Jak w końcu ściągnęłam dzwonek, to okazało się, że format nie ten.
            Dalej nie próbowałam.
            Ja się dzisiaj trochę czepiam, nakrzyczcie nieco na mnie, to może mi
            przejdzie. Byłam przez długi weekend w Londynie („Wicked” i
            oczywiście „Phantom”- śpiewał Nick Greenshields, bo Karimloo
            wyjechał na wakacje i dobrze, było cudnie) i może to dlatego.
            Życzę platynowej płyty i przytulam.