kosaciec
15.01.06, 01:40
Zespół żoliborski wyrósł z idei lokatorskiej spółdzielczości mieszkaniowej, z
działalności grup architektów, związanych w dwudziestoleciu międzywojennym z
ruchem modernistycznym o wyraźnych sympatiach lewicowych. Pochodzące sprzed
1939 roku zespoły osiedlowe WSM, ukończona niemal w całości zabudowa
fragmentu Żoliborza i rozpoczęta zabudowa Rakowca, stanowiły realizację
pomysłu tanich mieszkań dla robotników i uboższej inteligencji. Inwestycję
finansowano głównie z kredytów bankowych, w tym Banku Gospodarstwa Krajowego,
uzyskiwanych dzięki wsparciu instytucji państwowych, naciskom ze strony
Polskiego Towarzystwa Reformy Mieszkaniowej, zainteresowaniu licznych
towarzystw kulturalnych i ekonomicznych.
Zmagania o nowy, demokratyczny kształt polskiego budownictwa mieszkaniowego
opisała szczegółowo w swojej książce – „Ku idei osiedla społecznego” Helena
Syrkus, nieżyjąca już wybitna architektka, jedna z animatorek wspomnianego
ruchu, projektantka wielu warszawskich osiedli i domów.
Pionierski zespół obiektów WSM na warszawskim Żoliborzu, zrealizowany na
zachód od placu Wilsona, w trójkącie pomiędzy ulicami Krasińskiego,
Słowackiego i Stołeczną (dziś ks. Popiełuszki), został, zgodnie z przyjętymi
przez Spółdzielnię zasadami organizacji osiedla, podzielony na grupy
budynków – jednostki mieszkaniowe zwane „koloniami”. Projektantami
poszczególnych kolonii byli wybitni ówcześni architekci polscy: Barbara i
Stanisław Brukalscy, Brunon Zborowski, Jan Chmielewski, Juliusz Żakowski.
Każdy z opracowanych przez nich obiektów zyskał odrębny charakter, stając się
odbiciem indywidualnego stylu twórców. Architekturę owych kolonii,
przestrzennie niezwykle zróżnicowaną, podporządkowano zarazem nadrzędnej
zasadzie modernistycznego kształtowania budowli.
Nie tylko wszakże ze względu na autorów przedsięwzięcia była to realizacja
jedyna w swoim rodzaju. Swoją wyjątkowość zawdzięczała szczególnym
okolicznościom, w jakich powstawał projekt osiedla.
Trójkątny kształt terenu, wpisanego w istniejący już układ ulic, wymusił na
projektantach coś, co teoretycznie zaprzeczało głównej idei nowoczesnego
osiedla, a nawet do pewnego stopnia sprzeniewierzało się pryncypiom Karty
Ateńskiej, tej biblii modernizmu pierwszej połowy XX wieku. Głosiła ona,
przypomnijmy, iż: „Budynki wzniesione wzdłuż dróg komunikacyjnych i wokół
skrzyżowań ulic nie nadają się na mieszkania”, co uzasadniała słuszną
skądinąd potrzebą ochrony mieszkańców przed szkodliwym oddziaływaniem ciągów
komunikacyjnych (hałasem, kurzem, spalinami). Jednak doktrynalne podejście do
zagadnienia, a zwłaszcza dosłowne traktowanie takich wezwań ideologów
nowoczesnej architektury, jak słynny apel Sigfrieda Giediona o bezwarunkową
likwidację ciągłej pierzei ulicznej, tradycyjnej „rue corridor”, doprowadziło
w rezultacie do swoistego rozpadu kompozycji przestrzeni w wielkich osiedlach
dwudziestego stulecia.
We wspomnianej książce Helena Syrkus ubolewa nad, jej zdaniem – niepełną
realizacją założeń żoliborskiego osiedla. Tymczasem to właśnie ów (niezgodny
z postulatami Karty) mankament sprawił, że osiedle zyskało takie wartości jak
kameralna skala, znaczne zróżnicowanie urbanistyki, oryginalny kształt tzw.
wnętrz osiedlowych, czyli terenów pomiędzy budynkami.
Powstały tu pierzeje domów tworzące ciągi piesze – ulice i uliczki w
tradycyjnym sensie, wśród nich zaś otwarte przestrzenie zielone, bardziej
przypominające aneksy parkowe niż podwórka. Układ ten sprawiał, iż wchodziło
się na teren kolonii niczym do ogrodu, którego obrzeża stanowiły bloki
mieszkalne.
Każda kolonia miała jakiś swój element wyróżniający: ogród skalny, mały basen
z ozdobnymi roślinami wodnymi, brodzik dla dzieci, skarpę pokrytą płożącymi
się krzewami, kępę wysokich sosen. W obszarze każdej znajdowało się miejsce
zabaw dla najmłodszych i wypoczynku dla starszych. Teren jednych był płaski,
na planie prostokąta, innych – stanowił odcinek łuku, urozmaicony dodatkowo
różnicą poziomów. Tej w sposób oczywisty wspólnej przestrzeni, nie
rozdzielały żadne przegrody, nie zamykały żadne bramy. Widać tu było efekty
fachowej pracy ogrodnika, ale także spontaniczne działania mieszkańców,
dbałość o zbiorowe dobro.
Właśnie ów trudny do nazwania, lecz wyraźnie obecny duch miejsca przyciągał,
pomimo skromnych standardów wyposażenia mieszkań i skąpych metraży, także
ludzi spoza środowisk robotniczych, dla których w pierwszym rzędzie osiedle
było przeznaczone. Przedstawiciele tzw. wolnych zawodów, wśród nich zaś
liczni architekci, muzycy, plastycy, literaci, także urzędnicy przystępowali
do wspólnoty lokatorskiej żoliborskiego WSM.
Społeczność tego osiedla zdała egzamin z postawy obywatelskiej w trudnych
latach wojny. Tutaj mogli mieszkać nadal ludzie pochodzenia żydowskiego, bez
obaw, że zostaną zadenuncjowani przez sąsiadów. Tutaj w trzyizbowym lokalu na
IV kolonii istniała od 1940 r. konspiracyjna Pracownia Architektoniczno –
Urbanistyczna Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego (PAU), w której
zaprzyjaźnione grono architektów, inżynierów, działaczy spółdzielczych
tworzyło, utopijne w znacznej mierze, plany nowej „Warszawy funkcjonalnej”.
Tu wreszcie powstała samorzutnie „wolna republika żoliborska” w czasie
Powstania Warszawskiego.
Historia przedwojennego, żoliborskiego osiedla WSM jest właściwie pozytywnym
przykładem utopii zrealizowanej. Stało się to możliwe dzięki rozmaitym
szczęśliwym zbiegom okoliczności. Zadecydował kształt terenu, talent i
wyobraźnia projektantów, oddziaływanie bardzo wówczas popularnych postulatów
nowoczesnej architektury, a także – rzecz niezwykle ważna – istnienie w
tamtych latach społecznej zgody na program naprawy życia w mieście, niosący
obietnicę lepszego jutra.