Dodaj do ulubionych

Nalewki Singera

28.11.08, 15:22

miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34880,6000462,Sklepow_na_Nalewkach_wielkie_zatrzesienie.html
Któż lepiej nie odda klimatu Nalewek początku XX wieku, jak nie Bernard Singer („Moje Nalewki”), obrazu owych tysięcy sklepów i sklepików w jednym lokalu, podzielonym na pięć, sześć części, w których każdy kupiec urządzał swój interes, a na antresoli jeszcze łóżko do spania. Nawet budkę z wodą sodową w bramie zamieniano na sklep, piwnice na składy. Długie wielopodwórzowe domy miały roje sprzedawców, których sklep mieścił się pod połą płaszcza lub chałatu. Tacy płacili stróżowi i policjantowi haracz za prawo handlowania. Tylko w lokalach od ulicy mieściły się solidne, zadomowione firmy.
Uprzywilejowaną pozycję zajmował pristaw i jego zastępca, którzy dostawali regularnie na święta życzenia od każdego sklepu z wartościowym prezentem. Dla ułaskawienia pristawa zapraszano go na wesela i chrzciny. Z kolei pristaw płacił haracz policmajstrowi za trzymanie go na Nalewkach. Nie najgorzej wiodło się też rewirowemu: mundur, buty, stroje żony, ubrania dzieci były podarunkiem rewiru. Otrzymywał też naddatki na urodziny i imieniny. Miał on jednak ciągły kłopot. Obawiał się... awansu. W ciągu lat płacił komu należało, aby utrzymać się na Nalewkach.
Pozdrawiam :-)
Obserwuj wątek
    • andrzej_b2 Ciemne interesy 28.11.08, 17:28
      A któż inny jak nie Sienger odda atmosferę tych wszystkich ciemnych interesów, które działy się na Nalewkach?
      Przez całe dziesięciolecia rynek znajdował się po terrorem różnych okolicznych łobuzów. Nakładali oni haracz na każdego kupca. Czepiali się dziewczyn, które musiały płacić im okup gdy wychodziły zamąż i uczciwych rzemieślników, którzy zamierzali się ożenić. Kto im się nie okupił musiał liczyć się z nożem w ciemnym zaułku.
      Kiedy na Nalewkach obrabowano kupca, z zasady subiekt handlowy szedł na ul. Miłą, która miała opinię siedliska złodziei, nożowników i alfonsów. Tylko tam można było wykupić zrabowane przedmioty. Kiedy okazało się to niemożliwe oznaczało, że kradzieży dokonała nie sitwa, ale nieodpowiedzialna banda.
      Pozdrawiam :-)
      • andrzej_b2 Siła argumentacji 29.11.08, 09:56
        Są zapewne między nami osoby, które jeszcze z autopsji, inne z rodzinnych przekazów znają historyjki związane z niepowtarzalną atmosferą żydowskiego handlu. Taka jedna wyłania mi się ze wspomnień śp. mojego Ojca.
        Opowiadał mi kiedyś, że gdy szło się na Nalewki z zamiarem jakiegoś zakupu, Żydzi najczęściej stali już przed sklepami i zainteresowanego klienta wyczuwali intuicyjnie. Każdy z nich kłaniał się i zapraszał, niemal siłą za części garderoby wciągał do środka. Np. w przypadku zakupu garnituru lub płaszcza scenariusz transakcji wyglądał mniej więcej tak: po prezentacji towaru wśród ukłonów i komplementów kupca, wyborze koloru, fasonu, rozmiaru i tp. pozostawało ustalenie ceny. Żyd zachwalał nie tylko wg niego najniższą cenę ale i najwyższą jakość. Cenę jeszcze można było jakoś zweryfikować w sąsiednich sklepach, ale z jakością było gorzej. Aby uwiarygodnić swą teorię, kupcy dokonywali różnych dziwnych zabiegów. Dość powszechnym argumentem przekonującym było gniecenie w rękach towaru, ale zdarzało się i gryzienie, rzucanie na podłogę i deptanie, po to aby udowodnić, że „ten materiał proszę szanownego pana jest jak zielaz”. Negocjacje cenowe (tak byśmy dziś powiedzieli) na ogół poległy na kilkakrotnym wychodzeniu ze sklepu i powrotach. Gdy Żyd widział zdecydowanie klienta szedł na daleko idący kompromis. Na razie obie strony były zadowolone; niedługo potem klient przekonywał się, że szydło zawsze wyłazi z worka.

        Nie da się w kilku zdaniach oddać dynamiki scenki i języka, który bezbłędnie mogli odtworzyć tylko ludzie żyjący w tamtych czasach. Szmoncesy, które dziś czasem wykonują nawet dobrzy aktorzy nibyżydowskim akcentem, przeplatane nibyżydowskimi gestami, są tylko nieporadną namiastką. Brakuje na codzień autentycznych wzorców.
        Pozdrawiam :-(

        • horpyna4 Re: Siła argumentacji 29.11.08, 10:31
          No, ja też miałam szczęście, że słyszałam te historie bezpośrednio
          od świadka tamtych czasów - mojej śp. Mamy. Ponoć zapraszanie
          klienta do sklepu bywało tak nachalne, że zdarzały się przypadki
          poturbowania nieszczęśnika przez dwóch wyrywających go sobie kupców.
          Wreszcie władze miejskie wydały zarządzenie zabraniające "ręcznego"
          wciągania klientów do sklepu. No to kupcy znaleźli inną metodę: stał
          taki wewnątrz sklepu za szybą i kiwał na przechodnia palcem. Musiało
          to przekomicznie wyglądać, taki obrazek za każdą mijaną szybą.
          O metodach zachwalania towaru też wiele słyszałam, najbardziej
          podobało mi się to: po skłonieniu klienta do przymierzenia ubioru
          kupiec zaczynał wykrzykiwać "Gdzie się ten cham podział? Gdzie się
          ten cham podział? Moje uszanowanie dla pana dziedzica..."
          • andrzej_b2 Jeszcze Singer i jego Nalewki (s. 166) 01.12.08, 09:10
            „... Większość bogatych, nawet średnio zamożnych Żydów w razie choroby zasięgała porady nie jednego lecz kilku doktorów, chodziła do felczerów i znachorów, a po ostateczną decyzję udawała się do cadyka cudotwórcy. Niektórzy, bardziej wyrafinowani, poddawali lekarza egzaminowi, nim dali się zbadać. Lekarze skarżyli się, że od żydowskiego pacjenta trudno wydobyć odpowiedź. Nierzadki był taki dialog:
            – Jak się pan czuje?
            – Jak mam się czuć?
            – Co panu dolega?
            – Czy ja jestem doktorem, czy pan?...”

            Pozdrawiam :-)
            • stas_g Re: Jeszcze Singer i jego Nalewki (s. 166) 04.12.08, 13:25
              Przypomniały mi się opowieści o jeszcze jednej formie sprzedaży.
              Przez długie lata pracowałem z przedwojennymi Paściarzami. (PAST- Polska Akcyjna Spółka Telegraficzna). W latach 60-tych i siedemdziesiątych byli to już panowie zbierający się na emeryturę, ale pamięć mieli niezłą i można się było od nich sporo dowiedzieć.
              Wspominali o formie sprzedaży stosowanej przez starozakonnych kupców.Przychodzili pod siedzibę firmy i molestowali pracowników na zasadzie - ja ci uszyję garnitur darmo, zrobię ci buty itd, ale co miesiąc przyjdę po część spłaty długu. Ponoć wielkiego ryzyka nie było, ponieważ kadra w PAST była dość stabilna, a i zarobki mieli niezłe.
              Podobno w dni wypłat przed budynkiem na Zielnej stała wielka rzesza wierzycieli, wyłapujących bezbłędnie swoich klientów. Zwłaszcza młodzi pracownicy bardzo sobie chwalili tę formę sprzedaży, starszyźnie ponoć już nie wypadało.
              Pozdrawiam S.
              • andrzej_b2 Singera "świeże powietrze" 05.12.08, 10:23
                >...Raz w roku rebe dbał o „świeże powietrze dla dzieci. Było to w łagbojmer
                (święto młodzieży żyd. – przyp. a_b2), trzydziesty trzeci dzień po święcie
                Paschy [...]. Pamiętam pierwszą moją wycieczkę w łagbojmer. Starsi uczniowie już
                wcześniej zapowiadali, że tego dnia nie będzie nauki, że będziemy zażywać
                powietrza na łąkach i polach. W dzień święta chłopcy przynieśli do chederu
                drobne pieniądze na przejazd; poprowadzono nas całą gromadą na Muranów i
                wepchnięto do omnibusu. [...] W torbie rebego znajdował się prowiant dla
                wszystkich dzieci. Omnibus ruszył w stronę Pragi. Dojechaliśmy do Grochowa i
                wyszliśmy na świeże powietrze. Po piętnastu, może dwudziestu minutach rebe nagle
                z przerażeniem krzyknął „Cug!” i czemprędzej kazał wracać. Bał się o własne
                zdrowie i zdrowie powierzonych mu dzieci. Wepchnięto nas z powrotem do omnibusu
                [...].
                Tak skończyła się moja ryzykowna wycieczka na „świeże powietrze”...<
                Pozdrawiam :-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka