roody102
09.11.03, 01:55
Jakoś wcześniej zapomniałem o tym napisać. Dwa czy trzy dni temu wychodzę
rano od mojej, na Przyczółku Grochowskim. Idziemy razem na przystanek,
patrzę, na schodach kładki leży facet. Wczesny ranek, no przedpołudnie, a on
już w takim stanie, pogratulować. Ale pomyślałem, że może się biedak zwalił
ze schodów, potłukł, połamał i tak leży. Dzwonić nie zadzwoniłem, ale w
ciągu kilku minut obok przystanku przejechały dwie karetki i radiowóz,
bynajmniej nie na sygnale pędzące do akcji. Załogi wszystkich trzech
widziały jak do nich macham, bo patrzyły się na mnie z zaciekawieniem,
ostatniej zresztą prawie wlazłem pod koła. Niestety, nie mieli czasu, nawet
nie zwolnili z 80 (na oko) km/h na godzinę.
Jakby komuś z Państwa się coś stało, to nie liczcie, że karetka się
zatrzyma. Jakby kogoś z Państwa napadnięto, to nie módlcie się o to, żeby
obok przejechał radiowóz… Szkoda sobie nadzieję robić, radzić sobie trzeba
samemu, bo mieszkamy w miejskiej dżungli.
Ktoś widząc moją bezradność zadzwonił po policję. Swoją drogą ludzie
patrzyli się na mnie jak na wariata, gdy próbowałem zatrzymać te karetki.
Ale ja z drugiej strony rzeki jestem, to może ja czegoś nie wiem? Zresztą co
tu się dziwić – 100 metrów w jedną mnie napadli, a dwa przystanki w drugą
jest słynne osiedle chłopców z motylkami. Jak spadać ze schodów, to raczej
nie tam.
__________________________
Roody102