Dodaj do ulubionych

Na Purplach byłem.

16.06.17, 13:13
Kilka impresji ze środowego koncertu.

Jakiś żurnalista krytykant z pobłażliwą uszczypliwością pisze, o „starszych panach zastygłych w dawnych pozach, którzy nie sprawili żadnej niespodzianki”. I w podobnym tonie dalej, jakoby oczywiście legenda, profesjonaliści ... ale nic nowego i porywającego.
A kurwa mać, co?! Po to się idzie na Deep Purple, żeby wziąć udział w hardrockowym misterium, żeby w oryginalnym wykonaniu usłyszeć najsłynniejszy riff wszech czasów, nie cover na cymbałki i okarynę grupy „Wesołe Pingwiny” z Otwocka.
Panowie w każdym razie odprawili fantastyczny łomot. Bez fajerwerków, dymu i desantowania na sznurku skrzydlatego frontmana w koronkowych kalesonach. Tylko muzyka. Wszyscy w doskonałej formie. Gillan już w pierszych minutach rozwiał obawy dialogami z Morsem, których nie powstydziliby się Page i Plant. Fakt, „Child in Time” nie było, ale gościu ma w końcu 72 lata i pewnych rzeczy nie przeskoczy. No i brawurowa improwizacja Dona Aireya zakończona genialnym przejściem do „Perfect Strangers”. Ten ryk i warkot Hammonda do tej pory przeciąga mi owe przysłowiowe „ciary” po plecach, kiedy o tym pomyślę.

Zdziwiła mnie nieco obecność przywleczonych przez dziadków kilkuletnich wnuków. Biedne dzieci zatykały uszy palcami i chusteczkami higienicznymi i wyglądały nieszczęśliwiej niż na roratach, czy innej uroczystej sumie.

Ja w każdym razie cieszę się, że tam byłem.
Szapoby z głów, Deep Purple!
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka