Dodaj do ulubionych

Hity eurosceptyków

    • Gość: fritz Krowy przestana dawac mleko i kury skladac jajka IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 05.05.03, 05:53
      Krowy przestana dawac mleko i kury skladac jajka adres: *.solnet.ch

      Przeczytaj komentowany artykuł »
      Gość: fritz 04-05-2003 21:24 odpowiedz na list odpowiedz cytując

      Tylko dla przypomnienia: Polska po zamknieciu rokowan z Unia w
      grudniu zaczela rokowania o przystapieniu do Eropejskiego
      Obszaru Gospodarczego ( EOG ). Te rozmowy bylyby juz teraz
      zakonczone, gdyby Polska ich nie przedluzyla (slusnie) z powodu
      importu ryb z Norwegi. Ale prawdopodbnie niebawen zostana
      zakonczone. Czlonkami EOG sa Norwegia, Islandia, Lichtenstein i
      UE. Uklad zawarty z EOF jest niezalezny od ukladu przystapienia
      do UE. Czlonkowstwo w EOG daje te samo dojscie do rynku Uni
      jakby sie bylo czlonkiem UE i Polska przyjmuje ustawodawstwo
      gospodarcze Uni, a wiec bezpieczenstwo prawne dla inwestorow.
      Obydwa uklady wchodza w zycie 1. Maja 2004.
      Polska mowiac NIE do Uni, MOWI TAK DO EOG. I tylko do EOG. To
      jest gospodarczo najlepszy wariant dla Polski.

      Wchodzac tylko do EOG Polska przyjmuje gospodarcze i
      srodowiska prawodawstwo Uni, ale 1. nie musi przyjac calej masy
      innych idiotyzmow nazywanych Euroskleroza, 2. Nie musi
      realizowac bardzo niekorzystnych umow akcesyjnych. Majac
      dojscie do rynku i nie chorujac na Euroskleroze Polska staje sie
      bardzo atrakcyjnym miejscem dla inwestorow z calego swiata. Poza
      tym Polska moze znacznie wykorzystac doskonale polozenie
      geograficzne na prowadzenie handlu poniewaz nie jest
      ograniczona prawami Uni. To powstrzyma tez podwyzke cen
      zywnosci, ktora nastapi po przystapieniu do Uni.

      Extremalnym przykladem takiej niekorzystnej umowy dotyczy
      kupowania technologie zwiazanych ze srodowiskiem. Inwestycje
      wynosza okolo 40 mld euro w ciagu chyby 10 lat. To sa olbrzymie
      sumy. Polska zobowiazala sie kupowac najlepsza na rynku
      osiagalna technologie. Tzn. sie, jezeli np. Polska technologia
      jest tylko 5% mniej wydajna niz np. niemiecka, to Polska musi
      kupic niemiecka. Wynik tego jest taki, ze Polska musi kupic
      towary za 40 mld zazynajac szanse na powstanie przemyslu
      zwiazanego ze ochrona srodowiska.
      To mozna rowniez przeliczyc na miejsca pracy. Przy tym trzeba
      uwzglednic, ze jedno miejsce w przemysle generuje 3 miejsca w
      uslugach. To jest znany faktor multiplikacyjny. Na stworzenie
      jednego miejsca w Polsce potrzebne sa przychody okolo 20'000
      tys. euro. 40 mld / 10 lat = 4 mld na rok. 4000'000'000 / 20'000
      = 200'000 miejsc pracy w przemysle. Te 200'000 w przemysle
      wytwarza 600'000 miejsc pracy w uslugach. W sumie mowimy o
      800'000 tys. miejs pracy ktore nie powstana. To oznacza 800'000
      tys bezrobotnych wiecej. Zalozmy kazdy dostaje na miesiac 1000
      zl.

      To daje w sumie 12 miesiecy x 1000 zl x 800000 = 9.6 mld zl

      Do tego dochodzi, ze ci ludzie, gdyby pracowali, zarabiali by
      niezle i placili by podatki, zalozmy 3000 tys. rocznie. To daje
      3000 x 800'000 = 2.4 mld zlotych

      W sumie straty dla budzetu panstwa z powodu tylko tej jednej
      glupoty (a jest ich jeszcze duzo wiecej) wynosza
      9.6 mld + 2.4 mld = 12 mld zl, co odpowiada 2.7 mld euro. I to
      jest naprawde przypadkiem, strukturalna roczna pomoc dla Polski.
      Dlatego wlasnie przystapienie do UE jest gospodarczym bezsensem,
      poniewaz masa tego rodzaju idiotycznych umow musi zostac
      zrealizowanych. Przystepujac tylko do EOG te umowy sa
      nieaktualne.

      A wiec na zakup technologi rocznie Polska importuje za 4 mld
      euro + 2.7 mld euro na socjalne wydatki wywolane bezrobociem, co
      daje w sumie wydatki 6.7 mld euro rocznie. Ta technologia
      wytworzona w Polsce ( i 5% gorsza ) kosztowalyby 3 razy mnije.
      Ten umowa jest wrecz gospodarczym przestepstwem. Ta suma
      przekracza wielokrotnie slynna pomoc gospodarcza. Aha, do tego
      dochodzi jeszcze skladka na Unie: 2.4 mld euro!!!

      Wniosek: "TAK" tylko dla EOG glosujace "NIE" dla Uni.
      • Gość: biolog cytat z dyskusji na Onecie IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 05.05.03, 05:55
        Powtorzenie Fritza:
        link:

        biznes.onet.pl/1,12,11,1822560,5558881,forum2.html

        Tak, masz racje. Polska przyjmuje prawodawstwo UE i jeszcze srodowiska, ale
        1. nie musi przyjac calej masy innych idiotyzmow, 2. Nie musi realizowac
        specjalnych umow akcesyjnych. Extremalnym przykladem takiej niekorzystnej
        umowy dotyczy kupowania technologie zwiazanych ze srodowiskiem. Inwestycje
        wynosza okolo 40 mld euro w ciagu chyby 10 lat. To sa olbrzymie sumy. Polska
        zobowiazala sie kupowac najlepsza na rynku osiagalna technologie. Tzn. sie,
        jezeli np. Polska technologia jest tylko 5% mniej wydajna niz np. niemiecka,
        to Polska musi kupic niemiecka. Wynik tego jest taki, ze Polska musi kupic
        towary za 40 mld zazynajac szanse na powstanie przemyslu zwiazanego ze
        ochrona srodowiska.
        To mozna rowniez przeliczyc na miejsca pracy. Przy tym trzeba uwzglednic, ze
        jedno miejsce w przemysle generuje 3 miejsca w uslugach. To jest znany faktor
        multiplikacyjny. Na stworzenie jednego miejsca w Polsce potrzebne sa
        przychody okolo 20'000 tys. euro. 40 mld / 10 lat = 4 mld na rok.
        4000'000'000 / 20'000 = 200'000 miejsc pracy w przemysle. Te 200'000 w
        przemysle wytwarza 600'000 miejsc pracy w uslugach. W sumie mowimy o 800'000
        tys. miejs pracy ktore nie powstana. To oznacza 800'000 tys bezrobotnych
        wiecej. Zalozmy kazdy dostaje na miesiac 1000 zl.

        To daje w sumie 12 miesiecy x 1000 zl x 800000 = 9.6 mld zl

        Do tego dochodzi, ze ci ludzie, gdyby pracowali, zarabiali by niezle i
        placili by podatki, zalozmy 3000 tys. rocznie. To daje 3000 x 800'000 = 2.4
        mld zlotych

        W sumie straty dla budzetu panstwa z powodu tylko tej jednej glupoty (a jest
        ich jeszcze duzo wiecej)wynosza
        9.6 mld + 2.4 mld = 12 mld zl, co odpowiada 2.7 mld euro. I to jest naprawde
        przypadkiem, strukturalna roczna pomoc dla Polski. Dlatego wlasnie
        przystapienie do UE jest gospodarczym bezsensem, poniewaz masa tego rodzaju
        idiotycznych umow musi zostac zrealizowanych. Przystepujac tylko do EOG te
        umowy sa nieaktualne.



        > od kiedy to ochrona srodowiska jest glupota?? Oblicza sie,
        > ze w Polsce 20% zgonow spowodowanych jest chorobami
        > wynikajacymi ze zlego stanu srodowiska. Przeciez bedziemy
        > w ten sposob chronic swoje srodowisko, nie UE.

        Nie ochrona srodowiska jest glupota, tylko sposob jego realizacji, ktory z
        jednej strony wyciaga z Polski 4 mld Euro z Polski a z drugiej strony
        wymusza dodatkowe socjalne wydatki 2,7 Euro. W wiec,
        w sumie za 6.7 mld dolarow kupujesz towar,
        ktory by cie kosztowal 1/3 tego gdyby byl robiony w Polsce i mialbys w Polsce
        rozwinieta technologie ochrony srodowiska.
        Te 5% to jest jak roznica miedzy samochodami, z ktorych jeden zuzywa 20 l /
        100 km a drugi 21 l / 100 km. A chodzi o to zeby zaoszczedzic 10 l / 100 km.
        Np. niemiecka daje redukuje zuzycie do 10.5 litra a polska do 11 l. I za te
        0.5 litra roznicy placimy 6.7 mld Euro.

        Zle odzywione dzieci, pijacy z bezrobocia rodzice (800 '000 ) beda doznawac
        duzo wiekszych strat zdrowotnych.

        Ta umowa jest wrecz przestepstwem gospodarczym

        .........................

        Przy naszych skromnych środkach, najważniejsze jest aby skoncentrować
        inwestycje "środowiskowe" tam gdzie przyniosą one największy efekt, tymczasem
        my jesteśmy zmuszeni przez unijne normy do horrendalnych nakładów na które
        nas po prostu nie stać!!! Cel tego jest jeden - napędzić koniunkturę w
        europejskich firmach produkujących na potrzeby ochrony środowiska.
    • Gość: robi Wójcikowski o niemieckiej gospodarce IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.05.03, 06:39
      UE kryzys zagląda w oczy..., a my liczymy na niebo
      Autor: Gość: robi IP: *.dialup.warszawa.pl
      Data: 05-05-2003 22:54 + odpowiedz na list


      No prosze jakie fajne teksty mozna znaleść na niezależnym serwisie
      ekonomicznym. Przed lekturą spójrzcie na kurs euro/dolar i skojarzcie fakty.
      Niech euroentuzjaści jeszcze raz wyjaśnią mi nasze korzyści ekonomiczne z
      przystąpienia do UE, bo ja chyba ślepnę z wiekiem i ciągle nie mogę ich
      dojrzeć.

      A teraz artykuł:

      Niemcy mogą wykoleić UE

      Liczba bezrobotnych w Niemczech wynosiła w kwietniu ok. 4 mln 520 tys. osób,
      co jest najwyższym wskaźnikiem dla tego miesiąca od czasu zjednoczenia
      Niemiec w 1990 roku. Niemcy pobiły więc swój kolejny rekord. Co prawda w
      kwietniu 2003 roku bezrobotnych było o ok. 100 tysięcy mniej niż w marcu
      2003, ale i tak wynik ten jest o 300 tys. większy niż bezrobocie z kwietnia
      2002 roku.

      Niemcy jednak, w odróżnieniu od naszej statystyki podają także miary
      bezrobocia uwzględniające wahania sezonowe. Jeśli je uwzględnić, bezrobocie w
      kwietniu 2003 roku faktycznie wzrosło w porównaniu z marcem 2003. Według
      Instytutu Badań Gospodarczych IFO w Monachium, wzrost ten wyniósł ok. 30 tys.
      osób, zaś według innych badań nawet do 45 tys. bezrobotnych.

      W poprzednim raporcie za marzec niemiecki urząd pracy podał, iż bezrobocie w
      marcu 2003 roku zmniejszyło się o blisko 100 tys. osób, do 4 mln 608 tys.
      bezrobotnych. Był to najmniejszy marcowy spadek bezrobocia od pięciu lat.
      Stopa bezrobocia spadła wówczas z 11,3% do 11,1%, podczas gdy w marcu 2002
      roku wynosiła 10,0%. Za najważniejszą przyczynę fatalnej sytuacji na rynku
      bezrobocia w Niemczech uważa się słabą koniunkturę gospodarczą.
      Potwierdzeniem tej tezy jest spadek marcowej sprzedaży detalicznej o 3% w
      porównaniu z lutym 2003 i o 4% w porównaniu z marcem 2002 roku. Był to
      największy jej spadek od września 1999 roku - podał w piątek niemiecki urząd
      statystyczny. Niemieccy konsumenci ograniczyli swoje wydatki znacznie
      bardziej od oczekiwań analityków (analitycy spodziewali się spadku sprzedaży
      w granicach 0,5 - 0,7%). Jako główne przyczyny wymienia się wzrastające
      bezrobocie i działania wojenne w Iraku. W ciągu pierwszego kwartału 2003 roku
      sprzedaż detaliczna spadła o 0,8% wobec analogicznego okresu roku 2002 r.
      Można więc mówić o pewnym załamaniu popytu konsumpcyjnego w Niemczech –
      zamiast spodziewanej na początku sezonu wiosennego pewnej poprawy – a
      przynajmniej stabilizacji.

      Indeks IFO, obrazujący nastroje wśród niemieckich przedsiębiorców, także
      rozczarował i spadł w kwietniu 2003 roku do 86,6 pkt. z 88,1 pkt. w marcu.
      2003. To najniższy jego poziom od stycznia 2002 roku (od 16 miesięcy). Ten
      spadek źle wróży niemieckiej gospodarce tym bardziej, że analitycy
      spodziewali się wzrostu IFO w kwietniu 2003 roku do 88,6 pkt. Badanie IFO
      obejmuje ok. siedem tysięcy niemieckich przedsiębiorców o zamówienia, zapasy
      towarów, poziom produkcji, ceny i zatrudnienie.

      Największa gospodarka europejska chwieje się na swoich glinianych nogach. Dla
      Polski, która najwięcej swoich obrotów zagranicznych dokonuje z Niemcami,
      wiadomość ta nie jest najlepszą zapowiedzią przyszłości. Ograniczanie
      konsumpcji na rynku niemieckim i coraz ostrzejsza konkurencja z miejscowymi
      producentami na niemieckim rynku musi negatywnie odbić się na opłacalności
      eksportu. Zapewne także Niemcy ograniczą swój popyt na usługi związane z
      inwestycjami – co może oznaczać dla wielu polskich firm budowlanych
      przysłowiowy gwóźdź do trumny po klęsce na krajowym rynku.

      Jeśli dołożymy do tych informacji wieści z Francji o zerowym wzroście
      produkcji – to sytuacja gospodarcza trzonu UE wydaje się być nieco
      nadszarpnięta. Tymczasem waluta UE - Euro nadal bije rekordy swojej mocy
      wobec USD – co powoduje coraz większe kłopoty (wręcz straty) eksporterów
      niemieckich i unijnych. Dalsze umacnianie Euro może załamać i ten segment
      gospodarki, co w efekcie końcowym grozi recesją na rynku UE.

      Rafał Wójcikowski

      www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/20030505/40697/?p=newsl


    • robisc K.J. o niemieckich roszczeniach 06.05.03, 22:57
      Re: niektóre argumenty przeciw.
      Autor: Gość: K.J. IP: 144.138.225.*
      Data: 06-05-2003 18:57 + odpowiedz na list

      Być może. Nie wiem czy jest to tekst prawdziwy, czy nie. Jednakże niemieckiego
      zagrożenia jakie stwarza sytuacja na Ziemiach Odzyskanych nie można lekceważyć.

      Pozwolą Państwo, że przedstawię niejaką Erikę Steinbach, posłankę CDU do
      Bundestagu oraz przewodniczącą Bund der Vertriebenen und Flüchtlinge, czyli w
      skrócie: Związku Wypędzonych. Należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że pełna
      nazwa tego związku brzmi Die Ost - und Mitteldeutsche Vereinigung - Union der
      Vertrieben und Flüchtlinge in der CDU/CSU. Co oni rozumieją przez wschodnie i
      środkowe Niemcy, jest wyjaśnione w ich dokumencie z 05.08.1950 r. "Der Charta
      der Deutschen Heimatvertriebenen":

      Wschodnie Niemcy w ich zrozumieniu to nie jakaś tam była NRD, to tereny Śląska,
      Pomorza, Opolszczyzny, Warmii i Mazur. Prawie 1/3 całego obszaru Polski!

      Trzeba jednak uczciwie przyznać, że rewizji granic Niemcy od nas nie oczekują.
      Liczą natomiast na tworzenie tzw. euroregionów, które pozwolą im bez
      przesuwania granic stać się de facto zarządcami polskich guberni...

      Niemcy głośno deklarują, że dotrzymają międzynarodowych umów uznając istniejące
      obecnie w Europie granice. Będą przesuwać się na Wschód bez ich naruszania.
      Wszak problem, który przed nami stawiają, nie dotyczy granic lecz własności
      prywatnej, której zwrotu lub odszkodowań za jej utratę domagają się
      niemieccy "wypędzeni".

      Wypadałoby teraz przytoczyć wypowiedzi Eriki Steinbach na temat Ziem
      Odzyskanych, Polski i członkostwa w Unii Europejskiej.

      Erika Steinbach wprost żąda zwrotu niemieckich ziem i majątków wysiedlonym w
      latach czterdziestych Niemcom. Żądania takie formułowane są zarówno w stosunku
      do Polski jak i Czech.

      "Polska nie dojrzała jeszcze do członkostwa w UE", a to z powodu
      nieuregulowania problemów "wypędzonych", w tym kwestii majątkowych - tę
      wypowiedź dzielnej Eriki przytoczyły czołowe dzienniki niemieckie, m.in. Der
      Tagespiegel, Neues Deutschland, Sueddeutsche Zeitung, Frankfurter Rundschau i
      Frankfurter Allgemeine Zeitung,

      Erika Steinbach grozi nawet wniesieniem skargi do Trybunału Europejskiego i
      uzasadnia swą groźbę łamaniem przez Polskę praw człowieka w stosunku
      do "wypędzonych" - pomija jednakże w swych wypowiedziach, jakież to konkretne
      okoliczności towarzyszyły "wypędzeniu" i "łamaniu praw człowieka" przez Polskę.

      "Po wstąpieniu do Unii Europejskiej przesiedleni Niemcy będą mieli prawo do
      stron ojczystych, czyli do czegoś więcej niż do swobodnego osiedlania się na
      terenie Polski" - powiedziała Erika Steinbach, podczas spotkania z Kohlem w
      dniu 18.08.1998 r. Zapewne miała na myśli odszkodowania lub też zwrot majątków
      na terenie Śląska, Pomorza, Warmii i Mazur tym Niemcom, którzy uciekli w 1945
      r., a na mocy traktatów w Jałcie i Poczdamie nie mieli prawa powrotu na ziemie
      polskie. Uzasadnieniem roszczeń niemieckich ma być obecnie obowiązujące w Unii
      Europejskiej prawo, które stanowi, że ten kto zajmuje czyjeś terytorium podczas
      wojny, musi je potem zwrócić i zapłacić odszkodowanie. Oczywiście prawo to
      wymyślili i zastosowali po raz pierwszy Niemcy podczas wojny domowej w
      rozpadającej się przy ich współudziale Jugosławii. Aby zobrazować uzasadnienie
      dla swoich żądań, Erika Steinbach porówała Niemców �wypędzonych� z Polski i
      Czech do "wypędzonych" z Kosowa Albańczyków (Süddeutsche Zeitung, 26.08.1999).

      Erika Steinbach, przewodnicząca BdV, powiedziała: "Zanim kraje takie jak Polska
      zostaną przyjęte do UE, muszą naprawić wszelkie krzywdy wyrządzone niemieckim
      wypędzonym. Będą musieli ich przeprosić i uznać ich prawo powrotu do utraconych
      po wojnie majątków." (The Sunday Telegraph, 24.01.1999).

      Może i pani Steinbach "powiedziała co wiedziała", ale bardziej znaczący jest
      fakt, iż w dniu 29.05.98 roku Bundestag podjął następującą rezolucję:

      "Bundestag zwraca się z apelem do Rządu Federalnego o aktywną kontynuację
      niezmiennej polityki poparcia dla niemieckich uciekinierów i wypędzonych ze
      swojej ojczyzny oraz mniejszości niemieckiej na Wschodzie oraz o skuteczną
      reprezentację i działanie w najlepszym interesie tych ugrupowań (...)

      Z tego powodu Bundestag podziela i popiera stanowisko obecnego Rządu
      Federalnego i wszystkich poprzednich rządów federalnych, które uważały
      wypędzenie Niemców z ich ziemi i majątków po zakończeniu II Wojny Światowej za
      dziejową niesprawiedliwość niezgodną z prawem międzynarodowym. Apelujemy do
      Rządu Federalnego, żeby w swoich układach z rządami naszych wschodnich sąsiadów
      reprezentował i działał zgodnie z interesami osób wypędzonych".

      Oczywiście nasz Sejm i jego ówczesny marszałek, Maciej Płażyński, "niezwykle
      ostro" zareagowali na tę uchwałę niemieckiego Bundestagu... tyle że zareagowali
      nie na temat, skutecznie kamuflując meritum sprawy. Maciej Płażyński coś tam
      bredził od rzeczy, jakoby polskie społeczeństwo i polskie "elyty" polityczne
      były niezwykle uczulone na jakiekolwiek wzmianki o tymczasowości umów
      granicznych, nienaruszalności granic, itp.

      Przecież nawet w układzie granicznym pomiędzy Polską i Niemcami z 17 czerwca
      1991 r. Niemcy oświadczyły, iż te granice uznają, jednakże to uznanie granicy
      nie zamyka dochodzenia roszczeń majątkowych przez prywatnych obywateli. Bowiem
      według interpretacji rządu niemieckiego, układ ten nie reguluje roszczeń
      majątkowych i sprawy obywatelstwa tych, którzy żyli na terenie Niemiec w
      obrębie granic z 1937 roku.

      Wszak rezolucja Bundestagu nic nie mówi o przesuwaniu jakichkolwiek granic czy
      ewentualnej tymczasowości umów granicznych, tylko o prawach "wypędzonych" do
      ich byłej własności prywatnej, a co najważniejsze: rezolucja ta jest zgodna z
      prawodawstwem unijnym w tym zakresie. "Konieczność" zachowania zgodności z
      prawodawstwem unijnym była też jedną z przyczyn, dla której Sejm wydał nie
      mające żadnej mocy prawnej oświadczenie zamiast aktu prawnego regulującego
      legalność roszczeń majątkowych pod adresem Polski na skutek decyzji
      poczdamskich i powojennych przesunięć terytorialnych na korzyść Polaków - w
      przeciwnym razie okazałoby się, że naruszamy prawo UE.

      Z tego samego względu "Prezydent wszystkich Polaków" zawetował ustawę
      uwłaszczeniową, która to ustawa regulowałaby takie prawo własności na Ziemiach
      Odzyskanych, czego mu zresztą pogratulowała przyjaciółka Polski i Polaków,
      Erika Steinbach. Prawo wieczystego użytkowania, przysługujące na ogół osobom
      prywatnym na Ziemiach Odzyskanych, jest bez wątpienia prawem słabszym, mniej
      wartościowym w stosunku do prawa własności.

      Członek Komisji Europejskiej, Franz Fischler powiedział podczas Forum
      Europejskiego w Albach: "Koniecznym jest ustalenie, czy przepisy prawne krajów
      kandydujących dotyczące Niemców wypędzonych w latach czterdziestych nie
      kolidują z prawem unijnym".

      Niemiecki dziennik Sueddeutche Zeitung ujawnił, że od lat znane są wypadki
      Niemców starających się o zwrot majątków leżących na zachodnich i północnych
      ziemiach Polski, które kiedyś należały do nich lub ich rodzin. Podobne żądania
      wysuwają zresztą Niemcy Sudeccy wobec Czech.

      • robisc Re: K.J. o niemieckich roszczeniach - dokończenie 06.05.03, 22:59
        Re: niektóre argumenty przeciw. c/d
        Autor: Gość: K.J. IP: 144.138.225.*
        Data: 06-05-2003 19:20 + odpowiedz na list

        Nie da się ukryć, że przed wojną większość majątków ziemskich czy zakładów
        przemysłowych na terenach leżących na wschód od Odry, w dawnych Prusach
        Wschodnich, na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie była własnością niemiecką z tego
        prostego powodu, że ich właścicielami byli obywatele niemieccy. Z nich to
        właśnie rekrutują się członkowie BdV, których z takim wigorem reprezentuje
        Erika Steinbach.

        W Unii Europejskiej zakazane jest wprowadzanie prawodawstwa, które by w
        jakikolwiek sposób ograniczało lub naruszało prawa własności. Prawa takie, o
        ile zostaną udokumentowane (co w przypadku skrupulatnych Niemców jest raczej
        pewne), muszą zostać przyznane, a w przypadku ich naruszenia nieodzowna będzie
        wypłata stosownych odszkodowań.

        Polska jako przyszły członek UE nie może nawet marzyć o odmówieniu prawa byłym
        niemieckim właścicielom do ich ,"stanu posiadania" sprzed II Wojny Światowej.
        Prawa lokalne (polskie) nie mogą stać w sprzeczności z prawami
        międzynarodowymi, co jest zresztą wyraźnie zaznaczone w naszej Konstytucji w
        Art. 87 i Art. 90. Prawem międzynarodowym zaś jest w tych okolicznościach
        prawodawstwo unijne.

        Elity polityczne całkowicie bagatelizują to zagrożenie. Niektórzy politycy i
        media od dawna starają się robić wszystko, aby problem niemieckich roszczeń
        wobec polskich ziem północnych i zachodnich bagatelizować, a nawet ośmieszyć.

        Naprawienie tego błędu przed przystąpieniem Polski do UE (choć obawiam się, że
        jest to już niemożliwe)powinno być nadrzędnym celem naszej polityki
        zagranicznej, gdyż w przeciwnym razie znajdziemy się w Unii z całym
        tym "prawnym bagażem", za którym stać będą już nie tylko Niemcy, ale i cała
        Unia. Przystępowanie do Unii Europejskiej w takich warunkach, oznacza faktyczne
        zlikwidowanie naszego Państwa lub, w najlepszym wypadku, okrojenie go do
        rozmiarów niewiele większych od Księstwa Warszawskiego.

        Co do nierównomiernego rozłożenia bezrobocia w krajach „15”, można tu jeszcze
        nadmienić, że w byłej NRD, na której terenie bezrobocie jest zbliżone do
        polskiego i wynosi około 19%. We wschodnich Niemczech panował ten sam system
        ekonomiczno-polityczny, co w Polsce. (Należy tutaj podkreślić fakt, że była NRD
        jest pierwszym i jedynym przypadkiem, w którym kraj byłego bloku wschodniego
        został włączony do UE.) Wskaźnik bezrobocia jest od lat bardzo wysoki, a
        przecież dodatkowo oprócz UE działają tam jeszcze sami Niemcy, dla których
        jedność Niemiec stanowi istotną wartość. Warto przy okazji wspomnieć, ze
        wszyscy Niemcy łożą na to pieniądze, ponieważ przed laty ustanowiono w
        Niemczech tzw. "podatek solidarnościowy" i mimo, iż miał być on pobierany
        jedynie przez kilka lat, to nikt dziś już nawet o tym nie wspomina, żeby ten
        podatek znieść. U nas będzie jeszcze gorzej, bo przecież nie mamy w Unii
        bogatych pobratymców, których można opodatkować. I pomimo tego, iż była NRD
        jest częścią Unii już od ponad 10 lat, to jednak bezrobocie utrzymuje się na
        podobnym poziomie, co w naszym kraju. Najwyraźniej więc przynależność do UE nie
        ma większego wpływu na poziom bezrobocia w danym regionie.
        • Gość: K.J. Dziękuję za "hit". IP: 144.138.225.* 10.05.03, 07:57
          W tak doborowym towarzystwie eurosceptyków.
      • Gość: tet Re: K.J. o niemieckich roszczeniach IP: *.p.lodz.pl 14.07.03, 10:57
        Skąd ta Eryka ma tyle sił ? Jak długo jeszcze ?
    • Gość: robi Centrum Adama Smitha o bezrobociu IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 09.05.03, 06:15
      To raport na zamówienie rządowe - twierdzą jego przeciwnicy

      Zaklinanie bezrobocia
      (INF. WŁ.) Ponad 3,3 mln Polaków nie ma pracy. To więcej niż wynosi liczba
      mieszkańców całej Małopolski. Czy jeżeli wejdziemy do Unii Europejskiej,
      bezrobocie spadnie? Zwolennicy Unii przekonują, że tak. Przeciwnicy Brukseli
      mówią, że będzie wręcz przeciwnie. Ekonomiści z Centrum im. Adama Smitha
      twierdzą natomiast, że sama integracja z Unią nie będzie miała żadnego wpływu
      na poziom bezrobocia.

      Jeżeli wejdziemy do Unii Europejskiej, to nastąpi szybszy spadek bezrobocia
      niż gdybyśmy pozostali poza Unią - uważają przedstawiciele Polskiej
      Konfederacji Pracodawców Prywatnych oraz Business Centre Club, a także autorzy
      raportu "Bilans korzyści i kosztów przystąpienia Polski do UE", który
      sporządzili ekonomiści z 12 ośrodków naukowych, m.in. z krakowskiej Akademii
      Ekonomicznej oraz Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Podają oni dokładne
      wyliczenia, z których wynika, że jeśli powiemy Unii "nie", to w 2014 roku
      bezrobocie będzie wynosiło
      16 - 17 proc., a jeżeli zostaniemy jej członkiem - sięgać będzie ono wówczas
      około 12 proc.

      - Takie wyliczenia nie mają najmniejszego sensu. Są one, najdelikatniej
      mówiąc - jak zresztą cały raport - niedorzeczne, śmieszne, pisane na zamówienie
      rządowe, a nie w oparciu o rzetelną wiedzę ekonomiczną - krytykuje raport i
      taki sposób myślenia dr Krzysztof Dzierżawski z Centrum im. Adama Smitha. -
      Przecież równie dobrze za 11 lat bezrobocie może sięgnąć 30 - 40 proc., jak też
      za dwa, trzy lata praktycznie może go nie być. Na początku lat 90. przybywało
      rocznie od 800 tysięcy do 1 miliona miejsc pracy. Od nas samych zależy, a nie
      od członkostwa w Unii, czy sytuacja ma szanse się powtórzyć. Wystarczy dać
      swobodę działania przedsiębiorczym ludziom, a to można zrobić przede wszystkim
      poprzez obniżenie kosztów pracy oraz podatków.
      (...)
      Autorzy raportu "Bilans korzyści i kosztów przystąpienia Polski do UE"
      twierdzą, że bezrobocie zmniejszy się - po przystąpieniu Polski do UE - również
      dlatego, że większa będzie wymiana handlowa z krajami wspólnoty, dzięki czemu
      potrzebne będą nowe miejsca pracy. - Po pierwsze - przedstawia swój pogląd na
      tę kwestię dr Dzierżawski - nie wiadomo, czy nasze towary za kilka lat wygrają
      konkurencję z produktami z innych państw członkowskich. Po drugie - faktem
      jest, że znosimy bariery handlowe z Unią, ale stawiamy je gdzie indziej, czego
      przykładem jest wprowadzenie wiz dla Rosjan, Białorusinów oraz Ukraińców i
      znaczne osłabienie wymiany handlowej z tymi krajami.


      Kto wyjedzie?
      Najbardziej jednak naszego rozmówcę z Centrum im. Adama Smitha szokuje
      stwierdzenie autorów raportu, iż bezrobocie w Polsce zmniejszy się również
      dlatego, że będziemy mieli do czynienia z emigracją zarobkową. - Przeraża mnie
      taki sposób rozumowania. Moim zdaniem, jest on niedopuszczalny. Trzeba robić
      wszystko, aby zatrzymać emigrację zarobkową. Kto będzie wyjeżdżał z kraju?
      Najlepsi i najbardziej wykształceni fachowcy, czyli osoby, które są w Polsce
      potrzebne.

      WŁODZIMIERZ KNAP


      • Gość: br Re: Centrum Adama Smitha o bezrobociu IP: *.acn.waw.pl 11.03.04, 17:32
        :)
    • Gość: bebokk Euroentuzjaści to SEKTA gorsza od JEHOWYCH IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 10.05.03, 00:31
      Autor: bebokk@NOSPAM.gazeta.pl
      Data: 09-05-2003 20:54 + odpowiedz na list

      Świadkowie Jehowy pojawiają sie raz na miesiąc ze swoimi broszurami i zawsze
      grzecznie im tłumaczę, że nie mam czasu, bo .......( np. jestem z córką w
      piaskownicy ).
      Grzecznie idą sobie precz.
      Natomiast euroentuzjaści pojawiają się nieproszeni o każdej porze.
      Włączę telewizor lub radio i ciągle słychać ten bełkot.
      Teraz to juz tylko wypada się śmiać i przestałem się denerwować na widok
      komunistów z PZPR, aktualnie SLD, agitujących za Unią równie prymitywnie jak za
      ZSRR.
      Kilku aktorów odkryło dopiero teraz i to na plakatach, że są Europejczykami, co
      dowodzi tylko tego, że aktorzy żyją w innym świecie
      i że nauka geografii jest im obca.
      Prezydent Polski mówi, że ma bardzo dobre stosunki z prezydentem Francji po
      tym, jak ten ostatni kazał mu siedzieć cicho.
      Mamy uwierzyc, że samo wstąpienie do Unii da nam :
      DOBROBYT, ochronę praw konsumentów, świetną opiekę lekarską, podróżowanie bez
      paszportów po całej Europie, studiowanie dla naszych dzieci w Oxfordzie i
      Cambridge, chłopów kupujących za unijne dopłąty najnowsze auta japońskie,
      a do tego biskupi będą po wejsciu do UE masowo nawracać tamtejszych bezbożników
      pod przewodem Pieronka i Życińskiego, itd....

      KU.WA MAĆ !!! TO WSZYSTKO JUŻ BYŁO !!!
      PODOBNIE PRYMITYWNA I DEBILNA PROPAGANDA JUŻ BYŁA !!!
      UPRAWIALI JĄ KOMUNIŚCI ZA CZASÓW STALINA OBIECUJĄC KOMUNISTYCZNY RAJ !!!"


      Ja tylko pozwole sobie zwrocic uwage Bebokk, ze to powinno sie porownac do
      akwizytorow AMWAYA.

      I tylko tyle. A link do tej Twojej wypowiedzi tu:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=522&w=5944033&a=5964552
    • robisc Aldona Kamela-Sowińska - o kosztach i szansach 11.05.03, 00:18
      Żeby skorzystać na wejściu do Unii Europejskiej, potrzeba nie reformy, ale
      rewolucji w finansach publicznych. I to już dziś.
      Szansa, ale niepewna

      W wejściu do Unii Europejskiej widzę szansę dla Polski i Polaków na historyczny
      awans cywilizacyjny, gospodarczy i kulturowy. Ale to tylko szansa - stan dany
      wszystkim. Obawiam się jednak, że możemy tę szansę stracić.

      Jednym z najpoważniejszych zagrożeń skorzystania na przystąpieniu do Unii
      Europejskiej jest stan zadłużenia państwa. Dzisiaj wynosi ono 385 mld zł, a na
      każdego z nas przypada ok. 9400 zł. Dług sam w sobie nie jest niczym złym: to
      źródło dodatkowych pieniędzy na wzrost i rozwój. Trzeba jedynie wiedzieć, kiedy
      i z czego zostanie spłacony. Tymczasem zadłużenie kraju jest niebezpiecznie
      blisko konstytucyjnego progu - 60 proc. PKB - którego nie może przekroczyć.
      Ministerstwo Finansów przewiduje, że w roku 2006 będzie ono wynosiło 59,9 proc.
      PKB. Różnica mieści się zatem w granicach błędu statystycznego.

      A do spłacenia "żywą gotówką" mamy dług wobec Klubu Paryskiego - do roku 2010
      razem 87 mld zł. Najgorsze są lata 2005 - 2007, gdy płatności wyniosą
      odpowiednio 12,4 mld, 14 mld i 15,2 mld zł. W tym samym czasie musimy zgodnie z
      traktatem podpisanym z UE ponieść nakłady na ochronę środowiska, wynoszące
      ponad 12 mld rocznie (a w szczytowym roku 2006 - 14 mld). Do tego dochodzi
      składka członkowska i inne wydatki, takie jak współfinansowanie funduszy
      strukturalnych czy przygotowanie projektów, opłacane bezpośrednio z budżetu:
      14,8 mld zł w 2005 i 17,5 mld w roku 2006. Razem są to wydatki gigantyczne, bo
      40 mld zł w 2005, 45 mld zł w 2006 i 50 mld w 2007 roku.

      Szpitale, ZUS, reprywatyzacja

      Czarnego obrazu dopełnia zadłużenie szpitali - około 8,5 mld zł. Wprawdzie nie
      jest to dług bezpośrednio obciążający budżet państwa, istnieje też pomysł
      emisji obligacji gwarantowanych przez skarb państwa celem oddłużenia szpitali,
      ale w ostatecznym rozrachunku i tak sprowadzi się to do obciążenia spłatą
      przyszłych pokoleń. Bo czy zadłużone szpitale, mając wielkiego gwaranta, jakim
      jest państwo, będą spłacać swoje długi? Podobna sytuacja jest z długiem państwa
      w stosunku do ZUS; dziś to już 9,5 mld zł. Pieniądze na jego spłatę miały
      pochodzić z prywatyzacji. Zostały zapisane w budżecie państwa jako jego
      przychód, który, jak planowano, miał być przeznaczony na wpłatę do ZUS.
      Pieniędzy z prywatyzacji jednak nie ma - jak więc i z czego spłacimy ten dług?
      Emisja obligacji gwarantowanych przez państwo oznaczałaby kolejne zadłużenie
      przyszłych pokoleń i obowiązek budżetu. Dług publiczny liczy bowiem się wraz z
      obciążającymi budżet gwarancjami i poręczeniami.

      Do UE przystępujemy, nie rozwiązawszy problemu reprywatyzacji (koszt 40 mld zł)
      i mając w perspektywie spłatę około 20 mld zł za samolot wielozadaniowy. A
      gdzie środki na dopłaty dla rolników, które będziemy finansować z krajowego
      budżetu?

      Unia to twardy partner, dotrzymuje słowa i temu da więcej, kto sam więcej
      wyłoży. A my dzisiaj nie mamy pieniędzy, które można by wyłożyć. Moglibyśmy
      zaciągnąć dług i spłacać go w późniejszych, lepszych latach - ale też nie
      możemy. Już w latach 2004 - 2005 dług publiczny sięgnie niemal konstytucyjnego
      pułapu 60 proc. PKB. Tę ostatnią szansę, jaką jest zaciągnięcie długu na
      pokrycie pierwszych wpłat do Unii Europejskiej, zaprzepaścił obecny rząd w roku
      2002, zwiększając dług publiczny o ponad 50 mld zł. Pieniądze poszły na bieżącą
      konsumpcję i w dużej mierze "skonsumowały" szansę, jaką stanowi Unia Europejska.

      Co trzeba zrobić

      Budżet na rok 2004 można jeszcze przygotować, wykorzystując wszelkie rezerwy.
      Następne lata to dramat dla budżetu, stracone szanse i pieniądze z Unii
      Europejskiej. Żeby tego uniknąć, potrzeba nie liftingu, nie reformy, ale
      rewolucji w finansach publicznych. I trzeba ją przeprowadzić już dziś, a nie w
      roku 2004 czy później. Niezbędne jest przy tym jednoczesne posłużenie się
      wieloma instrumentami. Trzeba zatem:

      - Rozpocząć negocjacje w sprawie rozłożenia spłaty długu Klubu Paryskiego na
      dłuższy okres. Już nawet nie marzę o zmniejszeniu tego długu, tylko
      o "spłaszczeniu" wypłat i przesunięciu ich na lata po roku 2005. Niekorzystne
      dla Polski rozłożenie w czasie terminów spłaty długu Klubu Paryskiego powoduje,
      że gospodarka jako całość, jako organizm ekonomiczny będzie płatnikiem netto do
      Unii Europejskiej.

      - Negocjować terminy uruchomienia nakładów na ochronę środowiska. 160 mld zł,
      jakie do 2015 roku Polska ma na ten cel wyłożyć, musi być przesunięte na lata
      2010 - 2015, kiedy będą odczuwalne skutki realizacji pierwszych programów
      strukturalnych, choćby w infrastrukturze. Również w tym przypadku nie myślę o
      zmniejszeniu tych kwot, ale o ich innym, korzystniejszym dla Polski rozkładzie
      na poszczególne lata.

      - Zmniejszyć obciążenia podatkowe dla firm do 20 proc.

      - Zwiększyć podstawę podatkową amortyzacji. W dobie najnowocześniejszej
      techniki i technologii amortyzowanie maszyn i urządzeń przez 7 lat ma tylko
      wymiar fiskalny.

      - Zwiększyć liczbę wydatków, jakie można do celów podatkowych zaliczać do
      kosztów uzyskania przychodów.

      - Zmniejszyć pomoc publiczną dla nierentownych państwowych firm. Nie może być
      tak, że z pieniędzy podatników utrzymywane są upadające kopalnie, huty i
      Polmosy. Tylko w roku 2001 dołożyliśmy do nich 10,8 mld zł.

      - Przywrócić normalną funkcję KRUS. Ma to być ubezpieczenie dla produkujących
      rolników, a nie dla wszystkich posiadających ziemię rolną. Dlaczego w KRUS
      ubezpieczeni są taksówkarze, lekarze, adwokaci i inne wolne zawod? Odpowiedź
      jest prosta - bo system prawny na to pozwala. Po co KRUS pięćdziesięcioosobowa
      rada nadzorcza?

      - Zmienić strukturę wydatków na pomoc społeczną, tak żeby przez pierwsze trzy
      lata po wejściu do Unii, kiedy podrożeje żywność i lekarstwa, najubożsi odczuli
      to w jak najmniejszym stopniu. Dzisiaj 20 proc. pomocy społecznej trafia do
      faktycznie potrzebujących, a 80 proc. do sprytnych, ponieważ przepisy to
      umożliwiają.

      Tych "trzeba" jest bardzo dużo: to cały program gospodarczo-społeczny, który
      bezwzględnie musi być zrealizowany, żeby nie zmarnować szansy, jaką daje Polsce
      członkostwo w Unii Europejskiej.

      Nieprzygotowana administracja

      Innym obszarem stwarzającym zagrożenie, iż wejście do Unii Europejskiej nie
      zostanie przez Polskę wykorzystane, jest zupełnie nieprzygotowanie struktury
      rządowej do opracowania projektów współfinansowanych przez Unię. Tylko ten, kto
      nigdy nie spotkał się z procedurą pozyskiwania środków pomocowych, ma jasność
      sądu niezmąconą znajomością rzeczy. Inni są poważnie zatroskani.

      Każdy projekt to od kilkudziesięciu do kilkuset stron wniosku po angielsku.
      Wniosek jest wysoce sformalizowany, często wymagane są w nim dane, których się
      nie rejestruje, np. w systemie księgowości budżetowej w samorządach. Te
      ostatnie zgodnie z własnymi siłami, możliwościami i rozeznaniem szykują się do
      wchłonięcia środków unijnych. To bardzo dobre. Ale gdzie jest Krajowe Biuro
      Unii, gdzie jest 700 przeszkolonych przez rząd urzędników, którzy w każdym
      powiecie będą na co dzień przygotowywali wnioski, podpowiadali pomysły,
      podawali wzorce i poprawiali angielski? I gdzie jest szef Krajowego Biura Unii,
      który "głową", do trzeciego pokolenia, będzie odpowiadał za to, żeby projekty
      finansowane przez Unię Europejską jakościowo i ilościowo odpowiadały standardom?

      W Polsce jest wiele młodych dobrze wykształconych ludzi po studiach
      europejskich czy podobnych, znających angielski - i pracujących jako
      sekretarki. Mieszkają w całym kraju i jako urzędnicy państwowi w ramach jednej
      struktury mogą pracować w powiecie, u marszałka województwa czy prezydenta
      miasta. I nie trzeba nowych etatów: wystarczy je przesunąć z ministerstw i
      urzędów centralnych (chodzi o etaty, nie ludzi). Z Ministerstwa Skarbu Państwa,
      które dziś nic nie prywatyzuje, bez
      • robisc Re: Aldona Kamela-Sowińska - dokończenie 11.05.03, 00:21
        Z Ministerstwa Skarbu Państwa, które dziś nic nie prywatyzuje, bez szkody można
        przesunąć sto etatów.

        Jeżeli tego wszystkiego nie zrobimy, podzielimy los Grecji, której w pierwszym
        roku członkostwa w Unii nie zaakceptowano ani jednego wniosku o środki pomocowe.

        Bezrobocie - największy problem

        I jest też inny wielki problem - bezrobocie. Nie łączy się ono bezpośrednio z
        wejściem do Unii Europejskiej, ale stawia nas wobec innych krajów kandydackich
        na dużo gorszej pozycji. Stopa bezrobocia w krajach UE to średnio 5 - 7 proc.,
        w krajach kandydackich ok. 8 proc., a u nas 20 proc. i nic nie wskazuje, że
        szybko będzie mniejsze. Wejście do Unii też tego nie zmieni, przynajmniej nie
        stanie się to prędko.

        Z bezrobociem musimy sobie zatem poradzić sami. Nowe miejsca pracy nie powstaną
        w wielkich firmach państwowych, wymagających głębokiej przebudowy i
        modernizacji; tam ciągle będą zwolnienia. Nie powstaną także w gałęziach
        dotkniętych kryzysem globalnym i dziś zadłużonych ani w rolnictwie. Mogą
        powstać tylko w małych i średnich firmach.

        Określenie "przedsiębiorstwa małe i średnie" nie oznacza, że są to dla
        gospodarki podmioty mniej ważne od np. przemysłowych gigantów. Dobrze
        skonstruowaną gospodarkę można przedstawić w kształcie piramidy: na jej
        szczycie są przedsiębiorstwa duże, o wielkim potencjale sprawczym, finansowym i
        intelektualnym. Są one w stanie wypromować nowe techniki i technologie,
        prowadzić skomplikowaną organizację gospodarczą, nowoczesny marketing, krótko
        mówiąc - mogą się włączyć w globalną konkurencję. W Polsce na pewno nie są nimi
        państwowe molochy.

        W środku piramidy znajdują się przedsiębiorstwa średnie, które wprawdzie nie
        należą do czołówki, wynajdującej np. nowe technologie, ale są w stanie te
        technologie, systemy organizacji itp. zaadaptować dla własnych potrzeb lub
        kooperować z największymi firmami. Natomiast na dole tej konstrukcji jest
        ogromna liczba małych i średnich przedsiębiorstw, które wchłaniają lokalne
        zasoby siły roboczej, pojawiającej się w nadmiarze np. na skutek
        restrukturyzacji wielkich przedsiębiorstw państwowych i wprowadzania w nich
        nowych technologii, wymagających mniejszego zatrudnienia. Te małe firmy
        korzystają z lokalnych zasobów surowcowych i produkcyjnych, a będąc najbliżej
        klienta i najlepiej go znając, z powodzeniem obsługują rynki lokalne. Tak
        dzieje się także w krajach wysoko rozwiniętych.

        Stawiać na małe firmy

        Chcąc zatem, żeby cała gospodarka funkcjonowała należycie, nie można skupiać
        się tylko na potentatach, ale trzeba wyjątkowo dbać o małe i średnie firmy.

        W Polsce jest 3,2 mln małych i średnich firm, które zatrudniają do 10 osób.
        Takich, które dobrze funkcjonują, jest 1,7 mln. Jednocześnie mamy w Polsce
        ponad 3,2 mln bezrobotnych. Teoretycznie, gdyby każda dobra firma zatrudniła
        jednego bezrobotnego, to zniknęłaby połowa bezrobocia.

        Trzeba więc stworzyć warunki, żeby tak się stało. Trzeba uprościć przepisy, bo
        skomplikowany, rozbudowany system prawny stanowi dla przedsiębiorców zmorę
        większą niż wysokie podatki. Tylko w dziedzinie podatków, opłat i ceł
        funkcjonuje 55 ustaw i trudna do policzenia ilość rozporządzeń. Jak ma się w
        tej materii rozeznać średniej klasy przedsiębiorca, który musi przecież zadbać
        o produkcję, rynek, pracowników, pieniądze i kredyty? Z kredytami jest zresztą
        najgorzej. Rząd przez politykę emisji obligacji i bonów skarbowych zabija małą
        i średnią przedsiębiorczość, a tym samym miejsca pracy. Mała firma nie jest
        bowiem konkurencyjna w banku, który może pożyczyć pieniądze rządowi na pewny,
        niedotknięty ryzykiem procent. A trudno winić banki, że ze swojego punktu
        widzenia działają racjonalnie.

        Tylko jasny program wspierania małych i średnich krajowych firm pozwoli
        zredukować bezrobocie i wyrównać nasze szanse startu w Unii Europejskiej.

        Unia Europejska nie jest lekiem na całe zło w naszej gospodarce, nie jest złotą
        rybką i nie da nam niczego, na co sami nie zapracujemy. Żeby wziąć, trzeba dać,
        żeby dać, trzeba mieć, żeby mieć, trzeba posprzątać we własnym domu. Czy w
        Unii, czy poza Unią musimy to zrobić sami.

        ALDONA KAMELA-SOWIŃSKA
        --------------------------------------------------------------------------------
        Autorka jest ekonomistką, w rządzie Jerzego Buzka była wiceministrem, a potem
        ministrem skarbu państwa


        www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030510/publicystyka/publicystyka_a_1.html

    • robisc Carl Beddermann - Brukselski dom wariatów 11.05.03, 20:37
      Brukselski dom wariatów

      (Wystąpienie Carla Beddermanna wygłoszone w dniu 5 maja 2003 roku podczas
      spotkania z mieszkańcami Piotrkowa Trybunalskiego)

      Dla mnie bardzo ważne jest, że ludzie przychodzą na spotkania, by posłuchać co
      mam im do powiedzenia. U nas, w Niemczech gazety już piszą o tym, co ja tu
      robię. Najpierw próbowali eliminować mnie po cichu, ale teraz jest już za
      późno.

      Gdy w Dolnej Saksonii rządziła lewica tamtejszy rząd wszczął wobec mnie sprawę
      dyscyplinarną. Obecnie lokalna władza się tam zmieniła i teraz rządzi prawica.
      To co robię w Polsce nie zachwyca ich, niemniej zawieszona została sprawa
      dyscyplinarna.





      O Niemcach...
      Wszyscy Niemcy są prounijni, gdyż mają z Unii Europejskiej najwięcej korzyści.
      Jednak przeciętny Niemiec nie wie wcale, co dzieje się w Polsce. Ludzie myślą,
      że Polacy są mądrzy i że wiedzą, dlaczego chcą być członkami Unii. Taka jest u
      nas w Niemczech sytuacja. Ale jak wygląda to oszustwo, polegające na tym, że
      najpierw obiecali Wam 10 miliardów euro rocznie, po czym suma ta znacznie się
      zredukowała, tak że wejście do Unii musicie teraz sami sobie sfinansować - to
      tego nikt już u nas nie wie. O tym wiedzą jedynie stratedzy z Brukseli. Mój
      były szef, a obecny kanclerz Niemiec, Schroeder, w czasie gdy był premierem w
      Dolnej Saksonii twierdził wyraźnie, że Unia to instrument poprawy niemieckiego
      eksportu.

      W Niemczech, podobnie jak w Polsce, cały czas trąbią o tym, że jest wielka i
      wspaniała idea zjednoczenia Europy. Jest tylko drobna różnica: dla nas, dla
      Niemców ta Unia jest korzystna, dla Was natomiast - stanowi śmiertelne
      zagrożenie.


      O wampirze, który potrzebuje świeżej krwi...
      Żałuję, że nie ma na tej sali jest - jak sądzę - zbyt wielu euroentuzjastów. Bo
      najbardziej śmieszy mnie, gdy polski euroentuzjasta próbuje tłumaczyć mi jak
      funkcjonuje Unia Europejska. Ja, który byłem niemieckim urzędnikiem przez 25
      lat wiem to bardzo dobrze, znam te wszystkie plany i strategie. Uważam, że
      każdy Polak powinien wiedzieć, jak ta Unia dzisiaj wygląda.

      Unia miała szansę stać się czymś w rodzaju Stanów Zjednoczonych w Europie, ale
      jakieś 50 lat temu. Teraz Unia jest jak kukła. Nowi kandydaci mają być czymś w
      rodzaju świeżej krwi, której ten stary wampir potrzebuje, by jeszcze kilka lat
      pożyć.

      Unia Europejska "Piętnastki" nie jest żadnym wysokim ideałem, braterskim
      związkiem krajów europejskich, jak to zwykła sama o sobie mówić i jak jest
      przedstawiana przez polski rząd. Przypomina ona raczej przymusowy cech
      kupiecki, w którym każdy próbuje zapewnić sobie korzyści kosztem innych. Nie
      minęły jeszcze 3 lata, jak całe kierownictwo Unii musiało ustąpić z powodu
      dowiedzionej mu korupcji. Jeżeli czasami słyszę, że Unia pomoże wyeliminować
      korupcję w Polsce to jest to tak, jakby wampirowi Drakuli dać na przechowanie
      krew. Tak to wygląda... Dziwi mnie to, jak wolno docierają do świadomości
      Polaków reguły funkcjonowania Unii, choć mogłoby się wydawać, że jakieś
      doświadczenia Polacy powinni już mieć.

      Zaczęło się od tego, że warunkiem zawarcia umowy o zamiarze przyłączenia się do
      Unii stało się zniesienie przez Polskę większości dawnych ceł, wprowadzonych
      jako obrona przeciwko dumpingowemu importowi. Zbyt pospieszna prywatyzacja
      zakładów państwowych i wolny dopływ kapitału zagranicznego doprowadziły już
      teraz do nieprawdopodobnego, szkodzącego interesom kraju stanu. Kiedy
      przyjechałem do Polski przed dwoma laty, nie przyszło mi nawet przez myśl, by
      opowiadać się przeciwko przystąpieniu Polski do UE. W międzyczasie musiałem
      jednak zmienić swoje poglądy. Nie doceniłem rozmiaru podłości i tego, że
      jesteście oszukiwani przez Zachód i jego egoistyczne plany.

      Jak już wcześniej wspomniałem, miałem wrażenie, że Polacy wiedzą dlaczego chcą
      być członkiem Unii. Pierwsze otrzeźwienie przyszło jednak w Brukseli i w
      Berlinie, gdzie zostałem skierowany na szkolenie. Muszę tu wspomnieć, że
      wdrażanie standardów unijnych w dziedzinie ochrony środowiska kosztuje np. w
      Turyngii 200 miliardów euro. Jest to niewyobrażalna kwota. Zapytaliśmy tam w
      Brukseli, jak ta biedna Polska ma to finansować jeżeli Unia da jej tylko
      grosik. Odpowiedź brzmiała: "Nie chodzi wcale o to. Inwestorzy, którzy mieliby
      zamiar inwestować w Polsce muszą tam spotkać takie same warunki konkurencji jak
      u nas. Nie chodzi o to, by Polska miała czystą wodę, czy czyste powietrze, ale
      o to, by warunki konkurencji były takie same. To jest najważniejsze". To była
      dla mnie pierwsza niespodzianka. Później powiedziałem im, że pieniądze, które
      zarabiają unijni eksperci i urzędnicy, lepiej byłoby przeznaczyć na inwestycje.
      Po tym stwierdzeniu francuski ambasador unijny w Polsce, który koordynował
      różne projekty ekologiczne zdecydował, że trzeba mnie wyrzucić, gdyż
      wyidealizowany obraz Unii nie toleruje takich wizji jakie ja przedstawiam. Dziś
      mogę temu panu podziękować, to była dobra decyzja, gdyż teraz mogę odważnie i
      swobodnie mówić o tym wszystkim, jak to naprawdę funkcjonuje.


      O złej Unii brukselskiej...
      Aby zrozumieć obecną sytuację Polski w związku z planowanym wstąpieniem do Unii
      należy rozróżnić dwie sprawy. Po pierwsze - europejską ideę zbliżania się
      narodów europejskich i po drugie - Unię brukselską. Ta pierwsza idea jest
      dobra, druga natomiast nie. Jest ona nie tylko niedobra, ale wręcz szkodliwa,
      zagraża egzystencji narodów, a szczególnie Polski. Jako instrument globalizacji
      prowadzi ona do zapędzenia Polski i innych krajów kandydackich w kolonialną
      zależność od Zachodu. Unia jest perfidna ponieważ sprytnie wykorzystuje
      łatwowierność i prostoduszność Wschodu, a swój kolonialny cel tuszuje wspólną
      ideą wielkiego domu europejskiego. Aby to wszystko zrozumieć trzeba przyjrzeć
      się krótko historii UE. Gdy w 1951 roku zawierano traktat o Europejskiej
      Wspólnocie Węgla i Stali, a w 1957 traktat o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty
      Gospodarczej rodziło się to jeszcze pod wpływem szoku wywołanego katastrofą II
      wojny światowej. Przyświecało temu to, by stworzyć coś lepszego niż Liga
      Narodów po I wojnie. Kołami napędowymi tych układów była Francja i Niemcy.
      Francja zamierzała w ten sposób zapewnić sobie dostęp do niemieckiego
      potencjału przemysłowego, Niemcy obciążone mroczną przeszłością, chciały
      odzyskać dostęp do światowych salonów. Znaczną rolę odgrywało zagrożenie ze
      strony Rosji Sowieckiej. Obok wspólnego wysiłku obronnego w ramach NATO, dzięki
      EWG miała zostać wzmocniona siła gospodarcza Europy. Początkowo wspólnota
      koncentrowała się tylko na dwóch sprawach: na wspólnej polityce rolnej i na
      redukcji ceł wewnętrznych i innych przeszkód handlowych. Nic więcej. Nikt
      wówczas nie mówił, że Europa to będzie "wspólny dom", "jedna rodzina" itp.
      Ówczesny układ był rozsądny i wszystkim gwarantował korzyści.


      O polityce rolnej Unii i pośle Kalinowskim...
      W pierwszym zakresie tzn. w polityce rolnej nic się właściwie do dzisiaj nie
      zmieniło. Również po trzech dużych rozszerzeniach Unii płynie do rolnictwa, co
      prawda już nie 80 czy 70 procent wszystkich środków unijnych, ale, było nie
      było, połowa. Jak dawniej, ta sama gra, na początku której pompuje się miliardy
      w nadprodukcję żywności, aby następnie z miliardowym dofinansowaniem po
      dumpingowych cenach pozbyć się jej na rynku światowym. Następnie wydaje się
      kolejne miliardy w celu usunięcia powstałej nadprodukcji. Korzyści z tego
      systemu, dla którego w międzyczasie na Zachodzie zadomowiło się
      określenie "brukselski rolniczy dom wariatów", czerpią nieliczne wielkie
      zakłady przemysłowe produkcji rolnej i powiązany z nimi biznes rolniczy.

      Ten "brukselski rolniczy dom wariatów" jest teraz pod silnym obstrzałem opinii
      publicznej, która domaga się jego reformy. Podczas gdy, w związku z coraz to
      nowymi skandalami związanymi z produkcją żywności, ludzie na Zachodzie
      zaczynają się budzić, w Polsce chce się ten chory syste
      • robisc Brukselski dom wariatów- dokończenie 11.05.03, 20:39
        Ten "brukselski rolniczy dom wariatów" jest teraz pod silnym obstrzałem opinii
        publicznej, która domaga się jego reformy. Podczas gdy, w związku z coraz to
        nowymi skandalami związanymi z produkcją żywności, ludzie na Zachodzie
        zaczynają się budzić, w Polsce chce się ten chory system wprowadzać.

        Miałem okazję rozmawiać o tych tematach z byłym ministrem rolnictwa p.
        Jarosławem Kalinowskim. Niedawno, gdy premier Miller wyrzucił go z koalicji
        pytałem go dlaczego nie postępuje tak jak ja: najpierw byłem Szawłem a teraz
        stałem się Pawłem. Mówiłem do niego: "Pan to wszystko wie, jak to funkcjonuje,
        jak dają obietnice, a później robią odwrotnie". On odpowiedział, że to on
        negocjował warunki, że ludzie mu wierzą, więc nie może zrobić teraz skrętu o
        180 stopni. Ja jednak miałem wrażenie, że Kalinowski jest w wielkim strachu.
        Powiedziałem mu wówczas: "Pan mógł być bohaterem narodowym". Potem uświadomiłem
        sobie, że dalsza rozmowa z nim nie ma sensu. Jakiś czas potem był on u
        prezydenta i po tej wizycie ogłosił, że PSL też jest prounijny. Mam wrażenie,
        że Kalinowski nie jest swobodny, choć - mam nadzieję - zmieni jeszcze
        zapatrywania.


        O unijnych standardach ...
        W czasie, gdy w polityce rolnej nie zmieniło się nic, w drugim zakresie
        działalności Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, czyli w zakresie redukcji
        przeszkód w handlu, zmieniło się wszystko. Światowy rozwój gospodarczy pod
        wpływem Stanów Zjednoczonych wyprzedził ten cel unijny. Wolny handel światowy,
        wymiana towarów i usług stały się w tak dużym stopniu zliberalizowane, że
        wysiłki Unii w latach 60-tych, 70-tych i jeszcze w 80-tych straciły na
        ważności. Jak zareagowała na to Unia? Dokładnie tak jak można było oczekiwać po
        tak gigantycznym, biurokratycznym stworze, tak jak reagowałyby wszystkie
        wielkie biurokracje, gdy obsuwa im się grunt pod nogami... Wymyślono nowe cele
        i zadania, dzięki którym wciąż można dalej działać w tym samym stylu, jak do
        tej pory. Tym nowym celem stało się stworzenie wspólnych standardów dla całej
        Europy.

        Dosłownie we wszystkich dziedzinach próbuje stworzyć się jednolitość. Wszystko
        jedno czy chodzi tu o gospodarkę, finanse, technikę, naukę, kulturę, sprawy
        socjalne, bezpieczeństwo wewnętrzne czy zewnętrzne - komisja w Brukseli
        wszędzie macza palce. Wygląda to następująco: najpierw w uroczystym i nadętym
        tonie ogłasza się dlaczego zdecydowano się w jakiejś nowej dziedzinie stworzyć
        ogólnoeuropejskie reguły. Twierdzi się, że dotychczas istniejące były nie
        wystarczające, gdyż były stare lub niejednolite. Za każdym razem, obojętne czy
        chodzi tu o krzywiznę ogórków, krzywiznę rur wydechowych w pojazdach
        mechanicznych, występuje ta sama nadętość, te same wielkie i doniosłe słowa o
        Europie, dla pozycji której ważne jest - jak się twierdzi - ujednolicenie
        wszelkich standardów. Następnie wnika się w szczegóły. Tysiące za tysiącami
        nowych przepisów i nowych reguł sypią się rok rocznie na administracje i
        ludność "Piętnastki" w sposób groteskowy i bezsensowny. A wszystko to w
        imię "wielkiej, jednolitej Europy".


        O kupowaniu polityków i "pośle Apokalipsy" ...
        Dlaczego my, na Zachodzie pozwalamy sobie na te wszystkie bzdury? Są tego dwa
        powody. Po pierwsze - ogólny letarg i brak zainteresowania sprawami Europy.
        Można to porównać z sytuacją w Polsce przed dwudziestu laty, gdy mówiono o
        wspaniałym związku narodów bloku socjalistycznego, a ludzie puszczali to mimo
        uszu. Przypomnę: nikt nie słucha tej brukselskiej propagandy, ludzie zajęci są
        czymś innym, także z powodu kryzysu gospodarczego na Zachodzie.

        Drugi powód akceptacji Unii na Zachodzie jest bardziej istotny. Otóż system
        brukselski kupuje sobie sprzymierzeńców wśród zachodnich polityków tak samo,
        jak teraz w Polsce wśród polityków polskich. Chodzi tu głównie o wysokie
        stanowiska w komisji brukselskiej. Będą one obsadzane przez wysłużonych
        polityków z zasobów krajowych. Przykładem są chociażby Guenter Verheigen i
        Frantz Fischler. Obaj są wysłużonymi politykami, którzy teraz, opłacani
        znacznie wyżej niż dotąd, kontynuują swoje kariery w Brukseli.

        Weźmy np. Verheigena, który wygląda jak "poseł Apokalipsy". On był kiedyś
        posłem niemieckiej partii liberalnej FDP. Jak władze tej partii nie pozwoliły
        mu zostać komisarzem w Brukseli wówczas zmienił ugrupowanie i teraz należy do
        lewicy. To oni przysłali go do Brukseli, gdzie teraz sobie siedzi zgrywając
        dobrego wujka. Jeszcze rok temu w "Süeddeutsche Zeitung" Verheigen mówił, że
        pieniądze, które Niemcy muszą płacić w kontekście rozszerzenia Unii zwrócą się
        dzięki zwiększonemu eksportowi. Dodał, że taniej nie można by uzyskać spokoju
        na niemieckiej granicy wschodniej. Tak właśnie mówił jeszcze niedawno sądząc
        zapewne, że nikt tego nie przeczyta.

        Teraz z Brukseli bardzo ostrożnie obserwuje on sytuację w Polsce, gdyż zdaje
        sobie sprawę z tego, że proporcje poparcia dla UE rozkładają się mniej więcej
        po połowie. Podkreśla nawet, że Polska, jak najbardziej krnąbrne dziecko, leży
        mu szczególnie na sercu. Nie dziwię się - jeżeli referendum będzie "na nie",
        Verheigen może szybko stracić posadę.


        O Kościele ...
        Dziwię się, jak Polacy łatwo dają się nabrać na tę prymitywną propagandę z
        Brukseli.

        Przykro mi, że w tej sprawie milczy polski Kościół. Jakiś czas temu wysłałem
        długi list do Prymasa Glempa. Do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi. W jego
        kancelarii ciągle odpowiadają mi, że codziennie przychodzi wiele podobnych
        listów. Przedwczoraj byłem na Wawelu. 3 maja słyszałem tam księdza Pieronka.
        Akurat jego. Mówił w tym stylu: "Ojciec Święty powiedział na Krakowie, że
        Polska musi znaleźć odpowiednie miejsce w strukturach europejskich". Owszem, ma
        rację, jednak Ojciec Święty nigdy nie powiedział, że tym "odpowiednim miejscem"
        ma być akurat brukselska Unia Europejska, ta kukła. Zawsze więc przekręcają
        słowa. Z kolei rano w radio słyszałem, jak premier Miller mówił mniej więcej
        tak: dziękujemy biskupom za ich stanowisko; co prawda nie jest ono ani na tak,
        ani na nie, jednak pamiętajmy, że prymas Glemp jest za Unią, a także sam
        papież.

        Myślę, że jest najwyższy czas na to, by Watykan, Ojciec Święty wyraźnie
        stwierdził co myśli o Unii. Może nie konkretnie, by głosować na "tak", czy
        na "nie", ale np. żeby wyjaśnić, że miejsce Polski w strukturach wspólnoty
        europejskiej to kwestia przyszłości, i że nie należy tego rozumieć tak, jak to
        przedstawił biskup Pieronek.


        O naiwnych Polakach ...
        Biedni Polacy, szkoda mi Was. Byliście już wiele razy uciskani i wyzyskiwani
        przez obce wojska, ale nigdy dotąd nie musieliście, tak jak dziś, jeszcze do
        tego śpiewać, tańczyć i podskakiwać z radości, dawać się okłamywać przez
        własnych rodaków twierdzących, że ten oto wyzysk nie jest żadnym wyzyskiem, ale
        pierwszym krokiem do raju. To Wy pierwsi zdołaliście rozpoznać i zniszczyć
        solidarnie wielki komunistyczny szwindel rodem z Kremla. Czy rzeczywiście nie
        potraficie dostrzec podobieństwa pomiędzy ówczesnymi kłamstwami, a tymi
        dzisiejszymi, czynionymi przez przebranych w unijne szaty postkomunistów? Czy
        naprawdę wystarczy tylko trąbić głośno i wystarczająco długo tę prymitywną,
        prounijną demagogię żebyście zaślepieni i naiwni uwierzyli tym samym ludziom,
        którzy wtedy daremnie próbowali zachwycić Was Moskwą i RWPG, a dzisiaj pieją z
        zachwytu nad Brukselą i Unią Europejską? W tym ostatnim momencie próbuję
        otworzyć Wam oczy na to, co Was w tej Unii czeka. W tej Unii, która przez cały
        czas trwania procesu akcesyjnego oszukiwała Was i wodziła za nos.


        O współpracy Polski ze Stanami Zjednoczonymi ...
        Ciągnąć tę amerykańską kartę to nie jest zły pomysł. Macie w USA 10 milionów
        rodaków. Polonia jest silna, ma wpływy, stosunki są dobre. Dlatego myślę, że
        nie jest źle. W Berlinie czy w Brukseli trąbią teraz, że Polacy są
        nieobliczalni, że to Unia jest racją stanu, a nie Irak. Inni znów twierdzą, że
        t
    • Gość: RdM Ryszard Bugaj IP: *.dial.proxad.net 13.05.03, 07:26
      Nowy program

      System demokratyczny powinien być tak przemodelowany, by jego najważniejszą
      funkcją nie była ochrona praw jednostek (choć nie można z tego zrezygnować),
      ale zbiorowe rozstrzyganie przez społeczeństwo o polityce państwa - także o
      polityce gospodarczej. To zakłada istnienie realnej alternatywy programowej,
      uproszczenie systemu politycznego (np. przez likwidację zupełnie
      niepotrzebnych, ale kosztownych powiatów) i rygorystyczne odseparowanie świata
      polityki od świata biznesu.

      Nieliberalna alternatywa to z pewnością uznanie, że istnieje granica autonomii
      rynku i potrzebne jest aktywne oddziaływanie państwa na gospodarkę, a także
      utrzymanie zmodernizowanego systemu zabezpieczenia społecznego i
      odpowiedzialności państwa za losy "ludzi przegranych".

      Nieliberalna alternatywa to też obrona pozycji i roli narodowego (ale nie
      etnicznego), suwerennego państwa.

      Z tej perspektywy niewstąpienie Polski do Unii nie jawi się jako katastrofa,
      tylko konieczność (ale i możliwość) prowadzenia samodzielnej polityki. W
      przypadku zaś wstąpienia do Unii, twardy sprzeciw wobec federacyjnych tendencji
      istniejących wewnątrz Unii.

      Program nieliberalny to także surowy, sprawny (i odporny na korupcję) system
      wymiaru sprawiedliwości, otoczenie przez państwo szczególną opieką rodziny i
      uznanie - piszę o tym bez entuzjazmu - znacznej roli Kościoła w życiu
      publicznym.

      Program nieliberalny nie oznacza programu antyliberalnego, autorytarnego (czy
      choćby "totalnie demokratycznego"). Nie zakłada też lekceważenia realiów. Nie
      może być wolny od kompromisów, a w szczególności nie powinien przekreślać
      możliwości obecności Polski w UE, co nie powinno oznaczać pasywnego
      dostosowania.

      Kto go zrealizuje

      Między głównym nurtem polityki państwa z ostatnich lat a pomysłami Leppera
      istnieje przestrzeń dla odpowiedzialnej polityki alternatywnej. Wydaje się też,
      że dość powszechne jest społeczne oczekiwanie, iż alternatywa taka się
      wykrystalizuje.

      Sądziłem niegdyś, że PSL może stać się zaczątkiem krystalizacji nieliberalnej
      alternatywy. Niestety, partia Jarosława Kalinowskiego pozostaje w rolniczym
      zaścianku i dotknięta jest ciężką chorobą pazerności. Po kompromitacji, do
      jakiej Marian Krzaklewski przywiódł związek zawodowy "Solidarność", nie bardzo
      istnieje też niepartyjny podmiot zdolny do inicjatywy. Właściwie tylko PiS
      prezentuje dość często stanowisko, które można interpretować jako bliskie
      nieliberalnej tradycji pierwszej "Solidarności". Jednak dotychczas partia ta
      nie zarysowała względnie kompletnego, programu. Zresztą, jest raczej
      nieprawdopodobne, by potencjał poparcia możliwy do osiągnięcia przez PiS
      stwarzał szanse na pokonanie w wyborach nawet osłabionego SLD.

      Trzeba przecież pamiętać, że żelazny elektorat SLD (głosujący wg klucza
      biograficznego) to nie mniej niż 2-3 mln zdyscyplinowanych wyborców. Przy
      niskiej frekwencji to pozwala na uzyskanie 25 - 30 procent miejsc w Sejmie. A
      przecież SLD jest gotów do koalicji właściwie z każdym - od PO, przez PSL, do
      Samoobrony. Potencjalnie możliwa, choć mało prawdopodobna koalicja PiS i PO nie
      mogłaby być ani spójna, ani stabilna.

      Małe szanse, wielkie potrzeby

      Wnioski nasuwają się pesymistyczne: warunkiem oczekiwanej korekty polityki
      państwa, a także "naprawy państwa" zdaje się być zasadnicza przebudowa sceny
      politycznej. Nadanie jej realnie pluralistycznego charakteru wymaga poważnego
      wzmocnienia skrzydła nieliberalnego i zarazem niepopulistycznego. Niestety,
      obecnie nie może się to dokonać inaczej niż przez utrwalenie historycznego
      podziału. Konsolidacja "ponad podziałami" dokonać się może tylko w szeroko
      rozumianym obozie liberalnym.

      Po drugiej stronie jedyna szansa związana jest z powrotem do publicznej
      aktywności potencjalnie licznej grupy tych, którzy w przeszłości
      bezinteresownie angażowali się w ruch "Solidarności", a wkrótce po
      ustanowieniu "naszego rządu" odeszli zniechęceni (nieraz skrzywdzeni) w sferę
      prywatności.

      Na nowe inicjatywy jest bardzo mało czasu. Ale na pewno celowe byłoby podjęcie
      próby utworzenia bloku odpowiedzialnych, umiarkowanych grup nieliberalnych.
      Bloku zróżnicowanego wewnętrznie, ale złączonego wolą wspólnego działania w
      najważniejszych i konkretnie sprecyzowanych kwestiach. Tylko wtedy możliwe jest
      odsunięcie SLD i zatrzymanie populistów z Samoobrony i LPR. Szansa jest
      niewielka. Potrzeba ogromna.

      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030513/publicystyka/publicystyka_a_1.html

      • Gość: krzyszyofsf up IP: 213.155.166.* 13.05.03, 23:05
    • Gość: Michał Kwestia zwrotu majątków niemieckich IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 14.05.03, 06:57
      Kwestia zwrotu majątków niemieckich
      Autor: bebokk@NOSPAM.gazeta.pl
      Data: 04-05-2003 10:54 + odpowiedz na list

      + odpowiedz cytując


      --------------------------------------------------------------------------------
      Wszystkim zwracam uwagę na jeden szczegół :
      zdaniem Niemców, obywateli i włądz,
      sprawa niemieckiej włąsności na Ziemiach Odzyskanych nie jest rozwiązana :
      według orzeczenia Sądu Najwyższego RFN (!) sprawa roszczeń majątkowych jest
      otwarta i nie ma zwiżaku z ustaleniem granicy polsko-niemieckiej.

      "Grundsätzlich muß auch Polen bei der Aufnahme in die Europäische Union die
      sogenannten vier Freiheiten (freie Bewegung von Personen, Gütern,
      Dienstleistungen und Kapital) gewährleisten. Dies schließt auch
      Niederlassungsfreiheit und die Möglichkeit, Grundbesitz zu erwerben, mit ein.
      das Recht auf Heimat geht weit über die gemeinschaftsrechtlichen Garantien
      hinaus."
      Powyżej napisano wyraźnie, ze po przyjęciu do Unii MUSI Polska umożliwić
      DZIEDZICZENIE MAJĄTKÓW i prawo wypędzonych do ziem ojczystych ( Heimat ).
      Całość :
      www.stadt-werther.de/home/soziales/vereinsseiten/vertriebene.htm


      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=522&w=5875789
    • Gość: , Zapowiedź Eneko Landaburu komentują: IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 14.05.03, 08:29
      Halina Nowina Konopczyna, Koło Poselskie Porozumienia Polskiego
      Gdyby Unia wprowadziła klauzulę ochronną w dziedzinie Wspólna Polityka Rolna,
      polskie mleczarnie czy masarnie musiałyby na stałe wypaść z gry na rynku
      unijnym. A jak taka decyzja będzie skutkować w kwestii zobowiązań finansowych
      Unii Europejskiej wobec Polski? Co z dopłatami dla rolników? To wszystko
      zostanie wówczas zakwestionowane. W konsekwencji skutkowałoby całkowitym
      rozłożeniem polskiego rolnictwa. W tym kontekście wcale się nie dziwię, że Unia
      Europejska nie chce tego nagłaśniać. Prowadzi to jednak ewidentnie do sytuacji,
      gdy polski rynek po wejściu do UE zostanie zalany ich tańszymi towarami
      spożywczymi, a my nie będziemy mogli nic sprzedać.

      Piotr Krutul, Klub Parlamentarny Ligi Polskich Rodzin
      Klauzule ochronne są częścią traktatu akcesyjnego i taka groźba rzeczywiście
      istnieje. Tym bardziej że istnieje już raport unijnych lekarzy weterynarii,
      zalecający utrzymanie po rozszerzeniu UE granicy polsko-niemieckiej, przez
      którą towary byłyby przysyłane tylko w jedną, naszą stronę. To jeszcze jeden
      dowód na to, że do końca nie znamy zapisów traktatu - niespełnienie jednego
      warunku może umożliwić Komisji Europejskiej zalanie naszego rynku unijnymi
      produktami rolnymi i zablokowanie importu naszych produktów. A fakt, że
      Landaburu nie chce mówić głośno o tym, jak duże jest ryzyko, że Polska nie
      wejdzie do Wspólnej Polityki Rolnej, to zagranie nie fair. not. MW



      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20030514&id=po02.txt
      • Gość: , rolnicy mogą zostać wyłączeni z programu dopłat IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 14.05.03, 08:31
        Polscy rolnicy mogą zostać wyłączeni z programu dopłat bezpośrednich
        Komisja Europejska grozi Polsce


        Jeśli polskie zakłady przetwórstwa spożywczego nie spełnią wszystkich unijnych
        standardów bezpieczeństwa żywności, to Polska, po ewentualnej akcesji do Unii
        Europejskiej, może zostać wyłączona ze Wspólnej Polityki Rolnej. Taką możliwość
        przewiduje traktat akcesyjny. Oznaczałoby to m.in. odcięcie naszych rolników od
        programu dopłat bezpośrednich, a nawet zablokowanie naszego eksportu. Ze
        szczegółami na temat tych planów Komisja Europejska chce jednak poczekać.
        Poznamy je... dopiero po referendum akcesyjnym.

        Szef Dyrekcji Generalnej ds. Poszerzenia Unii Europejskiej Eneko Landaburu
        uznał w poniedziałek, że w przygotowaniach Polski do członkostwa są "pewne
        braki i słabości". W tym duchu pisane są kolejne cząstkowe raporty o
        dostosowaniu kandydatów do warunków akcesji, które mają być gotowe za około
        tydzień. Kluczowe znaczenie będzie ma mieć sytuacja każdego z kandydatów do
        Unii 5 listopada br. Wtedy mają zostać opublikowane raporty końcowe. - Dopiero
        one mogą pociągnąć za sobą szczególne konsekwencje dla danego kraju, bo dopiero
        wtedy rozważymy lub nie zastosowanie klauzul ochronnych - tłumaczy dyrektor.
        Landaburu mówi o klauzulach zapisanych w traktacie akcesyjnym. Pozwalają one
        Komisji Europejskiej na wyłączenie kraju przystępującego do UE ze wspólnej
        polityki unijnej w dziedzinie, w której nie zdążył się dostosować. Szef
        Dyrekcji Generalnej ds. Poszerzenia podkreśla, że Komisja nie będzie wahać się
        z podjęciem takiej decyzji, gdyby 5 listopada wyszło na jaw, że "braki i
        słabości kraju miałyby doprowadzić do osłabienia naszej Unii". Wiadomo, że
        najpoważniejszym problemem będzie kwestia Wspólnej Polityki Rolnej. Landaburu
        tłumaczy, że państwa członkowskie Unii nie będą mogły narażać się na ryzyko, że
        na ich rynku pojawią się artykuły żywnościowe niespełniające unijnych
        standardów bezpieczeństwa żywności. - Będziemy się natychmiast bronić -
        zapewnia unijny urzędnik.
        - Po prostu zablokują import naszych produktów rolnych na rynek unijny,
        zalewając nas produktami z Unii - komentuje stanowisko Unii poseł Piotr Krutul
        (KP LPR) z sejmowej komisji rolnictwa.
        Unia nie chce jednak na razie odkrywać wszystkich kart. Mówi o "niepokoju"
        i "ryzyku" (co do tego, czy nasze artykuły żywnościowe spełnią unijne normy),
        ale i o "uspokajaniu nastrojów" (chodzi o ferment, jaki mogłaby wywołać w
        państwach kandydackich wiadomość o wyłączeniu ze Wspólnej Polityki Rolnej).
        Landaburu nie ukrywa, że Komisja Europejska chce uniknąć wykorzystywania złych
        ocen stanu przygotowania Polski przez przeciwników członkostwa w czasie
        kampanii referendalnej.
        Przypomnijmy, że pod koniec ubiegłego tygodnia dyrektor generalny ds. ochrony
        zdrowia i konsumentów w Komisji Europejskiej Robert Coleman wysłał do polskiego
        ministerstwa rolnictwa list, wyrażając w nim niepokój z powodu zaległości
        Polski w dostosowaniach do reguł dotyczących bezpieczeństwa żywności.
        Kontrowersje wzmogła postawa ministra Adama Tańskiego, który początkowo
        zaprzeczał temu faktowi, potem go bagatelizował.
        Rzecznik Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej Ewa Haczyk, proszona przez nas
        o ustosunkowanie się do wypowiedzi unijnego dyrektora, nie chciała wczoraj jej
        komentować.
        Oburzenia postawą unijnych polityków i brakiem reakcji ze strony polskiego
        rządu na pogróżki pod naszym adresem nie kryją politycy parlamentarnej opozycji.
        - To jest z pewnością świadoma polityka Unii Europejskiej względem Polski.
        Śmieszne jest jednak to, iż wiele ze skomplikowanych przepisów unijnych nie
        jest obecnie wdrożonych w życie w wielu krajach unijnych i nikt nie stosuje
        wobec nich tak drastycznych środków i retorsji, jakie zapowiada pan Landaburu -
        mówi poseł Gabriel Janowski, członek sejmowej Komisji Europejskiej. - Osobiście
        mam krytyczny pogląd na temat wielu unijnych norm, które najzwyczajniej w
        świecie krępują i szkodzą. Jasne jest natomiast, że urzędnicy unijni będą
        wykorzystywali wszelkie nasze niedociągnięcia do działań na polu finansowym,
        które nie są przejawem solidarności, ale polityki eksploatacyjnej. Tymczasem
        podjęte wobec UE zobowiązania prawne są w wielu wypadkach nierealistyczne,
        niemożliwe do zastosowania, co może nam całkowicie zablokować nasz eksport -
        dodaje. Podobnego zdania jest Antoni Macierewicz (Koło Poselskie Ruchu
        Katolicko-Narodowego). - Pan Landaburu mówi to, co wszyscy politycy w Polsce
        powinni od dawna wiedzieć. Przyjęcie tzw. klauzul holenderskich w traktacie
        akcesyjnym powoduje, iż Polska przez cały czas będzie monitorowana. W każdym
        momencie będzie to dla Brukseli świetne narzędzie do wyłączenia ewentualnych
        korzystnych dla Polski rozwiązań. Premier Miller na to się zgodził w czasie
        szczytu w Kopenhadze - twierdzi. Macierewicz zapowiedział złożenie wniosku o
        zwołanie w trybie pilnym Komisji Europejskiej w tej sprawie.
        Mikołaj Wójcik
        Maciej Walaszczyk

        www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20030514&id=po01.txt
        • Gość: krzysztofsf up IP: 213.155.166.* 15.05.03, 16:06
    • robisc Kot Behemot 15.05.03, 22:12
      No dobra - o skutkach nie wejścia do UE.
      Autor: Gość: Kot Behemot IP: *.client.attbi.com
      Data: 15-05-2003 19:53 + odpowiedz na list

      Kochany Braciszku,

      Cieszę się, że paczka wysłana do Was do Berlina dotarła w całości, nie jak
      poprzednio, kiedy dostaliście tylko
      papier i puste puszki. Razem z zasiłkiem dla bezrobotnych powinno Wam to na
      jakiś czas wystarczyć. Jak wiktuały
      się skończą, to może wpadniecie do nas - to w końcu nie aż tak daleko do
      Szczecina, a przy okazji swojego starego
      Volkswagena zatankujecie (nie zapomnijcie zapasowych kanistrów, najlepiej je
      schować pod starymi łachami w
      bagażniku, żeby w drodze powrotnej celnicy nie znaleźli) i może kupicie jakieś
      zapasowe części.
      U nas po staremu, ja nadal pracuję w montowni Forda, Krycha w filii Pfizera,
      którą otworzyli parę lat temu
      Amerykanie w ramach offsetu. Dyrekcja twierdzi, że będzie rozbudowa zakładu, bo
      sprzedaż powoli rośnie - jak
      wiesz, Polska ma umowę o wolnym handlu z USA, czyli praktycznie z całą NAFTA i
      z Bliskim Wschodem (pamiętasz,
      za poprzedniego prezydenta Amerykanie wysunęli propozycję objęcia Bliskiego
      Wschodu strefą wolnego handlu).
      Winien Ci jestem wyjaśnienie - to dyrekcja Krychy, nie moja. My jakoś wiążemy
      koniec z końcem, ale te Fordy za
      dobrze nie idą. W UE (po cłach i akcyzie) trudno je sprzedać, bo przy recesji
      ludzie nie maja pieniędzy. Eksportujemy
      do Rosji, bo na naszym rynku ludzie kręcą na to nosami ("Ford - g...no wort"
      albo "Fix Or Repair Daily") i wolą
      japończyki. Wychodzimy jakoś na swoje, ale bez szczególnych powodów do
      chwalenia się. Pfizer to co innego. Jak
      wiesz, po referendum i odejściu od "dostosowywania do norm UE" Polska znacząco
      obniżyła podatki (na pewno
      pamiętasz - Niemcy prawie wojną groziły za "nieuczciwą konkurencję podatkową",
      ale mogą się pieprzyć, bo mamy tu
      parę dywizji amerykańskich na Pomorzu). Koszty więc w miarę niskie, a ludzi
      wykształconych dużo (sporo nawet
      wraca ze Stanów z oszczędnościami i praktyką). Będzie więc rozbudowa -
      słyszałem, że wasz Jasiek kończy
      biologię, Krycha mogłaby podsunąć jego resume swojemu szefowi, wizę da się
      załatwić, tylko język by musiał nieco
      poćwiczyć).
      Wszyscy pozdrawiamy i czekamy na Waszą wizytę,
      Heniek

      P.S. Wszystko, co napisałem, ma solidne podstawy. Niemcy (i reszta Eurolandu)
      są w recesji, do NAFTA nas
      Bush-senior zapraszał (i co jakiś czas pomysł wraca, w W. Brytanii też). Bush -
      junior położył łapę na ropie i chce
      stworzyć na Bliskim Wschodzie strefę wolnego handlu (Izrael i Jordania już w
      niej są), jedną z głównych inwestycji
      offsetowych w Polsce ma być biotechnologia (co prawda w Łodzi, a nie w
      Szczecinie, ale dokonałem poprawek, aby
      wizyta była w granicach możliwości starego Volkswagena, i żeby tankowanie się
      opłacało - nawet przy trzykrotnej
      różnicy w cenie benzyny zbyt daleka jazda pochłonęłaby zbyt dużą część zasiłku
      dla bezrobotnych naszych
      znajomych Volkswagendeutschów). Analiza (choć uproszczona) szans przemysłu
      farmaceutycznego również nie
      jest wzięta z sufitu: jak donosi przedostatnie "Genetic&Engineering News" lwią
      część kosztów ponoszonych przez
      firmy farmaceutyczne i biotechnologiczne stanowią płace. U nas znalazłoby się
      mnóstwo chętnych naukowców,
      którzy by pracowali za $40,000 rocznie, zamiast 80-90 tysięcy, jak w USA (sam
      bym wrócił, he, he - Polska to może
      byc całkiem przyjemny kraj, jeśli zapisanie się do eurokołchozu nie zamieni jej
      w skansen).
      Pozdrowienia,
      B.



    • robisc NAFTA alternatywą dla UE 15.05.03, 22:19
      http://www.useu.be/archive/nafta1023.html


      British Official Suggests U.S. Spread NAFTA to Europe

      (...)That is why we see the current treatment of the Eastern Europeans by the
      EU. It is not much of an exaggeration to describe the EU's policy to the new
      democracies as "zero tariffs on what they do not make and high tariffs on what
      they do."

      As a result the new democracies are condemned to run balance of trade deficits
      with their supposed saviour, the European Union.

      This policy is why Poland's trade deficit with the EU doubled from 3.04
      thousand million ECU ($) in 1995 to 7.6 thousand million in 1996.

      It might be argued that this is but a transient phenomenon, prior to their
      entry into the European Union, when they will have open access to a huge
      market. Sadly this is not so. That access to European markets is likely to be
      bought at a crippling price.

      Driven by fear of the low cost competition from east of the old Iron Curtain
      for their traditional industries, the Europeans are doing anything but making
      it easy for the new democracies.

      The European Union is insisting that the new applicants for Union membership
      shoulder the huge burden of existing European legislation, the so-
      called "acquis communautaire".

      This weight of environmental, health, safety, and labour legislation is
      enormous. Britain's house of Lords' Select Committee on Europe concluded that
      for Poland the costs would be enormous, absorbing some 3% or 4% of its economy
      every year for several years.

      And there are unlikely to be any concessions. The Commissioner who gave
      evidence to the House of Lords said that it was pretty certain that the new
      members would have to accept the whole burden, with no concessions other than
      timing.

      Such a burden would stop Poland's growth dead. It would shatter its ability to
      compete at precisely the moment Poland was hoping to exploit its new European
      markets. Even if the cost were completely paid for by the Union, which is
      unlikely, it would be damaging. It would distract the efforts of all Poland's
      best business managers away from meeting the demands of the market to meeting
      the demands of the bureaucrats precisely at the time they need to focus
      exclusively on market opportunities.

      And what is true for Poland is also true for the Czechs, for the Hungarians,
      for all of the new democracies.

      So the gold at the end of the European rainbow for the new democracies is
      likely to turn out to be fool's gold. Instead of new markets delivering jobs
      and prosperity, their industries will face new burdens and new competition
      simultaneously, delivering unemployment and despair.

      So Europe is likely to fail the new democracies. This is why I believe that
      America should be looking to enlarge NAFTA first to those countries for whom
      free trade is a lifeline, not just a luxury.

      Enlargement of NAFTA to include the new democracies of Central and Eastern
      Europe would strike an enormous blow for freedom, democracy, and stability,
      would enlarge the world economy, and would be an imaginative act of enlightened
      self-interest for the U.S.A.

      Free trade for the new democracies, will make the difference between the
      agonized struggle with inflation, with collapsing industries, with unemployment
      and with poverty, which mark some of the old Warsaw Pact countries, and the
      alternative future of the new European tiger economics.

      A number of them already have most of the capabilities, given the market
      opportunity, to grow at the critical 7% level that doubles the size of their
      economies every decade. The Czechs, the Poles, the Hungarians, the Slovenians,
      only need that opportunity. Others still have work to do, but will undoubtedly
      emulate dramatic success when it happens.

      The immediate benefits would be more than economic. Obviously economic success
      would stabilize their democracies, but it would liberalize them, too. For many
      of the old Warsaw Pact countries, corruption is still an endemic problem. The
      continued existence of the old nomenklatura in positions of authority, the
      habits and expectations engendered by the Communist past, and the lack of
      established traditions of entrepreneurial activity, can all make the
      attractions of playing the system greater than the rigours of real wealth
      creation.

      The opportunities created by entry into NAFTA would increase the incentives to
      entrepreneurial activity whilst simultaneously reducing the tolerance of
      corruption. We would see the same sort of accelerated liberalization that so
      marked the entry of Mexico into NAFTA.

      This effect could be enhanced by some fairly simple rules. Entry into NAFTA
      should require a basic acceptance of liberal democratic conventions. All
      members should subscribe to a basic set of freedoms and conventions such as an
      independent legal system, and well entrenched property rights. NAFTA could well
      explicitly create a "democratic ratchet" that prevents backsliding into the bad
      old ways.

      But this is icing on the cake. Free trade alone will do most of the job. In the
      words of the great French thinker, Frederick Bastiat, "When trade ceases to
      cross frontiers, armies soon will." Or if not armies, in modern Europe,
      refugees.

      If America did this, it would become the midwife to the birth of the new
      European tigers. Just as America's enlightened policies delivered the first of
      the Asian economic tigers, Japan, after the devastation of the last war, it
      could deliver these new tiger cubs after the devastation of half a century of
      Communism. Just as America and Britain's support for the post-war West German
      State laid the foundations of the German economic miracle, so we can lay the
      foundations for an economic and political renaissance in Eastern Europe.

      But this should be just a stepping stone. The long run aim should be to create
      a Free World Free Trade Area, and it should eventually encompass all of Europe.

      In the immediate term, as well as the Czechs, Poles, Hungarians, Slovaks,
      Slovenes, and the various Baltic states, the U.S.A. should also offer
      membership to Norway, Switzerland, and possibly Turkey. There are strategic and
      economic advantages in each of these options.

      In addition the U.S.A. should build on the proposal by Sir Leon Brittan to
      create a New Transatlantic Marketplace. Whilst America is opening up its trade
      with the new democracies, it should start to do the same with the older
      democracies of the European Union.

      If it is to work, opening up to the new democracies should be fast. Dealing
      with European Union will inevitably be slower. But the very fact that the new
      democracies are on a fast track will put pressure on the EU to move more
      quickly than the 2010 timetable that Sir Leon Brittan offered. And the U.S.A.
      could accelerate the process by making the offer individual as well as joint.
      The Gingrich/Gramm proposals should be extended to other European countries as
      well as Britain.

      It may prove very attractive to many of them. The Danes, the Swedes and the
      Finns may find it hard to resist a free trade area that already includes
      Latvia, Lithuania, Estonia, and Poland
    • Gość: K.J. Pepe IP: 144.138.225.* 16.05.03, 18:09
      Priorytety polityki polskiej. Szanse rozwojowe.
      Autor: Gość: Pepe IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
      Data: 16-05-2003 00:31

      --------------------------------------------------------------------------------
      Pepe widzi, że zmieniają się priorytety polityki polskiej. 10 lat temu to
      było zapewnienie szybkiego, jak możliwe, wzrostu gospodarczego w Polsce,
      poprzez reformy gospodarcze i prawne. Ustabilizowanie stosunków z sąsiadami,
      zabezpieczenie się na wypadek wojny poprzez zapisanie Polski do NATO.

      Obecnie reformy w Polsce schodzą na drugi plan celów polityki polskiej.
      Pierwszym jest odzyskanie utraconej niepodległości państwowej Polski.
      Utraciliśmy ją wchodząc do UE.

      Wyjście z UE bez kolosalnych ofiar ekonomicznych, a może i ludzkich, jest
      praktycznie niemożliwe.

      Jak zostanie to dokonane i kto tego dokona, Pepe nie wie.

      Pepe żałuje, że zostały utracone tak wielkie szanse rozwojowe stojące przed
      Polską jeszcze 10 lat temu.
      Wchodzimy do obszaru stagnacji gospodarczej, żegnamy się definitywnie z
      nadziejami na szybki wzrost, nadzieje na wzbogacenie się przenosimy na nasze
      dzieci lub wnuki. Są to niesprecyzowane nadzieje.

      Pepe wyraża taki pogląd, ponieważ zna przykład Korei Południowej i Północnej.
      Północna wybrała przyjaźń i współpracę z bliskimi sąsiadami, wybrała
      najnowocześniejszy wtedy na świecie system społeczny, gwarantujący każdemu
      pracę i opiekę socjalną. Stowarzyszyła się z państwem mającym nabardziej
      rozwinięty na świecie najnowocześniejszy przemysł (po USA).
      Zrobiła dokładnie to, co my, wybierając UE.
      Korea Południowa wybrała sojusz z sąsiadem zza oceanu 2x szerszym niz
      Atlantyk.
      Wybrała wrogość sąsiadów posuniętą do skrajności.
      Wybrała naprawdę drapieżny kapitalizm, nie taki, jak nasz, ale bez systemu
      kradzenia pieniędzy bogatszym dla biedniejszych i rządu.
      Rząd kradł dla siebie.
      Był to bardzo skorumpowany rząd. Nasz obecny rząd komunistyczny plus
      Magister, to maleńkie nepteczki wobec tego, co wyprawiali władcy Południowej
      Korei.
      USA nie patrzyło na takie drobiazgi, bo ważne było 500 000 Południowych
      Koreańczyków w armii. USA dostarczało broń. To jedno za gratis. Kubek w kubek
      jak wysyłanie polskich żołnierzy do Iraku. USA daje forsę, Polacy jadą.

      Przemysłu na Południu Korei nie było. Kopalnie były na Północy.

      Mija 50 lat. Na Północy skrajny kryzys, na Południu rozwój.


      NIKT nie przypuszczał, 50 lat temu, że historia się tak potoczy.

      Czy teraz ktoś zrozumie Pepego, mówiącego o utracie szans rozwojowych?
      Czy taki przykład wystarczy?
      Choćby dwudziestu Panów Andrzejów Lepperów przejęło władzę w kraju
      stowarzyszonym gospodarczo i wojskowo z USA,
      albo znacznie gorszy wariant:
      choćby partia komunistyczna z towarzyszami Millerem na czele i Magistrem na
      czele frakcji zdobyła PEŁNIĘ władzy w Polsce
      ale w Polsce stowarzyszonej gospodarczo i wojskowo z USA,
      to Pepe byłby spokojny o los Pepowych dzieci.

      Byłyby złe na paskudny i niesprawiedliwy system
      ale żyłyby w szybko bogacącym się kraju, wśród bogacących się ludzi.
      I same na biedę by nie musiały narzekać.
      Narzekałyby.
      Ale Pepe chciałby tak sobie ponarzekać. Na biedę w Chile, na przykład. Jako
      obywatel chilijski.
      Tam Pinochet siał korupcję, nepotyzm do granic. Ale pozwolił sie wzbogacić
      Chilijczykom.

      Pepe rozumie, że SZANSY rozwojowej nie da się pokazać tak, jak można pokazać
      1 mld euro dotacji celowej.

      W każdym razie: niepodległej Polski już nie ma. Szanse rozwojowe własne nam
      przepadły.
      Egzystujemy jako Unia-B, zależni od dotacji, bilansując składki, podatki i
      subwencje. Żyjemy na tej stopie co dotychczas, przeżywamy następnych kilka
      lat kryzysu, żyjemy stabilnie. Troszeczkę ludzi wyjeżdża, reszta zostaje, jak
      w ubogich regionach Włoch. Bezrobocie stabilizuje się na 20% (Pepe
      przypuszcza, że wzrośnie do 40% i spadnie do 20%. Bez szaleństw).
      Liczymy na inwestycje obce, bo nie mamy możliwości uruchomić kapitału
      własnego.

      Staramy się odzyskać niepodległość. Samodzielność, możliwośc wyłącznego
      decydowania o sobie jest podstawą życia.
      Potem przyjdzie czas na kapitalizm i bogactwo.

    • Gość: robi jackflesh - Gdzie jest UE? IP: *.dialup.warszawa.pl 17.05.03, 16:53
      Gdzie jest UE?

      Na naszych oczach Unia Europejska rozpadła się jak domek z kart
      Nowa Europa, nowa geopolityka, nowa Polska
      Gdy minister Rumsfeld dwa tygodnie temu przestrzegał Niemcy i Francję, że
      reprezentują �starą Europę� a punkt ciężkości NATO przesuwa się coraz bardziej
      na wschód, komentatorzy kpiąco pisali o niezręczności amerykańskiego polityka a
      unijni �mężowie stanu� lekceważąco wzruszali ramionami. Dziś można z dużą dozą
      pewności stwierdzić, że Rumsfeld nie wypowiadał publicystycznej opinii, lecz
      informował o nowym układzie geopolitycznym państw NATO, a przede wszystkim
      Europy.

      1. List 11-tu szefów państw europejskich opublikowany w dziesięć dni po
      wypowiedzi Rumsfelda ma historyczne znaczenie: oto w przeddzień rozszerzenia
      Unii Europejskiej poinformowano o utworzeniu osi USA � Europa przeciwstawnej
      hegemonistycznym planom Niemiec i Francji. Pod listem podpisały się państwa
      tworzące antyniemiecką koalicję i okalające od Morza Śródziemnego, przez
      Atlantyk po Morze Bałtyckie niemiecko-francusk ą cytadelę. Jak domek z kart
      rozpadły się marzenia Niemiec (i Rosji!) o budowie państwa �Europa�
      strategicznie powiązanego z Rosją. Konsekwencje geopolityczne tego wydarzenia
      są nie do przecenienia. W polityce europejskiej rzeczywiście zakończył się XX
      wiek znaczony walką Niemiec i Rosji o zdobycie hegemonii nad kontynentem.

      2. W Polsce zarówno list jak i większość ostatnich wydarzeń międzynarodowych
      interpretuje się z punktu widzenia zagrożenia wybuchem wojny na Środkowym
      Wschodzie. Mam nadzieję, że do wojny nie dojdzie. Polska po zniszczeniach
      dokonanych przez okupantów niemieckiego i sowieckiego potrzebuje pokoju. Jeżeli
      nasi sojusznicy tego nie rozumieją, warto, by przyjęli do wiadomości, że
      komunizm - a stan wojenny w szczególności - był bardziej wyniszczający niż
      niejedna wojna. Straty polskie w wyniku działań ekipy Jaruzelski-Kiszcza k, to
      m. in. milion emigrantów i cofnięcie cywilizacyjne o co najmniej dekadę. Stąd
      płynie obawa przed uwikłaniem w kolejną zawieruchę wojenną. Po wielu, wielu
      latach dopiero dziś rodzą się dzieci mające szansę dorastać bez zagrożenia
      wojną i totalitaryzmem. Takie są realia, które trzeba rozumieć.

      3. Na tych dramatycznych doświadczeniach polskich żeruje propaganda uprawiana
      przez ludzi współodpowiedzialn ych za dramat ostatnich lat. Pani poseł
      Sierakowska protestuje przeciwko ewentualności wynajęcia Amerykanom baz i mówi:
      �Polacy mogliby pomyśleć, że ledwo jedni wyszli, a już drudzy weszli�. Wtóruje
      jej publicystyka �Trybuny�, �Nie�, �Przeglądu�. Warto pamiętać, że argumentami
      takimi szermują ludzie, którzy jako funkcjonariusze PZPR kolaborowali z
      sowieckim okupantem. I o tym, że bez pomocy USA długo jeszcze jarzma
      sowieckiego byśmy nie zrzucili. Porównywanie USA i ludobójczego reżimu ZSRR
      jest wyrazem choroby duszy, która przestała odróżniać dobro od zła. USA nie są
      państwem totalitarnym i nie zamierzają okupować ani Polski, ani Europy. USA są
      naszym sojusznikiem, jedynym na świecie mocarstwem mającym w Europie zbieżne
      interesy geopolityczne z Polską, dla którego, podobnie jak dla nas,
      niedopuszczalnym zagrożeniem jest trwały sojusz strategiczny Niemiec (czy
      zdominowanej przez Niemcy Europy) i Rosji. Propaganda niechęci do USA
      przetaczająca się obecnie przez Europę, w tym także przez Polskę, bazuje na
      fałszywym obrazie Ameryki czerpiącym wiedzę z �Małego podręcznika agitatora�.
      Politycznym zaś celem tej propagandy jest uwięzienie Polski w sytuacji bez
      wyjścia: z Rosją przeciwko Niemcom i �Europie� lub z Niemcami i �Europą�
      przeciwko Rosji.

      4. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat, ten tragiczny dylemat możemy
      przekroczyć. Unii Europejskiej budowanej w ostatnich latach przez Niemcy (i
      Francję) jako superpaństwo i strategiczny partner Rosji został zadany cios, z
      którego już się nie podniesie. Przypomnijmy, że istotą traktatu z Maastricht, a
      później z Amsterdamu i z Nicei, było stworzenie mechanizmu scalającego system
      porozumień Unii tak, aby obok wspólnoty gospodarczej utworzyć jednolity
      organizm ideowo-cywilizacyj ny i polityczny. Zwieńczeniem tej budowli, której
      proweniencji specjalnie nie ukrywano mówiąc, że można ten proces przedstawić
      jako �budowę świątyni�, miała być wspólna Konstytucja, prezydent, rząd, w tym
      wspólny minister spraw zagranicznych prowadzący politykę międzynarodową Unii.
      Te plany prysły jak bańka mydlana a, o ironio, śmiertelny cios zadał im były
      sowiecki aparatczyk, jeszcze niedawno główny sojusznik Berlina (pamiętamy jego
      �meine liben cammeraden�!), Leszek Miller. To Miller wypowiedział w dniu
      ogłoszenia listu w wywiadzie telewizyjnym: �przecież nigdy nie było, nie ma i
      nie będzie wspólnej polityki zagranicznej Unii Europejskiej�.

      5. Trudno przewidzieć, jaki wpływ te wydarzenia będą miały na ostateczne
      negocjacje dotyczące rozszerzenia UE. Z pewnością jednak istotnie przyczynią
      się do wzrostu siły przeciwników wchodzenia Polski do Unii. Przede wszystkim
      dlatego, że list 11-tki pokazuje siłę i skalę realnej alternatywy wobec Unii
      Europejskiej. Po cóż Polska ma wchodzić do Unii, jeśli realnie znajduje się w
      politycznym, militarnym i gospodarczym sojuszu z USA oraz 10-ciu krajami
      europejskimi? Dlaczego mamy wydawać pieniądze i podejmować niekończące się
      negocjacje i zabiegi o budowę wspólnych instytucji z Niemcami i Francją, skoro
      naszym rzeczywistym partnerem jest ktoś zupełnie inny, a budowane instytucje
      służą do realizacji obcej nam linii politycznej? Ale podpis Leszka Millera
      widniejący pod listem i długotrwałe, potajemne negocjacje Aleksandra
      Kwaśniewskiego na ten temat pokazują coś więcej. Oto ci ludzie od lat
      reklamowani i wynoszeni pod niebiosa przez establishment Unii Europejskiej
      okazali się niewiarygodni dla swych unijnych partnerów w takim samym stopniu, w
      jakim są niewiarygodni dla społeczeństwa polskiego. Ich myśl i strategia
      polityczna sprowadzają się do doraźnej walki o przetrwanie, ratowanie własnej
      głowy i swojej grupy społecznej. Przez lata byli wasalami Moskwy, zmiana frontu
      kazała im wychwalać Brukselę i Berlin, można sobie tylko wyobrazić, jakimi
      argumentami zmuszono ich do posłuchu wobec Waszyngtonu. Kwaśniewski, Miller i
      ich towarzysze to nie jest przywództwo Polski, to klika byłych komunistów
      próbująca uratować się z katastrofy swojego świata.

      6. Katastrofa strategii komunistycznej nadchodząca wraz z bankructwem państwa
      europejskiego sprzymierzonego z Rosją, to klęska dla Millera i Kwaśniewskiego,
      ale wielka szansa dla Polski. Trzeba jasno powiedzieć, że wobec ostatnich
      wydarzeń na arenie międzynarodowej Polska w Unii Europejskiej to jakiś absurd,
      relikt minionej epoki, tyle samo wart, co układ warszawski i RWPG. Trzeba zaś
      jak najszybciej podjąć negocjacje przekształcające nasze porozumienie z USA w
      trwały sojusz, a wspólne stanowisko zajęte wraz z krajami bałtyckimi oraz
      Węgrami i Czechami w mocną konstrukcję Europy Środkowej. Ale tych zadań nie
      zrealizują już spadkobiercy PZPR. To musi zrobić polski rząd narodowy.

      (~jackflash, 2003-02-10 20:20:48

      info.onet.pl/257,15,11,1275083,3835543,forum.html
    • Gość: robi Rafał Wójcikowski - Utoniemy w długach IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 19.05.03, 18:01
      Utoniemy w długach?
      część 1/1
      W tym roku po raz kolejny nasze dług publiczny pobije własne historyczne
      maksimum i to we wszystkich możliwych kategoriach. Według danych z MF na koniec
      roku 2002 dług sięgał 365 mld zł. W ciągu pierwszych czterech miesięcy 2003
      roku sam deficyt budżetowy wyniósł ok. 18 mld zł. i prawie w całości był
      sfinansowany z przyrostu tego długu. Łącznie więc z pewnością na dzień
      dzisiejszy dług publiczny przekracza więc 380 mld zł

      Korzystając z przed-referendalnej ciszy medialnej, chciałbym zaproponować
      obejście nowego święta - rekordu, nadarza się świetna okazja, a dodatkowo
      wszystkie zapowiedzi rządu wskazują na to, że podobne święta będziemy mieli
      fundowane coraz częściej. Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, parę słów na
      temat gospodarki światowej.

      Pamiętacie Państwo jak dwa tygodnie temu ostrzegałem przed niemiecką gospodarką
      i mówiłem wyraźnie, że być może będzie ona przyczyną kryzysu gospodarczego w
      krajach UE. Cóż, Niemcy zwijają się w tempie –0,2% PKB, jeśli chodzi o dane za
      pierwszy kwartał 2003, strefa Euro stoi w miejscu. Gdyby nie Wlk. Brytania i
      małe tygrysy, to nie byłoby żadnych pozytywów w gospodarce Zjednoczonej Europy.
      A przecież w tych wynikach nie ma w pełni zdyskontowanej aprecjacji Euro
      względem USD, zapowiada się marny sezon turystyczny, nie mówiąc już o bojkocie
      francuskich towarów w USA. W drugim kwartale 2003 prognozuję dalsze pogorszenie
      sytuacji gospodarczej w UE.

      Na domiar złego w EBC (europejski bank centralny) panuje pełen bezwład
      decyzyjny, wywołany konfliktem interesów pomiędzy małymi i dużymi krajami.
      Inflacja w strefie Euro jest znacznie wyższa niż w USA (ponad 2% a USA tylko
      ok. 0,5%) i o ile USA grozi deflacja, to w Europie wręcz odwrotnie - popyt na
      kredyt ze strony rządów (skutek zbyt niskich dochodów podatkowych i zbyt
      wysokich aspiracji socjalnych) może spowodować wzrost inflacji. Ponadto poziom
      stóp procentowych w USA jest dużo niższy niż w strefie Euro, ale USA mogą sobie
      pozwolić na dalsze obniżki, a Europa nie bardzo. Dalsze zwiększanie parytetu
      stóp procentowych na korzyść strefy Euro może doprowadzić do załamania
      produkcji eksportowej krajów Unii, co dalej pogłębi kryzys.

      A teraz wracam do święta. W tym roku po raz kolejny nasze dług publiczny pobije
      własne historyczne maksimum i to we wszystkich możliwych kategoriach. Według
      danych z MF na koniec roku 2002 dług sięgał 365 mld zł. W ciągu pierwszych
      czterech miesięcy 2003 roku sam deficyt budżetowy wyniósł ok. 18 mld zł. i
      prawie w całości był sfinansowany z przyrostu tego długu. Łącznie więc z
      pewnością na dzień dzisiejszy dług publiczny przekracza więc 380 mld zł.

      Tak się akurat składa, że osłabił się USD względem złotówki, aktualny kurs nie
      przekracza 3,80 zł. za 1 USD. Co to oznacza? Że właśnie przekroczyliśmy 100 mld
      USD zadłużenia publicznego, zostaliśmy członkiem pewnego niezbyt elitarnego
      klubu krajów rozwijających się z solidnym bagażem długu na plecach.

      Korzystając z przesilenia rządowego wielu komentatorów życia publicznego
      opiniuje obecnie ostanie 14 lat wolnej Polski, patrząc na ten okres z różnych
      punktów widzenia. Proponuję spojrzeć również i pod tym kątem. W okresie
      ostatnich 14 lat systematycznie powiększamy własne długi. Pomimo umorzeń części
      starego post-komunistycznego długu ze strony Zachodu, prywatyzacji przynoszącej
      ekstra miliardy do budżetu, czy w końcu szeregu reform gospodarczych, dług
      ciągle narasta. Ba, on rośnie coraz szybciej. Na koniec małe zobrazowanie
      naszego długu, gdyby tak spłacać dziennie 10 mln zł. (ok. 30 gr na osobę), nie
      uwzględniając dalszych odsetek, to spłata tylko samego długu trwałaby ponad ...
      100 lat.

      Podsumowując na koniec, wchodzimy do UE z balastem ogromnego zadłużenia, w
      momencie kiedy stoi ona chyba u progu największego swojego kryzysu
      gospodarczego od kilkudziesięciu lat. Czy jesteśmy na to przygotowani?


      Rafał Wójcikowski


      www.money.pl/gospodarka/felietony/41250/1/


    • Gość: robi Podnoszę specjalnie dla enda IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 22.05.03, 22:23
      Proszę bardzo panie end: oto "gotowce zorganizowanej grupy".
    • robisc RdM - Emeryci zęby w ścianę! 24.05.03, 10:37
      Emeryci : zęby w scianę!
      Autor: Gość: RdM IP: 212.248.151.*
      Data: 18-04-2003 12:10 + dodaj do ulubionych wątków
      --------------------------------------------------------------------------------
      Prawda jest brutalna: koszty akcesji (skladka, wspolfinansowanie projektow
      realizowanych z funduszy strukturalnych, doplaty dla rolnikow, by mogli
      sprostac nieuczciwej - bo 4-krotnie sowiciej dotowanej - konkurencji rolnikow
      unijnych) to NOWE POZYCJE W BUDZECIE PANSTWA, ktorych nie da sie zalatac
      wiekszymi podatkami, hipotetycznym wyzszym wzrostem gospodarczym, zwiekszonym
      deficytem czy emisja obligacji.

      Trzeba bedzie ciac wydatki. Tak, drogi EMERYCIE I RENCISTO: za akcesje
      zaplacisz TY!

      W Ministerstwie Finansów trwają prace nad reformą finansów publicznych, które
      pozwolą nam bezboleśnie przejść przez ten rok. (bezbolesnie dla Skarbu
      Panstwa - rzecz jasna) Stąd te ostatnie boje o sposób ustalania wysokości
      emerytur, zasiłki rodzinne, składkę zdrowotną czy program obcinania dotacji
      dla górnictwa.

      W opracowanym przez MF "Przedakcesyjnym programie gospodarczym" z lipca 2002
      roku wymienia się jako elementy reformy finansów ublicznych .in. "weryfikację
      sztywnych obciążeń budżetu państwa", "uzyskanie oszczędności z tytułu
      likwidacji mało efektywnych agend rządowych" i "wyeliminowanie lub
      ograniczenie niektórych przywilejów branżowych i sektorowych".

      Janusz Jankowiak główny ekonomista BRE Banku:

      Cokolwiek Ministerstwo Finansów by nie zrobiło, to i tak będzie za mało w
      stosunku do ubytków wynikających z konieczności płacenia składki do Unii i
      wygospodarowania środków na współfinansowani e.

      Szacuję, że te ubytki wyniosą 1-2 proc. PKB. Jest to mniej więcej tyle, o ile
      poprawi się wysokość deficytu budżetowego w efekcie przejścia na europejski
      system księgowania, tzw. ESA95. Myślę, że rząd będzie próbował pozyskać
      dodatkowe środki na różne sposoby. Może to być m.in. zmiana zasad indeksacji
      świadczeń emerytalnych i płac dla sfery budżetowej. Możliwe, że będą próbować
      uszczelnić system emerytur rolniczych, zaoszczędzić na ulgach dla zakładów
      pracy chronionej, zasiłkach rodzinnych, dotacjach dla różnych gałęzi
      przemysłu oraz pozyskać środki z łączenia agencji rządowych.

      EMERYCI: zęby w scianę!
      (ale za to bedziecie Europejczykami)



    • Gość: robi Krzysztof Dzierżawski - Przyszłość Europy IP: *.dialup.warszawa.pl 24.05.03, 10:53
      Krzysztof Dzierżawski
      PRZYSZŁOŚĆ EUROPY
      Największym niebezpieczeństwem przy prognozowaniu przyszłości jest pokusa
      budowania prognozy wedle schematu, w którym bieg wydarzeń z przeszłości będzie
      kontynuowany w przyszłości - bez zakłóceń, konsekwentnie i bez końca. Historia
      uczy jednak, że w przypadku bytów politycznych, gospodarczych czy finansowych
      jest to podejście zasadniczo błędne. Przyszłość nie jest bowiem mechanicznym
      powieleniem przeszłości. Owszem, przeszłość ma dla kształtu przyszłości
      znaczenie decydujące, bowiem kształt ten zanurzony jest w przeszłości i z niej
      wynika, ale przecież nie jest przeszłości tylko kalką.

      Przy przewidywaniu rozwoju gospodarczego zachodniej Europy łatwo popaść w
      opisany błąd prognostyczny. Gospodarka krajów zachodniej Europy odniosła po
      wojnie spektakularny i niekwestionowany sukces. Wysokiemu tempu rozwoju
      towarzyszyła dbałość o kwestie społeczne. W efekcie mamy dziś do czynienia ze
      sprawnym, stojącym na wysokim poziomie, mechanizmem gospodarczym z jednej
      strony, i z szerokim zakresem usług publicznych, zapewniającym obywatelom
      poczucie socjalnego bezpieczeństwa z drugiej. Na takim tle obraz przyszłości
      rysuje się sam: mechanizm gospodarczy będzie sprawniejszy, bogactwa materialne
      większe, a dobrodziejstwa socjalne jeszcze szersze.

      Naprawdę jednak kształt gospodarczej przyszłości Europy nie będzie wyznaczany
      wczorajszymi sukcesami, lecz zjawiskami natury demograficznej, których przebieg
      ma charakter nieodwracalny. Polega on - mówiąc najogólniej - na spadku ilości
      urodzonych dzieci do poziomu znacznie poniżej tego, który zapewnia
      odtwarzalność pokoleń, oraz na przedłużeniu średniej długości życia. Za około
      15 - 20 lat na te dwie tendencje nałoży się wkroczenie wiek emerytalny
      pokolenia wyżu demograficznego (zjawiska właściwego dla całego świata
      zachodniego). Względnie liczne roczniki wyżu, będące dziś wieku produkcyjnym,
      za kilkanaście lat znajdą się na emeryturze. Problem w tym, że następne
      pokolenia są coraz mniej liczne, a konsekwencją tego stanu rzeczy będzie
      dramatyczne pogorszenie się stosunku liczby osób w wieku emerytalnym do tych,
      którzy pozostają w wieku produkcyjnym (co nie oznacza, że pracują zawodowo -
      mogą się uczyć, wychowywać dzieci lub być niezdolni do pracy). I tak w
      przypadku Niemiec stosunek ten wynosił w 1995 roku 1:4, w 2020 osiągnie 1:3, w
      2030 - 1:2 i w 2050 - 2:3. Dla Francji odpowiednio: 1995 - 1:4, 2020 - 1:3,
      2040 - 1:2. Głęboki spadek urodzeń musi przynieść w konsekwencji zmniejszenie
      liczby ludności kraju. W 2000 roku Niemcy będą liczyć ok. 82 miliony
      mieszkańców, ale w 2050 tylko 57 milionów; we Francji spadek nie będzie tak
      głęboki - liczba mieszkańców zmniejszy z ok. 60 milionów w 2000 roku do 55 w
      2050.

      Tak więc między rokiem 2015 a 2020 nastąpi zasadnicza zmiana struktury ludności
      w zachodniej Europie. Silnie zwiększy się udział osób wieku poprodukcyjnym,
      zmaleje zaś udział osób zawodowo czynnych. Będzie to miało dwie ważne
      konsekwencje: zmniejszy się produkt krajowy brutto i jednocześnie powiększał
      się będzie udział wydatków socjalnych w PKB. Dodatkowe obciążenia doprowadza do
      załamania systemu finansów publicznych ze wszystkimi tego faktu społecznymi i
      politycznymi skutkami. Sytuacja wymusi redukcję przywilejów socjalnych oraz
      wysokości świadczeń społecznych. To z kolei wywoła gwałtowne protesty społeczne
      i zmiany polityczne tak głębokie, że będą one w istocie wyznaczać kres
      dotychczasowego porządku.

      Krzysztof Dzierżawski


      www.datapolis.pl/grzes/pe.htm
    • Gość: robi Galba - śp. Wolność (1989 - 2003) IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 26.05.03, 19:58
      śp. Wolność (1989 - 2003) -
      Autor: Gość: Galba IP: *.skanska.pl / 10.40.2.*
      Data: 26-05-2003 09:26 + odpowiedz na list

      Trawestując pewną głupiutką aktorkę można by powiedzieć:

      Drodzy Państwo, mam przyjemność zakomunikować, że... wolna, niepodległa i
      demokratyczna Rzeczpospolita* właśnie się skończyła.

      Wrócił komunizm.

      1. Pewien ksiądz, którego kontrowersyjne wypowiedzi spędzały sen z powiek
      tym, którym marzy się nowy Front Jedności stchórzył i postanowił zająć
      pozycję w cieniu. OK. Tchórz, nic więcej... Ale to co zrobiła z tym
      komunistyczna propaganda serwowana przez WSZYSTKIE "niezależne" media to
      ohyda rodem z najciemniejszych momentów stanu wojennego: Rydzyk dokonał
      wolty – wzywa do wejścia do Unii, czy jego słuchacze go posłuchają? Rydzyk za
      Unią! Rydzyk mówi TAK! Itp.

      Wiem, że większość dziennikarzy to idioci ale nie wierzę by nie zrozumieli,
      że słowa o zaprzestaniu kampanii na NIE z wyraźnym zaznaczeniem, że o
      kampanii na TAK także mowy być nie może nie są poparciem dla wuniowstąpienia.
      Tak więc mamy do czynienia ze zwykłym, paskudnym kłamstwem – nie pierwszym
      zresztą w tej kampanii. Dziennik Telewizyjny był chyba bardziej finezyjny.

      2. Kiedyś mówili nam, że pluralizm mediów i opinii w nich prezentowanych to
      podstawa wolności. Dziś tłum eurobolszewików zawył z radości gdy zamilkła
      ostatnia rozgłośnia mówiąca coś innego niż rząd. W każdej gazecie to samo, w
      każdym radio to samo, w każdej stacji TV to samo – oto nowoczesny model
      demokracji. Skąd my to znamy?

      3. Jeszcze a’propos mediów: wiodący portal antyunionistów INNE STRONY
      INTEGRACJI został w czwartek zablokowany przez administratora swego serwera.
      Przez cały dzień internauci otrzymywali informację podobną do tej, jaką widzą
      na swych ekranach Chińczycy chcący wejść na stronę zawierającą treści
      krytyczne wobec komunistycznego reżimu. Jak później tłumaczono portal został
      zablokowany ze względu na... liczne prośby czytelników.

      4. Histeryczna propaganda proradziecka... przepraszam, prounijna przybiera
      coraz bardziej idiotyczne formy: wczoraj pokazywano staruszkę, która
      powtarzała mantrę: musimy wejść do Unii bo tam jest cały świat (sic!) a poza
      nią są nasi wrogowie... Bagnet na broń! Leszku, prowadź na Oslo! Są też
      kłamstwa równie bezczelne lecz znacznie inteligentniejsze – np. Teleekspress
      TVP zaserwował swym widzom zestawienie dotyczące tego, co podrożeje a co
      potanieje po akcesji. Potanieć np. mają wycieczki zagraniczne... może i
      potanieją... po sukcesie negocjacji w Kopenhadze VAT na usługi turystyczne
      rośnie do 22 proc. Na pewno będzie taniej. O domach i mieszkaniach nie
      wspomniano wcale.

      5. Co było szczytem bezczelności w latach PRLu? Zadanie pytania, w którą
      stronę płyną dostawy rurociągiem przyjaźni. Co dziś jest równie niestosowne?
      Informowanie o tym, że do wspólnego budżetu wpłacimy znacznie więcej niż z
      niego dostaniemy – uznany i bynajmniej nie eurosceptyczny ośrodek analityczny
      CASE ogłosił, że co najmniej do 2006 roku będziemy na unijnym minusie (a co
      będzie później tego nie wie nikt). Czy media rozkolportowały tę informację
      równie szeroko jak kompromitujące od strony metodologicznej raporty Ośrodka
      Natolin? Wolne żarty...

      6. Prawo prawem ale referenda ludowe w krajach socjalistycznych zawsze
      rządziły się swoimi prawami – ustawa o ordynacji wyborczej mówi, że kampanię
      w mediach elektronicznych prowadzą partie i stowarzyszenia, mogą one
      wykupywać czas antenowy (w ramach pewnych limitów) oraz korzystać z
      bezpłatnych okienek antenowych w mediach publicznych. Kto jeszcze (z
      naruszeniem zasad ustawowych) prowadzi kampanię poza wszelkimi limitami? Rząd
      i NBP – ich spoty reklamowe (darmowe?) pojawiają się w telewizji w ilościach
      kilkukrotnie przewyższających te, na które zezwala prawo. Sprzeczne z prawem?
      Tym gorzej dla prawa.

      7. Komuniści zawsze musieli mieć wroga, kogoś kim by można straszyć ciemny
      lud. Kogoś, kogo by można było poniżać ku uciesze gawiedzi i by podreperować
      własny prestiż. Thruman, Reagan, niemieccy rewizjoniści. Kto jest dziś
      namiętnym obiektem obelg eurokomunistów? Którymi z naszych sąsiadów pomiatają
      oni wbrew dobrym obyczajom, dyplomatycznej kurtuazji i nierzadko zdrowemu
      rozsądkowi? Białoruś, tfu, Rosja, tfu, (często) Polska, tfu... Za to Niemcy,
      Francja, Belgia – raj europejskiego proletariatu.

      8. Kiedyś niechęć Polaków budziła wszechobecna czerwień w okolicach 1 maja.
      Na 1 flagę biało-czerwoną obowiązkowo przypadały co najmniej 2 czerwone. Dziś
      na unijnych piknikach dominuje błękit, biało-czerwonej nie uświadczysz. To
      samo z hymnami.

      Witam Państwa w II PRL (tym razem błękitnej).

      G.

      * - z tą wolnością bym nie przesadzał ale gdy się widzi co wyprawiają
      eurobolszewicy zaczyna się doceniać to co mieliśmy.


    • robisc K.J. - o korupcji w UE 27.05.03, 17:57
      Re: Miliardy za plecami i nie tylko u nas adres: 144.139.191.*

      Przeczytaj komentowany artykuł »
      Gość: K.J. 27-05-2003 09:51 odpowiedz na list odpowiedz cytując

      Witam w Unii Europejskiej. Tam to nie takie „przekręty” odchodzą.

      Nawet same organa Wspólnoty wsławiły się skandalem - w 1999 roku
      cala Komisja Europejska była zmuszona podać się do dymisji, gdy
      na jaw wyszło wszechobecne w niej łapówkarstwo i protekcjonizm .

      W okresie gdy Jacques Santer był szefem Komisji, wśród
      eurourzedników wykryto ponad 1300 przypadków oszustw i korupcji,
      z czego 27 dotyczyło bezpośrednio członków samej Komisji
      Europejskiej (wówczas było ich 17). Łącznie obliczono,
      że oznaczało to malwersacje na sumę około 943 milionów euro. To
      był dopiero przekręt. Sam Santer został oskarżony o to, że jego
      żona spekulowała nieruchomościami należącymi do Komisji
      Europejskiej.

      Nie jest to niczym zaskakującym, skoro korupcjogenne praktyki i
      układy polityczne są normą w wielu państwach, a ci sami
      politycy, którzy piastowali polityczne stanowiska w swoich
      krajach, są z kolei mianowani na rozmaite
      wysokie stanowiska w organach Unii. Przykładem korupcji w
      krajach Unii jest afera związana z byłym Ministrem Spraw
      Zagranicznych Francji, Rolandem Dumasem.
      Niektóre zarzuty o korupcje przeciwko Dumasowi są z kolei
      rezultatem innej afery korupcyjnej, która wstrząsnęła (i nadal
      wstrząsa) partią Chrześcijańskich Demokratów w Niemczech.

      Również nazwisko Romano Prodiego, szefa Komisji Europejskiej
      wiosną 1999r często gościło na łamach prasy europejskiej, w
      związku z toczącymi się przeciwko niemu dwoma postępowaniami
      sądowymi, ale wkrótce ich liczba wzrosła do czterech.

      Większość z nich dotyczy różnych nieprawidłowości i nadużyć w
      procesach prywatyzacyjnych, nad którymi Prodi, jako szef
      państwowego, włoskiego holdingu IRI, miał kontrolę.

      Jedna ze spraw jest powiązana z rosyjskimi "finansistami".

      Romano Prodi wplątany w przeróżne afery był, co stanowi pewien
      paradoks, był on antykorupcyjną nadzieją UE i nawet szykowano
      dla niego miano "Pana czystego".

      Należy również nadmienić Loyolę de Palacio, wiceprzewodniczącą
      KE i Komisarz UE do spraw transportu i energii, którą oskarżano
      swego czasu o udział w skandalu korupcyjnym.

      Philippe'a Busquina, Komisarza UE do spraw badań naukowych,
      którego konserwatyści w Parlamencie Europejskim oskarżali o
      zatajenie prawdy o aferach finansowych, które stały się udziałem
      belgijskich socjalistów.

      No i zeszłoroczny skandal z unijnym systemem księgowym, uznanym
      przez Europejski Trybunał Obrachunkowy za niewiarygodny i
      pozbawiony zabezpieczeń. A w szczegółach: była główna księgowa
      KE Marta Andreasen twierdziła, że unijny system jest gorszy od
      tych, jakie funkcjonowały w amerykańskich koncernach
      Enron i WorldCom, które dopuściły się oszustw księgowych na
      ogromną skalę.

      Szefową księgowości zwolniono po tym, jak publicznie ujawniła
      nieprawidłowości w komputerowym systemie księgowym i nie chciała
      podpisać się pod sprawozdaniami za 2001 rok. Jej zdaniem, system
      kontroli był na tyle niesprawny, że pozwalał niemal dowolnie
      zmieniać operacje finansowe i prowadzić nadużycia na masową
      skalę. Oskarżyła też komisję o ukrywanie nieprawidłowości. Żeby
      było ciekawiej, to zanim ją zwolniono, sam Neil Kinnock
      (Komisarz odpowiedzialny za reformę UE) próbował ją nakłonić do
      milczenia.

      I jaki był efekt całej afery? Unijna komisarz ds. budżetu
      Michaele Schreyer oświadczyła, że KE pracuje nad reformą systemu
      księgowego, a efektów należy się spodziewać W NAJBLIŻSZYCH
      LATACH. (sic!)

      I niech mnie teraz jakiś filo-unita przekona, że dzięki UE
      ukróci się w Polsce korupcję!

      I taka to organizacja ma przyczynić się do eliminacji korupcji w
      Polsce? Wszak ona ją tylko pogłębi, lub w najlepszym wypadku
      zastąpi korupcje rodzimą korupcją z importu. Też nie ma
      zbytniego powodu do radości.

    • robisc Szymańska-Borginon - Zamiatanie pod dywan 28.05.03, 19:44
      Zamiatanie pod dywan

      Unia Europejska

      Unijni urzędnicy ukrywają stan naszych przygotowań do integracji. Swoją opinię
      przedstawią po referendum. I wtedy okaże się, czy naprawdę jesteśmy gotowi, aby
      wstąpić do UE.
      Rząd Leszka Millera zawarł z Komisją Europejską poufną umowę gwarantującą, że
      do czasu referendum w Polsce zastrzeżenia Unii wobec naszego kraju nie będą
      ujawniane. Porozumienie trzymane jest w tajemnicy, więc belgijski dyplomata,
      który poinformował nas o nim, całą sprawę relacjonował półgłosem, czujnie
      rozglądając się wokół siebie, czy ktoś nie podsłuchuje. - Utajnienie zastrzeżeń
      to dobra strategia. Chodzi o to, aby nie dawać argumentów eurosceptykom w
      Polsce - szeptał do ucha dziennikarce "Newsweeka" .
      Oficjalnie Komisja informuje, że zwleka z wysłaniem krytycznych uwag do Polski,
      ponieważ czeka jeszcze na raport w sprawie dostosowania do norm unijnych
      polskiego wymiaru sprawiedliwości. Komisja wytknęła nam w swoim najnowszym
      raporcie braki
      w ośmiu dziedzinach - m.in. chodzi o kwestie rolnictwa, brak systemu
      informatycznego, łączącego służby celne z unijnymi i odpowiedniej kontroli
      połowów na Bałtyku. Brukselę niepokoją także zakusy rządu Millera na
      niezależność Narodowego Banku Polskiego. Niezależność NBP to warunek przyjęcia
      waluty euro. Ale raport to tylko wierzchołek góry lodowej.
      Prawdziwie ostra krytyka nadejdzie dopiero w postaci listów ostrzegawczych w
      połowie czerwca, a więc po referendum, bo zarówno nasz rząd, jak i urzędnicy
      europejscy obawiają się, że dziś mogłaby ona stać się argumentem dla
      eurosceptyków. Tym bardziej że wraz z krytyczną opinią UE prześle do Warszawy
      groźbę sankcji, których zastosowanie Bruksela zaproponować ma jesienią.
      Urzędnicy europejscy nie wierzą bowiem, że do tego czasu uda się nam nadrobić
      zaległości.
      Rozmówcy "Newsweeka" twierdzą, że wobec naszego kraju użyte zostaną tzw.
      klauzule ochronne, czyli sankcje dopuszczone przez podpisany w Atenach traktat
      akcesyjny. W jakich dziedzinach możemy być ukarani? - Będzie to prawdopodobnie
      bezpieczeństwo żywności oraz wymiar sprawiedliwości - snuje przypuszczenia
      szwedzki dyplomata. Zgadzają się z nim przedstawiciele Austrii i Holandii.
      W przypadku żywności oznaczałoby to na przykład, że nie moglibyśmy eksportować
      mięsa do Unii, podczas gdy kraje UE bez przeszkód wysyłałyby do nas swoje
      produkty. Zaś w przypadku wymiaru sprawiedliwości sankcją byłaby odmowa
      uznawania przez kraje UE polskich wyroków, nakazów aresztowania i ekstradycji
      swoich obywateli do Polski.
      Wszystkie te informacje dziennikarze mogą zdobywać jedynie nieoficjalnie, bo w
      oficjalnych wypowiedziach problemy są zamiatane pod dywan. Zarówno urzędnicy
      europejscy, jak i polscy dyplomaci w Brukseli stali się ostatnio wobec mediów
      nieufni, a czasem wręcz agresywni. Największą ich irytację wywołuje ujawnianie
      opóźnień w sprawie dostosowania polskich przepisów do UE. Atakują każdego, kto
      ośmiela się wskazać problemy. - Krytyczne raporty piszą w Komisji przeciwnicy
      wejścia Polski do Unii - przekonywał jeden z polskich dyplomatów. I krzyczał do
      dziennikarzy: - A wy im pomagacie.


      ww2.newsweek.redakcja.pl/archiwum/artykul.asp?Artykul=6407
      • Gość: fritz Re: Szymańska-Borginon - Zamiatanie pod dywan IP: *.solnet.ch 29.05.03, 17:06
        swietny artykul. I przerazajacy.
    • Gość: LONGERgierT(w)YCHk DLUGI ROMAN Z WRZODAKAMI NA D... IP: *.echostar.pl 29.05.03, 00:48
      ONI JUZ PRZEGRALI!!!!!
      TY JESZCZE NIE!!!!!
      GLOSUJ NA TAK!!!!!!
      TAK PRZECIWKO GLUPOCIE!!!
      TAK PRZECIWKO BIEDZIE!!!!
      TAK PRZECIWKO KSENOFOBII, HOMOFOBII, NIETOLERANCJI WSZELKIEJ MASCI!!!
      TAK PRZECIWKO NACJONALIZMOWI (SAM PAPIEZ UWAZA, ZE NACJONALIZM TO GRZECH )
      TAK JAK PRZYKAZAL PAPIEZ ( CZY ZNACIE JAKIS AUTORYTET, KTORY MOWI UNI NIE!!!! -
      pytanie retoryczne - dookreslenie dla Longerów - jaki dlugi taki
      glupi)
      TAK GLOSUJ NA TAK!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

      LONGERgierT(w)YCHkoniec!!!!!!!!!!!
      • robisc Dzięki za podniesienie wątku 29.05.03, 06:50
        He, he, he...więcej takich idiotów, a wątek zawsze będzie w górze.
    • robisc wolna_galicja - Będziemy płatnikiem netto do UE! 29.05.03, 23:55
      BEDZIEMY PŁATNIKIEM NETTO DO UE!!!
      Autor: wolna_galicja@NOSPAM.gazeta.pl
      Data: 21-05-2003 12:13 + dodaj do ulubionych wątków

      Kiedy dwukrotnie
      ( forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=522&w=4354643&a=4354643 oraz
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=522&w=4354643&a=4354643 )
      zapuszczałem na forum kolejne wyliczenia miłosza Marczuka na temat tego,że
      dopłacimy
      do członkstwa w UE, odzywały się głosy oburzenia. W drugiej dyskusji
      kimmjiki "zastrzelił mnie" faktem "rekompensat budżetowych" rzekomo
      wynegocjowanych w Kopenchadze przez premiera "Millera Leszka" na wypadek,
      gdybyśmy mieli dopłacić (choć przecież mamy zyskać???).

      Na dzień dzisiejszy fakty i informacje są są następujące:

      1) W traktacie akcesyjnym nie ma rekompensat budżetowych (szukałem, nie
      znalazłem), więc rekompensaty budżetowe są "faktem prasowym" (jak Miller
      Leszek mówi, że wynegocjował, to znaczy, że mówi...),

      2) W zeszłym tygodniu słyszałem w radio (bynajmniej nie Maryja), że Miller
      Leszek lub JE Aleksander magister Kwaśniewski (niestety, nie pamiętam, a nie
      zlalazłem tego info w prasie) powiedział, że jeśli nie wykorzystamy 50%
      śwodków z UE to będziemy płatnikiem netto.

      3) "Przynajmniej do 2006 r. Polska będzie płatnikiem netto, czyli więcej
      przekaże do budżetu UE, niż stamtąd dostanie - wynika z prognoz ekonomistów,
      które przedstawili w środę na seminarium w Warszawie organizowanym przez
      Centrum Analiz Społeczno - Ekonomicznych.
      Prognozy ekonomistów z CASE i Millenium Bank, dotyczące wzrostu gospodarczego
      po wejściu do UE, nieco się różniły. Co do jednego były zgodne - do 2006 r.
      Polska będzie płatnikiem netto, co z kolei wpłynie na politykę fiskalną. W
      2004 r. Polska musi wygospodarować 11 mld zł z budżetu na opłacenie składki
      członkowskiej w UE. (link:europa.onet.pl/1,1325,1120221,artykul.html)

      4) "W trzech pierwszych latach po akcesji spadnie tempo wzrostu
      gospodarczego" - poinformował w miniony czwartek ekspert z Instytutu Badań
      nad Gospodarką Rynkową Jan Szomburg. - "Wzrost gospodarczy będzie wolniejszy
      niż gdybyśmy nie wchodzili do wspólnoty" - dodał.

      5) Towarzyszka Huebner dementuje sceptycyzm urzędników ministerstwa: "Jeżeli
      można niższym urzędnikom, którzy ślą raporty, poradzić, żeby się wzięli do
      roboty, to niniejszym radzę" - dodała Huebner, komentując wtorkowy artykuł na
      ten temat w "Gazecie Wyborczej"
      Dziennik napisał, że raport Ministerstwa Gospodarki, Pracy i Polityki
      Społecznej dla Rady Ministrów "zawiera długą listę problemów i zagrożeń
      mogących utrudnić, jeśli nie uniemożliwić, optymalne wykorzystanie 48,6 mld
      zł, które będą w latach 2004-2006 na nas czekać w unijnym budżecie w ramach
      funduszy strukturalnych i spójności"
      Według "GW", autorzy dokumentu sporządzonego przez koordynujące przygotowania
      Ministerstwo Gospodarki twierdzą, że "spóźniają się wszyscy - gminy,
      województwa i władze centralne - najbardziej jednak te ostatnie", zwłaszcza
      resort infrastruktury i podległa mu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i
      Austostrad"
      www1.gazeta.pl/swiat/1,34285,1488419.html
      6) "Przewidzianego na połowę maja raportu Brukseli o stanie przygotowań
      Polski do członkostwa w Unii może nie być - dowiedziała się wczoraj "Gazeta"
      ze źródeł w Komisji Europejskiej. Czy dlatego, że jego publikacja mogłaby
      zaszkodzić naszemu referendum 7-8 czerwca?" pisze "GieWu"
      www1.gazeta.pl/ue/1,36173,1462742.html
      Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości?
      • wolna_galicja Dzięki, wreszcie zasłużyłem :)))) 03.06.03, 16:40
        Ale warto było....
    • robisc WK.- Swietnie Pan to podal! 30.05.03, 22:04
      Swietnie Pan to podal!
      Autor: Gość: WK IP: *.dip.t-dialin.net
      Data: 13-05-2003 22:23 + odpowiedz na list

      Gość portalu: K.J. napisał(a):

      > barabas napisał:
      >
      > > I jakie jeszcze korzysci Polska mialaby z nie
      > > przystapienia do Unii?
      > > Ja nietutejszy... wiec powiedz mi prosze!

      Z zalem wycialem znakomicie przedstawione straty Polski w
      procesie jednoczenia sie z Unia pozostawiajac jedynie mala
      czesc podsumowania:

      > Natomiast nasze he, he, he... "stosunki" z Unią do roku
      > 2007 będą nas kosztowały 135 mld. zł. I tej właśnie sumy
      > wyłożyć nie musimy! Po prostu powiedzmy Unii "Nie" i te
      > pieniądze (jeżeli je będziemy mieli) zainwestujmy "w
      > Polskę"

      Tak, pierwszym zyskiem finansowym jest to, ze nie bedzie
      ogromnych strat. Jednak zrozumienie tego faktu wymaga
      zaprzestania biernego lykania papki propagandowej
      serwowanej Polakom od lat przez media, a na to stac
      jedynie tych, ktorzy mysla samodzielnie. Jak w kazdych
      wyborach glosy realizmu sa ignorowane, bo glupkowata
      tluszcza chetnie wierzy w to, ze jej ktos cos da za darmo.
      Ten, ktory obiecuje - wygrywa. Tu dawac ma Unia, ktora
      sama boryka sie z problemami wciaz narastajacego
      bezrobocia i zastoju gospodarczego. Do tego dochodzi cala
      masa innych problemow, jak chocby cykliczne choroby
      zwierzat, czy to choroba zwariowanych krow, czy to
      pryszczyca, czy tez ostatnie choroby drobiu, ktore
      spowodowaly zabicie w samej Holandii ponad 28 mln sztuk
      drobiu. Do tego raju i my w Polsce dazymy, to sa te
      prawdziwe gruszki na wierzbie, ktore malo kto chce widziec
      uciekajac sie do marzen o lepszym jutrze, ktore ktos nam
      podaruje. W konsekwencji wyglada na to, ze kazdy chce
      nas zywic, kazdy chce nam dawac - ciekawe dlaczego sa
      oni tacy chetni do tego, aby dawac wlasnie nam? W
      propagandzie prounijnej wyglada na to, ze my musimy tylko
      rece wyciagac do tych, ktorzy daja nam najwiecej. Jest to
      tragiczne przekonanie naiwnych zwolennikow wchodzenia
      do Unii, a najgorsze, ze jest to niemal powszechne. Wyjatki,
      czyli ci, ktorzy nie chca uchodzic za tego typu idiotow
      zamierzaja "poswiecac sie" dla wnukow, ktorym bedzie
      lepiej. Ciekawe dlaczego akurat wnukom ma byc lepiej?
      Unia zacznie dawac pieniadze dopiero za dwa pokolenia?
      Pewnie w Unii musza jedynie troche pozbierac na biedna
      Polske, aby pozniej pieniadze rozdawac? Gdziez sie
      podzial zdrowy rozsadek Polakow, ktory podpowiedzialby,
      ze to bedziemy mieli, co sobie sami wypracujemy i czego
      nie damy sobie odebrac. To przeciez takie proste, a jednak
      tak ciezko z tym trafic do omotanych propaganda
      unio-entuzjastow!

      Ciekaw jestem, kto z tych absolutnie przekonanych do
      rzekomo oczekujacych nas dobrodziejstw Unii zechce
      oddac w swoim prywatnym zyciu kontrole nad swoim
      domem i dobytkiem sasiadowi, kto chce, aby to sasiad
      ustanawial u niego prawa i kto oczekuje, iz sasiad sobie
      odejmie, a jemu cos da? Skad ta zebracza natura bierze sie
      u tradycyjnie pelnych honoru Polakach!?

      Wyglada na to, ze eurotomani sa zupelnie zaslepieni
      korzysciami, a w istocie iluzja tych korzysci. Utrata miejsc
      pracy, utrata resztek suwerennosci, a w przyszlosci utrata
      takze terenow Ziem Odzyskanych nie jest widac
      wystarczajacym powodem do tego, aby powstrzymac sie od
      papuziego powtarzania "nie ma alternatywy", "albo UE, albo
      Bialorus" i tym podobnych bredni. Za kazda cene, aby do
      Unii? A co z Polska?

    • robisc Nika - A MOŻE W DRUGIM REFERENDUM ? 30.05.03, 22:05
      A MOŻE W DRUGIM REFERENDUM ?
      Autor: Gość: Nika IP: *.chello.pl
      Data: 13-05-2003 14:54 + odpowiedz na list

      Nasi rodzimi unio-agitatorzy zapewniają, że chcą do Unii, bo to szanasa dla
      Polski, bo "winda cywilizacyjna", i takie tam inne sraty-pierdaty...
      Ale jest też wśród zwolenników UE spora część, która nazywa siebie "euro-
      realistami", i ci przynajmniej nie wciskają kitu, że Polska uzyskała w
      Kopenhadze najlepsze warunki.

      Pytanie właściwie do jednych i do drugich: jeśli tak bardzo chcecie być w UE,
      to dlaczego by nie zawalczyć o lepsze warunki członkostwa? Wszystko jedno, na
      jakich warunkach, byleby wejść? Przecież możemy w tym referendum
      powiedzieć "nie", potem renegocjować warunki, i wtedy zobaczyć, co naród
      powie w drugim referendum. Dokładnie tak zrobili Duńczycy i udało im się
      uzyskać lepszą pozycję na starcie.

      Od razu dodam, że to gadanie o "pociągu, który odjedzie bez nas", to zwykły
      szantaż agitacyjny. Unia ma w zwyczaju nakłaniać do kolejnych referendów tyle
      razy, ile zajdzie potrzeba (przykłady: Irlandia z Traktatem Nicejskim,
      Szwecja z wprowadzeniem euro; nie wspomnę o Szwajcarii, w której było już
      kilka referendów w sprawie wejścia do UE).

      Nie zgodze sie też z gadaniem, że UE nie zaproponuje nam członkostwa po raz
      drugi. Wątek o zwrocie majątków Niemcom dowodzi, że akurat oni - kraj trzonu
      UE - mają największy interes w tym, żeby Polska weszła do Unii. Więc ja
      osobiście jestem spokojna, że sama Unia będzie naciskała o ponowne rozpisanie
      refrendum za jakiś czas.

      No więc jak, nie zależałoby wam na powtórzeniu numeru duńskiego i uzyskaniu
      lepszych warunków dla Polski...?


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka