Gość: fritz Krowy przestana dawac mleko i kury skladac jajka IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 05.05.03, 05:53 Krowy przestana dawac mleko i kury skladac jajka adres: *.solnet.ch Przeczytaj komentowany artykuł » Gość: fritz 04-05-2003 21:24 odpowiedz na list odpowiedz cytując Tylko dla przypomnienia: Polska po zamknieciu rokowan z Unia w grudniu zaczela rokowania o przystapieniu do Eropejskiego Obszaru Gospodarczego ( EOG ). Te rozmowy bylyby juz teraz zakonczone, gdyby Polska ich nie przedluzyla (slusnie) z powodu importu ryb z Norwegi. Ale prawdopodbnie niebawen zostana zakonczone. Czlonkami EOG sa Norwegia, Islandia, Lichtenstein i UE. Uklad zawarty z EOF jest niezalezny od ukladu przystapienia do UE. Czlonkowstwo w EOG daje te samo dojscie do rynku Uni jakby sie bylo czlonkiem UE i Polska przyjmuje ustawodawstwo gospodarcze Uni, a wiec bezpieczenstwo prawne dla inwestorow. Obydwa uklady wchodza w zycie 1. Maja 2004. Polska mowiac NIE do Uni, MOWI TAK DO EOG. I tylko do EOG. To jest gospodarczo najlepszy wariant dla Polski. Wchodzac tylko do EOG Polska przyjmuje gospodarcze i srodowiska prawodawstwo Uni, ale 1. nie musi przyjac calej masy innych idiotyzmow nazywanych Euroskleroza, 2. Nie musi realizowac bardzo niekorzystnych umow akcesyjnych. Majac dojscie do rynku i nie chorujac na Euroskleroze Polska staje sie bardzo atrakcyjnym miejscem dla inwestorow z calego swiata. Poza tym Polska moze znacznie wykorzystac doskonale polozenie geograficzne na prowadzenie handlu poniewaz nie jest ograniczona prawami Uni. To powstrzyma tez podwyzke cen zywnosci, ktora nastapi po przystapieniu do Uni. Extremalnym przykladem takiej niekorzystnej umowy dotyczy kupowania technologie zwiazanych ze srodowiskiem. Inwestycje wynosza okolo 40 mld euro w ciagu chyby 10 lat. To sa olbrzymie sumy. Polska zobowiazala sie kupowac najlepsza na rynku osiagalna technologie. Tzn. sie, jezeli np. Polska technologia jest tylko 5% mniej wydajna niz np. niemiecka, to Polska musi kupic niemiecka. Wynik tego jest taki, ze Polska musi kupic towary za 40 mld zazynajac szanse na powstanie przemyslu zwiazanego ze ochrona srodowiska. To mozna rowniez przeliczyc na miejsca pracy. Przy tym trzeba uwzglednic, ze jedno miejsce w przemysle generuje 3 miejsca w uslugach. To jest znany faktor multiplikacyjny. Na stworzenie jednego miejsca w Polsce potrzebne sa przychody okolo 20'000 tys. euro. 40 mld / 10 lat = 4 mld na rok. 4000'000'000 / 20'000 = 200'000 miejsc pracy w przemysle. Te 200'000 w przemysle wytwarza 600'000 miejsc pracy w uslugach. W sumie mowimy o 800'000 tys. miejs pracy ktore nie powstana. To oznacza 800'000 tys bezrobotnych wiecej. Zalozmy kazdy dostaje na miesiac 1000 zl. To daje w sumie 12 miesiecy x 1000 zl x 800000 = 9.6 mld zl Do tego dochodzi, ze ci ludzie, gdyby pracowali, zarabiali by niezle i placili by podatki, zalozmy 3000 tys. rocznie. To daje 3000 x 800'000 = 2.4 mld zlotych W sumie straty dla budzetu panstwa z powodu tylko tej jednej glupoty (a jest ich jeszcze duzo wiecej) wynosza 9.6 mld + 2.4 mld = 12 mld zl, co odpowiada 2.7 mld euro. I to jest naprawde przypadkiem, strukturalna roczna pomoc dla Polski. Dlatego wlasnie przystapienie do UE jest gospodarczym bezsensem, poniewaz masa tego rodzaju idiotycznych umow musi zostac zrealizowanych. Przystepujac tylko do EOG te umowy sa nieaktualne. A wiec na zakup technologi rocznie Polska importuje za 4 mld euro + 2.7 mld euro na socjalne wydatki wywolane bezrobociem, co daje w sumie wydatki 6.7 mld euro rocznie. Ta technologia wytworzona w Polsce ( i 5% gorsza ) kosztowalyby 3 razy mnije. Ten umowa jest wrecz gospodarczym przestepstwem. Ta suma przekracza wielokrotnie slynna pomoc gospodarcza. Aha, do tego dochodzi jeszcze skladka na Unie: 2.4 mld euro!!! Wniosek: "TAK" tylko dla EOG glosujace "NIE" dla Uni. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: biolog cytat z dyskusji na Onecie IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 05.05.03, 05:55 Powtorzenie Fritza: link: biznes.onet.pl/1,12,11,1822560,5558881,forum2.html Tak, masz racje. Polska przyjmuje prawodawstwo UE i jeszcze srodowiska, ale 1. nie musi przyjac calej masy innych idiotyzmow, 2. Nie musi realizowac specjalnych umow akcesyjnych. Extremalnym przykladem takiej niekorzystnej umowy dotyczy kupowania technologie zwiazanych ze srodowiskiem. Inwestycje wynosza okolo 40 mld euro w ciagu chyby 10 lat. To sa olbrzymie sumy. Polska zobowiazala sie kupowac najlepsza na rynku osiagalna technologie. Tzn. sie, jezeli np. Polska technologia jest tylko 5% mniej wydajna niz np. niemiecka, to Polska musi kupic niemiecka. Wynik tego jest taki, ze Polska musi kupic towary za 40 mld zazynajac szanse na powstanie przemyslu zwiazanego ze ochrona srodowiska. To mozna rowniez przeliczyc na miejsca pracy. Przy tym trzeba uwzglednic, ze jedno miejsce w przemysle generuje 3 miejsca w uslugach. To jest znany faktor multiplikacyjny. Na stworzenie jednego miejsca w Polsce potrzebne sa przychody okolo 20'000 tys. euro. 40 mld / 10 lat = 4 mld na rok. 4000'000'000 / 20'000 = 200'000 miejsc pracy w przemysle. Te 200'000 w przemysle wytwarza 600'000 miejsc pracy w uslugach. W sumie mowimy o 800'000 tys. miejs pracy ktore nie powstana. To oznacza 800'000 tys bezrobotnych wiecej. Zalozmy kazdy dostaje na miesiac 1000 zl. To daje w sumie 12 miesiecy x 1000 zl x 800000 = 9.6 mld zl Do tego dochodzi, ze ci ludzie, gdyby pracowali, zarabiali by niezle i placili by podatki, zalozmy 3000 tys. rocznie. To daje 3000 x 800'000 = 2.4 mld zlotych W sumie straty dla budzetu panstwa z powodu tylko tej jednej glupoty (a jest ich jeszcze duzo wiecej)wynosza 9.6 mld + 2.4 mld = 12 mld zl, co odpowiada 2.7 mld euro. I to jest naprawde przypadkiem, strukturalna roczna pomoc dla Polski. Dlatego wlasnie przystapienie do UE jest gospodarczym bezsensem, poniewaz masa tego rodzaju idiotycznych umow musi zostac zrealizowanych. Przystepujac tylko do EOG te umowy sa nieaktualne. > od kiedy to ochrona srodowiska jest glupota?? Oblicza sie, > ze w Polsce 20% zgonow spowodowanych jest chorobami > wynikajacymi ze zlego stanu srodowiska. Przeciez bedziemy > w ten sposob chronic swoje srodowisko, nie UE. Nie ochrona srodowiska jest glupota, tylko sposob jego realizacji, ktory z jednej strony wyciaga z Polski 4 mld Euro z Polski a z drugiej strony wymusza dodatkowe socjalne wydatki 2,7 Euro. W wiec, w sumie za 6.7 mld dolarow kupujesz towar, ktory by cie kosztowal 1/3 tego gdyby byl robiony w Polsce i mialbys w Polsce rozwinieta technologie ochrony srodowiska. Te 5% to jest jak roznica miedzy samochodami, z ktorych jeden zuzywa 20 l / 100 km a drugi 21 l / 100 km. A chodzi o to zeby zaoszczedzic 10 l / 100 km. Np. niemiecka daje redukuje zuzycie do 10.5 litra a polska do 11 l. I za te 0.5 litra roznicy placimy 6.7 mld Euro. Zle odzywione dzieci, pijacy z bezrobocia rodzice (800 '000 ) beda doznawac duzo wiekszych strat zdrowotnych. Ta umowa jest wrecz przestepstwem gospodarczym ......................... Przy naszych skromnych środkach, najważniejsze jest aby skoncentrować inwestycje "środowiskowe" tam gdzie przyniosą one największy efekt, tymczasem my jesteśmy zmuszeni przez unijne normy do horrendalnych nakładów na które nas po prostu nie stać!!! Cel tego jest jeden - napędzić koniunkturę w europejskich firmach produkujących na potrzeby ochrony środowiska. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robi Wójcikowski o niemieckiej gospodarce IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 06.05.03, 06:39 UE kryzys zagląda w oczy..., a my liczymy na niebo Autor: Gość: robi IP: *.dialup.warszawa.pl Data: 05-05-2003 22:54 + odpowiedz na list No prosze jakie fajne teksty mozna znaleść na niezależnym serwisie ekonomicznym. Przed lekturą spójrzcie na kurs euro/dolar i skojarzcie fakty. Niech euroentuzjaści jeszcze raz wyjaśnią mi nasze korzyści ekonomiczne z przystąpienia do UE, bo ja chyba ślepnę z wiekiem i ciągle nie mogę ich dojrzeć. A teraz artykuł: Niemcy mogą wykoleić UE Liczba bezrobotnych w Niemczech wynosiła w kwietniu ok. 4 mln 520 tys. osób, co jest najwyższym wskaźnikiem dla tego miesiąca od czasu zjednoczenia Niemiec w 1990 roku. Niemcy pobiły więc swój kolejny rekord. Co prawda w kwietniu 2003 roku bezrobotnych było o ok. 100 tysięcy mniej niż w marcu 2003, ale i tak wynik ten jest o 300 tys. większy niż bezrobocie z kwietnia 2002 roku. Niemcy jednak, w odróżnieniu od naszej statystyki podają także miary bezrobocia uwzględniające wahania sezonowe. Jeśli je uwzględnić, bezrobocie w kwietniu 2003 roku faktycznie wzrosło w porównaniu z marcem 2003. Według Instytutu Badań Gospodarczych IFO w Monachium, wzrost ten wyniósł ok. 30 tys. osób, zaś według innych badań nawet do 45 tys. bezrobotnych. W poprzednim raporcie za marzec niemiecki urząd pracy podał, iż bezrobocie w marcu 2003 roku zmniejszyło się o blisko 100 tys. osób, do 4 mln 608 tys. bezrobotnych. Był to najmniejszy marcowy spadek bezrobocia od pięciu lat. Stopa bezrobocia spadła wówczas z 11,3% do 11,1%, podczas gdy w marcu 2002 roku wynosiła 10,0%. Za najważniejszą przyczynę fatalnej sytuacji na rynku bezrobocia w Niemczech uważa się słabą koniunkturę gospodarczą. Potwierdzeniem tej tezy jest spadek marcowej sprzedaży detalicznej o 3% w porównaniu z lutym 2003 i o 4% w porównaniu z marcem 2002 roku. Był to największy jej spadek od września 1999 roku - podał w piątek niemiecki urząd statystyczny. Niemieccy konsumenci ograniczyli swoje wydatki znacznie bardziej od oczekiwań analityków (analitycy spodziewali się spadku sprzedaży w granicach 0,5 - 0,7%). Jako główne przyczyny wymienia się wzrastające bezrobocie i działania wojenne w Iraku. W ciągu pierwszego kwartału 2003 roku sprzedaż detaliczna spadła o 0,8% wobec analogicznego okresu roku 2002 r. Można więc mówić o pewnym załamaniu popytu konsumpcyjnego w Niemczech – zamiast spodziewanej na początku sezonu wiosennego pewnej poprawy – a przynajmniej stabilizacji. Indeks IFO, obrazujący nastroje wśród niemieckich przedsiębiorców, także rozczarował i spadł w kwietniu 2003 roku do 86,6 pkt. z 88,1 pkt. w marcu. 2003. To najniższy jego poziom od stycznia 2002 roku (od 16 miesięcy). Ten spadek źle wróży niemieckiej gospodarce tym bardziej, że analitycy spodziewali się wzrostu IFO w kwietniu 2003 roku do 88,6 pkt. Badanie IFO obejmuje ok. siedem tysięcy niemieckich przedsiębiorców o zamówienia, zapasy towarów, poziom produkcji, ceny i zatrudnienie. Największa gospodarka europejska chwieje się na swoich glinianych nogach. Dla Polski, która najwięcej swoich obrotów zagranicznych dokonuje z Niemcami, wiadomość ta nie jest najlepszą zapowiedzią przyszłości. Ograniczanie konsumpcji na rynku niemieckim i coraz ostrzejsza konkurencja z miejscowymi producentami na niemieckim rynku musi negatywnie odbić się na opłacalności eksportu. Zapewne także Niemcy ograniczą swój popyt na usługi związane z inwestycjami – co może oznaczać dla wielu polskich firm budowlanych przysłowiowy gwóźdź do trumny po klęsce na krajowym rynku. Jeśli dołożymy do tych informacji wieści z Francji o zerowym wzroście produkcji – to sytuacja gospodarcza trzonu UE wydaje się być nieco nadszarpnięta. Tymczasem waluta UE - Euro nadal bije rekordy swojej mocy wobec USD – co powoduje coraz większe kłopoty (wręcz straty) eksporterów niemieckich i unijnych. Dalsze umacnianie Euro może załamać i ten segment gospodarki, co w efekcie końcowym grozi recesją na rynku UE. Rafał Wójcikowski www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/20030505/40697/?p=newsl Odpowiedz Link Zgłoś
robisc K.J. o niemieckich roszczeniach 06.05.03, 22:57 Re: niektóre argumenty przeciw. Autor: Gość: K.J. IP: 144.138.225.* Data: 06-05-2003 18:57 + odpowiedz na list Być może. Nie wiem czy jest to tekst prawdziwy, czy nie. Jednakże niemieckiego zagrożenia jakie stwarza sytuacja na Ziemiach Odzyskanych nie można lekceważyć. Pozwolą Państwo, że przedstawię niejaką Erikę Steinbach, posłankę CDU do Bundestagu oraz przewodniczącą Bund der Vertriebenen und Flüchtlinge, czyli w skrócie: Związku Wypędzonych. Należy przy tym zwrócić uwagę na fakt, że pełna nazwa tego związku brzmi Die Ost - und Mitteldeutsche Vereinigung - Union der Vertrieben und Flüchtlinge in der CDU/CSU. Co oni rozumieją przez wschodnie i środkowe Niemcy, jest wyjaśnione w ich dokumencie z 05.08.1950 r. "Der Charta der Deutschen Heimatvertriebenen": Wschodnie Niemcy w ich zrozumieniu to nie jakaś tam była NRD, to tereny Śląska, Pomorza, Opolszczyzny, Warmii i Mazur. Prawie 1/3 całego obszaru Polski! Trzeba jednak uczciwie przyznać, że rewizji granic Niemcy od nas nie oczekują. Liczą natomiast na tworzenie tzw. euroregionów, które pozwolą im bez przesuwania granic stać się de facto zarządcami polskich guberni... Niemcy głośno deklarują, że dotrzymają międzynarodowych umów uznając istniejące obecnie w Europie granice. Będą przesuwać się na Wschód bez ich naruszania. Wszak problem, który przed nami stawiają, nie dotyczy granic lecz własności prywatnej, której zwrotu lub odszkodowań za jej utratę domagają się niemieccy "wypędzeni". Wypadałoby teraz przytoczyć wypowiedzi Eriki Steinbach na temat Ziem Odzyskanych, Polski i członkostwa w Unii Europejskiej. Erika Steinbach wprost żąda zwrotu niemieckich ziem i majątków wysiedlonym w latach czterdziestych Niemcom. Żądania takie formułowane są zarówno w stosunku do Polski jak i Czech. "Polska nie dojrzała jeszcze do członkostwa w UE", a to z powodu nieuregulowania problemów "wypędzonych", w tym kwestii majątkowych - tę wypowiedź dzielnej Eriki przytoczyły czołowe dzienniki niemieckie, m.in. Der Tagespiegel, Neues Deutschland, Sueddeutsche Zeitung, Frankfurter Rundschau i Frankfurter Allgemeine Zeitung, Erika Steinbach grozi nawet wniesieniem skargi do Trybunału Europejskiego i uzasadnia swą groźbę łamaniem przez Polskę praw człowieka w stosunku do "wypędzonych" - pomija jednakże w swych wypowiedziach, jakież to konkretne okoliczności towarzyszyły "wypędzeniu" i "łamaniu praw człowieka" przez Polskę. "Po wstąpieniu do Unii Europejskiej przesiedleni Niemcy będą mieli prawo do stron ojczystych, czyli do czegoś więcej niż do swobodnego osiedlania się na terenie Polski" - powiedziała Erika Steinbach, podczas spotkania z Kohlem w dniu 18.08.1998 r. Zapewne miała na myśli odszkodowania lub też zwrot majątków na terenie Śląska, Pomorza, Warmii i Mazur tym Niemcom, którzy uciekli w 1945 r., a na mocy traktatów w Jałcie i Poczdamie nie mieli prawa powrotu na ziemie polskie. Uzasadnieniem roszczeń niemieckich ma być obecnie obowiązujące w Unii Europejskiej prawo, które stanowi, że ten kto zajmuje czyjeś terytorium podczas wojny, musi je potem zwrócić i zapłacić odszkodowanie. Oczywiście prawo to wymyślili i zastosowali po raz pierwszy Niemcy podczas wojny domowej w rozpadającej się przy ich współudziale Jugosławii. Aby zobrazować uzasadnienie dla swoich żądań, Erika Steinbach porówała Niemców �wypędzonych� z Polski i Czech do "wypędzonych" z Kosowa Albańczyków (Süddeutsche Zeitung, 26.08.1999). Erika Steinbach, przewodnicząca BdV, powiedziała: "Zanim kraje takie jak Polska zostaną przyjęte do UE, muszą naprawić wszelkie krzywdy wyrządzone niemieckim wypędzonym. Będą musieli ich przeprosić i uznać ich prawo powrotu do utraconych po wojnie majątków." (The Sunday Telegraph, 24.01.1999). Może i pani Steinbach "powiedziała co wiedziała", ale bardziej znaczący jest fakt, iż w dniu 29.05.98 roku Bundestag podjął następującą rezolucję: "Bundestag zwraca się z apelem do Rządu Federalnego o aktywną kontynuację niezmiennej polityki poparcia dla niemieckich uciekinierów i wypędzonych ze swojej ojczyzny oraz mniejszości niemieckiej na Wschodzie oraz o skuteczną reprezentację i działanie w najlepszym interesie tych ugrupowań (...) Z tego powodu Bundestag podziela i popiera stanowisko obecnego Rządu Federalnego i wszystkich poprzednich rządów federalnych, które uważały wypędzenie Niemców z ich ziemi i majątków po zakończeniu II Wojny Światowej za dziejową niesprawiedliwość niezgodną z prawem międzynarodowym. Apelujemy do Rządu Federalnego, żeby w swoich układach z rządami naszych wschodnich sąsiadów reprezentował i działał zgodnie z interesami osób wypędzonych". Oczywiście nasz Sejm i jego ówczesny marszałek, Maciej Płażyński, "niezwykle ostro" zareagowali na tę uchwałę niemieckiego Bundestagu... tyle że zareagowali nie na temat, skutecznie kamuflując meritum sprawy. Maciej Płażyński coś tam bredził od rzeczy, jakoby polskie społeczeństwo i polskie "elyty" polityczne były niezwykle uczulone na jakiekolwiek wzmianki o tymczasowości umów granicznych, nienaruszalności granic, itp. Przecież nawet w układzie granicznym pomiędzy Polską i Niemcami z 17 czerwca 1991 r. Niemcy oświadczyły, iż te granice uznają, jednakże to uznanie granicy nie zamyka dochodzenia roszczeń majątkowych przez prywatnych obywateli. Bowiem według interpretacji rządu niemieckiego, układ ten nie reguluje roszczeń majątkowych i sprawy obywatelstwa tych, którzy żyli na terenie Niemiec w obrębie granic z 1937 roku. Wszak rezolucja Bundestagu nic nie mówi o przesuwaniu jakichkolwiek granic czy ewentualnej tymczasowości umów granicznych, tylko o prawach "wypędzonych" do ich byłej własności prywatnej, a co najważniejsze: rezolucja ta jest zgodna z prawodawstwem unijnym w tym zakresie. "Konieczność" zachowania zgodności z prawodawstwem unijnym była też jedną z przyczyn, dla której Sejm wydał nie mające żadnej mocy prawnej oświadczenie zamiast aktu prawnego regulującego legalność roszczeń majątkowych pod adresem Polski na skutek decyzji poczdamskich i powojennych przesunięć terytorialnych na korzyść Polaków - w przeciwnym razie okazałoby się, że naruszamy prawo UE. Z tego samego względu "Prezydent wszystkich Polaków" zawetował ustawę uwłaszczeniową, która to ustawa regulowałaby takie prawo własności na Ziemiach Odzyskanych, czego mu zresztą pogratulowała przyjaciółka Polski i Polaków, Erika Steinbach. Prawo wieczystego użytkowania, przysługujące na ogół osobom prywatnym na Ziemiach Odzyskanych, jest bez wątpienia prawem słabszym, mniej wartościowym w stosunku do prawa własności. Członek Komisji Europejskiej, Franz Fischler powiedział podczas Forum Europejskiego w Albach: "Koniecznym jest ustalenie, czy przepisy prawne krajów kandydujących dotyczące Niemców wypędzonych w latach czterdziestych nie kolidują z prawem unijnym". Niemiecki dziennik Sueddeutche Zeitung ujawnił, że od lat znane są wypadki Niemców starających się o zwrot majątków leżących na zachodnich i północnych ziemiach Polski, które kiedyś należały do nich lub ich rodzin. Podobne żądania wysuwają zresztą Niemcy Sudeccy wobec Czech. Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Re: K.J. o niemieckich roszczeniach - dokończenie 06.05.03, 22:59 Re: niektóre argumenty przeciw. c/d Autor: Gość: K.J. IP: 144.138.225.* Data: 06-05-2003 19:20 + odpowiedz na list Nie da się ukryć, że przed wojną większość majątków ziemskich czy zakładów przemysłowych na terenach leżących na wschód od Odry, w dawnych Prusach Wschodnich, na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie była własnością niemiecką z tego prostego powodu, że ich właścicielami byli obywatele niemieccy. Z nich to właśnie rekrutują się członkowie BdV, których z takim wigorem reprezentuje Erika Steinbach. W Unii Europejskiej zakazane jest wprowadzanie prawodawstwa, które by w jakikolwiek sposób ograniczało lub naruszało prawa własności. Prawa takie, o ile zostaną udokumentowane (co w przypadku skrupulatnych Niemców jest raczej pewne), muszą zostać przyznane, a w przypadku ich naruszenia nieodzowna będzie wypłata stosownych odszkodowań. Polska jako przyszły członek UE nie może nawet marzyć o odmówieniu prawa byłym niemieckim właścicielom do ich ,"stanu posiadania" sprzed II Wojny Światowej. Prawa lokalne (polskie) nie mogą stać w sprzeczności z prawami międzynarodowymi, co jest zresztą wyraźnie zaznaczone w naszej Konstytucji w Art. 87 i Art. 90. Prawem międzynarodowym zaś jest w tych okolicznościach prawodawstwo unijne. Elity polityczne całkowicie bagatelizują to zagrożenie. Niektórzy politycy i media od dawna starają się robić wszystko, aby problem niemieckich roszczeń wobec polskich ziem północnych i zachodnich bagatelizować, a nawet ośmieszyć. Naprawienie tego błędu przed przystąpieniem Polski do UE (choć obawiam się, że jest to już niemożliwe)powinno być nadrzędnym celem naszej polityki zagranicznej, gdyż w przeciwnym razie znajdziemy się w Unii z całym tym "prawnym bagażem", za którym stać będą już nie tylko Niemcy, ale i cała Unia. Przystępowanie do Unii Europejskiej w takich warunkach, oznacza faktyczne zlikwidowanie naszego Państwa lub, w najlepszym wypadku, okrojenie go do rozmiarów niewiele większych od Księstwa Warszawskiego. Co do nierównomiernego rozłożenia bezrobocia w krajach „15”, można tu jeszcze nadmienić, że w byłej NRD, na której terenie bezrobocie jest zbliżone do polskiego i wynosi około 19%. We wschodnich Niemczech panował ten sam system ekonomiczno-polityczny, co w Polsce. (Należy tutaj podkreślić fakt, że była NRD jest pierwszym i jedynym przypadkiem, w którym kraj byłego bloku wschodniego został włączony do UE.) Wskaźnik bezrobocia jest od lat bardzo wysoki, a przecież dodatkowo oprócz UE działają tam jeszcze sami Niemcy, dla których jedność Niemiec stanowi istotną wartość. Warto przy okazji wspomnieć, ze wszyscy Niemcy łożą na to pieniądze, ponieważ przed laty ustanowiono w Niemczech tzw. "podatek solidarnościowy" i mimo, iż miał być on pobierany jedynie przez kilka lat, to nikt dziś już nawet o tym nie wspomina, żeby ten podatek znieść. U nas będzie jeszcze gorzej, bo przecież nie mamy w Unii bogatych pobratymców, których można opodatkować. I pomimo tego, iż była NRD jest częścią Unii już od ponad 10 lat, to jednak bezrobocie utrzymuje się na podobnym poziomie, co w naszym kraju. Najwyraźniej więc przynależność do UE nie ma większego wpływu na poziom bezrobocia w danym regionie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: K.J. Dziękuję za "hit". IP: 144.138.225.* 10.05.03, 07:57 W tak doborowym towarzystwie eurosceptyków. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: tet Re: K.J. o niemieckich roszczeniach IP: *.p.lodz.pl 14.07.03, 10:57 Skąd ta Eryka ma tyle sił ? Jak długo jeszcze ? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robi Centrum Adama Smitha o bezrobociu IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 09.05.03, 06:15 To raport na zamówienie rządowe - twierdzą jego przeciwnicy Zaklinanie bezrobocia (INF. WŁ.) Ponad 3,3 mln Polaków nie ma pracy. To więcej niż wynosi liczba mieszkańców całej Małopolski. Czy jeżeli wejdziemy do Unii Europejskiej, bezrobocie spadnie? Zwolennicy Unii przekonują, że tak. Przeciwnicy Brukseli mówią, że będzie wręcz przeciwnie. Ekonomiści z Centrum im. Adama Smitha twierdzą natomiast, że sama integracja z Unią nie będzie miała żadnego wpływu na poziom bezrobocia. Jeżeli wejdziemy do Unii Europejskiej, to nastąpi szybszy spadek bezrobocia niż gdybyśmy pozostali poza Unią - uważają przedstawiciele Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych oraz Business Centre Club, a także autorzy raportu "Bilans korzyści i kosztów przystąpienia Polski do UE", który sporządzili ekonomiści z 12 ośrodków naukowych, m.in. z krakowskiej Akademii Ekonomicznej oraz Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Podają oni dokładne wyliczenia, z których wynika, że jeśli powiemy Unii "nie", to w 2014 roku bezrobocie będzie wynosiło 16 - 17 proc., a jeżeli zostaniemy jej członkiem - sięgać będzie ono wówczas około 12 proc. - Takie wyliczenia nie mają najmniejszego sensu. Są one, najdelikatniej mówiąc - jak zresztą cały raport - niedorzeczne, śmieszne, pisane na zamówienie rządowe, a nie w oparciu o rzetelną wiedzę ekonomiczną - krytykuje raport i taki sposób myślenia dr Krzysztof Dzierżawski z Centrum im. Adama Smitha. - Przecież równie dobrze za 11 lat bezrobocie może sięgnąć 30 - 40 proc., jak też za dwa, trzy lata praktycznie może go nie być. Na początku lat 90. przybywało rocznie od 800 tysięcy do 1 miliona miejsc pracy. Od nas samych zależy, a nie od członkostwa w Unii, czy sytuacja ma szanse się powtórzyć. Wystarczy dać swobodę działania przedsiębiorczym ludziom, a to można zrobić przede wszystkim poprzez obniżenie kosztów pracy oraz podatków. (...) Autorzy raportu "Bilans korzyści i kosztów przystąpienia Polski do UE" twierdzą, że bezrobocie zmniejszy się - po przystąpieniu Polski do UE - również dlatego, że większa będzie wymiana handlowa z krajami wspólnoty, dzięki czemu potrzebne będą nowe miejsca pracy. - Po pierwsze - przedstawia swój pogląd na tę kwestię dr Dzierżawski - nie wiadomo, czy nasze towary za kilka lat wygrają konkurencję z produktami z innych państw członkowskich. Po drugie - faktem jest, że znosimy bariery handlowe z Unią, ale stawiamy je gdzie indziej, czego przykładem jest wprowadzenie wiz dla Rosjan, Białorusinów oraz Ukraińców i znaczne osłabienie wymiany handlowej z tymi krajami. Kto wyjedzie? Najbardziej jednak naszego rozmówcę z Centrum im. Adama Smitha szokuje stwierdzenie autorów raportu, iż bezrobocie w Polsce zmniejszy się również dlatego, że będziemy mieli do czynienia z emigracją zarobkową. - Przeraża mnie taki sposób rozumowania. Moim zdaniem, jest on niedopuszczalny. Trzeba robić wszystko, aby zatrzymać emigrację zarobkową. Kto będzie wyjeżdżał z kraju? Najlepsi i najbardziej wykształceni fachowcy, czyli osoby, które są w Polsce potrzebne. WŁODZIMIERZ KNAP Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: br Re: Centrum Adama Smitha o bezrobociu IP: *.acn.waw.pl 11.03.04, 17:32 :) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: bebokk Euroentuzjaści to SEKTA gorsza od JEHOWYCH IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 10.05.03, 00:31 Autor: bebokk@NOSPAM.gazeta.pl Data: 09-05-2003 20:54 + odpowiedz na list Świadkowie Jehowy pojawiają sie raz na miesiąc ze swoimi broszurami i zawsze grzecznie im tłumaczę, że nie mam czasu, bo .......( np. jestem z córką w piaskownicy ). Grzecznie idą sobie precz. Natomiast euroentuzjaści pojawiają się nieproszeni o każdej porze. Włączę telewizor lub radio i ciągle słychać ten bełkot. Teraz to juz tylko wypada się śmiać i przestałem się denerwować na widok komunistów z PZPR, aktualnie SLD, agitujących za Unią równie prymitywnie jak za ZSRR. Kilku aktorów odkryło dopiero teraz i to na plakatach, że są Europejczykami, co dowodzi tylko tego, że aktorzy żyją w innym świecie i że nauka geografii jest im obca. Prezydent Polski mówi, że ma bardzo dobre stosunki z prezydentem Francji po tym, jak ten ostatni kazał mu siedzieć cicho. Mamy uwierzyc, że samo wstąpienie do Unii da nam : DOBROBYT, ochronę praw konsumentów, świetną opiekę lekarską, podróżowanie bez paszportów po całej Europie, studiowanie dla naszych dzieci w Oxfordzie i Cambridge, chłopów kupujących za unijne dopłąty najnowsze auta japońskie, a do tego biskupi będą po wejsciu do UE masowo nawracać tamtejszych bezbożników pod przewodem Pieronka i Życińskiego, itd.... KU.WA MAĆ !!! TO WSZYSTKO JUŻ BYŁO !!! PODOBNIE PRYMITYWNA I DEBILNA PROPAGANDA JUŻ BYŁA !!! UPRAWIALI JĄ KOMUNIŚCI ZA CZASÓW STALINA OBIECUJĄC KOMUNISTYCZNY RAJ !!!" Ja tylko pozwole sobie zwrocic uwage Bebokk, ze to powinno sie porownac do akwizytorow AMWAYA. I tylko tyle. A link do tej Twojej wypowiedzi tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=522&w=5944033&a=5964552 Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Aldona Kamela-Sowińska - o kosztach i szansach 11.05.03, 00:18 Żeby skorzystać na wejściu do Unii Europejskiej, potrzeba nie reformy, ale rewolucji w finansach publicznych. I to już dziś. Szansa, ale niepewna W wejściu do Unii Europejskiej widzę szansę dla Polski i Polaków na historyczny awans cywilizacyjny, gospodarczy i kulturowy. Ale to tylko szansa - stan dany wszystkim. Obawiam się jednak, że możemy tę szansę stracić. Jednym z najpoważniejszych zagrożeń skorzystania na przystąpieniu do Unii Europejskiej jest stan zadłużenia państwa. Dzisiaj wynosi ono 385 mld zł, a na każdego z nas przypada ok. 9400 zł. Dług sam w sobie nie jest niczym złym: to źródło dodatkowych pieniędzy na wzrost i rozwój. Trzeba jedynie wiedzieć, kiedy i z czego zostanie spłacony. Tymczasem zadłużenie kraju jest niebezpiecznie blisko konstytucyjnego progu - 60 proc. PKB - którego nie może przekroczyć. Ministerstwo Finansów przewiduje, że w roku 2006 będzie ono wynosiło 59,9 proc. PKB. Różnica mieści się zatem w granicach błędu statystycznego. A do spłacenia "żywą gotówką" mamy dług wobec Klubu Paryskiego - do roku 2010 razem 87 mld zł. Najgorsze są lata 2005 - 2007, gdy płatności wyniosą odpowiednio 12,4 mld, 14 mld i 15,2 mld zł. W tym samym czasie musimy zgodnie z traktatem podpisanym z UE ponieść nakłady na ochronę środowiska, wynoszące ponad 12 mld rocznie (a w szczytowym roku 2006 - 14 mld). Do tego dochodzi składka członkowska i inne wydatki, takie jak współfinansowanie funduszy strukturalnych czy przygotowanie projektów, opłacane bezpośrednio z budżetu: 14,8 mld zł w 2005 i 17,5 mld w roku 2006. Razem są to wydatki gigantyczne, bo 40 mld zł w 2005, 45 mld zł w 2006 i 50 mld w 2007 roku. Szpitale, ZUS, reprywatyzacja Czarnego obrazu dopełnia zadłużenie szpitali - około 8,5 mld zł. Wprawdzie nie jest to dług bezpośrednio obciążający budżet państwa, istnieje też pomysł emisji obligacji gwarantowanych przez skarb państwa celem oddłużenia szpitali, ale w ostatecznym rozrachunku i tak sprowadzi się to do obciążenia spłatą przyszłych pokoleń. Bo czy zadłużone szpitale, mając wielkiego gwaranta, jakim jest państwo, będą spłacać swoje długi? Podobna sytuacja jest z długiem państwa w stosunku do ZUS; dziś to już 9,5 mld zł. Pieniądze na jego spłatę miały pochodzić z prywatyzacji. Zostały zapisane w budżecie państwa jako jego przychód, który, jak planowano, miał być przeznaczony na wpłatę do ZUS. Pieniędzy z prywatyzacji jednak nie ma - jak więc i z czego spłacimy ten dług? Emisja obligacji gwarantowanych przez państwo oznaczałaby kolejne zadłużenie przyszłych pokoleń i obowiązek budżetu. Dług publiczny liczy bowiem się wraz z obciążającymi budżet gwarancjami i poręczeniami. Do UE przystępujemy, nie rozwiązawszy problemu reprywatyzacji (koszt 40 mld zł) i mając w perspektywie spłatę około 20 mld zł za samolot wielozadaniowy. A gdzie środki na dopłaty dla rolników, które będziemy finansować z krajowego budżetu? Unia to twardy partner, dotrzymuje słowa i temu da więcej, kto sam więcej wyłoży. A my dzisiaj nie mamy pieniędzy, które można by wyłożyć. Moglibyśmy zaciągnąć dług i spłacać go w późniejszych, lepszych latach - ale też nie możemy. Już w latach 2004 - 2005 dług publiczny sięgnie niemal konstytucyjnego pułapu 60 proc. PKB. Tę ostatnią szansę, jaką jest zaciągnięcie długu na pokrycie pierwszych wpłat do Unii Europejskiej, zaprzepaścił obecny rząd w roku 2002, zwiększając dług publiczny o ponad 50 mld zł. Pieniądze poszły na bieżącą konsumpcję i w dużej mierze "skonsumowały" szansę, jaką stanowi Unia Europejska. Co trzeba zrobić Budżet na rok 2004 można jeszcze przygotować, wykorzystując wszelkie rezerwy. Następne lata to dramat dla budżetu, stracone szanse i pieniądze z Unii Europejskiej. Żeby tego uniknąć, potrzeba nie liftingu, nie reformy, ale rewolucji w finansach publicznych. I trzeba ją przeprowadzić już dziś, a nie w roku 2004 czy później. Niezbędne jest przy tym jednoczesne posłużenie się wieloma instrumentami. Trzeba zatem: - Rozpocząć negocjacje w sprawie rozłożenia spłaty długu Klubu Paryskiego na dłuższy okres. Już nawet nie marzę o zmniejszeniu tego długu, tylko o "spłaszczeniu" wypłat i przesunięciu ich na lata po roku 2005. Niekorzystne dla Polski rozłożenie w czasie terminów spłaty długu Klubu Paryskiego powoduje, że gospodarka jako całość, jako organizm ekonomiczny będzie płatnikiem netto do Unii Europejskiej. - Negocjować terminy uruchomienia nakładów na ochronę środowiska. 160 mld zł, jakie do 2015 roku Polska ma na ten cel wyłożyć, musi być przesunięte na lata 2010 - 2015, kiedy będą odczuwalne skutki realizacji pierwszych programów strukturalnych, choćby w infrastrukturze. Również w tym przypadku nie myślę o zmniejszeniu tych kwot, ale o ich innym, korzystniejszym dla Polski rozkładzie na poszczególne lata. - Zmniejszyć obciążenia podatkowe dla firm do 20 proc. - Zwiększyć podstawę podatkową amortyzacji. W dobie najnowocześniejszej techniki i technologii amortyzowanie maszyn i urządzeń przez 7 lat ma tylko wymiar fiskalny. - Zwiększyć liczbę wydatków, jakie można do celów podatkowych zaliczać do kosztów uzyskania przychodów. - Zmniejszyć pomoc publiczną dla nierentownych państwowych firm. Nie może być tak, że z pieniędzy podatników utrzymywane są upadające kopalnie, huty i Polmosy. Tylko w roku 2001 dołożyliśmy do nich 10,8 mld zł. - Przywrócić normalną funkcję KRUS. Ma to być ubezpieczenie dla produkujących rolników, a nie dla wszystkich posiadających ziemię rolną. Dlaczego w KRUS ubezpieczeni są taksówkarze, lekarze, adwokaci i inne wolne zawod? Odpowiedź jest prosta - bo system prawny na to pozwala. Po co KRUS pięćdziesięcioosobowa rada nadzorcza? - Zmienić strukturę wydatków na pomoc społeczną, tak żeby przez pierwsze trzy lata po wejściu do Unii, kiedy podrożeje żywność i lekarstwa, najubożsi odczuli to w jak najmniejszym stopniu. Dzisiaj 20 proc. pomocy społecznej trafia do faktycznie potrzebujących, a 80 proc. do sprytnych, ponieważ przepisy to umożliwiają. Tych "trzeba" jest bardzo dużo: to cały program gospodarczo-społeczny, który bezwzględnie musi być zrealizowany, żeby nie zmarnować szansy, jaką daje Polsce członkostwo w Unii Europejskiej. Nieprzygotowana administracja Innym obszarem stwarzającym zagrożenie, iż wejście do Unii Europejskiej nie zostanie przez Polskę wykorzystane, jest zupełnie nieprzygotowanie struktury rządowej do opracowania projektów współfinansowanych przez Unię. Tylko ten, kto nigdy nie spotkał się z procedurą pozyskiwania środków pomocowych, ma jasność sądu niezmąconą znajomością rzeczy. Inni są poważnie zatroskani. Każdy projekt to od kilkudziesięciu do kilkuset stron wniosku po angielsku. Wniosek jest wysoce sformalizowany, często wymagane są w nim dane, których się nie rejestruje, np. w systemie księgowości budżetowej w samorządach. Te ostatnie zgodnie z własnymi siłami, możliwościami i rozeznaniem szykują się do wchłonięcia środków unijnych. To bardzo dobre. Ale gdzie jest Krajowe Biuro Unii, gdzie jest 700 przeszkolonych przez rząd urzędników, którzy w każdym powiecie będą na co dzień przygotowywali wnioski, podpowiadali pomysły, podawali wzorce i poprawiali angielski? I gdzie jest szef Krajowego Biura Unii, który "głową", do trzeciego pokolenia, będzie odpowiadał za to, żeby projekty finansowane przez Unię Europejską jakościowo i ilościowo odpowiadały standardom? W Polsce jest wiele młodych dobrze wykształconych ludzi po studiach europejskich czy podobnych, znających angielski - i pracujących jako sekretarki. Mieszkają w całym kraju i jako urzędnicy państwowi w ramach jednej struktury mogą pracować w powiecie, u marszałka województwa czy prezydenta miasta. I nie trzeba nowych etatów: wystarczy je przesunąć z ministerstw i urzędów centralnych (chodzi o etaty, nie ludzi). Z Ministerstwa Skarbu Państwa, które dziś nic nie prywatyzuje, bez Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Re: Aldona Kamela-Sowińska - dokończenie 11.05.03, 00:21 Z Ministerstwa Skarbu Państwa, które dziś nic nie prywatyzuje, bez szkody można przesunąć sto etatów. Jeżeli tego wszystkiego nie zrobimy, podzielimy los Grecji, której w pierwszym roku członkostwa w Unii nie zaakceptowano ani jednego wniosku o środki pomocowe. Bezrobocie - największy problem I jest też inny wielki problem - bezrobocie. Nie łączy się ono bezpośrednio z wejściem do Unii Europejskiej, ale stawia nas wobec innych krajów kandydackich na dużo gorszej pozycji. Stopa bezrobocia w krajach UE to średnio 5 - 7 proc., w krajach kandydackich ok. 8 proc., a u nas 20 proc. i nic nie wskazuje, że szybko będzie mniejsze. Wejście do Unii też tego nie zmieni, przynajmniej nie stanie się to prędko. Z bezrobociem musimy sobie zatem poradzić sami. Nowe miejsca pracy nie powstaną w wielkich firmach państwowych, wymagających głębokiej przebudowy i modernizacji; tam ciągle będą zwolnienia. Nie powstaną także w gałęziach dotkniętych kryzysem globalnym i dziś zadłużonych ani w rolnictwie. Mogą powstać tylko w małych i średnich firmach. Określenie "przedsiębiorstwa małe i średnie" nie oznacza, że są to dla gospodarki podmioty mniej ważne od np. przemysłowych gigantów. Dobrze skonstruowaną gospodarkę można przedstawić w kształcie piramidy: na jej szczycie są przedsiębiorstwa duże, o wielkim potencjale sprawczym, finansowym i intelektualnym. Są one w stanie wypromować nowe techniki i technologie, prowadzić skomplikowaną organizację gospodarczą, nowoczesny marketing, krótko mówiąc - mogą się włączyć w globalną konkurencję. W Polsce na pewno nie są nimi państwowe molochy. W środku piramidy znajdują się przedsiębiorstwa średnie, które wprawdzie nie należą do czołówki, wynajdującej np. nowe technologie, ale są w stanie te technologie, systemy organizacji itp. zaadaptować dla własnych potrzeb lub kooperować z największymi firmami. Natomiast na dole tej konstrukcji jest ogromna liczba małych i średnich przedsiębiorstw, które wchłaniają lokalne zasoby siły roboczej, pojawiającej się w nadmiarze np. na skutek restrukturyzacji wielkich przedsiębiorstw państwowych i wprowadzania w nich nowych technologii, wymagających mniejszego zatrudnienia. Te małe firmy korzystają z lokalnych zasobów surowcowych i produkcyjnych, a będąc najbliżej klienta i najlepiej go znając, z powodzeniem obsługują rynki lokalne. Tak dzieje się także w krajach wysoko rozwiniętych. Stawiać na małe firmy Chcąc zatem, żeby cała gospodarka funkcjonowała należycie, nie można skupiać się tylko na potentatach, ale trzeba wyjątkowo dbać o małe i średnie firmy. W Polsce jest 3,2 mln małych i średnich firm, które zatrudniają do 10 osób. Takich, które dobrze funkcjonują, jest 1,7 mln. Jednocześnie mamy w Polsce ponad 3,2 mln bezrobotnych. Teoretycznie, gdyby każda dobra firma zatrudniła jednego bezrobotnego, to zniknęłaby połowa bezrobocia. Trzeba więc stworzyć warunki, żeby tak się stało. Trzeba uprościć przepisy, bo skomplikowany, rozbudowany system prawny stanowi dla przedsiębiorców zmorę większą niż wysokie podatki. Tylko w dziedzinie podatków, opłat i ceł funkcjonuje 55 ustaw i trudna do policzenia ilość rozporządzeń. Jak ma się w tej materii rozeznać średniej klasy przedsiębiorca, który musi przecież zadbać o produkcję, rynek, pracowników, pieniądze i kredyty? Z kredytami jest zresztą najgorzej. Rząd przez politykę emisji obligacji i bonów skarbowych zabija małą i średnią przedsiębiorczość, a tym samym miejsca pracy. Mała firma nie jest bowiem konkurencyjna w banku, który może pożyczyć pieniądze rządowi na pewny, niedotknięty ryzykiem procent. A trudno winić banki, że ze swojego punktu widzenia działają racjonalnie. Tylko jasny program wspierania małych i średnich krajowych firm pozwoli zredukować bezrobocie i wyrównać nasze szanse startu w Unii Europejskiej. Unia Europejska nie jest lekiem na całe zło w naszej gospodarce, nie jest złotą rybką i nie da nam niczego, na co sami nie zapracujemy. Żeby wziąć, trzeba dać, żeby dać, trzeba mieć, żeby mieć, trzeba posprzątać we własnym domu. Czy w Unii, czy poza Unią musimy to zrobić sami. ALDONA KAMELA-SOWIŃSKA -------------------------------------------------------------------------------- Autorka jest ekonomistką, w rządzie Jerzego Buzka była wiceministrem, a potem ministrem skarbu państwa www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030510/publicystyka/publicystyka_a_1.html Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Carl Beddermann - Brukselski dom wariatów 11.05.03, 20:37 Brukselski dom wariatów (Wystąpienie Carla Beddermanna wygłoszone w dniu 5 maja 2003 roku podczas spotkania z mieszkańcami Piotrkowa Trybunalskiego) Dla mnie bardzo ważne jest, że ludzie przychodzą na spotkania, by posłuchać co mam im do powiedzenia. U nas, w Niemczech gazety już piszą o tym, co ja tu robię. Najpierw próbowali eliminować mnie po cichu, ale teraz jest już za późno. Gdy w Dolnej Saksonii rządziła lewica tamtejszy rząd wszczął wobec mnie sprawę dyscyplinarną. Obecnie lokalna władza się tam zmieniła i teraz rządzi prawica. To co robię w Polsce nie zachwyca ich, niemniej zawieszona została sprawa dyscyplinarna. O Niemcach... Wszyscy Niemcy są prounijni, gdyż mają z Unii Europejskiej najwięcej korzyści. Jednak przeciętny Niemiec nie wie wcale, co dzieje się w Polsce. Ludzie myślą, że Polacy są mądrzy i że wiedzą, dlaczego chcą być członkami Unii. Taka jest u nas w Niemczech sytuacja. Ale jak wygląda to oszustwo, polegające na tym, że najpierw obiecali Wam 10 miliardów euro rocznie, po czym suma ta znacznie się zredukowała, tak że wejście do Unii musicie teraz sami sobie sfinansować - to tego nikt już u nas nie wie. O tym wiedzą jedynie stratedzy z Brukseli. Mój były szef, a obecny kanclerz Niemiec, Schroeder, w czasie gdy był premierem w Dolnej Saksonii twierdził wyraźnie, że Unia to instrument poprawy niemieckiego eksportu. W Niemczech, podobnie jak w Polsce, cały czas trąbią o tym, że jest wielka i wspaniała idea zjednoczenia Europy. Jest tylko drobna różnica: dla nas, dla Niemców ta Unia jest korzystna, dla Was natomiast - stanowi śmiertelne zagrożenie. O wampirze, który potrzebuje świeżej krwi... Żałuję, że nie ma na tej sali jest - jak sądzę - zbyt wielu euroentuzjastów. Bo najbardziej śmieszy mnie, gdy polski euroentuzjasta próbuje tłumaczyć mi jak funkcjonuje Unia Europejska. Ja, który byłem niemieckim urzędnikiem przez 25 lat wiem to bardzo dobrze, znam te wszystkie plany i strategie. Uważam, że każdy Polak powinien wiedzieć, jak ta Unia dzisiaj wygląda. Unia miała szansę stać się czymś w rodzaju Stanów Zjednoczonych w Europie, ale jakieś 50 lat temu. Teraz Unia jest jak kukła. Nowi kandydaci mają być czymś w rodzaju świeżej krwi, której ten stary wampir potrzebuje, by jeszcze kilka lat pożyć. Unia Europejska "Piętnastki" nie jest żadnym wysokim ideałem, braterskim związkiem krajów europejskich, jak to zwykła sama o sobie mówić i jak jest przedstawiana przez polski rząd. Przypomina ona raczej przymusowy cech kupiecki, w którym każdy próbuje zapewnić sobie korzyści kosztem innych. Nie minęły jeszcze 3 lata, jak całe kierownictwo Unii musiało ustąpić z powodu dowiedzionej mu korupcji. Jeżeli czasami słyszę, że Unia pomoże wyeliminować korupcję w Polsce to jest to tak, jakby wampirowi Drakuli dać na przechowanie krew. Tak to wygląda... Dziwi mnie to, jak wolno docierają do świadomości Polaków reguły funkcjonowania Unii, choć mogłoby się wydawać, że jakieś doświadczenia Polacy powinni już mieć. Zaczęło się od tego, że warunkiem zawarcia umowy o zamiarze przyłączenia się do Unii stało się zniesienie przez Polskę większości dawnych ceł, wprowadzonych jako obrona przeciwko dumpingowemu importowi. Zbyt pospieszna prywatyzacja zakładów państwowych i wolny dopływ kapitału zagranicznego doprowadziły już teraz do nieprawdopodobnego, szkodzącego interesom kraju stanu. Kiedy przyjechałem do Polski przed dwoma laty, nie przyszło mi nawet przez myśl, by opowiadać się przeciwko przystąpieniu Polski do UE. W międzyczasie musiałem jednak zmienić swoje poglądy. Nie doceniłem rozmiaru podłości i tego, że jesteście oszukiwani przez Zachód i jego egoistyczne plany. Jak już wcześniej wspomniałem, miałem wrażenie, że Polacy wiedzą dlaczego chcą być członkiem Unii. Pierwsze otrzeźwienie przyszło jednak w Brukseli i w Berlinie, gdzie zostałem skierowany na szkolenie. Muszę tu wspomnieć, że wdrażanie standardów unijnych w dziedzinie ochrony środowiska kosztuje np. w Turyngii 200 miliardów euro. Jest to niewyobrażalna kwota. Zapytaliśmy tam w Brukseli, jak ta biedna Polska ma to finansować jeżeli Unia da jej tylko grosik. Odpowiedź brzmiała: "Nie chodzi wcale o to. Inwestorzy, którzy mieliby zamiar inwestować w Polsce muszą tam spotkać takie same warunki konkurencji jak u nas. Nie chodzi o to, by Polska miała czystą wodę, czy czyste powietrze, ale o to, by warunki konkurencji były takie same. To jest najważniejsze". To była dla mnie pierwsza niespodzianka. Później powiedziałem im, że pieniądze, które zarabiają unijni eksperci i urzędnicy, lepiej byłoby przeznaczyć na inwestycje. Po tym stwierdzeniu francuski ambasador unijny w Polsce, który koordynował różne projekty ekologiczne zdecydował, że trzeba mnie wyrzucić, gdyż wyidealizowany obraz Unii nie toleruje takich wizji jakie ja przedstawiam. Dziś mogę temu panu podziękować, to była dobra decyzja, gdyż teraz mogę odważnie i swobodnie mówić o tym wszystkim, jak to naprawdę funkcjonuje. O złej Unii brukselskiej... Aby zrozumieć obecną sytuację Polski w związku z planowanym wstąpieniem do Unii należy rozróżnić dwie sprawy. Po pierwsze - europejską ideę zbliżania się narodów europejskich i po drugie - Unię brukselską. Ta pierwsza idea jest dobra, druga natomiast nie. Jest ona nie tylko niedobra, ale wręcz szkodliwa, zagraża egzystencji narodów, a szczególnie Polski. Jako instrument globalizacji prowadzi ona do zapędzenia Polski i innych krajów kandydackich w kolonialną zależność od Zachodu. Unia jest perfidna ponieważ sprytnie wykorzystuje łatwowierność i prostoduszność Wschodu, a swój kolonialny cel tuszuje wspólną ideą wielkiego domu europejskiego. Aby to wszystko zrozumieć trzeba przyjrzeć się krótko historii UE. Gdy w 1951 roku zawierano traktat o Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, a w 1957 traktat o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej rodziło się to jeszcze pod wpływem szoku wywołanego katastrofą II wojny światowej. Przyświecało temu to, by stworzyć coś lepszego niż Liga Narodów po I wojnie. Kołami napędowymi tych układów była Francja i Niemcy. Francja zamierzała w ten sposób zapewnić sobie dostęp do niemieckiego potencjału przemysłowego, Niemcy obciążone mroczną przeszłością, chciały odzyskać dostęp do światowych salonów. Znaczną rolę odgrywało zagrożenie ze strony Rosji Sowieckiej. Obok wspólnego wysiłku obronnego w ramach NATO, dzięki EWG miała zostać wzmocniona siła gospodarcza Europy. Początkowo wspólnota koncentrowała się tylko na dwóch sprawach: na wspólnej polityce rolnej i na redukcji ceł wewnętrznych i innych przeszkód handlowych. Nic więcej. Nikt wówczas nie mówił, że Europa to będzie "wspólny dom", "jedna rodzina" itp. Ówczesny układ był rozsądny i wszystkim gwarantował korzyści. O polityce rolnej Unii i pośle Kalinowskim... W pierwszym zakresie tzn. w polityce rolnej nic się właściwie do dzisiaj nie zmieniło. Również po trzech dużych rozszerzeniach Unii płynie do rolnictwa, co prawda już nie 80 czy 70 procent wszystkich środków unijnych, ale, było nie było, połowa. Jak dawniej, ta sama gra, na początku której pompuje się miliardy w nadprodukcję żywności, aby następnie z miliardowym dofinansowaniem po dumpingowych cenach pozbyć się jej na rynku światowym. Następnie wydaje się kolejne miliardy w celu usunięcia powstałej nadprodukcji. Korzyści z tego systemu, dla którego w międzyczasie na Zachodzie zadomowiło się określenie "brukselski rolniczy dom wariatów", czerpią nieliczne wielkie zakłady przemysłowe produkcji rolnej i powiązany z nimi biznes rolniczy. Ten "brukselski rolniczy dom wariatów" jest teraz pod silnym obstrzałem opinii publicznej, która domaga się jego reformy. Podczas gdy, w związku z coraz to nowymi skandalami związanymi z produkcją żywności, ludzie na Zachodzie zaczynają się budzić, w Polsce chce się ten chory syste Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Brukselski dom wariatów- dokończenie 11.05.03, 20:39 Ten "brukselski rolniczy dom wariatów" jest teraz pod silnym obstrzałem opinii publicznej, która domaga się jego reformy. Podczas gdy, w związku z coraz to nowymi skandalami związanymi z produkcją żywności, ludzie na Zachodzie zaczynają się budzić, w Polsce chce się ten chory system wprowadzać. Miałem okazję rozmawiać o tych tematach z byłym ministrem rolnictwa p. Jarosławem Kalinowskim. Niedawno, gdy premier Miller wyrzucił go z koalicji pytałem go dlaczego nie postępuje tak jak ja: najpierw byłem Szawłem a teraz stałem się Pawłem. Mówiłem do niego: "Pan to wszystko wie, jak to funkcjonuje, jak dają obietnice, a później robią odwrotnie". On odpowiedział, że to on negocjował warunki, że ludzie mu wierzą, więc nie może zrobić teraz skrętu o 180 stopni. Ja jednak miałem wrażenie, że Kalinowski jest w wielkim strachu. Powiedziałem mu wówczas: "Pan mógł być bohaterem narodowym". Potem uświadomiłem sobie, że dalsza rozmowa z nim nie ma sensu. Jakiś czas potem był on u prezydenta i po tej wizycie ogłosił, że PSL też jest prounijny. Mam wrażenie, że Kalinowski nie jest swobodny, choć - mam nadzieję - zmieni jeszcze zapatrywania. O unijnych standardach ... W czasie, gdy w polityce rolnej nie zmieniło się nic, w drugim zakresie działalności Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, czyli w zakresie redukcji przeszkód w handlu, zmieniło się wszystko. Światowy rozwój gospodarczy pod wpływem Stanów Zjednoczonych wyprzedził ten cel unijny. Wolny handel światowy, wymiana towarów i usług stały się w tak dużym stopniu zliberalizowane, że wysiłki Unii w latach 60-tych, 70-tych i jeszcze w 80-tych straciły na ważności. Jak zareagowała na to Unia? Dokładnie tak jak można było oczekiwać po tak gigantycznym, biurokratycznym stworze, tak jak reagowałyby wszystkie wielkie biurokracje, gdy obsuwa im się grunt pod nogami... Wymyślono nowe cele i zadania, dzięki którym wciąż można dalej działać w tym samym stylu, jak do tej pory. Tym nowym celem stało się stworzenie wspólnych standardów dla całej Europy. Dosłownie we wszystkich dziedzinach próbuje stworzyć się jednolitość. Wszystko jedno czy chodzi tu o gospodarkę, finanse, technikę, naukę, kulturę, sprawy socjalne, bezpieczeństwo wewnętrzne czy zewnętrzne - komisja w Brukseli wszędzie macza palce. Wygląda to następująco: najpierw w uroczystym i nadętym tonie ogłasza się dlaczego zdecydowano się w jakiejś nowej dziedzinie stworzyć ogólnoeuropejskie reguły. Twierdzi się, że dotychczas istniejące były nie wystarczające, gdyż były stare lub niejednolite. Za każdym razem, obojętne czy chodzi tu o krzywiznę ogórków, krzywiznę rur wydechowych w pojazdach mechanicznych, występuje ta sama nadętość, te same wielkie i doniosłe słowa o Europie, dla pozycji której ważne jest - jak się twierdzi - ujednolicenie wszelkich standardów. Następnie wnika się w szczegóły. Tysiące za tysiącami nowych przepisów i nowych reguł sypią się rok rocznie na administracje i ludność "Piętnastki" w sposób groteskowy i bezsensowny. A wszystko to w imię "wielkiej, jednolitej Europy". O kupowaniu polityków i "pośle Apokalipsy" ... Dlaczego my, na Zachodzie pozwalamy sobie na te wszystkie bzdury? Są tego dwa powody. Po pierwsze - ogólny letarg i brak zainteresowania sprawami Europy. Można to porównać z sytuacją w Polsce przed dwudziestu laty, gdy mówiono o wspaniałym związku narodów bloku socjalistycznego, a ludzie puszczali to mimo uszu. Przypomnę: nikt nie słucha tej brukselskiej propagandy, ludzie zajęci są czymś innym, także z powodu kryzysu gospodarczego na Zachodzie. Drugi powód akceptacji Unii na Zachodzie jest bardziej istotny. Otóż system brukselski kupuje sobie sprzymierzeńców wśród zachodnich polityków tak samo, jak teraz w Polsce wśród polityków polskich. Chodzi tu głównie o wysokie stanowiska w komisji brukselskiej. Będą one obsadzane przez wysłużonych polityków z zasobów krajowych. Przykładem są chociażby Guenter Verheigen i Frantz Fischler. Obaj są wysłużonymi politykami, którzy teraz, opłacani znacznie wyżej niż dotąd, kontynuują swoje kariery w Brukseli. Weźmy np. Verheigena, który wygląda jak "poseł Apokalipsy". On był kiedyś posłem niemieckiej partii liberalnej FDP. Jak władze tej partii nie pozwoliły mu zostać komisarzem w Brukseli wówczas zmienił ugrupowanie i teraz należy do lewicy. To oni przysłali go do Brukseli, gdzie teraz sobie siedzi zgrywając dobrego wujka. Jeszcze rok temu w "Süeddeutsche Zeitung" Verheigen mówił, że pieniądze, które Niemcy muszą płacić w kontekście rozszerzenia Unii zwrócą się dzięki zwiększonemu eksportowi. Dodał, że taniej nie można by uzyskać spokoju na niemieckiej granicy wschodniej. Tak właśnie mówił jeszcze niedawno sądząc zapewne, że nikt tego nie przeczyta. Teraz z Brukseli bardzo ostrożnie obserwuje on sytuację w Polsce, gdyż zdaje sobie sprawę z tego, że proporcje poparcia dla UE rozkładają się mniej więcej po połowie. Podkreśla nawet, że Polska, jak najbardziej krnąbrne dziecko, leży mu szczególnie na sercu. Nie dziwię się - jeżeli referendum będzie "na nie", Verheigen może szybko stracić posadę. O Kościele ... Dziwię się, jak Polacy łatwo dają się nabrać na tę prymitywną propagandę z Brukseli. Przykro mi, że w tej sprawie milczy polski Kościół. Jakiś czas temu wysłałem długi list do Prymasa Glempa. Do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi. W jego kancelarii ciągle odpowiadają mi, że codziennie przychodzi wiele podobnych listów. Przedwczoraj byłem na Wawelu. 3 maja słyszałem tam księdza Pieronka. Akurat jego. Mówił w tym stylu: "Ojciec Święty powiedział na Krakowie, że Polska musi znaleźć odpowiednie miejsce w strukturach europejskich". Owszem, ma rację, jednak Ojciec Święty nigdy nie powiedział, że tym "odpowiednim miejscem" ma być akurat brukselska Unia Europejska, ta kukła. Zawsze więc przekręcają słowa. Z kolei rano w radio słyszałem, jak premier Miller mówił mniej więcej tak: dziękujemy biskupom za ich stanowisko; co prawda nie jest ono ani na tak, ani na nie, jednak pamiętajmy, że prymas Glemp jest za Unią, a także sam papież. Myślę, że jest najwyższy czas na to, by Watykan, Ojciec Święty wyraźnie stwierdził co myśli o Unii. Może nie konkretnie, by głosować na "tak", czy na "nie", ale np. żeby wyjaśnić, że miejsce Polski w strukturach wspólnoty europejskiej to kwestia przyszłości, i że nie należy tego rozumieć tak, jak to przedstawił biskup Pieronek. O naiwnych Polakach ... Biedni Polacy, szkoda mi Was. Byliście już wiele razy uciskani i wyzyskiwani przez obce wojska, ale nigdy dotąd nie musieliście, tak jak dziś, jeszcze do tego śpiewać, tańczyć i podskakiwać z radości, dawać się okłamywać przez własnych rodaków twierdzących, że ten oto wyzysk nie jest żadnym wyzyskiem, ale pierwszym krokiem do raju. To Wy pierwsi zdołaliście rozpoznać i zniszczyć solidarnie wielki komunistyczny szwindel rodem z Kremla. Czy rzeczywiście nie potraficie dostrzec podobieństwa pomiędzy ówczesnymi kłamstwami, a tymi dzisiejszymi, czynionymi przez przebranych w unijne szaty postkomunistów? Czy naprawdę wystarczy tylko trąbić głośno i wystarczająco długo tę prymitywną, prounijną demagogię żebyście zaślepieni i naiwni uwierzyli tym samym ludziom, którzy wtedy daremnie próbowali zachwycić Was Moskwą i RWPG, a dzisiaj pieją z zachwytu nad Brukselą i Unią Europejską? W tym ostatnim momencie próbuję otworzyć Wam oczy na to, co Was w tej Unii czeka. W tej Unii, która przez cały czas trwania procesu akcesyjnego oszukiwała Was i wodziła za nos. O współpracy Polski ze Stanami Zjednoczonymi ... Ciągnąć tę amerykańską kartę to nie jest zły pomysł. Macie w USA 10 milionów rodaków. Polonia jest silna, ma wpływy, stosunki są dobre. Dlatego myślę, że nie jest źle. W Berlinie czy w Brukseli trąbią teraz, że Polacy są nieobliczalni, że to Unia jest racją stanu, a nie Irak. Inni znów twierdzą, że t Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: RdM Ryszard Bugaj IP: *.dial.proxad.net 13.05.03, 07:26 Nowy program System demokratyczny powinien być tak przemodelowany, by jego najważniejszą funkcją nie była ochrona praw jednostek (choć nie można z tego zrezygnować), ale zbiorowe rozstrzyganie przez społeczeństwo o polityce państwa - także o polityce gospodarczej. To zakłada istnienie realnej alternatywy programowej, uproszczenie systemu politycznego (np. przez likwidację zupełnie niepotrzebnych, ale kosztownych powiatów) i rygorystyczne odseparowanie świata polityki od świata biznesu. Nieliberalna alternatywa to z pewnością uznanie, że istnieje granica autonomii rynku i potrzebne jest aktywne oddziaływanie państwa na gospodarkę, a także utrzymanie zmodernizowanego systemu zabezpieczenia społecznego i odpowiedzialności państwa za losy "ludzi przegranych". Nieliberalna alternatywa to też obrona pozycji i roli narodowego (ale nie etnicznego), suwerennego państwa. Z tej perspektywy niewstąpienie Polski do Unii nie jawi się jako katastrofa, tylko konieczność (ale i możliwość) prowadzenia samodzielnej polityki. W przypadku zaś wstąpienia do Unii, twardy sprzeciw wobec federacyjnych tendencji istniejących wewnątrz Unii. Program nieliberalny to także surowy, sprawny (i odporny na korupcję) system wymiaru sprawiedliwości, otoczenie przez państwo szczególną opieką rodziny i uznanie - piszę o tym bez entuzjazmu - znacznej roli Kościoła w życiu publicznym. Program nieliberalny nie oznacza programu antyliberalnego, autorytarnego (czy choćby "totalnie demokratycznego"). Nie zakłada też lekceważenia realiów. Nie może być wolny od kompromisów, a w szczególności nie powinien przekreślać możliwości obecności Polski w UE, co nie powinno oznaczać pasywnego dostosowania. Kto go zrealizuje Między głównym nurtem polityki państwa z ostatnich lat a pomysłami Leppera istnieje przestrzeń dla odpowiedzialnej polityki alternatywnej. Wydaje się też, że dość powszechne jest społeczne oczekiwanie, iż alternatywa taka się wykrystalizuje. Sądziłem niegdyś, że PSL może stać się zaczątkiem krystalizacji nieliberalnej alternatywy. Niestety, partia Jarosława Kalinowskiego pozostaje w rolniczym zaścianku i dotknięta jest ciężką chorobą pazerności. Po kompromitacji, do jakiej Marian Krzaklewski przywiódł związek zawodowy "Solidarność", nie bardzo istnieje też niepartyjny podmiot zdolny do inicjatywy. Właściwie tylko PiS prezentuje dość często stanowisko, które można interpretować jako bliskie nieliberalnej tradycji pierwszej "Solidarności". Jednak dotychczas partia ta nie zarysowała względnie kompletnego, programu. Zresztą, jest raczej nieprawdopodobne, by potencjał poparcia możliwy do osiągnięcia przez PiS stwarzał szanse na pokonanie w wyborach nawet osłabionego SLD. Trzeba przecież pamiętać, że żelazny elektorat SLD (głosujący wg klucza biograficznego) to nie mniej niż 2-3 mln zdyscyplinowanych wyborców. Przy niskiej frekwencji to pozwala na uzyskanie 25 - 30 procent miejsc w Sejmie. A przecież SLD jest gotów do koalicji właściwie z każdym - od PO, przez PSL, do Samoobrony. Potencjalnie możliwa, choć mało prawdopodobna koalicja PiS i PO nie mogłaby być ani spójna, ani stabilna. Małe szanse, wielkie potrzeby Wnioski nasuwają się pesymistyczne: warunkiem oczekiwanej korekty polityki państwa, a także "naprawy państwa" zdaje się być zasadnicza przebudowa sceny politycznej. Nadanie jej realnie pluralistycznego charakteru wymaga poważnego wzmocnienia skrzydła nieliberalnego i zarazem niepopulistycznego. Niestety, obecnie nie może się to dokonać inaczej niż przez utrwalenie historycznego podziału. Konsolidacja "ponad podziałami" dokonać się może tylko w szeroko rozumianym obozie liberalnym. Po drugiej stronie jedyna szansa związana jest z powrotem do publicznej aktywności potencjalnie licznej grupy tych, którzy w przeszłości bezinteresownie angażowali się w ruch "Solidarności", a wkrótce po ustanowieniu "naszego rządu" odeszli zniechęceni (nieraz skrzywdzeni) w sferę prywatności. Na nowe inicjatywy jest bardzo mało czasu. Ale na pewno celowe byłoby podjęcie próby utworzenia bloku odpowiedzialnych, umiarkowanych grup nieliberalnych. Bloku zróżnicowanego wewnętrznie, ale złączonego wolą wspólnego działania w najważniejszych i konkretnie sprecyzowanych kwestiach. Tylko wtedy możliwe jest odsunięcie SLD i zatrzymanie populistów z Samoobrony i LPR. Szansa jest niewielka. Potrzeba ogromna. www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030513/publicystyka/publicystyka_a_1.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Michał Kwestia zwrotu majątków niemieckich IP: *.bielsko.cvx.ppp.tpnet.pl 14.05.03, 06:57 Kwestia zwrotu majątków niemieckich Autor: bebokk@NOSPAM.gazeta.pl Data: 04-05-2003 10:54 + odpowiedz na list + odpowiedz cytując -------------------------------------------------------------------------------- Wszystkim zwracam uwagę na jeden szczegół : zdaniem Niemców, obywateli i włądz, sprawa niemieckiej włąsności na Ziemiach Odzyskanych nie jest rozwiązana : według orzeczenia Sądu Najwyższego RFN (!) sprawa roszczeń majątkowych jest otwarta i nie ma zwiżaku z ustaleniem granicy polsko-niemieckiej. "Grundsätzlich muß auch Polen bei der Aufnahme in die Europäische Union die sogenannten vier Freiheiten (freie Bewegung von Personen, Gütern, Dienstleistungen und Kapital) gewährleisten. Dies schließt auch Niederlassungsfreiheit und die Möglichkeit, Grundbesitz zu erwerben, mit ein. das Recht auf Heimat geht weit über die gemeinschaftsrechtlichen Garantien hinaus." Powyżej napisano wyraźnie, ze po przyjęciu do Unii MUSI Polska umożliwić DZIEDZICZENIE MAJĄTKÓW i prawo wypędzonych do ziem ojczystych ( Heimat ). Całość : www.stadt-werther.de/home/soziales/vereinsseiten/vertriebene.htm forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=522&w=5875789 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: , Zapowiedź Eneko Landaburu komentują: IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 14.05.03, 08:29 Halina Nowina Konopczyna, Koło Poselskie Porozumienia Polskiego Gdyby Unia wprowadziła klauzulę ochronną w dziedzinie Wspólna Polityka Rolna, polskie mleczarnie czy masarnie musiałyby na stałe wypaść z gry na rynku unijnym. A jak taka decyzja będzie skutkować w kwestii zobowiązań finansowych Unii Europejskiej wobec Polski? Co z dopłatami dla rolników? To wszystko zostanie wówczas zakwestionowane. W konsekwencji skutkowałoby całkowitym rozłożeniem polskiego rolnictwa. W tym kontekście wcale się nie dziwię, że Unia Europejska nie chce tego nagłaśniać. Prowadzi to jednak ewidentnie do sytuacji, gdy polski rynek po wejściu do UE zostanie zalany ich tańszymi towarami spożywczymi, a my nie będziemy mogli nic sprzedać. Piotr Krutul, Klub Parlamentarny Ligi Polskich Rodzin Klauzule ochronne są częścią traktatu akcesyjnego i taka groźba rzeczywiście istnieje. Tym bardziej że istnieje już raport unijnych lekarzy weterynarii, zalecający utrzymanie po rozszerzeniu UE granicy polsko-niemieckiej, przez którą towary byłyby przysyłane tylko w jedną, naszą stronę. To jeszcze jeden dowód na to, że do końca nie znamy zapisów traktatu - niespełnienie jednego warunku może umożliwić Komisji Europejskiej zalanie naszego rynku unijnymi produktami rolnymi i zablokowanie importu naszych produktów. A fakt, że Landaburu nie chce mówić głośno o tym, jak duże jest ryzyko, że Polska nie wejdzie do Wspólnej Polityki Rolnej, to zagranie nie fair. not. MW www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20030514&id=po02.txt Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: , rolnicy mogą zostać wyłączeni z programu dopłat IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net 14.05.03, 08:31 Polscy rolnicy mogą zostać wyłączeni z programu dopłat bezpośrednich Komisja Europejska grozi Polsce Jeśli polskie zakłady przetwórstwa spożywczego nie spełnią wszystkich unijnych standardów bezpieczeństwa żywności, to Polska, po ewentualnej akcesji do Unii Europejskiej, może zostać wyłączona ze Wspólnej Polityki Rolnej. Taką możliwość przewiduje traktat akcesyjny. Oznaczałoby to m.in. odcięcie naszych rolników od programu dopłat bezpośrednich, a nawet zablokowanie naszego eksportu. Ze szczegółami na temat tych planów Komisja Europejska chce jednak poczekać. Poznamy je... dopiero po referendum akcesyjnym. Szef Dyrekcji Generalnej ds. Poszerzenia Unii Europejskiej Eneko Landaburu uznał w poniedziałek, że w przygotowaniach Polski do członkostwa są "pewne braki i słabości". W tym duchu pisane są kolejne cząstkowe raporty o dostosowaniu kandydatów do warunków akcesji, które mają być gotowe za około tydzień. Kluczowe znaczenie będzie ma mieć sytuacja każdego z kandydatów do Unii 5 listopada br. Wtedy mają zostać opublikowane raporty końcowe. - Dopiero one mogą pociągnąć za sobą szczególne konsekwencje dla danego kraju, bo dopiero wtedy rozważymy lub nie zastosowanie klauzul ochronnych - tłumaczy dyrektor. Landaburu mówi o klauzulach zapisanych w traktacie akcesyjnym. Pozwalają one Komisji Europejskiej na wyłączenie kraju przystępującego do UE ze wspólnej polityki unijnej w dziedzinie, w której nie zdążył się dostosować. Szef Dyrekcji Generalnej ds. Poszerzenia podkreśla, że Komisja nie będzie wahać się z podjęciem takiej decyzji, gdyby 5 listopada wyszło na jaw, że "braki i słabości kraju miałyby doprowadzić do osłabienia naszej Unii". Wiadomo, że najpoważniejszym problemem będzie kwestia Wspólnej Polityki Rolnej. Landaburu tłumaczy, że państwa członkowskie Unii nie będą mogły narażać się na ryzyko, że na ich rynku pojawią się artykuły żywnościowe niespełniające unijnych standardów bezpieczeństwa żywności. - Będziemy się natychmiast bronić - zapewnia unijny urzędnik. - Po prostu zablokują import naszych produktów rolnych na rynek unijny, zalewając nas produktami z Unii - komentuje stanowisko Unii poseł Piotr Krutul (KP LPR) z sejmowej komisji rolnictwa. Unia nie chce jednak na razie odkrywać wszystkich kart. Mówi o "niepokoju" i "ryzyku" (co do tego, czy nasze artykuły żywnościowe spełnią unijne normy), ale i o "uspokajaniu nastrojów" (chodzi o ferment, jaki mogłaby wywołać w państwach kandydackich wiadomość o wyłączeniu ze Wspólnej Polityki Rolnej). Landaburu nie ukrywa, że Komisja Europejska chce uniknąć wykorzystywania złych ocen stanu przygotowania Polski przez przeciwników członkostwa w czasie kampanii referendalnej. Przypomnijmy, że pod koniec ubiegłego tygodnia dyrektor generalny ds. ochrony zdrowia i konsumentów w Komisji Europejskiej Robert Coleman wysłał do polskiego ministerstwa rolnictwa list, wyrażając w nim niepokój z powodu zaległości Polski w dostosowaniach do reguł dotyczących bezpieczeństwa żywności. Kontrowersje wzmogła postawa ministra Adama Tańskiego, który początkowo zaprzeczał temu faktowi, potem go bagatelizował. Rzecznik Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej Ewa Haczyk, proszona przez nas o ustosunkowanie się do wypowiedzi unijnego dyrektora, nie chciała wczoraj jej komentować. Oburzenia postawą unijnych polityków i brakiem reakcji ze strony polskiego rządu na pogróżki pod naszym adresem nie kryją politycy parlamentarnej opozycji. - To jest z pewnością świadoma polityka Unii Europejskiej względem Polski. Śmieszne jest jednak to, iż wiele ze skomplikowanych przepisów unijnych nie jest obecnie wdrożonych w życie w wielu krajach unijnych i nikt nie stosuje wobec nich tak drastycznych środków i retorsji, jakie zapowiada pan Landaburu - mówi poseł Gabriel Janowski, członek sejmowej Komisji Europejskiej. - Osobiście mam krytyczny pogląd na temat wielu unijnych norm, które najzwyczajniej w świecie krępują i szkodzą. Jasne jest natomiast, że urzędnicy unijni będą wykorzystywali wszelkie nasze niedociągnięcia do działań na polu finansowym, które nie są przejawem solidarności, ale polityki eksploatacyjnej. Tymczasem podjęte wobec UE zobowiązania prawne są w wielu wypadkach nierealistyczne, niemożliwe do zastosowania, co może nam całkowicie zablokować nasz eksport - dodaje. Podobnego zdania jest Antoni Macierewicz (Koło Poselskie Ruchu Katolicko-Narodowego). - Pan Landaburu mówi to, co wszyscy politycy w Polsce powinni od dawna wiedzieć. Przyjęcie tzw. klauzul holenderskich w traktacie akcesyjnym powoduje, iż Polska przez cały czas będzie monitorowana. W każdym momencie będzie to dla Brukseli świetne narzędzie do wyłączenia ewentualnych korzystnych dla Polski rozwiązań. Premier Miller na to się zgodził w czasie szczytu w Kopenhadze - twierdzi. Macierewicz zapowiedział złożenie wniosku o zwołanie w trybie pilnym Komisji Europejskiej w tej sprawie. Mikołaj Wójcik Maciej Walaszczyk www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20030514&id=po01.txt Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Kot Behemot 15.05.03, 22:12 No dobra - o skutkach nie wejścia do UE. Autor: Gość: Kot Behemot IP: *.client.attbi.com Data: 15-05-2003 19:53 + odpowiedz na list Kochany Braciszku, Cieszę się, że paczka wysłana do Was do Berlina dotarła w całości, nie jak poprzednio, kiedy dostaliście tylko papier i puste puszki. Razem z zasiłkiem dla bezrobotnych powinno Wam to na jakiś czas wystarczyć. Jak wiktuały się skończą, to może wpadniecie do nas - to w końcu nie aż tak daleko do Szczecina, a przy okazji swojego starego Volkswagena zatankujecie (nie zapomnijcie zapasowych kanistrów, najlepiej je schować pod starymi łachami w bagażniku, żeby w drodze powrotnej celnicy nie znaleźli) i może kupicie jakieś zapasowe części. U nas po staremu, ja nadal pracuję w montowni Forda, Krycha w filii Pfizera, którą otworzyli parę lat temu Amerykanie w ramach offsetu. Dyrekcja twierdzi, że będzie rozbudowa zakładu, bo sprzedaż powoli rośnie - jak wiesz, Polska ma umowę o wolnym handlu z USA, czyli praktycznie z całą NAFTA i z Bliskim Wschodem (pamiętasz, za poprzedniego prezydenta Amerykanie wysunęli propozycję objęcia Bliskiego Wschodu strefą wolnego handlu). Winien Ci jestem wyjaśnienie - to dyrekcja Krychy, nie moja. My jakoś wiążemy koniec z końcem, ale te Fordy za dobrze nie idą. W UE (po cłach i akcyzie) trudno je sprzedać, bo przy recesji ludzie nie maja pieniędzy. Eksportujemy do Rosji, bo na naszym rynku ludzie kręcą na to nosami ("Ford - g...no wort" albo "Fix Or Repair Daily") i wolą japończyki. Wychodzimy jakoś na swoje, ale bez szczególnych powodów do chwalenia się. Pfizer to co innego. Jak wiesz, po referendum i odejściu od "dostosowywania do norm UE" Polska znacząco obniżyła podatki (na pewno pamiętasz - Niemcy prawie wojną groziły za "nieuczciwą konkurencję podatkową", ale mogą się pieprzyć, bo mamy tu parę dywizji amerykańskich na Pomorzu). Koszty więc w miarę niskie, a ludzi wykształconych dużo (sporo nawet wraca ze Stanów z oszczędnościami i praktyką). Będzie więc rozbudowa - słyszałem, że wasz Jasiek kończy biologię, Krycha mogłaby podsunąć jego resume swojemu szefowi, wizę da się załatwić, tylko język by musiał nieco poćwiczyć). Wszyscy pozdrawiamy i czekamy na Waszą wizytę, Heniek P.S. Wszystko, co napisałem, ma solidne podstawy. Niemcy (i reszta Eurolandu) są w recesji, do NAFTA nas Bush-senior zapraszał (i co jakiś czas pomysł wraca, w W. Brytanii też). Bush - junior położył łapę na ropie i chce stworzyć na Bliskim Wschodzie strefę wolnego handlu (Izrael i Jordania już w niej są), jedną z głównych inwestycji offsetowych w Polsce ma być biotechnologia (co prawda w Łodzi, a nie w Szczecinie, ale dokonałem poprawek, aby wizyta była w granicach możliwości starego Volkswagena, i żeby tankowanie się opłacało - nawet przy trzykrotnej różnicy w cenie benzyny zbyt daleka jazda pochłonęłaby zbyt dużą część zasiłku dla bezrobotnych naszych znajomych Volkswagendeutschów). Analiza (choć uproszczona) szans przemysłu farmaceutycznego również nie jest wzięta z sufitu: jak donosi przedostatnie "Genetic&Engineering News" lwią część kosztów ponoszonych przez firmy farmaceutyczne i biotechnologiczne stanowią płace. U nas znalazłoby się mnóstwo chętnych naukowców, którzy by pracowali za $40,000 rocznie, zamiast 80-90 tysięcy, jak w USA (sam bym wrócił, he, he - Polska to może byc całkiem przyjemny kraj, jeśli zapisanie się do eurokołchozu nie zamieni jej w skansen). Pozdrowienia, B. Odpowiedz Link Zgłoś
robisc NAFTA alternatywą dla UE 15.05.03, 22:19 http://www.useu.be/archive/nafta1023.html British Official Suggests U.S. Spread NAFTA to Europe (...)That is why we see the current treatment of the Eastern Europeans by the EU. It is not much of an exaggeration to describe the EU's policy to the new democracies as "zero tariffs on what they do not make and high tariffs on what they do." As a result the new democracies are condemned to run balance of trade deficits with their supposed saviour, the European Union. This policy is why Poland's trade deficit with the EU doubled from 3.04 thousand million ECU ($) in 1995 to 7.6 thousand million in 1996. It might be argued that this is but a transient phenomenon, prior to their entry into the European Union, when they will have open access to a huge market. Sadly this is not so. That access to European markets is likely to be bought at a crippling price. Driven by fear of the low cost competition from east of the old Iron Curtain for their traditional industries, the Europeans are doing anything but making it easy for the new democracies. The European Union is insisting that the new applicants for Union membership shoulder the huge burden of existing European legislation, the so- called "acquis communautaire". This weight of environmental, health, safety, and labour legislation is enormous. Britain's house of Lords' Select Committee on Europe concluded that for Poland the costs would be enormous, absorbing some 3% or 4% of its economy every year for several years. And there are unlikely to be any concessions. The Commissioner who gave evidence to the House of Lords said that it was pretty certain that the new members would have to accept the whole burden, with no concessions other than timing. Such a burden would stop Poland's growth dead. It would shatter its ability to compete at precisely the moment Poland was hoping to exploit its new European markets. Even if the cost were completely paid for by the Union, which is unlikely, it would be damaging. It would distract the efforts of all Poland's best business managers away from meeting the demands of the market to meeting the demands of the bureaucrats precisely at the time they need to focus exclusively on market opportunities. And what is true for Poland is also true for the Czechs, for the Hungarians, for all of the new democracies. So the gold at the end of the European rainbow for the new democracies is likely to turn out to be fool's gold. Instead of new markets delivering jobs and prosperity, their industries will face new burdens and new competition simultaneously, delivering unemployment and despair. So Europe is likely to fail the new democracies. This is why I believe that America should be looking to enlarge NAFTA first to those countries for whom free trade is a lifeline, not just a luxury. Enlargement of NAFTA to include the new democracies of Central and Eastern Europe would strike an enormous blow for freedom, democracy, and stability, would enlarge the world economy, and would be an imaginative act of enlightened self-interest for the U.S.A. Free trade for the new democracies, will make the difference between the agonized struggle with inflation, with collapsing industries, with unemployment and with poverty, which mark some of the old Warsaw Pact countries, and the alternative future of the new European tiger economics. A number of them already have most of the capabilities, given the market opportunity, to grow at the critical 7% level that doubles the size of their economies every decade. The Czechs, the Poles, the Hungarians, the Slovenians, only need that opportunity. Others still have work to do, but will undoubtedly emulate dramatic success when it happens. The immediate benefits would be more than economic. Obviously economic success would stabilize their democracies, but it would liberalize them, too. For many of the old Warsaw Pact countries, corruption is still an endemic problem. The continued existence of the old nomenklatura in positions of authority, the habits and expectations engendered by the Communist past, and the lack of established traditions of entrepreneurial activity, can all make the attractions of playing the system greater than the rigours of real wealth creation. The opportunities created by entry into NAFTA would increase the incentives to entrepreneurial activity whilst simultaneously reducing the tolerance of corruption. We would see the same sort of accelerated liberalization that so marked the entry of Mexico into NAFTA. This effect could be enhanced by some fairly simple rules. Entry into NAFTA should require a basic acceptance of liberal democratic conventions. All members should subscribe to a basic set of freedoms and conventions such as an independent legal system, and well entrenched property rights. NAFTA could well explicitly create a "democratic ratchet" that prevents backsliding into the bad old ways. But this is icing on the cake. Free trade alone will do most of the job. In the words of the great French thinker, Frederick Bastiat, "When trade ceases to cross frontiers, armies soon will." Or if not armies, in modern Europe, refugees. If America did this, it would become the midwife to the birth of the new European tigers. Just as America's enlightened policies delivered the first of the Asian economic tigers, Japan, after the devastation of the last war, it could deliver these new tiger cubs after the devastation of half a century of Communism. Just as America and Britain's support for the post-war West German State laid the foundations of the German economic miracle, so we can lay the foundations for an economic and political renaissance in Eastern Europe. But this should be just a stepping stone. The long run aim should be to create a Free World Free Trade Area, and it should eventually encompass all of Europe. In the immediate term, as well as the Czechs, Poles, Hungarians, Slovaks, Slovenes, and the various Baltic states, the U.S.A. should also offer membership to Norway, Switzerland, and possibly Turkey. There are strategic and economic advantages in each of these options. In addition the U.S.A. should build on the proposal by Sir Leon Brittan to create a New Transatlantic Marketplace. Whilst America is opening up its trade with the new democracies, it should start to do the same with the older democracies of the European Union. If it is to work, opening up to the new democracies should be fast. Dealing with European Union will inevitably be slower. But the very fact that the new democracies are on a fast track will put pressure on the EU to move more quickly than the 2010 timetable that Sir Leon Brittan offered. And the U.S.A. could accelerate the process by making the offer individual as well as joint. The Gingrich/Gramm proposals should be extended to other European countries as well as Britain. It may prove very attractive to many of them. The Danes, the Swedes and the Finns may find it hard to resist a free trade area that already includes Latvia, Lithuania, Estonia, and Poland Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: K.J. Pepe IP: 144.138.225.* 16.05.03, 18:09 Priorytety polityki polskiej. Szanse rozwojowe. Autor: Gość: Pepe IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl Data: 16-05-2003 00:31 -------------------------------------------------------------------------------- Pepe widzi, że zmieniają się priorytety polityki polskiej. 10 lat temu to było zapewnienie szybkiego, jak możliwe, wzrostu gospodarczego w Polsce, poprzez reformy gospodarcze i prawne. Ustabilizowanie stosunków z sąsiadami, zabezpieczenie się na wypadek wojny poprzez zapisanie Polski do NATO. Obecnie reformy w Polsce schodzą na drugi plan celów polityki polskiej. Pierwszym jest odzyskanie utraconej niepodległości państwowej Polski. Utraciliśmy ją wchodząc do UE. Wyjście z UE bez kolosalnych ofiar ekonomicznych, a może i ludzkich, jest praktycznie niemożliwe. Jak zostanie to dokonane i kto tego dokona, Pepe nie wie. Pepe żałuje, że zostały utracone tak wielkie szanse rozwojowe stojące przed Polską jeszcze 10 lat temu. Wchodzimy do obszaru stagnacji gospodarczej, żegnamy się definitywnie z nadziejami na szybki wzrost, nadzieje na wzbogacenie się przenosimy na nasze dzieci lub wnuki. Są to niesprecyzowane nadzieje. Pepe wyraża taki pogląd, ponieważ zna przykład Korei Południowej i Północnej. Północna wybrała przyjaźń i współpracę z bliskimi sąsiadami, wybrała najnowocześniejszy wtedy na świecie system społeczny, gwarantujący każdemu pracę i opiekę socjalną. Stowarzyszyła się z państwem mającym nabardziej rozwinięty na świecie najnowocześniejszy przemysł (po USA). Zrobiła dokładnie to, co my, wybierając UE. Korea Południowa wybrała sojusz z sąsiadem zza oceanu 2x szerszym niz Atlantyk. Wybrała wrogość sąsiadów posuniętą do skrajności. Wybrała naprawdę drapieżny kapitalizm, nie taki, jak nasz, ale bez systemu kradzenia pieniędzy bogatszym dla biedniejszych i rządu. Rząd kradł dla siebie. Był to bardzo skorumpowany rząd. Nasz obecny rząd komunistyczny plus Magister, to maleńkie nepteczki wobec tego, co wyprawiali władcy Południowej Korei. USA nie patrzyło na takie drobiazgi, bo ważne było 500 000 Południowych Koreańczyków w armii. USA dostarczało broń. To jedno za gratis. Kubek w kubek jak wysyłanie polskich żołnierzy do Iraku. USA daje forsę, Polacy jadą. Przemysłu na Południu Korei nie było. Kopalnie były na Północy. Mija 50 lat. Na Północy skrajny kryzys, na Południu rozwój. NIKT nie przypuszczał, 50 lat temu, że historia się tak potoczy. Czy teraz ktoś zrozumie Pepego, mówiącego o utracie szans rozwojowych? Czy taki przykład wystarczy? Choćby dwudziestu Panów Andrzejów Lepperów przejęło władzę w kraju stowarzyszonym gospodarczo i wojskowo z USA, albo znacznie gorszy wariant: choćby partia komunistyczna z towarzyszami Millerem na czele i Magistrem na czele frakcji zdobyła PEŁNIĘ władzy w Polsce ale w Polsce stowarzyszonej gospodarczo i wojskowo z USA, to Pepe byłby spokojny o los Pepowych dzieci. Byłyby złe na paskudny i niesprawiedliwy system ale żyłyby w szybko bogacącym się kraju, wśród bogacących się ludzi. I same na biedę by nie musiały narzekać. Narzekałyby. Ale Pepe chciałby tak sobie ponarzekać. Na biedę w Chile, na przykład. Jako obywatel chilijski. Tam Pinochet siał korupcję, nepotyzm do granic. Ale pozwolił sie wzbogacić Chilijczykom. Pepe rozumie, że SZANSY rozwojowej nie da się pokazać tak, jak można pokazać 1 mld euro dotacji celowej. W każdym razie: niepodległej Polski już nie ma. Szanse rozwojowe własne nam przepadły. Egzystujemy jako Unia-B, zależni od dotacji, bilansując składki, podatki i subwencje. Żyjemy na tej stopie co dotychczas, przeżywamy następnych kilka lat kryzysu, żyjemy stabilnie. Troszeczkę ludzi wyjeżdża, reszta zostaje, jak w ubogich regionach Włoch. Bezrobocie stabilizuje się na 20% (Pepe przypuszcza, że wzrośnie do 40% i spadnie do 20%. Bez szaleństw). Liczymy na inwestycje obce, bo nie mamy możliwości uruchomić kapitału własnego. Staramy się odzyskać niepodległość. Samodzielność, możliwośc wyłącznego decydowania o sobie jest podstawą życia. Potem przyjdzie czas na kapitalizm i bogactwo. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robi jackflesh - Gdzie jest UE? IP: *.dialup.warszawa.pl 17.05.03, 16:53 Gdzie jest UE? Na naszych oczach Unia Europejska rozpadła się jak domek z kart Nowa Europa, nowa geopolityka, nowa Polska Gdy minister Rumsfeld dwa tygodnie temu przestrzegał Niemcy i Francję, że reprezentują �starą Europę� a punkt ciężkości NATO przesuwa się coraz bardziej na wschód, komentatorzy kpiąco pisali o niezręczności amerykańskiego polityka a unijni �mężowie stanu� lekceważąco wzruszali ramionami. Dziś można z dużą dozą pewności stwierdzić, że Rumsfeld nie wypowiadał publicystycznej opinii, lecz informował o nowym układzie geopolitycznym państw NATO, a przede wszystkim Europy. 1. List 11-tu szefów państw europejskich opublikowany w dziesięć dni po wypowiedzi Rumsfelda ma historyczne znaczenie: oto w przeddzień rozszerzenia Unii Europejskiej poinformowano o utworzeniu osi USA � Europa przeciwstawnej hegemonistycznym planom Niemiec i Francji. Pod listem podpisały się państwa tworzące antyniemiecką koalicję i okalające od Morza Śródziemnego, przez Atlantyk po Morze Bałtyckie niemiecko-francusk ą cytadelę. Jak domek z kart rozpadły się marzenia Niemiec (i Rosji!) o budowie państwa �Europa� strategicznie powiązanego z Rosją. Konsekwencje geopolityczne tego wydarzenia są nie do przecenienia. W polityce europejskiej rzeczywiście zakończył się XX wiek znaczony walką Niemiec i Rosji o zdobycie hegemonii nad kontynentem. 2. W Polsce zarówno list jak i większość ostatnich wydarzeń międzynarodowych interpretuje się z punktu widzenia zagrożenia wybuchem wojny na Środkowym Wschodzie. Mam nadzieję, że do wojny nie dojdzie. Polska po zniszczeniach dokonanych przez okupantów niemieckiego i sowieckiego potrzebuje pokoju. Jeżeli nasi sojusznicy tego nie rozumieją, warto, by przyjęli do wiadomości, że komunizm - a stan wojenny w szczególności - był bardziej wyniszczający niż niejedna wojna. Straty polskie w wyniku działań ekipy Jaruzelski-Kiszcza k, to m. in. milion emigrantów i cofnięcie cywilizacyjne o co najmniej dekadę. Stąd płynie obawa przed uwikłaniem w kolejną zawieruchę wojenną. Po wielu, wielu latach dopiero dziś rodzą się dzieci mające szansę dorastać bez zagrożenia wojną i totalitaryzmem. Takie są realia, które trzeba rozumieć. 3. Na tych dramatycznych doświadczeniach polskich żeruje propaganda uprawiana przez ludzi współodpowiedzialn ych za dramat ostatnich lat. Pani poseł Sierakowska protestuje przeciwko ewentualności wynajęcia Amerykanom baz i mówi: �Polacy mogliby pomyśleć, że ledwo jedni wyszli, a już drudzy weszli�. Wtóruje jej publicystyka �Trybuny�, �Nie�, �Przeglądu�. Warto pamiętać, że argumentami takimi szermują ludzie, którzy jako funkcjonariusze PZPR kolaborowali z sowieckim okupantem. I o tym, że bez pomocy USA długo jeszcze jarzma sowieckiego byśmy nie zrzucili. Porównywanie USA i ludobójczego reżimu ZSRR jest wyrazem choroby duszy, która przestała odróżniać dobro od zła. USA nie są państwem totalitarnym i nie zamierzają okupować ani Polski, ani Europy. USA są naszym sojusznikiem, jedynym na świecie mocarstwem mającym w Europie zbieżne interesy geopolityczne z Polską, dla którego, podobnie jak dla nas, niedopuszczalnym zagrożeniem jest trwały sojusz strategiczny Niemiec (czy zdominowanej przez Niemcy Europy) i Rosji. Propaganda niechęci do USA przetaczająca się obecnie przez Europę, w tym także przez Polskę, bazuje na fałszywym obrazie Ameryki czerpiącym wiedzę z �Małego podręcznika agitatora�. Politycznym zaś celem tej propagandy jest uwięzienie Polski w sytuacji bez wyjścia: z Rosją przeciwko Niemcom i �Europie� lub z Niemcami i �Europą� przeciwko Rosji. 4. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat, ten tragiczny dylemat możemy przekroczyć. Unii Europejskiej budowanej w ostatnich latach przez Niemcy (i Francję) jako superpaństwo i strategiczny partner Rosji został zadany cios, z którego już się nie podniesie. Przypomnijmy, że istotą traktatu z Maastricht, a później z Amsterdamu i z Nicei, było stworzenie mechanizmu scalającego system porozumień Unii tak, aby obok wspólnoty gospodarczej utworzyć jednolity organizm ideowo-cywilizacyj ny i polityczny. Zwieńczeniem tej budowli, której proweniencji specjalnie nie ukrywano mówiąc, że można ten proces przedstawić jako �budowę świątyni�, miała być wspólna Konstytucja, prezydent, rząd, w tym wspólny minister spraw zagranicznych prowadzący politykę międzynarodową Unii. Te plany prysły jak bańka mydlana a, o ironio, śmiertelny cios zadał im były sowiecki aparatczyk, jeszcze niedawno główny sojusznik Berlina (pamiętamy jego �meine liben cammeraden�!), Leszek Miller. To Miller wypowiedział w dniu ogłoszenia listu w wywiadzie telewizyjnym: �przecież nigdy nie było, nie ma i nie będzie wspólnej polityki zagranicznej Unii Europejskiej�. 5. Trudno przewidzieć, jaki wpływ te wydarzenia będą miały na ostateczne negocjacje dotyczące rozszerzenia UE. Z pewnością jednak istotnie przyczynią się do wzrostu siły przeciwników wchodzenia Polski do Unii. Przede wszystkim dlatego, że list 11-tki pokazuje siłę i skalę realnej alternatywy wobec Unii Europejskiej. Po cóż Polska ma wchodzić do Unii, jeśli realnie znajduje się w politycznym, militarnym i gospodarczym sojuszu z USA oraz 10-ciu krajami europejskimi? Dlaczego mamy wydawać pieniądze i podejmować niekończące się negocjacje i zabiegi o budowę wspólnych instytucji z Niemcami i Francją, skoro naszym rzeczywistym partnerem jest ktoś zupełnie inny, a budowane instytucje służą do realizacji obcej nam linii politycznej? Ale podpis Leszka Millera widniejący pod listem i długotrwałe, potajemne negocjacje Aleksandra Kwaśniewskiego na ten temat pokazują coś więcej. Oto ci ludzie od lat reklamowani i wynoszeni pod niebiosa przez establishment Unii Europejskiej okazali się niewiarygodni dla swych unijnych partnerów w takim samym stopniu, w jakim są niewiarygodni dla społeczeństwa polskiego. Ich myśl i strategia polityczna sprowadzają się do doraźnej walki o przetrwanie, ratowanie własnej głowy i swojej grupy społecznej. Przez lata byli wasalami Moskwy, zmiana frontu kazała im wychwalać Brukselę i Berlin, można sobie tylko wyobrazić, jakimi argumentami zmuszono ich do posłuchu wobec Waszyngtonu. Kwaśniewski, Miller i ich towarzysze to nie jest przywództwo Polski, to klika byłych komunistów próbująca uratować się z katastrofy swojego świata. 6. Katastrofa strategii komunistycznej nadchodząca wraz z bankructwem państwa europejskiego sprzymierzonego z Rosją, to klęska dla Millera i Kwaśniewskiego, ale wielka szansa dla Polski. Trzeba jasno powiedzieć, że wobec ostatnich wydarzeń na arenie międzynarodowej Polska w Unii Europejskiej to jakiś absurd, relikt minionej epoki, tyle samo wart, co układ warszawski i RWPG. Trzeba zaś jak najszybciej podjąć negocjacje przekształcające nasze porozumienie z USA w trwały sojusz, a wspólne stanowisko zajęte wraz z krajami bałtyckimi oraz Węgrami i Czechami w mocną konstrukcję Europy Środkowej. Ale tych zadań nie zrealizują już spadkobiercy PZPR. To musi zrobić polski rząd narodowy. (~jackflash, 2003-02-10 20:20:48 info.onet.pl/257,15,11,1275083,3835543,forum.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robi Rafał Wójcikowski - Utoniemy w długach IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 19.05.03, 18:01 Utoniemy w długach? część 1/1 W tym roku po raz kolejny nasze dług publiczny pobije własne historyczne maksimum i to we wszystkich możliwych kategoriach. Według danych z MF na koniec roku 2002 dług sięgał 365 mld zł. W ciągu pierwszych czterech miesięcy 2003 roku sam deficyt budżetowy wyniósł ok. 18 mld zł. i prawie w całości był sfinansowany z przyrostu tego długu. Łącznie więc z pewnością na dzień dzisiejszy dług publiczny przekracza więc 380 mld zł Korzystając z przed-referendalnej ciszy medialnej, chciałbym zaproponować obejście nowego święta - rekordu, nadarza się świetna okazja, a dodatkowo wszystkie zapowiedzi rządu wskazują na to, że podobne święta będziemy mieli fundowane coraz częściej. Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, parę słów na temat gospodarki światowej. Pamiętacie Państwo jak dwa tygodnie temu ostrzegałem przed niemiecką gospodarką i mówiłem wyraźnie, że być może będzie ona przyczyną kryzysu gospodarczego w krajach UE. Cóż, Niemcy zwijają się w tempie –0,2% PKB, jeśli chodzi o dane za pierwszy kwartał 2003, strefa Euro stoi w miejscu. Gdyby nie Wlk. Brytania i małe tygrysy, to nie byłoby żadnych pozytywów w gospodarce Zjednoczonej Europy. A przecież w tych wynikach nie ma w pełni zdyskontowanej aprecjacji Euro względem USD, zapowiada się marny sezon turystyczny, nie mówiąc już o bojkocie francuskich towarów w USA. W drugim kwartale 2003 prognozuję dalsze pogorszenie sytuacji gospodarczej w UE. Na domiar złego w EBC (europejski bank centralny) panuje pełen bezwład decyzyjny, wywołany konfliktem interesów pomiędzy małymi i dużymi krajami. Inflacja w strefie Euro jest znacznie wyższa niż w USA (ponad 2% a USA tylko ok. 0,5%) i o ile USA grozi deflacja, to w Europie wręcz odwrotnie - popyt na kredyt ze strony rządów (skutek zbyt niskich dochodów podatkowych i zbyt wysokich aspiracji socjalnych) może spowodować wzrost inflacji. Ponadto poziom stóp procentowych w USA jest dużo niższy niż w strefie Euro, ale USA mogą sobie pozwolić na dalsze obniżki, a Europa nie bardzo. Dalsze zwiększanie parytetu stóp procentowych na korzyść strefy Euro może doprowadzić do załamania produkcji eksportowej krajów Unii, co dalej pogłębi kryzys. A teraz wracam do święta. W tym roku po raz kolejny nasze dług publiczny pobije własne historyczne maksimum i to we wszystkich możliwych kategoriach. Według danych z MF na koniec roku 2002 dług sięgał 365 mld zł. W ciągu pierwszych czterech miesięcy 2003 roku sam deficyt budżetowy wyniósł ok. 18 mld zł. i prawie w całości był sfinansowany z przyrostu tego długu. Łącznie więc z pewnością na dzień dzisiejszy dług publiczny przekracza więc 380 mld zł. Tak się akurat składa, że osłabił się USD względem złotówki, aktualny kurs nie przekracza 3,80 zł. za 1 USD. Co to oznacza? Że właśnie przekroczyliśmy 100 mld USD zadłużenia publicznego, zostaliśmy członkiem pewnego niezbyt elitarnego klubu krajów rozwijających się z solidnym bagażem długu na plecach. Korzystając z przesilenia rządowego wielu komentatorów życia publicznego opiniuje obecnie ostanie 14 lat wolnej Polski, patrząc na ten okres z różnych punktów widzenia. Proponuję spojrzeć również i pod tym kątem. W okresie ostatnich 14 lat systematycznie powiększamy własne długi. Pomimo umorzeń części starego post-komunistycznego długu ze strony Zachodu, prywatyzacji przynoszącej ekstra miliardy do budżetu, czy w końcu szeregu reform gospodarczych, dług ciągle narasta. Ba, on rośnie coraz szybciej. Na koniec małe zobrazowanie naszego długu, gdyby tak spłacać dziennie 10 mln zł. (ok. 30 gr na osobę), nie uwzględniając dalszych odsetek, to spłata tylko samego długu trwałaby ponad ... 100 lat. Podsumowując na koniec, wchodzimy do UE z balastem ogromnego zadłużenia, w momencie kiedy stoi ona chyba u progu największego swojego kryzysu gospodarczego od kilkudziesięciu lat. Czy jesteśmy na to przygotowani? Rafał Wójcikowski www.money.pl/gospodarka/felietony/41250/1/ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robi Podnoszę specjalnie dla enda IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 22.05.03, 22:23 Proszę bardzo panie end: oto "gotowce zorganizowanej grupy". Odpowiedz Link Zgłoś
robisc RdM - Emeryci zęby w ścianę! 24.05.03, 10:37 Emeryci : zęby w scianę! Autor: Gość: RdM IP: 212.248.151.* Data: 18-04-2003 12:10 + dodaj do ulubionych wątków -------------------------------------------------------------------------------- Prawda jest brutalna: koszty akcesji (skladka, wspolfinansowanie projektow realizowanych z funduszy strukturalnych, doplaty dla rolnikow, by mogli sprostac nieuczciwej - bo 4-krotnie sowiciej dotowanej - konkurencji rolnikow unijnych) to NOWE POZYCJE W BUDZECIE PANSTWA, ktorych nie da sie zalatac wiekszymi podatkami, hipotetycznym wyzszym wzrostem gospodarczym, zwiekszonym deficytem czy emisja obligacji. Trzeba bedzie ciac wydatki. Tak, drogi EMERYCIE I RENCISTO: za akcesje zaplacisz TY! W Ministerstwie Finansów trwają prace nad reformą finansów publicznych, które pozwolą nam bezboleśnie przejść przez ten rok. (bezbolesnie dla Skarbu Panstwa - rzecz jasna) Stąd te ostatnie boje o sposób ustalania wysokości emerytur, zasiłki rodzinne, składkę zdrowotną czy program obcinania dotacji dla górnictwa. W opracowanym przez MF "Przedakcesyjnym programie gospodarczym" z lipca 2002 roku wymienia się jako elementy reformy finansów ublicznych .in. "weryfikację sztywnych obciążeń budżetu państwa", "uzyskanie oszczędności z tytułu likwidacji mało efektywnych agend rządowych" i "wyeliminowanie lub ograniczenie niektórych przywilejów branżowych i sektorowych". Janusz Jankowiak główny ekonomista BRE Banku: Cokolwiek Ministerstwo Finansów by nie zrobiło, to i tak będzie za mało w stosunku do ubytków wynikających z konieczności płacenia składki do Unii i wygospodarowania środków na współfinansowani e. Szacuję, że te ubytki wyniosą 1-2 proc. PKB. Jest to mniej więcej tyle, o ile poprawi się wysokość deficytu budżetowego w efekcie przejścia na europejski system księgowania, tzw. ESA95. Myślę, że rząd będzie próbował pozyskać dodatkowe środki na różne sposoby. Może to być m.in. zmiana zasad indeksacji świadczeń emerytalnych i płac dla sfery budżetowej. Możliwe, że będą próbować uszczelnić system emerytur rolniczych, zaoszczędzić na ulgach dla zakładów pracy chronionej, zasiłkach rodzinnych, dotacjach dla różnych gałęzi przemysłu oraz pozyskać środki z łączenia agencji rządowych. EMERYCI: zęby w scianę! (ale za to bedziecie Europejczykami) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robi Krzysztof Dzierżawski - Przyszłość Europy IP: *.dialup.warszawa.pl 24.05.03, 10:53 Krzysztof Dzierżawski PRZYSZŁOŚĆ EUROPY Największym niebezpieczeństwem przy prognozowaniu przyszłości jest pokusa budowania prognozy wedle schematu, w którym bieg wydarzeń z przeszłości będzie kontynuowany w przyszłości - bez zakłóceń, konsekwentnie i bez końca. Historia uczy jednak, że w przypadku bytów politycznych, gospodarczych czy finansowych jest to podejście zasadniczo błędne. Przyszłość nie jest bowiem mechanicznym powieleniem przeszłości. Owszem, przeszłość ma dla kształtu przyszłości znaczenie decydujące, bowiem kształt ten zanurzony jest w przeszłości i z niej wynika, ale przecież nie jest przeszłości tylko kalką. Przy przewidywaniu rozwoju gospodarczego zachodniej Europy łatwo popaść w opisany błąd prognostyczny. Gospodarka krajów zachodniej Europy odniosła po wojnie spektakularny i niekwestionowany sukces. Wysokiemu tempu rozwoju towarzyszyła dbałość o kwestie społeczne. W efekcie mamy dziś do czynienia ze sprawnym, stojącym na wysokim poziomie, mechanizmem gospodarczym z jednej strony, i z szerokim zakresem usług publicznych, zapewniającym obywatelom poczucie socjalnego bezpieczeństwa z drugiej. Na takim tle obraz przyszłości rysuje się sam: mechanizm gospodarczy będzie sprawniejszy, bogactwa materialne większe, a dobrodziejstwa socjalne jeszcze szersze. Naprawdę jednak kształt gospodarczej przyszłości Europy nie będzie wyznaczany wczorajszymi sukcesami, lecz zjawiskami natury demograficznej, których przebieg ma charakter nieodwracalny. Polega on - mówiąc najogólniej - na spadku ilości urodzonych dzieci do poziomu znacznie poniżej tego, który zapewnia odtwarzalność pokoleń, oraz na przedłużeniu średniej długości życia. Za około 15 - 20 lat na te dwie tendencje nałoży się wkroczenie wiek emerytalny pokolenia wyżu demograficznego (zjawiska właściwego dla całego świata zachodniego). Względnie liczne roczniki wyżu, będące dziś wieku produkcyjnym, za kilkanaście lat znajdą się na emeryturze. Problem w tym, że następne pokolenia są coraz mniej liczne, a konsekwencją tego stanu rzeczy będzie dramatyczne pogorszenie się stosunku liczby osób w wieku emerytalnym do tych, którzy pozostają w wieku produkcyjnym (co nie oznacza, że pracują zawodowo - mogą się uczyć, wychowywać dzieci lub być niezdolni do pracy). I tak w przypadku Niemiec stosunek ten wynosił w 1995 roku 1:4, w 2020 osiągnie 1:3, w 2030 - 1:2 i w 2050 - 2:3. Dla Francji odpowiednio: 1995 - 1:4, 2020 - 1:3, 2040 - 1:2. Głęboki spadek urodzeń musi przynieść w konsekwencji zmniejszenie liczby ludności kraju. W 2000 roku Niemcy będą liczyć ok. 82 miliony mieszkańców, ale w 2050 tylko 57 milionów; we Francji spadek nie będzie tak głęboki - liczba mieszkańców zmniejszy z ok. 60 milionów w 2000 roku do 55 w 2050. Tak więc między rokiem 2015 a 2020 nastąpi zasadnicza zmiana struktury ludności w zachodniej Europie. Silnie zwiększy się udział osób wieku poprodukcyjnym, zmaleje zaś udział osób zawodowo czynnych. Będzie to miało dwie ważne konsekwencje: zmniejszy się produkt krajowy brutto i jednocześnie powiększał się będzie udział wydatków socjalnych w PKB. Dodatkowe obciążenia doprowadza do załamania systemu finansów publicznych ze wszystkimi tego faktu społecznymi i politycznymi skutkami. Sytuacja wymusi redukcję przywilejów socjalnych oraz wysokości świadczeń społecznych. To z kolei wywoła gwałtowne protesty społeczne i zmiany polityczne tak głębokie, że będą one w istocie wyznaczać kres dotychczasowego porządku. Krzysztof Dzierżawski www.datapolis.pl/grzes/pe.htm Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: robi Galba - śp. Wolność (1989 - 2003) IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 26.05.03, 19:58 śp. Wolność (1989 - 2003) - Autor: Gość: Galba IP: *.skanska.pl / 10.40.2.* Data: 26-05-2003 09:26 + odpowiedz na list Trawestując pewną głupiutką aktorkę można by powiedzieć: Drodzy Państwo, mam przyjemność zakomunikować, że... wolna, niepodległa i demokratyczna Rzeczpospolita* właśnie się skończyła. Wrócił komunizm. 1. Pewien ksiądz, którego kontrowersyjne wypowiedzi spędzały sen z powiek tym, którym marzy się nowy Front Jedności stchórzył i postanowił zająć pozycję w cieniu. OK. Tchórz, nic więcej... Ale to co zrobiła z tym komunistyczna propaganda serwowana przez WSZYSTKIE "niezależne" media to ohyda rodem z najciemniejszych momentów stanu wojennego: Rydzyk dokonał wolty – wzywa do wejścia do Unii, czy jego słuchacze go posłuchają? Rydzyk za Unią! Rydzyk mówi TAK! Itp. Wiem, że większość dziennikarzy to idioci ale nie wierzę by nie zrozumieli, że słowa o zaprzestaniu kampanii na NIE z wyraźnym zaznaczeniem, że o kampanii na TAK także mowy być nie może nie są poparciem dla wuniowstąpienia. Tak więc mamy do czynienia ze zwykłym, paskudnym kłamstwem – nie pierwszym zresztą w tej kampanii. Dziennik Telewizyjny był chyba bardziej finezyjny. 2. Kiedyś mówili nam, że pluralizm mediów i opinii w nich prezentowanych to podstawa wolności. Dziś tłum eurobolszewików zawył z radości gdy zamilkła ostatnia rozgłośnia mówiąca coś innego niż rząd. W każdej gazecie to samo, w każdym radio to samo, w każdej stacji TV to samo – oto nowoczesny model demokracji. Skąd my to znamy? 3. Jeszcze a’propos mediów: wiodący portal antyunionistów INNE STRONY INTEGRACJI został w czwartek zablokowany przez administratora swego serwera. Przez cały dzień internauci otrzymywali informację podobną do tej, jaką widzą na swych ekranach Chińczycy chcący wejść na stronę zawierającą treści krytyczne wobec komunistycznego reżimu. Jak później tłumaczono portal został zablokowany ze względu na... liczne prośby czytelników. 4. Histeryczna propaganda proradziecka... przepraszam, prounijna przybiera coraz bardziej idiotyczne formy: wczoraj pokazywano staruszkę, która powtarzała mantrę: musimy wejść do Unii bo tam jest cały świat (sic!) a poza nią są nasi wrogowie... Bagnet na broń! Leszku, prowadź na Oslo! Są też kłamstwa równie bezczelne lecz znacznie inteligentniejsze – np. Teleekspress TVP zaserwował swym widzom zestawienie dotyczące tego, co podrożeje a co potanieje po akcesji. Potanieć np. mają wycieczki zagraniczne... może i potanieją... po sukcesie negocjacji w Kopenhadze VAT na usługi turystyczne rośnie do 22 proc. Na pewno będzie taniej. O domach i mieszkaniach nie wspomniano wcale. 5. Co było szczytem bezczelności w latach PRLu? Zadanie pytania, w którą stronę płyną dostawy rurociągiem przyjaźni. Co dziś jest równie niestosowne? Informowanie o tym, że do wspólnego budżetu wpłacimy znacznie więcej niż z niego dostaniemy – uznany i bynajmniej nie eurosceptyczny ośrodek analityczny CASE ogłosił, że co najmniej do 2006 roku będziemy na unijnym minusie (a co będzie później tego nie wie nikt). Czy media rozkolportowały tę informację równie szeroko jak kompromitujące od strony metodologicznej raporty Ośrodka Natolin? Wolne żarty... 6. Prawo prawem ale referenda ludowe w krajach socjalistycznych zawsze rządziły się swoimi prawami – ustawa o ordynacji wyborczej mówi, że kampanię w mediach elektronicznych prowadzą partie i stowarzyszenia, mogą one wykupywać czas antenowy (w ramach pewnych limitów) oraz korzystać z bezpłatnych okienek antenowych w mediach publicznych. Kto jeszcze (z naruszeniem zasad ustawowych) prowadzi kampanię poza wszelkimi limitami? Rząd i NBP – ich spoty reklamowe (darmowe?) pojawiają się w telewizji w ilościach kilkukrotnie przewyższających te, na które zezwala prawo. Sprzeczne z prawem? Tym gorzej dla prawa. 7. Komuniści zawsze musieli mieć wroga, kogoś kim by można straszyć ciemny lud. Kogoś, kogo by można było poniżać ku uciesze gawiedzi i by podreperować własny prestiż. Thruman, Reagan, niemieccy rewizjoniści. Kto jest dziś namiętnym obiektem obelg eurokomunistów? Którymi z naszych sąsiadów pomiatają oni wbrew dobrym obyczajom, dyplomatycznej kurtuazji i nierzadko zdrowemu rozsądkowi? Białoruś, tfu, Rosja, tfu, (często) Polska, tfu... Za to Niemcy, Francja, Belgia – raj europejskiego proletariatu. 8. Kiedyś niechęć Polaków budziła wszechobecna czerwień w okolicach 1 maja. Na 1 flagę biało-czerwoną obowiązkowo przypadały co najmniej 2 czerwone. Dziś na unijnych piknikach dominuje błękit, biało-czerwonej nie uświadczysz. To samo z hymnami. Witam Państwa w II PRL (tym razem błękitnej). G. * - z tą wolnością bym nie przesadzał ale gdy się widzi co wyprawiają eurobolszewicy zaczyna się doceniać to co mieliśmy. Odpowiedz Link Zgłoś
robisc K.J. - o korupcji w UE 27.05.03, 17:57 Re: Miliardy za plecami i nie tylko u nas adres: 144.139.191.* Przeczytaj komentowany artykuł » Gość: K.J. 27-05-2003 09:51 odpowiedz na list odpowiedz cytując Witam w Unii Europejskiej. Tam to nie takie „przekręty” odchodzą. Nawet same organa Wspólnoty wsławiły się skandalem - w 1999 roku cala Komisja Europejska była zmuszona podać się do dymisji, gdy na jaw wyszło wszechobecne w niej łapówkarstwo i protekcjonizm . W okresie gdy Jacques Santer był szefem Komisji, wśród eurourzedników wykryto ponad 1300 przypadków oszustw i korupcji, z czego 27 dotyczyło bezpośrednio członków samej Komisji Europejskiej (wówczas było ich 17). Łącznie obliczono, że oznaczało to malwersacje na sumę około 943 milionów euro. To był dopiero przekręt. Sam Santer został oskarżony o to, że jego żona spekulowała nieruchomościami należącymi do Komisji Europejskiej. Nie jest to niczym zaskakującym, skoro korupcjogenne praktyki i układy polityczne są normą w wielu państwach, a ci sami politycy, którzy piastowali polityczne stanowiska w swoich krajach, są z kolei mianowani na rozmaite wysokie stanowiska w organach Unii. Przykładem korupcji w krajach Unii jest afera związana z byłym Ministrem Spraw Zagranicznych Francji, Rolandem Dumasem. Niektóre zarzuty o korupcje przeciwko Dumasowi są z kolei rezultatem innej afery korupcyjnej, która wstrząsnęła (i nadal wstrząsa) partią Chrześcijańskich Demokratów w Niemczech. Również nazwisko Romano Prodiego, szefa Komisji Europejskiej wiosną 1999r często gościło na łamach prasy europejskiej, w związku z toczącymi się przeciwko niemu dwoma postępowaniami sądowymi, ale wkrótce ich liczba wzrosła do czterech. Większość z nich dotyczy różnych nieprawidłowości i nadużyć w procesach prywatyzacyjnych, nad którymi Prodi, jako szef państwowego, włoskiego holdingu IRI, miał kontrolę. Jedna ze spraw jest powiązana z rosyjskimi "finansistami". Romano Prodi wplątany w przeróżne afery był, co stanowi pewien paradoks, był on antykorupcyjną nadzieją UE i nawet szykowano dla niego miano "Pana czystego". Należy również nadmienić Loyolę de Palacio, wiceprzewodniczącą KE i Komisarz UE do spraw transportu i energii, którą oskarżano swego czasu o udział w skandalu korupcyjnym. Philippe'a Busquina, Komisarza UE do spraw badań naukowych, którego konserwatyści w Parlamencie Europejskim oskarżali o zatajenie prawdy o aferach finansowych, które stały się udziałem belgijskich socjalistów. No i zeszłoroczny skandal z unijnym systemem księgowym, uznanym przez Europejski Trybunał Obrachunkowy za niewiarygodny i pozbawiony zabezpieczeń. A w szczegółach: była główna księgowa KE Marta Andreasen twierdziła, że unijny system jest gorszy od tych, jakie funkcjonowały w amerykańskich koncernach Enron i WorldCom, które dopuściły się oszustw księgowych na ogromną skalę. Szefową księgowości zwolniono po tym, jak publicznie ujawniła nieprawidłowości w komputerowym systemie księgowym i nie chciała podpisać się pod sprawozdaniami za 2001 rok. Jej zdaniem, system kontroli był na tyle niesprawny, że pozwalał niemal dowolnie zmieniać operacje finansowe i prowadzić nadużycia na masową skalę. Oskarżyła też komisję o ukrywanie nieprawidłowości. Żeby było ciekawiej, to zanim ją zwolniono, sam Neil Kinnock (Komisarz odpowiedzialny za reformę UE) próbował ją nakłonić do milczenia. I jaki był efekt całej afery? Unijna komisarz ds. budżetu Michaele Schreyer oświadczyła, że KE pracuje nad reformą systemu księgowego, a efektów należy się spodziewać W NAJBLIŻSZYCH LATACH. (sic!) I niech mnie teraz jakiś filo-unita przekona, że dzięki UE ukróci się w Polsce korupcję! I taka to organizacja ma przyczynić się do eliminacji korupcji w Polsce? Wszak ona ją tylko pogłębi, lub w najlepszym wypadku zastąpi korupcje rodzimą korupcją z importu. Też nie ma zbytniego powodu do radości. Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Szymańska-Borginon - Zamiatanie pod dywan 28.05.03, 19:44 Zamiatanie pod dywan Unia Europejska Unijni urzędnicy ukrywają stan naszych przygotowań do integracji. Swoją opinię przedstawią po referendum. I wtedy okaże się, czy naprawdę jesteśmy gotowi, aby wstąpić do UE. Rząd Leszka Millera zawarł z Komisją Europejską poufną umowę gwarantującą, że do czasu referendum w Polsce zastrzeżenia Unii wobec naszego kraju nie będą ujawniane. Porozumienie trzymane jest w tajemnicy, więc belgijski dyplomata, który poinformował nas o nim, całą sprawę relacjonował półgłosem, czujnie rozglądając się wokół siebie, czy ktoś nie podsłuchuje. - Utajnienie zastrzeżeń to dobra strategia. Chodzi o to, aby nie dawać argumentów eurosceptykom w Polsce - szeptał do ucha dziennikarce "Newsweeka" . Oficjalnie Komisja informuje, że zwleka z wysłaniem krytycznych uwag do Polski, ponieważ czeka jeszcze na raport w sprawie dostosowania do norm unijnych polskiego wymiaru sprawiedliwości. Komisja wytknęła nam w swoim najnowszym raporcie braki w ośmiu dziedzinach - m.in. chodzi o kwestie rolnictwa, brak systemu informatycznego, łączącego służby celne z unijnymi i odpowiedniej kontroli połowów na Bałtyku. Brukselę niepokoją także zakusy rządu Millera na niezależność Narodowego Banku Polskiego. Niezależność NBP to warunek przyjęcia waluty euro. Ale raport to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwie ostra krytyka nadejdzie dopiero w postaci listów ostrzegawczych w połowie czerwca, a więc po referendum, bo zarówno nasz rząd, jak i urzędnicy europejscy obawiają się, że dziś mogłaby ona stać się argumentem dla eurosceptyków. Tym bardziej że wraz z krytyczną opinią UE prześle do Warszawy groźbę sankcji, których zastosowanie Bruksela zaproponować ma jesienią. Urzędnicy europejscy nie wierzą bowiem, że do tego czasu uda się nam nadrobić zaległości. Rozmówcy "Newsweeka" twierdzą, że wobec naszego kraju użyte zostaną tzw. klauzule ochronne, czyli sankcje dopuszczone przez podpisany w Atenach traktat akcesyjny. W jakich dziedzinach możemy być ukarani? - Będzie to prawdopodobnie bezpieczeństwo żywności oraz wymiar sprawiedliwości - snuje przypuszczenia szwedzki dyplomata. Zgadzają się z nim przedstawiciele Austrii i Holandii. W przypadku żywności oznaczałoby to na przykład, że nie moglibyśmy eksportować mięsa do Unii, podczas gdy kraje UE bez przeszkód wysyłałyby do nas swoje produkty. Zaś w przypadku wymiaru sprawiedliwości sankcją byłaby odmowa uznawania przez kraje UE polskich wyroków, nakazów aresztowania i ekstradycji swoich obywateli do Polski. Wszystkie te informacje dziennikarze mogą zdobywać jedynie nieoficjalnie, bo w oficjalnych wypowiedziach problemy są zamiatane pod dywan. Zarówno urzędnicy europejscy, jak i polscy dyplomaci w Brukseli stali się ostatnio wobec mediów nieufni, a czasem wręcz agresywni. Największą ich irytację wywołuje ujawnianie opóźnień w sprawie dostosowania polskich przepisów do UE. Atakują każdego, kto ośmiela się wskazać problemy. - Krytyczne raporty piszą w Komisji przeciwnicy wejścia Polski do Unii - przekonywał jeden z polskich dyplomatów. I krzyczał do dziennikarzy: - A wy im pomagacie. ww2.newsweek.redakcja.pl/archiwum/artykul.asp?Artykul=6407 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: fritz Re: Szymańska-Borginon - Zamiatanie pod dywan IP: *.solnet.ch 29.05.03, 17:06 swietny artykul. I przerazajacy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: LONGERgierT(w)YCHk DLUGI ROMAN Z WRZODAKAMI NA D... IP: *.echostar.pl 29.05.03, 00:48 ONI JUZ PRZEGRALI!!!!! TY JESZCZE NIE!!!!! GLOSUJ NA TAK!!!!!! TAK PRZECIWKO GLUPOCIE!!! TAK PRZECIWKO BIEDZIE!!!! TAK PRZECIWKO KSENOFOBII, HOMOFOBII, NIETOLERANCJI WSZELKIEJ MASCI!!! TAK PRZECIWKO NACJONALIZMOWI (SAM PAPIEZ UWAZA, ZE NACJONALIZM TO GRZECH ) TAK JAK PRZYKAZAL PAPIEZ ( CZY ZNACIE JAKIS AUTORYTET, KTORY MOWI UNI NIE!!!! - pytanie retoryczne - dookreslenie dla Longerów - jaki dlugi taki glupi) TAK GLOSUJ NA TAK!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! LONGERgierT(w)YCHkoniec!!!!!!!!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Dzięki za podniesienie wątku 29.05.03, 06:50 He, he, he...więcej takich idiotów, a wątek zawsze będzie w górze. Odpowiedz Link Zgłoś
robisc wolna_galicja - Będziemy płatnikiem netto do UE! 29.05.03, 23:55 BEDZIEMY PŁATNIKIEM NETTO DO UE!!! Autor: wolna_galicja@NOSPAM.gazeta.pl Data: 21-05-2003 12:13 + dodaj do ulubionych wątków Kiedy dwukrotnie ( forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? f=522&w=4354643&a=4354643 oraz forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? f=522&w=4354643&a=4354643 ) zapuszczałem na forum kolejne wyliczenia miłosza Marczuka na temat tego,że dopłacimy do członkstwa w UE, odzywały się głosy oburzenia. W drugiej dyskusji kimmjiki "zastrzelił mnie" faktem "rekompensat budżetowych" rzekomo wynegocjowanych w Kopenchadze przez premiera "Millera Leszka" na wypadek, gdybyśmy mieli dopłacić (choć przecież mamy zyskać???). Na dzień dzisiejszy fakty i informacje są są następujące: 1) W traktacie akcesyjnym nie ma rekompensat budżetowych (szukałem, nie znalazłem), więc rekompensaty budżetowe są "faktem prasowym" (jak Miller Leszek mówi, że wynegocjował, to znaczy, że mówi...), 2) W zeszłym tygodniu słyszałem w radio (bynajmniej nie Maryja), że Miller Leszek lub JE Aleksander magister Kwaśniewski (niestety, nie pamiętam, a nie zlalazłem tego info w prasie) powiedział, że jeśli nie wykorzystamy 50% śwodków z UE to będziemy płatnikiem netto. 3) "Przynajmniej do 2006 r. Polska będzie płatnikiem netto, czyli więcej przekaże do budżetu UE, niż stamtąd dostanie - wynika z prognoz ekonomistów, które przedstawili w środę na seminarium w Warszawie organizowanym przez Centrum Analiz Społeczno - Ekonomicznych. Prognozy ekonomistów z CASE i Millenium Bank, dotyczące wzrostu gospodarczego po wejściu do UE, nieco się różniły. Co do jednego były zgodne - do 2006 r. Polska będzie płatnikiem netto, co z kolei wpłynie na politykę fiskalną. W 2004 r. Polska musi wygospodarować 11 mld zł z budżetu na opłacenie składki członkowskiej w UE. (link:europa.onet.pl/1,1325,1120221,artykul.html) 4) "W trzech pierwszych latach po akcesji spadnie tempo wzrostu gospodarczego" - poinformował w miniony czwartek ekspert z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową Jan Szomburg. - "Wzrost gospodarczy będzie wolniejszy niż gdybyśmy nie wchodzili do wspólnoty" - dodał. 5) Towarzyszka Huebner dementuje sceptycyzm urzędników ministerstwa: "Jeżeli można niższym urzędnikom, którzy ślą raporty, poradzić, żeby się wzięli do roboty, to niniejszym radzę" - dodała Huebner, komentując wtorkowy artykuł na ten temat w "Gazecie Wyborczej" Dziennik napisał, że raport Ministerstwa Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej dla Rady Ministrów "zawiera długą listę problemów i zagrożeń mogących utrudnić, jeśli nie uniemożliwić, optymalne wykorzystanie 48,6 mld zł, które będą w latach 2004-2006 na nas czekać w unijnym budżecie w ramach funduszy strukturalnych i spójności" Według "GW", autorzy dokumentu sporządzonego przez koordynujące przygotowania Ministerstwo Gospodarki twierdzą, że "spóźniają się wszyscy - gminy, województwa i władze centralne - najbardziej jednak te ostatnie", zwłaszcza resort infrastruktury i podległa mu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Austostrad" www1.gazeta.pl/swiat/1,34285,1488419.html 6) "Przewidzianego na połowę maja raportu Brukseli o stanie przygotowań Polski do członkostwa w Unii może nie być - dowiedziała się wczoraj "Gazeta" ze źródeł w Komisji Europejskiej. Czy dlatego, że jego publikacja mogłaby zaszkodzić naszemu referendum 7-8 czerwca?" pisze "GieWu" www1.gazeta.pl/ue/1,36173,1462742.html Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości? Odpowiedz Link Zgłoś
wolna_galicja Dzięki, wreszcie zasłużyłem :)))) 03.06.03, 16:40 Ale warto było.... Odpowiedz Link Zgłoś
robisc WK.- Swietnie Pan to podal! 30.05.03, 22:04 Swietnie Pan to podal! Autor: Gość: WK IP: *.dip.t-dialin.net Data: 13-05-2003 22:23 + odpowiedz na list Gość portalu: K.J. napisał(a): > barabas napisał: > > > I jakie jeszcze korzysci Polska mialaby z nie > > przystapienia do Unii? > > Ja nietutejszy... wiec powiedz mi prosze! Z zalem wycialem znakomicie przedstawione straty Polski w procesie jednoczenia sie z Unia pozostawiajac jedynie mala czesc podsumowania: > Natomiast nasze he, he, he... "stosunki" z Unią do roku > 2007 będą nas kosztowały 135 mld. zł. I tej właśnie sumy > wyłożyć nie musimy! Po prostu powiedzmy Unii "Nie" i te > pieniądze (jeżeli je będziemy mieli) zainwestujmy "w > Polskę" Tak, pierwszym zyskiem finansowym jest to, ze nie bedzie ogromnych strat. Jednak zrozumienie tego faktu wymaga zaprzestania biernego lykania papki propagandowej serwowanej Polakom od lat przez media, a na to stac jedynie tych, ktorzy mysla samodzielnie. Jak w kazdych wyborach glosy realizmu sa ignorowane, bo glupkowata tluszcza chetnie wierzy w to, ze jej ktos cos da za darmo. Ten, ktory obiecuje - wygrywa. Tu dawac ma Unia, ktora sama boryka sie z problemami wciaz narastajacego bezrobocia i zastoju gospodarczego. Do tego dochodzi cala masa innych problemow, jak chocby cykliczne choroby zwierzat, czy to choroba zwariowanych krow, czy to pryszczyca, czy tez ostatnie choroby drobiu, ktore spowodowaly zabicie w samej Holandii ponad 28 mln sztuk drobiu. Do tego raju i my w Polsce dazymy, to sa te prawdziwe gruszki na wierzbie, ktore malo kto chce widziec uciekajac sie do marzen o lepszym jutrze, ktore ktos nam podaruje. W konsekwencji wyglada na to, ze kazdy chce nas zywic, kazdy chce nam dawac - ciekawe dlaczego sa oni tacy chetni do tego, aby dawac wlasnie nam? W propagandzie prounijnej wyglada na to, ze my musimy tylko rece wyciagac do tych, ktorzy daja nam najwiecej. Jest to tragiczne przekonanie naiwnych zwolennikow wchodzenia do Unii, a najgorsze, ze jest to niemal powszechne. Wyjatki, czyli ci, ktorzy nie chca uchodzic za tego typu idiotow zamierzaja "poswiecac sie" dla wnukow, ktorym bedzie lepiej. Ciekawe dlaczego akurat wnukom ma byc lepiej? Unia zacznie dawac pieniadze dopiero za dwa pokolenia? Pewnie w Unii musza jedynie troche pozbierac na biedna Polske, aby pozniej pieniadze rozdawac? Gdziez sie podzial zdrowy rozsadek Polakow, ktory podpowiedzialby, ze to bedziemy mieli, co sobie sami wypracujemy i czego nie damy sobie odebrac. To przeciez takie proste, a jednak tak ciezko z tym trafic do omotanych propaganda unio-entuzjastow! Ciekaw jestem, kto z tych absolutnie przekonanych do rzekomo oczekujacych nas dobrodziejstw Unii zechce oddac w swoim prywatnym zyciu kontrole nad swoim domem i dobytkiem sasiadowi, kto chce, aby to sasiad ustanawial u niego prawa i kto oczekuje, iz sasiad sobie odejmie, a jemu cos da? Skad ta zebracza natura bierze sie u tradycyjnie pelnych honoru Polakach!? Wyglada na to, ze eurotomani sa zupelnie zaslepieni korzysciami, a w istocie iluzja tych korzysci. Utrata miejsc pracy, utrata resztek suwerennosci, a w przyszlosci utrata takze terenow Ziem Odzyskanych nie jest widac wystarczajacym powodem do tego, aby powstrzymac sie od papuziego powtarzania "nie ma alternatywy", "albo UE, albo Bialorus" i tym podobnych bredni. Za kazda cene, aby do Unii? A co z Polska? Odpowiedz Link Zgłoś
robisc Nika - A MOŻE W DRUGIM REFERENDUM ? 30.05.03, 22:05 A MOŻE W DRUGIM REFERENDUM ? Autor: Gość: Nika IP: *.chello.pl Data: 13-05-2003 14:54 + odpowiedz na list Nasi rodzimi unio-agitatorzy zapewniają, że chcą do Unii, bo to szanasa dla Polski, bo "winda cywilizacyjna", i takie tam inne sraty-pierdaty... Ale jest też wśród zwolenników UE spora część, która nazywa siebie "euro- realistami", i ci przynajmniej nie wciskają kitu, że Polska uzyskała w Kopenhadze najlepsze warunki. Pytanie właściwie do jednych i do drugich: jeśli tak bardzo chcecie być w UE, to dlaczego by nie zawalczyć o lepsze warunki członkostwa? Wszystko jedno, na jakich warunkach, byleby wejść? Przecież możemy w tym referendum powiedzieć "nie", potem renegocjować warunki, i wtedy zobaczyć, co naród powie w drugim referendum. Dokładnie tak zrobili Duńczycy i udało im się uzyskać lepszą pozycję na starcie. Od razu dodam, że to gadanie o "pociągu, który odjedzie bez nas", to zwykły szantaż agitacyjny. Unia ma w zwyczaju nakłaniać do kolejnych referendów tyle razy, ile zajdzie potrzeba (przykłady: Irlandia z Traktatem Nicejskim, Szwecja z wprowadzeniem euro; nie wspomnę o Szwajcarii, w której było już kilka referendów w sprawie wejścia do UE). Nie zgodze sie też z gadaniem, że UE nie zaproponuje nam członkostwa po raz drugi. Wątek o zwrocie majątków Niemcom dowodzi, że akurat oni - kraj trzonu UE - mają największy interes w tym, żeby Polska weszła do Unii. Więc ja osobiście jestem spokojna, że sama Unia będzie naciskała o ponowne rozpisanie refrendum za jakiś czas. No więc jak, nie zależałoby wam na powtórzeniu numeru duńskiego i uzyskaniu lepszych warunków dla Polski...? Odpowiedz Link Zgłoś