Gość: Gość portalu: Bill
IP: *.gen.twtelecom.net
04.07.03, 15:17
Dlaczego Boga nie ma...
Ryszard Paradowski
Dlaczego Boga nie ma w projekcie europejskiej
konstytucji? A dlaczego miałby być?
Unia Europejska jako związek państw i wolnych
obywateli jest organizacją o tradycji demokratycznej i
wolnościowej. Jest projektem politycznym i kulturowym
związanym z wartościami wolności i demokracji. Jak do
tej tradycji ma się symbol Boga, albo inaczej, jaką
tradycję symbolizuje Bóg w historii Europy, to
kwestia, nad którą warto się zastanowić.
Bóg jest symbolem religijnym, w Europie - przede
wszystkim chrześcijaństwa; jest więc znakiem
rozpoznawczym Kościoła. Co znaczą chrześcijaństwo i
Kościół w tradycji i w historii Europy? Postawmy
sprawę jasno: nie są to instytucje demokratyczne ani
wolnościowe. Po trzech wiekach zamętu i prześladowań
chrześcijaństwo połączyło się z cesarstwem rzymskim i
odtąd nieprzerwanie przez kilkanaście stuleci
współpracowało z despotyczną władzą, dostarczało
jej "transcendentnej" legitymacji, a w zamian
korzystało z jej poparcia w walce przeciwko tym
wszystkim, którzy mieli odwagę żywić odmienne poglądy
religijne i polityczne i co gorsza próbowali je
wcielać w życie. Kościół wspierał najpierw absolutną
władzę bizantyjskiego despoty, później - władzę
monarchów europejskich. Tradycja budowana przez
Kościół, znajdująca swe zwieńczenie w wezwaniu do Boga
w polskiej konstytucji, to tradycja wypraw krzyżowych,
które przyniosły ze sobą hekatombę ofiar wśród
Europejczyków i Arabów, to tradycja zagłady
najbardziej wówczas zaawansowanego cywilizacyjnie
państwa - kalifatu arabskiego na Półwyspie Iberyjskim,
to tradycja wypędzenia Żydów z katolickiej Hiszpanii i
prześladowania ich w imię Chrystusa w całej niemalże
Europie. To zniszczenie, również w imię Chrystusa,
kultur amerykańskich - Majów, Azteków, Inków, nie
wspominając już o Indianach północnoamerykańskich. Do
chrześcijańskiej tradycji europejskiej należy
bezprecedensowa eksterminacja niezliczonej liczby
kobiet oskarżonych o czary, jak również religijne
prześladowania w okresie osławionej kontrreformacji.
Tradycja Kościoła to zaciekły opór stawiany
europejskim prądom wolnościowym, zwłaszcza, po
Rewolucji Francuskiej, to systematyczne opowiadanie
się po stronie silniejszych politycznie lub
ekonomicznie. Wiek XIX i XX, z wyjątkiem może kilku
ostatnich lat, to liczne encykliki papieskie wciąż
potępiające poddanych walczących o prawa wolnych
obywateli. Katoliccy święci i kandydaci na świętych
wsławieni drastycznymi przejawami religijnej
nietolerancji lub - jak Pius XII - współpracujący z
dyktaturą również nie świadczą dobrze o
prodemokratycznych i wolnościowych postawach Kościoła.
Przypadki księży, którzy zachowywali się w tym
względzie inaczej, krzepią nasze serca, ale nie
zmieniają ogólnego obrazu.
W Kościele zmieniają się pewne poglądy i postawy, lecz
nawet jego najnowsze prądy intelektualne nie są
dostateczną racją, dla której przyszła zjednoczona
Europa ma w sposób szczególny traktować tradycję
chrześcijańską. Antywolnościowej i antydemokratycznej
tradycji chrześcijańskiej w pełni odpowiada
demagogiczne i nierzetelne przypisywanie zwolennikom
prawa do aborcji takiego poglądu, jakoby sama aborcja
była czymś dobrym i pożądanym. W tej samej tradycji
mieszczą się próby narzucania relacjom kobiet i
mężczyzn, a także rodziców i dzieci kościelnych,
skrajnie konserwatywnych, patriarchalnych wzorców. Nie
wspominając nawet o kościelnej hipokryzji, o której
wie każdy, kto słyszał cokolwiek o historii księżych,
w tym i papieskich, konkubinatów i nieślubnych dzieci,
o domach publicznych utrzymywanych przez biskupów, o
potępianej oficjalnie - zwłaszcza u świeckich -
skłonności do kochania inaczej, przywileju bicia żon
(byle tylko nie zabić) gwarantowanym mężom przez prawo
kanoniczne jeszcze sto lat temu.
Niewiele wspólnego z europejską tradycją demokratyczną
i wolnościową ma również uprawiana przez Watykan gra w
dobrego i złego policjanta, gdzie jeden dostojnik
kościelny wysyła ciągle w świat obficie komentowane
komunikaty o potrzebie ekumenizmu, o otwarciu na
dialog z innymi wyznaniami i o żalu za grzechy kiedyś
wobec nich popełnione, inny natomiast, prawie tak samo
dostojny, od czasu do czasu dyskretnie przypomina
tradycyjną formułę, zgodnie z którą "poza Kościołem
katolickim nie ma zbawienia", dając tym samym do
zrozumienia, za kogo tak naprawdę ma prawosławnych,
ewangelików, baptystów, nie mówiąc o żydach i
muzułmanach. O ateistach, którzy wierzą w prymat prawa
nad religią, nie warto wspominać.
Warto się zastanowić, na ile dzisiejszy Kościół
katolicki jest spadkobiercą starej europejskiej
tradycji antydemokratycznej, na ile zaś wpisał się w
nowoczesny sposób życia. Współczesność akceptuje
bowiem coś, co można nazwać starotestamentową zasadą
równości wobec prawa, lub też - używając nowej
terminologii - "umową społeczną". Zasada równości
wobec prawa zaczerpnięte ze Starego Testamentu
(niezależnie od tego, czy wierzy się bardziej w prawo,
czy w Boga, i w jakiego Boga się wierzy) staje się
zarazem zasadą sprawiedliwości równej. Równej, a nie
takiej, za jaką opowiadali się Arystoteles i Tomasz,
dla których inna jest sprawiedliwość dla kobiet, inna
dla mężczyzn, inna dla niewolników, inna dla ich
właścicieli, inna dla pracodawców, inna dla
najemników, inna dla wiernych i poddanych, inna dla
świeckich i duchownych pomazańców bożych.
Kształt przyszłej zjednoczonej Europy nie jest jeszcze
przesądzony. Jeśli ma to być związek wolnych i równych
obywateli, konstytucja europejska powinna w sposób
jednoznaczny i nie budzący żadnych wątpliwości
nawiązywać do liberalno-demokratycznego systemu
wartości. Jeśli jednak zjednoczona Europa miałaby być
jedynie związkiem pracodawców, czyli czymś podobnym z
grubsza do tego, czym była w czasach
niekwestionowanego panowania Kościoła, a więc przez
znaczną część historii Europy, wówczas nawiązanie w
jej ustawie zasadniczej do konserwatywnej,
autorytarnej tradycji chrześcijańskiej i jej symboli
będzie jak najbardziej na miejscu.
W europejskiej kulturze jest miejsce dla wszystkich
tradycji. Pytanie tylko, czy zasadą porządkującą te
wszystkie nurty, wszystkie światopoglądowe, etyczne i
polityczne opcje, będzie chrześcijańska zasada
panowania i posłuszeństwa (czyli po Orwellowsku
rozumiana zasada miłości), uosobiona w forsowanym
przez urzędowych chrześcijan pojęciu Boga, czy
liberalno-demokratyczna zasada wzajemnego uznania
przez obywateli ich podmiotowości i wolności. I
drugie, nie mniej ważne pytanie: za którą z tych zasad
opowie się Polska i kto miałby oddać ten głos w jej
imieniu?