dalejkun
07.01.04, 20:00
Miałem dziś naprawdę sensacyjny lot z Londynu do Warszawy. Na pokładzie
Boeinga PLL LOT, tuż po starcie, kiedy personel zaczynał uwijać się z
serwisem, rozległ się krzyk. Okazało się , że szefowa stewardess nie żyje.
Obecny na pokładzie lekarz stwierdził zgon. Zmarła prawdopodobnie na atak
serca. Co ciekawe, zwłoki stewardessy załoga, wraz z pasażerami posadzono na
końcu samolotu i przykryto jakąś folią. Ludzie siedzący w okolicach zmarłej
zaczęli wymiotować, gdyż (o dziwo) roztoczył się przerażający fetor
(domyślam sie co się stało). Dalszą część lotu pasażerowie z tylnych foteli
spedzili na podłodze w przejściu. Tak też trzymając się przeżyli lądowanie.
Żeby tego było mało, to reszta stewardess rozdawała alkohol bez opamietania,
tak że cały samolot (najbardziej to stewardessy) był pijany i o dziwo -
wesoły i rozchichrany.
Pytanie dla ludzi latających: czy może ktoś spotkał sie z podobnym
przypadkiem?