Jestem bez-rad-na w powyższym temacie.
Dziadkowie mają jakąś dziką uciechę w skarmianiu dzieci słodyczami.
Liderem jest mój ojciec, który za każdym razem ma wypchane kieszenie lizakami, krówkami, mambą itd. Proszę, pokazuję paszcze całe w plombach, opowiadam o rzeziach na fotelu u stomatologa, tłumaczę, że potem nie chcą jeść nic normalnego.
W końcu ojciec powiedzial, że jestem śmieszna z tą niechęcią do słodyczy i on nie będzie przychodził do dzieci z pustymi rękoma.
Następna jest moja teściowa, która ma zawsze pełne pudło ptasiego mleczka Na moją propozycję, że na następną wizytę u stomatologa właśnie ją umówię - napuszyła się i powiedziała, żebym jej nie pouczała.
Na koniec moja mama, ktorą niezwykle oburza słodyczowa mania dziadków, więc ona daje "tylko zdrowe słodycze" czyli kinder kanapki, bo z mlekiem (w lodówce u mamy jest ich chyba 20 sztuk).
Generalnie nie jestem upierdliwa wobec dziadków, niech sobie robią z wnukami co chcą, niech ubierają jak chcą itd., ale te słodycze to jakiś obłęd. Mam wrażenie, że cała trójka robi mi na złość, bezmyślnie kompletnie, bo wiedzą, że bardzo mi na tym zależy.
Oni walczą o zasadę, a ja o zdrowie
Dodam, że nie jestem przeciwna słodyczom tak całkiem, ale w rozsądnych ilościach.
Z okazji jakiejś tam choinki dzieci dostały od dziadka 2 pełne siatki, tak na oko jakieś 5 kilo cukierków, czekolady, groszków, batonów itd.
Dzieci mają 5,5 i 2 lata.
Czuję się jak zwyrol, kiedy po prostu sprzątam im te dobra sprzed nosa, ale nie ma innego wyjścia.
Macie jakieś sprawdzone sposoby na taki opór dziadkowy?