Skopiowałam swój wpis z forum rozwodowego, bo ememy są trochę aktywniejsze, a mnie po wczorajszej kłótni z M zależy na poznaniu opinii innych, więc proszę mnie stąd nie przepędzać

A więc tak:
W momencie, gdy braliśmy ślub planowaliśmy budowę domu. Moja mama miała dać nam działkę, on miał swoje "kawalerskie" oszczędności, do tego pieniądze z wesela. Zamieszkaliśmy w moim rodzinnym domu, moja mama w większości na swój koszt wyremontowała niezamieszkałą część domu i w ten sposób zyskaliśmy małe, niezależne mieszkanko. Ustalenia były takie, że możemy tam mieszkać do czasu, aż się nie wybudujemy, potem miało to być dla któregoś z mojego młodszego rodzeństwa, w zależności jak tam się życie potoczy. Niestety między mną i mężem przestało się dobrze układać i plany budowlane odchodziły na dalszy plan. Mój M doszedł do wniosku, że po co się mamy wysilać, przecież nas mama z tego mieszkania nie wygoni. W międzyczasie przez ponad rok mąż był bez pracy, przez kolejny rok niewiele zarabiał, moja też niewielka pensja nie wystarczała na bieżące potrzeby, więc często sięgałam do tych oszczędności z wesela. Moja mama oprócz tego, że zapewniła nam mieszkanie, to pokrywała również część rachunków, natomiast teściowa kupiła swojemu synowi samochód. No i teraz się rozstajemy i sprawa wygląda nastepująco: on uważa, że najuczciwiej byoby, gdyby on zatrzymał samochód, bo to przecież od mamy, i zabrał resztę oszczędności, ok 15 tys. Po kilku kłótniach stanęło na tym, że no trudno, niech będzie jego krzywda i zostawi mi samochód a zabierze pieniądze. Zgodziłam się, bo nie mogłam zostać z małym dzieckiem bez samochodu, a jemu zależało na gotówce. Ma cały czas swoje własne oszczędności, ale one są "tylko jego i nie do ruszenia". A ja jednak czuję się pokrzywdzona, a gdzy zaczynam o tym rozmawiać to się okazuje, że jestem materialistką .... No i sama nie wiem... Czasami jak jestem wściekła, to myślę, że powinnam go puścić w samych skarpetkach, ale potem... co myślicie???