Z Tatą nigdy nie miałyśmy dobrych, ciepłych relacji...
Uparty, chłodny, małomówny, introwertyk.
Nikt nigdy nie był mu potrzebny do szczęścia...żaden człowiek...tak zawsze odbierałam Tatę. Może tak było a może jestem w błędzie.
Przede wszystkim nieokazujący uczuć, ani tych pozytywnych, ani negatywnych.
Zamknięty w sobie i w swoim warsztacie.
Ciągle zajęty, zapracowany...
Sceptyk.
Myślę, że tak naprawdę nie potrafił, nie umiał okazywać uczuć, wyrażać emocji, wstydził się tego...
Nigdy nie umiałam z Tatą pogadać...tak zwyczajnie, normalnie...czułam blokadę, być może strach, respekt...
Nie umiem tego nazwać.
To taka trudna relacja - bez relacji. Niewłaściwa, błędna, stracona.
Tak, przede wszystkim stracona
Tato odchodzi...a ja nie potrafię, nie umiem pogadać, pożegnać się...

Słowa zastygają w gardle, głos łamie się - mam ochotę nerwowo roześmiać się, klepnąć po plecach z pozytywnym "wydobrzejesz"

Nie wydobrzeje.
Milczę...
Nie potrafię inaczej. Mam poczucie, że jest między nami jakaś niewidzialna ściana

Dzięki.