riki_i
10.03.20, 17:19
Jadę sobie główną arterią przez Białołękę (dzielnica Warszawy). Droga po trzy pasy w każdą stronę, ograniczenie prędkości skacze co chwila od 50 km/h do 70 km/h. Jest bardzo duży ruch, jak zwykle w tym rejonie, i wszystkimi trzema pasami ruchu równo suną samochody. Prawie korek, pod każdymi światłami czeka się parę minut. Co pewien czas są wspomniane światła, ale są też miejscami wiadukty.
Akurat ruszam pierwszy spod świateł środkowym pasem i jadę równo w kolumnie z autami po mojej lewej i prawej stronie. Przejeżdżam wiaduktem, bo akurat trafiła się estakada, i nie zdążam już dojechać do kolejnych świateł, bo mi z tyłu mrugają na niebiesko (nieoznakowany radiowóz trzyliterowej marki).
Miły Pan policjant oznajmia, że przekroczyłem prawie 50 km/h i należy się parę stówek. No ok, ale przytomnie go pytam - 'Panie, przecie jechałem w kolumnie, dlaczego akurat ja???
Na to Pan rozbrajająco - "No wszystkich przecież nie wyłapiemy, zatrzymujemy tego za którym jedziemy'. ROTFL
FACIT
Nie chcę tu rozprawiać o sensowności ograniczeń prędkości jako takich, ani odnosić się do miejsca, gdzie mnie akurat złapano. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Otóż mamy drogę wylotową, bez pieszych, gdzie w sytuacji bardzo dużego natężenia ruchu (52 000 samochodów w ciągu doby) WSZYSCY jadą powyżej jakiejś tam dozwolonej prędkości. Czy karanie kierowców na zasadzie "na kogo wypadnie, na tego bęc" ma jakikolwiek sens?
Dodam, że na tej drodze jest też kilka stacjonarnych fotoradarów, przed którymi cała kolumna oczywiście karnie zwalnia, aby zaraz po ich przejechaniu depnąć na gaz. Więc tę metodę ograniczenia prędkości już tam zastosowano i proszę jej nie podsuwać w komentarzach.
IMO taki lotny zamaskowany patrol, zważywszy na długą biurokratyczną mitręgę związaną z wypisywaniem na miejscu mandatu, może dziennie (w ciągu 8 godzin pracy) złowić maksymalnie ze 20 kierowców. Policzmy optymistycznie dla policji, że jeżdżą tam całodobowo i wciąż mają branie, bo poza miejscowymi nikt nie spodziewa się pomiarów prędkości przy takim natężeniu ruchu oraz nie jeździ po mieście na janosiku. No to złapią przez 24 godziny maks 60 osób. To jest 0,13% przejeżdżających tamtędy w ciągu doby kierowców. Jaki w tym jest sens? Wychowawczy? Nie sądzę. Następnym razem po prostu odpalę tam janosika.
Co sądzicie? NIE O MNIE, TYLKO O TAKIEJ FORMIE KARANIA.
Ps. Na żaden dosrywający personalnie komentarz nie zamierzam odpowiedzieć, więc paniusie psycholki-stalkerki mojej osoby dajcie sobie może spokój.