Stary login wcięło więc piszę z nowego.
Będzie długie.
Pochodzę z biednej rodziny. Jak na standardy lat 80'tych była to bieda pospolita, nie odstawaliśmy jakoś od otoczenia. Głodu nigdy nie było, ale to głównie dzięki dziadkom, którzy mieli kury i króliki na wsi i dzięki działce skąd się brało warzywa. Na buty na zimę nie starczało, trzeba się było ratować paczkami od rodziny z Niemiec. Nigdy kasy od pierwszego do pierwszego nie starczało. Uruchamiano sąsiedzki system pożyczkowy. No generalnie jak na dzisiejsze standardy to bieda raczej konkretna. Ale rodzice mieli priorytety poukładane, zero alkoholu, praca-biedna ale stabilna, na podręczniki dla mnie kasę zawsze skądś wygrzebali. Wakacje u dziadków na wsi. No jakoś to ogarniali. Nie czułam strachu, że głodna będę chodzić, ale wiedziałam, że bieda jest i nie bardzo wiedziałam co ja miałabym ze sobą w przyszłości robić. Wiedziałam, że będę biedna, bo nic innego nie znałam. Mieszkałam na biednym śródmieściu wśród takich samych biedaków. Cała rodzina biedna (no może za wyjątkiem jednej ciotki).
Nie będę się tu rozpisywać jak to się stało, ale jednak udało mi się wyjechać na studia, utrzymać się na nich (praca dorywcza + stypendium naukowe). Koniec końców mam dobrze płatną pracę, mąż ma bardzo dobrze płatną pracę. Do bogaczy nam daleko ale do biedy chyba jeszcze dalej.
No i tutaj problem-nieproblem-rozkmina.
Pomimo 40stki na karku dalej czuje się biedna. W sensie na poziomie racjonalnym wiem, że to nieprawda, ale emocjonalnie nie ogarniam. Jak się zdarza jakiś słabszy miesiąc i pod koniec muszę przystopować z wydawaniem kasy na grubsze rzeczy bez oglądania się na stan konta to jestem od razu ... wkurw... Na cały świat, na rząd co zabiera, na korpo co za mało płaci, na inflację... Mam oszczędności, ale wciąż mi mało. Wkurza mnie jak nie odłożę tyle co zaplanowałam. Ciągle się czuję jakby mi ktoś coś zabierał (bo tak jest, ale to inny temat

). Czuję się pokrzywdzona. Nie wiem jak to lepiej ubrać w słowa. Ostatnio przeglądałam ciuchy dzieciaków, bo powyrastali. Dla najmłodszego zostawiam wszystko: ściuchane skarpetki, dziurawe dresy. Bo...? Bo nie jestem gotowa, żeby wyrzucić. A nuż za parę lat będziemy biedni?
A zatem - ile lat trzeba żeby wyrosnąć z biedy? Czy nigdy nie wyjdzie z głowy? Średnio mi, że taka ze mnie finansowa frustratka. Bo mogłabym się cieszyć tym co mam. A nie umiem.