Muszę się komuś wyrzalić wiec może trochę przynudzę. W sierpniu kupiliśmy
mieszkanie. Zaczęliśmy remont pilnowaliśmy żeby nie tłuc się wcześniej niż o
8 i góra do 19, codzienne szorowanie korytarza. Wprowadziliśmy sie w
listopadzie i zaczęło się..........."naloty" sąsiadów
że remontujemy za długo, mamy rzeczy na korytarzu- mamy taki zamykany
korytarz dla 4 mieszkań-fakt trochę tego było ale tam każdy ma coś na
korytarzu, że zginął rower????, że kilkakrotnie zapchaliśmy zsyp no i
najważniejsze że nie myję korytarza (tutaj jest taka "moda " że każdy myje co
4 tygodnie) kontrolują mnie do tego stopnia że palcem sprawdzają lamperię -
obłęd. Oczywiście kilka donosów do spółdzielni. Ale dzisaj to już przebiło
wszystko- wczoraj była moja kolej mycia od czwartku byliśmy na nartach
dzisiaj wróciliśmy, mycie korytarza miałam w planach na jutro no bo niby
kiedy jak bym zrobiła to w środe była by afera że za wcześnie a w niedzielę
to by chyba do księdza na skargę poszli. Dzisiaj mój mąż ma urodziny siedzimy
sobie przy urodzinowym torciku a tu dzwonek do drzwi otwieram a tam sąsiad i
zaczyna - że to już tak być nie może korytarz nie umyty i jutro rano idą
wszyscy na skargę do spółdzielni- ręce mi opadły dodam tylko że na prawdę nie
należymy do uciążliwych ludzi jesteśmy cisi spokojni nie robimy w domu
imprez. Nie wiem skąd ta nienawiść do nas już nie mogę, jak widze sąsiadów to
budzi sie we mnie instynkt zabójcy i dosyć mam wizyt Pani ze spółdzieli

Trochę pomarudziłam ale od razu mi ulżyło
ania