rayenne
27.04.06, 02:54
To, co napisze nie jest prowokacja, nie stoi tez za tym gorzka ironia, czy
marzenie o raju utraconym czy "samooszukiwanie sie" terapeutyczne (itp) Po
raz pierwszy to poczulam. Po raz pierwszy to zwerbalizowalam i napisze i
nawet przez chwile nie bede miala wyrzutow sumienia czy lekow przed ocena
spoleczna. Wiele razy miotalam sie po roznych forach starajac zanalizowac
rozne relacje w moim zyciu, odpowiadalam na niektore watki, pytalam. Dzis
wiem, ze wszystko sprowadzalo sie do prostej kwestii, na ktora z przyczym
spolecznego ostracyzmu jakos wpasc nie moglam. To co napisze dotyczy rodziny
w ktorej sie urodzilam i wychowywalam (NIE TEJ KTORA TWORZE Z MEZEM I
DZIECMI), wcale nie patologicznej (w sensie potocznym), rzekomo wspierajacej
sie, spedzajacej razem swieta, wyksztalconej. NIE KOCHAM ICH. Nie kocham
swojej rodziny. Nie czuje sie zwiazana z zadnym jej czlonkiem. I choc
formalnie bede odbywac niekiedy (przynajmniej do smierci Babci, z ktora pewna
epoka skonczy sie definitywnie) spotkania z minimalnie odmierzona i
wycyzelowana do granic mozliwosci informacja na temat tego "co u Ciebie",
choc usmiechne sie tym grzecznym okolicznosciowym usmiechem, czuje sie wolna
i szczesliwa. Czysta. I wcale nie - ogolocona - z jakichs wartosci, ktore
moglabym przekazac moim dzieciom (raczej zas wolalabym ich nie przekazywac).
Czuje sie jakbym spalila dom z uwiezionym w srodku demonem. Teraz postawie
nowy, z nowym stolem, przy ktorym rozpoczna sie zupelnie nowe dzieje,
historie, zapachna inne potrawy, potocza sie inne rozmowy. Powiesze na
scianach nowiutkie lustra, ktore odbija moje - nasze zycie. Zupelnie tak,
jakbym uwolnila Kolo Czasu. Tak sie po prostu chcialam podzielic nad ranem.
Pozdrawiam serdecznie.