nastka72
06.05.04, 09:51
Może ,ktoś z Was poczyta o moim życiu i dorzuci swoje refleksje...dlatego to
piszę...
Stoję na granicy rozpadu mojego zwiazku ,formalnego rozpadu ...trzymam w
rekach pozew o rozwód i znowu nie moge liczyc na wspołprace partnera ..ech ja
to naiwna jestem
Jestem żoną od ponad dziesięciu lat,typowe studenckie
małżeństwo .....niestety małżonkowie mieli chyba inna wizję życia ,a może po
prostu to życie zmieniało ich oraz ich poglądy na potrzeby i realizacje
swoich celów ?
Nasze drogi rozchodziły się bardzo powoli,czasem z lekkim
przespieszeniem ,rozstalismy sie nawet na miesiac no ale ....dzieci ...
Mąż żył całe lata praca zawodową ,my bylismy dodatkiem który powinien ładnie
wyglądać na zdjęciu postawionym na biurku
Nie chcę tu przytaczać swoich argumentów i żalić się jak było mi źle i jak
byłam samotna ,wszak czytacie tu relacje jednej tylko strony a ta druga też
swoje zale ma
od 2 lat borykałam sie z decyzja o rozstaniu i jak zwykle jak w marnym
romansie pojawił sie ten trzeci ...
Pokazał uczucia o których dawno już zapomniałam ,pokazał szacunek i
zainteresowanie ,pokazał i pozwolił poczuć jak to jest być kochaną...
Już nie moge zostać z mężem ,nawet dla dobra dzieci ,nie potrafie się
poświecić i budować ,bo nie ma nawet zgliszcz na których możnaby to oprzeć
Miałam nadzieje że uda mi się porozmaiwać z mężem i ustalić to najlepiej dla
dzieci ...niestety godziny zmarnowane na kolejnych żalach..
Usłyszałam wiele zarzutów ,które traktuje jak szantaż emocjonalny(?)
już wiem jak zabieram dzieciom ojca ,jak niszczę im życie ...
Czy ja mam prawo szukać szczęścia ,czy mam prawo do swojej drogi ?
czy moje dzieci nie będą szczęśliwsze widząc szczęśliwszą matkę ?
Czy są tu kobiety które zdołały pod taka presja odejść ,które były
wystarczajaco silne lub wystarczająco skrzywdzone i samotne by odejść...?