Dodaj do ulubionych

Więźniarka

16.05.04, 21:53
Dzisiaj wpadła mi do głowy myśl: może zrobiłam błąd, że mu nie wybaczyłam...
Może życie nie byłoby takie złe, nawet gdybyśmy żyli osobno - jak
lokatorzy...

Poczułam, że jest ze mną źle. Nic nie jest w stanie mnie wystarczająco
upodlić i unieszczęśliwić niż utracona wolność i niezależność. Zniosę zdradę,
zniosę samotnosć, zniosę niekomfortowe warunki życia. Nie mogę natomiast
znieść ciągłej obecności mojej matki, jej kontroli, jej "nie pozwalam".
Przypomniałam sobie powody, dla których wręcz uciekłam z domu na studia do
innego miasta.
Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal jestem tą samą 19-latką w jej
oczach.
Nie mam własnych pieniedzy, wszystko jej oddaję. Od kilku miesięcy nie
kupiłam sobie kompletnie nic. Nie mogę nigdzie wychodzić bez dziecka.

Teoretycznie za 2 lata mogę iść do pracy, mogę dać Małą do przedszkola. Mogę
jakoś zacząć żyć. Tylko że ja nie wytrzymam tych dwóch lat, a póki otrzymuję
zasiłek wychowawczy komletnie mi się nie opłaca pójście do pracy. Nie chcę
Małej oddawać do żłobka.

Czuję się jak więzień w klatce. Mogłabym pracować w domu, ale przy Małej jest
to niemożliwe. Całe dnie spędzam na opiece nad nią i na ślęczeniu przy kompie
(jednym okiem zresztą), który jest moją jedyną furtką na świat.

Mogłabym ścierpieć jego zdrady. Moglibyśmy żyć osobno... Ale żyłabym swoim,
niezależnym życiem. Mimo że go nie kocham, mimo że mi na nim nie zalezy...
Mimo że mnie skrzywdził, powróciłabym do poprzedniego życia z pochyloną głową.

Jestem żałosna. Nie mam nawet do kogo gęby otworzyć i wyżalam się jak debilka
na forum. Ale już po prostu nie widzę innego wyjścia jak załamać nad sobą
ręce. Nie mogę nic zrobić. Mogłabym pozanc kogoś przez net, ale to
niemożliwe - przecież nie mogę wychodzić sama z domu, bez dziecka.
Mogłabym wziąć opiekunkę, ale kasę trzyma mama. Nie mam nawet na bilet
tramwajowy. Nie chce mi się chwytać fuch, bo i tak całą kasę by przechwyciła
(nie mogłabym sobie czegokolwiek zostawić, bo i tak by zauważyła).

Mogłabym stanąć okoniem, ale to byłby początek wielkiego konfliktu... Ona
musi mieć kontrolę nade mną. Jestem więźniem w jej domu.

Może do niego wrócę...
Obserwuj wątek
    • gabsiella Re: NIE!!!!!! 16.05.04, 22:38
      co ci do głowy przychodzi??? dac soba pomiatac sukinsynowi???????? sory, ale
      jestem w niemal identycznej sytuacji, tyle, ze mnie mój luby po prostu chciał
      traktowac jak worek do bicia.
      tez jestem na utrzymaniu sodziców, tyle, ze nie mam zadnych!!!! pieniędzy,
      nawet zasiłku! dziewczyno, nawet dzis myslałam nad kolejna ucieczką! ) robie to
      odkad skończyłam 18.) ale teraz z dzieckiem??? wybieram mniejsze zło...z
      pewnościa nie wrócę do zakłamania ze strony kogoś, kto nie ma najmniejszego
      prawa do mnie, mojego ciała, umysłu, uczuć! a jeszcze wybaczyć/ zapomniec
      zdradę??????????????????????? NIGDY! dałabys mu tylko satysfakcję, a on dalej
      ujeżdzałby po tobie jak po łyse kobyle!
      pozdrowienia dla ciebie, dzieciaka i bądz co badz matki...
    • gabsiella Re: NIE!!!!!!.... 16.05.04, 22:40
      co ci do głowy przychodzi??? dac soba pomiatac sukinsynowi???????? sory, ale
      jestem w niemal identycznej sytuacji, tyle, ze mnie mój luby po prostu chciał
      traktowac jak worek do bicia.
      tez jestem na utrzymaniu sodziców, tyle, ze nie mam zadnych!!!! pieniędzy,
      nawet zasiłku! dziewczyno, nawet dzis myslałam nad kolejna ucieczką! ) robie to
      odkad skończyłam 18.) ale teraz z dzieckiem??? wybieram mniejsze zło...z
      pewnościa nie wrócę do zakłamania ze strony kogoś, kto nie ma najmniejszego
      prawa do mnie, mojego ciała, umysłu, uczuć! a jeszcze wybaczyć/ zapomniec
      zdradę??????????????????????? NIGDY! dałabys mu tylko satysfakcję, a on dalej
      ujeżdzałby po tobie jak po łyse kobyle!
      pozdrowienia dla ciebie, dzieciaka i bądz co badz matki...
      • virtual_moth Re: NIE!!!!!!.... 17.05.04, 09:58
        Jestem zdesperowana po prostu.
        Oczywiście nie byłoby mowy o dzieleniu łoża. Wyobrażałabym sobie to jako układ
        partnerski z rozdzielnością życia uczuciowego... Zresztą przez ostatni rok tak
        właśnie żyliśmy, tylko ja się oszukiwałam, że jeszcze wyjdziemy na prostą. Nie
        doświadczałam jakiś strasznych upokorzeń od niego. Teraz widzę, że kierowane od
        czasu do czasu epitety w stylu "jesteś debilką" to po prostu pryszcz w
        porównaniu do tego, czego teraz doświadczam. Jemu przynajmniej mogłam
        powiedzieć "ty też", a matce muszę przytakiwać... nie mając komletnie żadnych
        praw i żadnych szans na własne życie.
        Jezu, nie przeszkadzałoby mi to, że lata na panienki. Pewnie zgodziłby się na
        to, abym i ja mogła ułozyć sobie życie. Może pomógłby mi w wynajęciu później
        jakiegoś mieszkania... Boże, ja chyba wariuję. Przypominam sobie jak mówił
        niedawno, że chciałby mieć nas blisko siebie... Boże, chroń mnie, bo chyba
        znowu się nabieram!!!

        Dzięki za miłe słowa. Na pewno nie będę pochopnie podejmować decyzji.
    • pelaga Re: Więźniarka 16.05.04, 22:57
      Wspoczuje Ci strasznie sad(((
      Tez mieszkam z rodzicami, wyprowadzialam sie do nich, potem wynajmowalam
      mieszkanie (cudownie mieszka sie samemu, tylko z dzieckiem... wiem), potem
      znowu musialam wrocic do rodzicow ze wzgledow finansowych.
      Tez czasem zalowalam, ze wyprowadzilam sie od exa wlasnie do rodzicow,
      zastanawialam sie, czy nie lepiej byloby wrocic. Ale dzis wiem to na pewno, ze
      to byla dobra decyzja i nie zaluje jej, choc nadal mieszkam z rodzicami. I choc
      ingeruja w moje zycie (pewnie nie az tak jak Twoja matka), choc wielokrotnie
      narzucaja mi swoja wole, choc miewam doly z tego powodu, wiem, ze to bylo to
      lepsze rozwiazanie.
      Przetrwasz ten najgorszy okres, a jak sie usamodzielnisz poczujesz sie naprawde
      wolna smile)) A faceta przez net da sie poznac i na randke z dzieckiem tez da sie
      umowic smile)) Pamietaj, ze musi zaakceptowac Cie "z dobrodziejstwem inwentarza",
      sorki za ten tekst, ale moj kolega tak mi zawsze powtarzal, jak mialam doly i
      mial racje smile))))
      Zycze duuuuzo wytrwalosci!!!
      Pozdrawiam
    • chalsia Re: Więźniarka 17.05.04, 00:58
      Kubeł zimnej wody na głowę Ci się należy.....

      Czy Ty myślisz, że jak bys była z nim to miałabyś wolność i niezależność ??????
      Matce kasę oddajesz - na Boga, nie rozumiem, przeciez matka nie ma absolutnie
      wpływu na to ile TY jej chcesz dać, dawaj tyle, ile uważasz, że powinnaś na
      wspólne utzrymanie. Czy Ty myślisz, że matka Cię z dzieckiem z domu wyrzuci,
      jak sobie zatrzymasz jakąś część pieniedzy ???!!!!!
      A jak byś była z nim to co - nie miałby dojścia do Twoich pieniędzy ?????
      O jakiej wolności i niezalezności mowa gdy OBCY, NIEKOCHANY i NIECHCIANY facet
      ma prawo spać razem z Tobą i sięgać po Twoje ciało w dowolnym momencie ????!!!!

      > Teoretycznie za 2 lata mogę iść do pracy, mogę dać Małą do przedszkola. Mogę
      > jakoś zacząć żyć. Tylko że ja nie wytrzymam tych dwóch lat, a póki otrzymuję
      > zasiłek wychowawczy komletnie mi się nie opłaca pójście do pracy. Nie chcę
      > Małej oddawać do żłobka.

      Słuchaj - albo rybka albo akwarium tudzież nie można zjeśc ciastka i miec
      ciastko. To Ty sama musisz wybrać !!! Albo siedzisz w domu z małą z wszelkimi
      tegoi konsekwencjami ALBO idziesz do pracy (nawet za małe pieniądze) i
      zaczynasz jakoś (jak piszesz) żyć. Nie rozumiem czemu Ci się teraz nie opłaca,
      a akurat za dwa lata już Ci się będzie opłacać ???? A babcia nie może się zająć
      małą gdybyś wróciła do pracy ????

      Sama z siebie robisz więżnia w domu. Postaw jasne granice własnej matce.

      Trzymam kciuki (i sugeruję udanie się do psychoterapeuty - naprawdę Ci to
      pomoże).

      Pozdrawiam,
      Chalsia
      • virtual_moth Re: Więźniarka 17.05.04, 09:38
        No cóż, Chalsiu, wszystko się rozbija o moje stosunki z matką...
        Ona wie, co dla mnie jest najlepszesad
        Pójście do pracy nie opłaca mi się ze względów finansowych no i oczywiście ze
        względu na Małą, którą musiałabym oddać do żłobka (mama pracuje). Za dwa lata
        kończy mi się urlop wychowawczy i wtedy normalną koleją rzeczy idę do pracy i
        daję Małą do przedszkola. Niestety to dopiero za dwa lata, a już czuję, że po
        prostu nie wytrzymam. Moja matka kazałaby mi iść nie do psychoterapeuty, ale od
        razu na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego, gdybym chciała teraz iść
        do pracy...
        Mama oczywiście mnie nie wyrzuci z domu, ale dobrze wiem, co oznacza
        sprzeciwienie się jej. Już teraz, cokolwiek powiem (nawet na neutralnym
        gruncie), jest obracane przeciwko mnie.
        O psychoterapeucie nie ma mowy. Moja matka jest prostą kobietą i zaśmiałaby mi
        się w twarz, gdybym zasugerowała, że potrzebuję takiej pomocy... A muszę mieć
        jej zgodę we wszystkich decyzjach, które podejmuję. Ktoś przecież musi zostać z
        dzieckiem... W zasadzie wszystko się do tego sprowadza.

        Moja kasa... oddawana w całości nie pokrywa oczywiście naszego utrzymania. Nie
        ma mowy o jakimkolwiek zostawianiu czegoś dla siebie, bo to co daję, to tylko
        kropla w morzu potrzeb. Zresztą, nie mam co "pyszczyć", przecież mam opłacany
        internet (45 zł!!!).

        Może tak trudno mi się z tym pogodzić, bo od 10 lat żyłam poza domem rodzinnym,
        a od 4-5 lat byłam niezależna finansowo (pracowałam w innym mieście) i to ja
        utrzymywałam siebie i exa (w większości). Wplątana w obecny układ finansowo-
        emocjonalny z matką po prostu się duszę.

        Walczę pomiędzy moją chęcią odzyskania własnej tożsamości a oczekiwaniami mojej
        matki wobec mnie. Ona uważa, że całe moje życie było gówno warte, skoro
        skończyłam tak, jak skończyłam. Mam siedzieć w domu. O co mi chodzi poza tym???
        Mam co jeść, mam w czym chodzić, moje dziecko ma gdzie mieszkać, a reszta to
        jakieś fanaberie rozpuszczonej "wielkoświatowym" życiem panny z prowincji.

        Boże, w zasadzie wystarczy mi tylko wyjście z domu wieczorem raz na jakiś czas.
        Nawet na to nie mam żadnych szans.

        Nie wiem, może jestem jakaś nienoramlna. Rzeczywiście, mam co jeść, mam gdzie
        mieszkać. Może z nudów mi odwala???

        Pozdrawiam

        • fobia21 Re: Więźniarka 17.05.04, 10:29
          znam to to co masz i co czujesz i co przezywasz naprawde i juz tez niedam rady
          zeby nie mala to niewim pewnie.....(zkad jestes)pozdrawiam sama mama
        • chalsia Re: Więźniarka 17.05.04, 10:37
          Nienormalne !!!!! jest wszystko to, co dotyczy Twojego uzależnienia
          emocjonalnego od matki.
          Jesteś chorobliwie od niej uzależniona i to należy leczyć. No jak czytam, że Ty
          nie pójdziesz do psychoterapeuty bo się mama nie zgadza, to mnie szlag trafia i
          cisną mi się na usta słowa "w takim razie cierp, bo to na własne zyczenie, ale
          i nie narzekaj w takim razie". To weź dziecko na wizytę u psychologa i tyle,
          skoro dezaprobata Twojej matki może się wyrazić tym, że nie będzie z małą
          chciała zostać.
          Twoja matka ma prawo miec jakieś oczekiwania wobec Ciebie a Ty masz prawo je
          spełniac ALBO NIE. Nie musisz, i to jest najważniejsze. I nic Ci matka nie
          zrobi, najwyżej się trochę bardziej przez jakiś czas będziecie kłócić. A na
          takie ciągłe gderanie też są metody - zamknąć uszy i nie słuchać, recytować
          sobie w myślach wiersz, etc.

          Pozdrawiam,
          Chalsia
          • virtual_moth Re: Więźniarka 17.05.04, 11:29
            Chalsiu, powiem Ci szczerze, że nie wierzę w psychoterapię. Tym bardziej taką z
            rozbieganym roczniakiem w gabineciewink
            Jeśli wierzyć Twoim słowom, psycholog pomógłby mi odzyskać równowagę
            emocjonalną i uświadomiłby mi moją zależnosć emocjonlaną z matką. Pewnie też
            nauczyłby mnie asertywaności, ble, ble, ble (bez obrazy). Problem w tym, że ja
            jestem niesłychanie asertywna i nigdy nie miałam z tym problemów. Wiem
            doskonale czego chcę i w jaki sposób mam to osiagnąć. Zawsze uparcie dążyłam do
            celu. Jestem cholernie zrównoważona emocjonalnie i to mnie właśnie gubi, bo
            zdaję sobie w pełni sprawę z mojej sytuacji. Nawet, cholera, nie mogę nikogo
            obwiniać za taki stan rzeczy, bo jest to zupełnie normalny stan rzeczy. Studia,
            praca, dziecko, płatny urlop wychowawczy. Tylko ja nadal jestem traktowana jak
            cholerna 15-latka...
            A ja dawno przestałam nią być właśnie EMOCJONALNIE. Wbrew matce i bez żadnego
            wsparcia finansowego z jej strony podjęłam prestiżowe studia w prestiżowym
            mieście.
            Teraz jest jednak diametralnie inaczej, bo nie jestem sama. Bez wsparcia matki
            trafiłabym "pod most" i muszę się liczyć z jej zdaniem, jakiekolwiek by ono nie
            było (teraz np. marudzi mi nad uchem, żeym poszła się kąpać, skoro Mała śpi).
            Mogłabym się "postawć", ale byłoby to skrajnie nieuczciwe. Wiele razy już
            próbowałam uświadomić mamie, że dobiegam trzydziestki. Tylko jakie to ma
            znaczenie, skoro nie mam kasy??? Mogę sobie być zrównoważona i poukładana, ale
            bez kasy będę nadal tylko 15-latką.

            Jest to zatem nie tylko kwestia mojej zależności od matki, ile mojej
            niewydolności finansowej. Mogłabym pójść do pracy, ale to kompletnie nieczego
            by nie zmieniało oprócz tego, że Mała łapałaby choróbska, a ja zapieprzałabym
            za taką samą kwotę, jaką teraz otrzymuję od państwa. I tak wszystko lądowałoby
            w bezdennej kieszeni mojej matki i byłoby to jak bajbardziej uczciwe.

            Oczywiście mogłoby być tak, jak u mojej bliskiej znajomej. Jej mama grzecznie
            opiekuje się jej synkiem 8 godzin dziennie i nie wtrąca się do jej życia. Taką
            ma po prostu matkę. To, że ja mam inną nie jest niczyją winą i żaden cholerny
            psycholog niczego tu nie zmieni.

            Mogę tylko siedzieć i wyć. Tęsknić za utraconą wolnością. Ktoś, kto powie -
            ponoś odpowiedzialność za własne postępowanie - będzie miał cholerną rację.
            Więc siedzę, ponoszę odpowiedzialność i wyję. Jak długo tak można??? Czy życie
            właśnie na tym tylko polega - na noszeniu tego cholernego krzyża, bez prawa do
            odpoczynku? Poza tym - za co ja tak właściwie noszę ten krzyż? Za to, że
            próbowałam z powodzeniem ułożyć sobie życie, urodziłam dziecko i próbuję być mu
            matką? Za to tylko, że jakiś palant zrobił mnie w konia?

            Wszystko to, czego mi potrzeba w tym momencie to kasa. Smutne, obrzydliwie
            banalne i pragmatyczne. Z kasą miałabym pełne prawo powiedzieć matce - daję
            tyle na nasze utrzymanie, bo tyle ono wynosi. Reszta dla mnie. Biorę opiekunke
            na 3 godziny tygodniowo i mam wszystko w nosie, ładuję akumulatory, chodzę na
            siłownie, na basen i poznaję nowych ludzi, mam własne życie.

            Zaczynam coraz poważniej zastanawiać się nad powrotem na MOJE śmieci,
            jakiekolwiek by one nie były...

            • chalsia Re: Więźniarka 17.05.04, 12:30
              Niestety, jedno zdanie pokazuje, że NIE jesteś dojrzała emocjonalnie do końca
              (bo został Ci aspekt układu między Tobą a matką):
              >Tylko ja nadal jestem traktowana jak
              > cholerna 15-latka...
              > A ja dawno przestałam nią być właśnie EMOCJONALNIE

              Gdyby było, jak Ci się wydaje, to miałabyś do takiego podejścia matki stosunek
              RÓWNO OLEWCZY. Bo dorosłego (czytaj dojrzałego emocjonalnie człowieka) takie
              zachowanie nie doprowadzało by do takiej deprsjii jak u Ciebie (i do tal
              beznadziejnych pomysłów jak chęć powrotu do byłego by żyć w zakłamaniu ze
              olbrzymią szkodą dla dziecka).
              MOja mama też nie traktuje mnie jak dorosłej (już bardzo) osoby. Zawsze będę
              dla niej małą córeczką, której trzeba na każdym kroku radzić, etc. Ale mnie to
              najwyżej od czasu do czasu złości, albo od czasu do czasu przypominam mamie, ze
              jestem dorosła i nie życzę sobie nieproszonych rad (nawet tych dawanych z
              troski i miłości). Ale to co mama mówi nie wpływa na to co robię (no chyba, że
              pytam się jej o zdanie i uznam, że warto zrobić jak radzi). Ja po prostu robię
              swoje.

              >Wbrew matce i bez żadnego
              > wsparcia finansowego z jej strony podjęłam prestiżowe studia w prestiżowym
              > mieście.

              To akurat nie jest dowód ani przykład na dojrzałośc emocjonalną. Tylko na to,
              że zrobiłas coś matce na złośc, co równiez nie świadczy o dojrzałości. Ale
              efekty tego działania były z korzyścią dla Ciebie i matka powinna być z tego
              dumna.

              >Bez wsparcia matki
              > trafiłabym "pod most" i muszę się liczyć z jej zdaniem, jakiekolwiek by ono
              nie> było (teraz np. marudzi mi nad uchem, żeym poszła się kąpać, skoro Mała
              śpi).

              Ja tez wysłuchuję takich tekstów od mamy. I puszczam je mimo uszu, albo
              odpowiadam, ze za chwilę jak skończę robić to co robię, albo, że wykąpię się
              kiedy indziej, albo mówię spokojnie "mamo, nie jestem dzieckiem i wiem co mam
              robić".
              Musisz matkę wysłuchać i nic ponad to. Nie z każdym jej zdaniem musisz się
              liczyć, masz prawo do własnego zdania. Dlaczego uważasz, że "postawienie sie"
              było by skrajnie nieuczciwe???????? I dlaczego "postawić się"?? Są inne metody
              wyrażania odmiennego zdania (ale tu właśnie wychodzi asertywność).

              No i sama sobie przeczysz w 100% w poniższym fragmencie.

              > Mogę sobie być zrównoważona i poukładana, ale
              > bez kasy będę nadal tylko 15-latką.
              >
              > Jest to zatem nie tylko kwestia mojej zależności od matki, ile mojej
              > niewydolności finansowej. Mogłabym pójść do pracy, ale to kompletnie nieczego
              > by nie zmieniało oprócz tego, że Mała łapałaby choróbska, a ja zapieprzałabym
              > za taką samą kwotę, jaką teraz otrzymuję od państwa. I tak wszystko
              lądowałoby
              > w bezdennej kieszeni mojej matki i byłoby to jak bajbardziej uczciwe.

              To staraj się o pracę, która Ci da choć o 100 zł więcej niż to co teraz
              dostajesz od państwa. Tyle tylko, że musisz chcieć podjąć decyzję o oddaniu
              małej do żłobka (i wcale nie musi non-stop chorować). Ja wiem, ze to niełatwo.
              Ale gdybym była w Twojej sytuacji, to jednak chyba tak bym zrobiła, bo
              długofalowo dla dziecka wazniejsze jest Twoje dobre samopoczucie, a jak widać
              zależy ono od tego czy będziesz pracować i mieć kasę (nie wnikając już tu w
              mechanizmy).

              A psychoterapeuta może Ci pomóc w inny sposób niż opisałaś. W jaki? W taki,
              który będzie adekwatny do Twojej sytuacji. (Może się mylę, ale mam wrażenie, ze
              nie do końca wiesz, co to asertywność. Bo na pewno nie jest to "Wiem
              > doskonale czego chcę i w jaki sposób mam to osiagnąć. Zawsze uparcie dążyłam
              do> celu. " )
              Owszem rozbiegany roczniak to problem - a nie masz tam jakiejś znajomej mamy z
              podwórka, która by mogła pomóc na godzinkę np. wziąć małą do siebie??

              Pozdrawiam,
              Chalsia
              • virtual_moth Re: Więźniarka 17.05.04, 13:34
                No cóż, Chalsiu, spodziewałam się właśnie takiego postuwink

                Trudno mi wytłumaczyć te wszystkie zależności między mną a moją matką.
                Musiałabym wydać książkę.
                Twój post jest odpowiedzią na tę prawdę, którą tu przedstawiłam, a przecież to
                niecała prawda. Ja też nie wymagam od nikogo wydawania recept na życie i to
                tylko na podstawie tego, co w tak chaotyczny sposób napisałam. Mimo wszystko
                dziękuję, że odpowiadasz na moje posty - brakuje mi kogoś, kto by mnie
                wysłuchał, pogłaskał po głowie lub zbeształ.

                Z chęcią popolemizuję z Tobą, choćby dla zabicia kretyńskich myśli krążących mi
                w głowie, a może przy okazji coś do mnie dotrze oprócz poczucia beznadziejności
                sytuacji...

                Oczywiście olewczy stosunek do matki nie jest świadectwem dojrzałości. Takim
                świadectwem jest jak zawsze w każdej sytuacji - złoty środek.
                Jeszcze do niedawna z moją matką mieszkała moja siostra. Za każdym razem gdy je
                odwiedzałam słuchałam narzekań siostry na matkę. Wtedy lekko przychodziły mi
                rady w stylu: a nie możesz po prostu OLAĆ tego jej marudzenia? Haha. Siostra
                się w końcu wyprowadziła (w atmosferze ucieczki, zresztą), a jej miejsce
                zajęłam ja. Teraz ja słucham rad...

                Nawet dojrzały człowiek ma prawo do chwil załamania. Zresztą, w moim przypadku
                nie chodzi o załamanie ani stan depresyjny. Jest to raczej bezsilna WŚCIEKŁOŚĆ
                i poczucie niesprawiedliwości.

                Od miesiąca, czyli od momentu, kiedy zaczął kiełkować we mnie bunt, tłumaczę
                matce: nie mam 5 lat, szanuj moją zniezależność, mam prawo żyć własnym życiem.
                A ona na to: nie ma pieniędzy na twoją niezależność, hahaahahah. Koniec gadki.
                Zresztą, gdy słyszy słowo "niezalezność", "własne zdanie", to nawet nie
                polemizuje, tylko macha ręką i karze mi z dzieckiem wyjść na spacer, bo
                przecież "nie myśl o bzdurach, tylko opiekuj się dzieckiem".

                Chalsiu, pewnie niezamierzenie zrobiłam matce na złość wyjeżdżając na studia.
                Jednak moją jedyną świadomą intencją była UCIECZKA. No i oczywiście chęć
                uniezależnienia się. Nie jest to oczywiście żaden dowód na dojrzałość, ale na
                pewno dowód tego, że nie łączy mnie żadna pępowina z matką. Już od dawna... To
                ona tę pępowinę mi próbuje przyszywać biorąc mnie na kasę. Uważa, że skoro
                jestem od niej zależna finansowo, to może kierować moim życiem i postępowaniem.
                Nie wyjdziesz wieczorem, bo nie ma kasy. Nie wyjdziesz na godzinę na basen, bo
                nie ma kasy. Jeśli wymyślę, że niepotrzebna mi kasa do tego, aby wieczorem
                wyjść, ona stwierdza, że nie ma zdrowia do opiekowania się Małą (to nic, ze
                śpi, każdy powód jest dobry, aby nie pozwolić mi na odrobinę własnego życia).
                To właśnie cała ona: wymyśliła sobie jak ma wyglądac moje życie i wykorzystuje
                moją niewydolność finansową.

                Boże, nie ma szans, abym, nawet pracując, odzyskała tę niezależność. Musiałabym
                się od niej wyprowadzić, ale nie wiem co jest gorsze: jej kierowanie moim
                życiem czy obraza majestatu w związku z moim jawnym pokazaniem jej, że nie
                pasuje mi życie z niąsad

                Wyprowadzkę "na stare śmieci" jakoś by zaakceptowała (jej zdaniem facetowi
                należy wybaczać zdrady, śmiechu warte). Zresztą, jeśli wyprowadzka, to tylko do
                innego miasta. Leczy mnie albo złapanie księcia z bajki, albo zawarcie układu
                partnersko-handlowego z exem. Nie kocham go, on mnie nie kocha, cóż stoi więc
                na przeszkodzie, abyśmy zamieszkali (przynajmniej tymaczasowo) na zasadzie
                współlokatorstwa? A może już mi na mózg padło, że w ogóle biorę pod uwagę takie
                rozwiązanie... Należy przecież mieszkać z kimś, kto nigdy nie zwiódł, kogo się
                kocha, ble, ble, ble. Tylko ja chyba jestem za stara i zbyt cyniczna, aby
                wierzyć w takie bajki. Biedak nie ma kasy, ale to akurat może dać mi upragnioną
                wolność...

                Psychoterapia. Mam wyrobione zdanie na ten temat - przydaje się, owszem, ale w
                przypadkach skrajnych (depresja z myslami samobójczymi, alkoholizm). Mnie jest
                potrzebny Pan i Wybawca z Pełną Sakiewką, hehehehe. Stałam się starą,
                wyrachowaną i cyniczną materialistką. Pewnie zawsze nią byłam... Na to chyba
                nie ma lekarstwa?wink

                Pozdrawiam, dziś już w lepszym nastroju (mama pracuje do późnego wieczorawink

                • chalsia Re: Więźniarka 17.05.04, 17:05
                  > Psychoterapia. Mam wyrobione zdanie na ten temat - przydaje się, owszem, ale
                  w
                  > przypadkach skrajnych (depresja z myslami samobójczymi, alkoholizm).

                  Otóż nieprawda. Potwierdzi Ci to wiele osób (łącznie ze mną), którym terapia
                  pomogła a daleko na jej poczatku im było do podanych przez Ciebie stanów.

                  > innego miasta. Leczy mnie albo złapanie księcia z bajki, albo zawarcie układu
                  > partnersko-handlowego z exem. Nie kocham go, on mnie nie kocha, cóż stoi więc
                  > na przeszkodzie, abyśmy zamieszkali (przynajmniej tymaczasowo) na zasadzie
                  > współlokatorstwa? A może już mi na mózg padło, że w ogóle biorę pod uwagę
                  takie
                  >
                  > rozwiązanie...

                  NA MÓZG CI PADŁO i to potwornie. Weź sobie wałek do ciasta i walnij się mocno
                  parę razy, to Ci się może naprostuje w głowie. Co innego mieszkać z obcą dla
                  siebie i dziecka osobą, a co innego gdy rodzice mieszkają razem ale jako obcy
                  sobie ludzie. To (oprócz braku ojca w ogóle) największa krzywda jaką możesz
                  zrobić swojej córce.

                  A trzeciej opcji, która Cię leczy, w ogóle jakoś nie rozpatrujesz - czyli
                  pójścia do pracy i zarobienia kasy. Ciekawe dlaczego? Nie chce Ci się (i nie
                  pisz o żłobku, bo to tylko wymówka)? Za trudne??

                  Pozdrawiam,
                  Chalsia
                  • virtual_moth Re: Więźniarka 18.05.04, 09:29
                    Ostro powiedziane, ale cóż, biorę na Ciebie poprawkę, Chalsiuwink

                    Masz rację z tą pracą. Powinnam ruszyć tyłek i sobie coś znaleźć, mimo zasiłku.
                    Najbardziej mi jednak szkoda Małej... Nie jestem pewna czy moja chęć uwolnienia
                    się od matki usprawiedliwia wysyłanie jej do żłobkasad Poza tym co to byłoby za
                    uwolnienie się - jestem w stanie zarobić najwyżej tyle, ile wynosi mój obecny
                    zasiłek (po odjęciu opłat za żłobek). O braku pracy w ogóle nawet nie
                    wspominam, bo pewnie i na to znajdzie się jakiś "naukowy" termin i okaże się,
                    że bezrobocie w regionie to wina mojej niedojrzałej psychikiwink

                    Cóż, tak czy inaczej się rozejrzę.

                    Pozdrawiam
            • ma.pi Re: Więźniarka 20.05.04, 17:44
              virtual_moth napisała:

              ...
              > A ja dawno przestałam nią być właśnie EMOCJONALNIE. Wbrew matce i bez żadnego
              > wsparcia finansowego z jej strony podjęłam prestiżowe studia w prestiżowym
              > mieście.

              A skonczylas te studia?
              I co po takich prestizowych studiach mozesz miec prace tylko za niewiele wiecej
              niz zasilek wychowawczy? A przedtem to mialas dobrze platna, ze utrzymywalas
              siebie i chlopa. I starczylo? A przy dziecku nie starczy?
              A zlobek z tego co wiem to wcale nie taki duzy wydatek. 200zl, na miesiac? czy
              cos podobnie.

              Cos bez skaldu l ladu te Twoje posty i argumenty.
              Chyba lubisz sie nad soba uzalac i odpowiada Ci taka sytuacja.

              Pozdr.
              • virtual_moth Re: Więźniarka 20.05.04, 20:00
                ma.pi napisała:

                > A skonczylas te studia?
                > I co po takich prestizowych studiach mozesz miec prace tylko za niewiele
                wiecej niz zasilek wychowawczy? A przedtem to mialas dobrze platna, ze
                utrzymywalas siebie i chlopa. I starczylo? A przy dziecku nie starczy?
                > A zlobek z tego co wiem to wcale nie taki duzy wydatek. 200zl, na miesiac?
                czy cos podobnie.
                > Cos bez skaldu l ladu te Twoje posty i argumenty.
                > Chyba lubisz sie nad soba uzalac i odpowiada Ci taka sytuacja.


                Nie rozumiem skąd ten protekcjonalny ton. Od razu zakładasz taki scenaiusz,
                który pozwoli ci na formułowanie takich a nie innych wniosków... Dowartościować
                się chcesz?

                Studia skończyłam. Nie słyszałaś, że absolwenci studiów wyższych w tym kraju
                stanowią spory odsetek bezrobotnych? Nawet ci z doświadczeniem? Odsyłam na
                forum praca.
                Po tych studiach byłabym w stanie na początek zarobić ok. 1000 zł. i jest to
                bardzo optymistyczna prognoza (jeśli oczywiście dostałabym pracę). Po
                odliczeniu kasy na żłobek zostaje mi 800 zł. Odjąć dojazdy, zostaje mi niewiele
                ponad 700 zł. Tyle będę dostawać zasiłku. Nie jestem pewna czy powinnam
                pozwolić sobie na komfort pracowania kosztem oddania Małej do żłobka.
                Przedtem miałam dobrze płatną pracę, ale oczywiście nie od razu! Minął rok
                zanim z marnych 800 zł zaczęłam dostawać o wiele więcej... i tak uważam, że
                szybko mi poszło.
                Pracowałam w innym mieście, teraz mieszkam u mamy. Moje stanowisko
                zlikwidowano, zasadniczo nie mam po co tam wracać, no chyba że nastawiając się
                na budowanie "kariery" od nowa na nowym stanowisku - o ile zostałabym przyjęta.
                Czy za 800 - 900 zł można wynająć mieszkanie na wolnym rynku, zapłacić rachunki
                i jeszcze przeżyć?

                Wracając do meritum - mogłabym starać się o mieszknie z gminy. Hahahah. Nawet
                nie przysługuje nam dodatek mieszkaniowysmile))

                Ogólnie więc siedzę, mam mieszkanie, jedzenie, opłacone rachunki ijeszcze
                marudzę. Pewnie marudzę, bo lubię - to chciałaś powiedzieć?

    • gabsiella Re: NIE!!!!!! DZIEWCZYNO!!!!!!! 17.05.04, 13:48
      co ci do głowy przychodzi??? dac soba pomiatac sukinsynowi???????? sory, ale
      jestem w niemal identycznej sytuacji, tyle, ze mnie mój luby po prostu chciał
      traktowac jak worek do bicia.
      tez jestem na utrzymaniu sodziców, tyle, ze nie mam zadnych!!!! pieniędzy,
      nawet zasiłku! dziewczyno, nawet dzis myslałam nad kolejna ucieczką! ) robie to
      odkad skończyłam 18.) ale teraz z dzieckiem??? wybieram mniejsze zło...z
      pewnościa nie wrócę do zakłamania ze strony kogoś, kto nie ma najmniejszego
      prawa do mnie, mojego ciała, umysłu, uczuć! a jeszcze wybaczyć/ zapomniec
      zdradę??????????????????????? NIGDY! dałabys mu tylko satysfakcję, a on dalej
      ujeżdzałby po tobie jak po łyse kobyle!
      pozdrowienia dla ciebie, dzieciaka i bądz co badz matki... :0
    • gabsiella głowa do góry 17.05.04, 13:51
      zrób sobie dobrej herbaty, zjedz wielkie ciach i spojrzysz na świat inaczej
    • nilka13 Re: Więźniarka 17.05.04, 15:02
      tak, genialny masz pomysł- z deszczu pod rynnę. A dokąd pójdziesz od męża?
      Sorry za ton, ale to nie wymądrzanie, tylko gorzka refleksja z odniesieniem do
      mojego życia "małżńskiego".
      Ja mam takie pomysły, może z czegoś skorzystasz:
      - weź pod opiekę dziecko- skoro i tak zajmujesz się córką, możesz i dwojgiem;
      córka będzie mieć towarzystwo, a ty pieniądze;
      -poszukaj w okolicy lub wśród znajomych mamy z dzieckiem w podobnym wieku i
      zróbcie "opiekę wymienną"- zyskasz czas dla siebie;
      -ja nie znam twojej historii, czy tatuś nic nie płaci? Czyżby, biedaczek, nie
      pracował? To może w zamian niech przyjdzie wieczorkiem czuwać przy śpiącym
      maleństwie pod okiem teściowej? Byłbyż to jakiś ekwiwalent alimentów.
      - a siostra daleko? Może ona z godzinkę zostałaby z Małą raz na jakiś czas?
      Jeśli coś jeszcze wymyślę, to napiszę. POzdrowienia, Nilka
      • cynamoon6 Re: Więźniarka 17.05.04, 17:56
        Skarbie, Ty masz "syndrom wyuczonej bezradnosci".
        To on Cie wiezi.
        Dokladnie wiem, jak ci trudno (mam troche podobnie, a raczej mialam, bo sie
        zskutecznie zbuntowalam).
        Polecam Ci psychologa. Oni nie gryza.
        Tylko wiem, trudno trafic na dobrego.
        ja mailam sczescie.
        7 lat temu trafilam do swietnej babeczki ( z zupelnie innym problemem)
        potem odnowilam "znajomosc". Z tym, ze akurat nie jestem traktownana jak
        pacjentka, tylko chodze sie wygadac. Wypada z raz na miesiac, dwa lub trzy smile
        Czasem czesciej. I za darmo wink
        Zycie jest w TWOICH rekach.
        Nawet, jezeli chwilowo sa zwiazane.
      • virtual_moth Re: Więźniarka 18.05.04, 09:46
        nilka13 napisała:

        > tak, genialny masz pomysł- z deszczu pod rynnę. A dokąd pójdziesz od męża?

        No cóż, ex mieszka w mieście, gdzie ja miałam pracę, dobrze płatną pracę.
        Myślałam nad terminowym przemieszkaniu z nim, moim powrocie do pracy (o ile
        będą mnie chcieli) i późniejszym wynajęciu mieszkania dla siebie i Małej. Nie
        wiem czy to dobry pomysł... Praca 6 dni w tygodniu, nieraz po 10 godzin,
        również w weekendy. Pomyślałam jednak, że przecież wiele samotnych właśnie tak
        żyje, bierze opiekunki...

        > - weź pod opiekę dziecko- skoro i tak zajmujesz się córką, możesz i dwojgiem;
        > córka będzie mieć towarzystwo, a ty pieniądze;

        Konkretny pomysł wart rozważniasmile Ja jednak myślałam nad jakimś długofalowym
        rozwiązaniem...

        > -poszukaj w okolicy lub wśród znajomych mamy z dzieckiem w podobnym wieku i
        > zróbcie "opiekę wymienną"- zyskasz czas dla siebie;

        Gdzie mam szukać takich mam? Leżą na półce w pobliskim supermarkecie?wink (Tak,
        wiem, mam "zespół niemożności wykonania rzeczy najprostszych" i nadaję się do
        leczeniauncertain)

        > -ja nie znam twojej historii, czy tatuś nic nie płaci? Czyżby, biedaczek, nie
        > pracował? To może w zamian niech przyjdzie wieczorkiem czuwać przy śpiącym
        > maleństwie pod okiem teściowej? Byłbyż to jakiś ekwiwalent alimentów.

        Tatuś mieszka w innym mieście. Na razie pracuję nad tym, a by zachciał coś
        zapłacić, ale jest raczej pod górkę (póki co "robi mi na złość", ale myślę że
        to minie i w końcu oprzytomnieje). Będziemy się widzieć za tydzień i wtedy z
        nim porozmawiam. Może zaproponuję mu ten układ, o którym myślę...

        > - a siostra daleko? Może ona z godzinkę zostałaby z Małą raz na jakiś czas?
        No cóż, siostra wyprowadziła się od nas między innymi ze wględu na Małą. Nie
        mogła znieść obecności dziecka w domu. Taki typ... Od tamtej pory z nią nie
        rozmawiam. Przerąbane, nie?

        Dziękuję Ci za te pomysły, na pewno wezmę je pod uwagę.

        Pozdrawiam
    • paradise_lost Re: Więźniarka 18.05.04, 14:07
      A ja Ciebie dobrze rozumiem i nie popieram większości wypowiedzi. Jak ktoś nie
      przeżył na własnej skórze toksycznej matki to łatwo udzielać rad ... no ale nie
      o tym miałam pisać. Nie wiem jakie masz stosunki z ex jeżeli nadal w pewnym
      sensie się lubicie, dałabyś radę pomimo tego co było z nim pomieszkać żeby
      osiągnąć cel w postaci usamodzielnienia się to układ partnersko handlowy nie
      jest złym rozwiązaniem (oczywiście w założeniu, że to byłoby tymczasowe
      rozwiązanie). Musisz jednak wziąć pod uwagę odczucia własnego dziecka i tego co
      dla niego jest najlepsze mieszkanie z toksyczną babcią (dziecko patrzy jak
      matka Cię traktuje) czy pomieszkanie przejściowo z ex ...
      A teraz na poparcie powyższego co by się na mnie gromy nie posypały ja właśnie
      mieszkam z taką mamusią która wszystko wie nigdzie nie mogę wyjść (bo masz
      dziecko i nim się musisz zajmować i nieważne jest że chciałabym wyjść jak mała
      już dawno śpi i nie budzi się w nocy) a zarobki moje nie pozwalają na pełne
      usamodzielnienie się. Poprzednio mieszkałam w takim układzie partnersko
      handlowym z moim nadal mężem i u nas było ok. Co prawda nie było między nami
      miłości bo ta zdechła już dawno ale potrafiliśmy ze sobą współżyć, w sumie to
      my się lubimy dziwne to się może wydać niektórym ale czasem tak bywa ...
      Niestety z nami mieszkała teściowa która wyczuła nosem że coś nie gra no i się
      zaczęło piekiełko ale to inna historia smile) Także sama oceń co jest dla Ciebie
      i dla dziecka najlepsze ... Poza tym żłobki nie są takie straszne i wcale nie
      musi dziecko chorować to jest bardzo indywidualne.
      Pozdrawiam
      P. S. To nie jest wszystko co bym mogła napisać odpowiedz jak masz ochotę smile)
      • virtual_moth Re: Więźniarka 18.05.04, 15:00
        Dziękuję Ci za przemiły postsmile Równowaga w przyrodzie zachowanawink

        Mój ex... Rozstaliśmy się dość kulturalnie i bez rzucania garnkami, bo na
        odległość, przez gg. Ja wtedy już mieszkałam u mamy, bo tak wspólnie
        zdecydowaliśmy - miałam się do niego przeprowadzić po uregulowaniu spraw
        finansowo-lokalowych. Wszystko pięknie ładnie, ale akurat wtedy dowiedziałam
        się, że przez rok mnie zdradzał. Im bardziej wnikam w sprawę, tym liczba
        kochanek rośnieuncertain (teraz wiem o pięciu). Dodam, że przez cały ten rok nie
        współżyliśmy - najpierw przez moją ciążę, potem przez połóg, a potem to już
        siłą rozpędu, bo ex wyładowywał na mnie swoje frustracje - choć nie mogę tu
        mówić o jakimś szczególnym upokarzaniu... Nie jestem jednak osobą, która
        kłótnie rozwiązuje w łóżkuuncertain

        Teraz mam oczywiście etap usprawiedliwiania exa, bo akurat tak mi wygodniej...
        Boję się, że za bardzo go usprawieliwiam, aby utwierdzić się w swoich obecnych
        planach.
        Mimo wszystko jednak już wtedy byłam gotowa mu wybaczyć. Dał mi jednak powody
        sądzić, że bardziej zależy mu na jednej z kochanek niż na mnie.
        Klapki z oczu mi spadły: zobaczyłam słabego, nieodpowiedzialnego faceta. Jakoś
        nie mam ochoty na powrót do niego w pełnym tego słowa znaczeniu, nie wierzę w
        jego deklaracje zmiany itp.
        Nie jest jednak typem agresywnym, daleko mu do mszczenia się na mnie, do
        kłócenia się, wywlekania brudów itp. Jest raczej cienkim krętaczem, kłamiacym i
        oszukującym ze zwykłego strachu o własny tyłek. Ma nawet tego świadomośćuncertain

        Nie rozmawiamy obecnie ze sobą na nasz temat - wolałam uciąć grzebanie się w
        tej intrydze, tym bardziej że jedna z jego kochanek (ta najważniejszawink
        zaczynała nas ze sobą skłócać (typ psa ogrodnika). Ostatnio rozmawialiśmy o
        naszym dziecku, bez jakichś specjalnych rewelacji - nie zgodził się na płacenie
        alimentów póki ja się nie zgodzę na to, aby uznał Małą. Sprawa jest jeszcze
        otwarta.

        Oczywiście ne wiem jak on by się na to wszystko zapatrywał... Istniej duże
        prawdopodobieństwo, że odnalazł się w "odzyskanej wolności", w której może już
        bez żadnych obciążeń psychicznych zaliczać panienki. A może nie...

        Jest we mnie tyle sprzecznych uczuć co do niego. Co najdziwniejsze - zupełnie
        mnie jego zdrady nie bolą, może to jest dowód na to, że naprawdę go nie kocham?
        A może dlatego mnie nie bolą, bo tych zdrad było tyle, że trudno uznać, aby
        którąkolwiek z tych kobiet traktował powaznie?

        Muszę to jeszcze wszystko przemyśleć...

        Pozdrawiam
    • virtual_moth Taaaa.... 19.05.04, 11:10
      Witajcie.

      Dziękuję Wam za pomoc i opinie. Dziękuję zwłaszcza tym dziewczynom, które
      uświadomiły mi, że nie ja sama borykam się z problemem zależności od rodziców.
      Wiem, że to dziecinne rozumowanie, ale trochę podbudowało mnie, że takich jak
      ja jest więcej. To daje mi nadzieję, że może sytuacja, w której się znalazłam
      nie jest winą mojego rozmemłania życiowego...

      Teraz wiem, że należałby mi się niezły łomot. No i w sumie się go dorobiłam,
      hehe. Napisałam maila do exa z pytaniem czy nie zgdziłby się na udzielenie mi
      pomocy w usamodzielnieniu się. Odpisał oschle, że nie mam co marzyć o
      reaktywacji naszego związku, bo pewnie o to mi chodzi (!!!). W sumie
      spodziewałam się tego, nawet jakoś mi ulżyło, ale zastanawia mnie jedno... Ex
      jeszcze 2 miesiące temu prosił mnie o wybaczenie, kajał się, ubolewał nad tym,
      że przez własną głupotę stracił nas obie... A teraz, z jakichś enigmatycznych
      przyczyn, światopogląd wywrócił mu się o 180 stopni. Rozumiem, że mógł znależć
      sobie już jakąś kobietę, ale skąd ta nagła niechęć do mnie?!

      Może to jest jakiś stały mechanizm u exów? Nie potrafię jak na razie
      racjonalnie wytłumaczyć tej jego nagłej do mnie niechęci. Nie chce ze mną
      rozmawiać (jeszcze 1,5 miesiąca temu normalnie rozmawialiśmy), nie chce niczego
      wyjaśniać, wręcz robi mi na złość (nie chce płacić alimentów). O co chodzi???
      Do tego wczoraj, po tym jak mi odmownie odpowiedział (mam za swoje) po godzinie
      wysłał mi wiadomość na gg, że przeze mie stracił jedyną kobietę którą kochał
      (tutaj robię wielkie, wyłupiaste oczy ze zdziwnia) okrasiwszy to kur...mi i
      wykrzyknikami. Na moje pytanie, o co, mu, do cholery, chodzi, nie odpowiedział.
      Normalnie zgłupiałam. Zdziwienie nie opuszcza mnie do tej pory. Czuję, że za
      moimi plecami rozgrywa się jakiś dramat, o którym ja nie mam pojęcia, w którym
      nie uczestniczę, a za który ponoszę odpowiedzialnosć (!!!!!!!).

      Ech, oczywiście nie przejmuję się tym jakoś specjalnie. Mam ochotę na dobre
      zakończyć te przepychanki (w których nawet nie wiem o co chodzi) i zacząć
      myśleć jakby tu NAPRAWDĘ się usamodzielnić. Byłam głupia, że myślałam o exu,
      ale przynajmniej mam 100% pewności, że mogę sobie spokojnie o nim zapomniećsmile

      Tak więc, Chalsiu, miałaś rację z tym łomotemwink

      Teraz myślę jakby tu wynająć mieszkanie dla mnie i Ali...

      Pozdrawiam
      • nilka13 Re: Taaaa.... 19.05.04, 11:35
        nie wiem, czy to cię pocieszy, ale ja też mam toksycznych staruszków, a w
        związku z tym -do tej pory "syndrom wyuczonej bezradności". Ale skoro już o tym
        wiem, to jednak PRÓBUJĘ coś robić. Chociażby tylko w sferze samoświadomości. I
        tylko mi głupio, że odkryłam ten fakt tak późno, żyjąc dotąd w przekonaniu, że
        samostanowię o sobie ja, a nie moja przeszłość.
        Spróbuj, szukając rozwiązania, wyrwać się z kręgu rozważań "mama-mąż", nie
        bierz pod uwagę ich w rozmyślaniach, co chciałabyś osiągnąć. Bo chyba wiesz, CO
        CHCIAŁABYŚ OSIĄGNĄĆ? Pozdrowienia.
        • cynamoon6 Re: Taaaa.... 19.05.04, 16:48
          To ja jeszcze polece Ci lekture: "Toksyczni rodzice" Susan Foreward
          Bardzo, bardzo warto. Chociazby dlatego, zeby samamu nie robic toksycznie.
          No i pomaga zrozumiec jak sie wyplatac z wiezienia.
    • carlafehr Re: Więźniarka 19.05.04, 20:05
      Virtual_moth, czytając Twoje posty nachodzą mnie różne myśli i w sumie nie
      wiem, czy jasno się wyrażę, ale przynajmniej spróbuję.
      Twoja mama sprawuje władzę nad Tobą i Cię kontroluje - wynika to, jak sądzę, z
      zależności finansowej, z charakteru Twojej mamy ale i z Twojego przyzwolenia na
      to i wewnętrznej zależności od niej. Co więcej Ty nie tyle zastanawiasz się nad
      tym, jak uniezależnić się wewnętrznie od niej, co raczej, jak zmienić osobę, od
      której będziesz dalej zależna ( ex, lub jakiś inny raczej majętny facet).
      Tymczasem sądzę, że zależność od innej osoby będzie Ci smakować za jakiś czas
      tak samo, jak od matki, po prostu dlatego, że to czym nasiąkliśmy w
      dzieciństwie, wraca do nas w życiu dorosłym, o ile świadomie sami tego nie
      zmienimy. Czyli jeśli matka nauczyła Cię, że ma prawo kierować Tobą i Twoim
      życiem według swojego uznania, tylko dlatego, że jesteś od niej zależna np
      finansowo, to będziesz trafiać też na podobnych ludzi, którzy będą Cię podobnie
      traktowali, jeśli tylko staniesz się od nich zależna. Dlatego zmiana obiektu,
      od którego będziesz zależna niewiele Ci pomoże.
      Również uniezależnienie się finansowe jest tylko połowicznym rozwiązaniem, bo w
      gruncie rzeczy prędzej czy później każdy z nas jest w jakimś stopniu zależny od
      innych. I dlatego głównie od Ciebie i Tojej zgody bądź niezgody na
      rodzaj "zapłaty" za tę zależność będzie zależało to, czy będziesz w takiej
      relacji traktowana z szacunkiem czy też jak osoba ubezwłasnowolniona. I dlatego
      moim zdaniem warto jest się zmierzyć w ten sposób ze swoją matką, od której się
      wszystko przecież zaczyna, niż całe życie uciekać.
      • carlafehr Re: Więźniarka 19.05.04, 20:09
        Acha, nie piszę tego, żeby Cię krytykować, po prostu problem zależności mnie
        samą b. nurtuje i Twoje posty uświadomiły mi to, co powyżej.

        pozdrawiam
        MonikaS
        • virtual_moth Re: Więźniarka 19.05.04, 20:27
          Carlafehr, dziękismile

          Ja bym postawiła inną diagnozę: od paru lat nie byłam od nikogo zależna
          finansowo (emocjonalnie od paru osób, ale tego chyba nikt nie może uniknąć) i
          obecny stan zmusza mnie do powzięcia jakichś kroków. Dodam, że mieszkam z mamą
          od 4 miesięcy i dopiero od 2 czuję ciśnienie na zmianę układu. Jestem raczej za
          złotym środkiem: usamodzielnienie finansowe i przeprowadzka, ale w obrębie tego
          samego miasta. To oczywiście nie uchroni mnie od kontroli matki i chęci
          decydowania o moim życiu, ale będzie mi łatwiej walczyć. Tak mi się
          przynajmniej wydaje...
          Póki co spróbuję zastosować środki doraźne - przede wszystkim spróbuję pogadać
          z matką. Tylko ile razy już rozmawiałam... Z nią się nie da rozmawiać!!!
          Chyba leczy mnie tylko ucieczka.

          Pozdrawiam
    • judytak Re: Więźniarka 24.05.04, 12:07
      oczywiście, że najlepsze jest "długofalowe rozwiązanie - którą sobie widzisz za
      dwa lata...

      warto by jednak się nastawić na "rozwiązania pośrednie", na "ułatwienie sobie
      przeczekania" - kto wie, może z tego w końcu się wykiełkuje samo "rozwiązanie"?

      rozumiem, że nie chcesz być uzależniona finansowo - wcale się nie dziwię, ja
      też tego nie lubię, wolę nic nie mieć, niż dostać od kogoś :o)

      700 zł (mówisz, że tyle dostajesz zasiłku) nie jest wcale mało, jeśli nie
      liczymy opłat mieszkaniowych (które twoja mama miałaby też, jakby mieszkała
      sama), to raczej wystarczy dla rocznej dziewczynki plus jej mamy, która nic
      ekstra sobie nie kupuje
      myślę, że uda się osiągnąć z mamą układ, że to, co uzyskasz ponadto, dzielicie
      pół na pół?
      będąc na urlopie wychowawczym, można zarabiać (są tu ograniczenia, w których
      się nie orientuję, musiałabyś się dowiadywać), zawsze można też brać umowę-
      zlecenie lub umowę o dzieło nie na siebie (wiem, że to przekręt, ale robi się
      tak - wypisuje się tę umowę na siostrę, na matkę...)
      można też pracować na czarno, nie jest to rozwiązanie "przyszłościowe", ale
      pomaga przeżyć :o)
      opieka nad dzieckiem,
      dawanie korepetycji (może jeszcze przed końcem roku szkolnego da się załapać?)
      robienie tłumaczeń
      przepisywanie prac na komputerze,
      pisanie podań, życiorysów,
      itp. itd. - wszystko to można robić w towarzystwie rozbrykanego roczniaka :o)
      w ostatecznej rozpaczy można nawet razem z dzieckiem roznosić ulotki,
      sprzedawać kwiaty czy okulary słoneczne...

      zresztą, jak mama się zorientuje, że masz zarobić konkretne pieniądze, chyba
      nie sprzeciwi się, żeby zostawać z wnuczką np. wieczorami lub w weekendy? (mam
      na myśli oczywiście mało ambitne zajęcia - praca kelnerki, sprzątanie,
      wprowadzenie danych, telemarketing itp., ale kto wie, może trafi się coś
      lepszego?)

      mieszkasz teraz u mamy, może masz koleżanki z lat szkolnych, może warto odnowić
      znajomości? albo poznać inne mamy w piaskownicy, w parku, na spacerze, w
      sklepie itp. itd.
      ja też nie mam zbytniej łatwości w nawiązaniu kontaktów, ale jak trzeba...
      potraktuj to jako pracę, zadanie, na pewno się uda :o)
      samo wyjście "do kogoś" dużo ci pomoże, a i "opieka wzajemna" samo się wtedy
      nasunie...

      jest wiosne,
      co prawda zimno, ale ma się porawić :o)
      a w słońcu wszystko łatwiej pójdzie :o)

      moja rada: myśl tylko o dniu jutrzejszym, zostaw na razie plany długofalowe :o)

      pozdrawiam
      Judyta
      • virtual_moth Re: Więźniarka 24.05.04, 12:33
        Dziękuję za konkretne radysmile

        Mam możliwość pracy na czarno w domu, ale jest to praca wymagając cholernego
        skupienia i nie ma mowy o tym, abym pracowała w towarzystwie roczniakawink
        Jedyny sposób to pracowanie gdy śpi, czyli akurat w momencie, kiedy mam czas
        tylko dla siebie (wieczorem). Pewnie wiecie jak trudno z tego zrezygnować...
        Cały dzień niańczenie i nawet wieczorem nie można sobie odpocząć.
        No ale cóż, życie nie bajka - chcę niezależności - muszę tak zrobić. Dotarło do
        mniesmile

        Pozdrawiam
        • judytak Re: Więźniarka 24.05.04, 12:42
          virtual_moth napisała:

          > Jedyny sposób to pracowanie gdy śpi, czyli akurat w momencie, kiedy mam czas
          > tylko dla siebie (wieczorem).

          czas dla siebie i wyspanie się - właśnie z tego przychodzi zrezygnować przy
          małym dziecku... i jest to raczej normalny kolej rzeczy :o)
          dobrze, że tylko na jakiś czas :o)

          > No ale cóż, życie nie bajka - chcę niezależności - muszę tak zrobić. Dotarło
          do mniesmile

          o, udało się bez psychoterapii ;o)

          pozdrawiam
          Judyta

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka