Nie wiem czy spodoba Wam się pomysł na nowy wątek.
Proponuję spisanie "kwiatków" z sądu (sędzia, pełnomocnicy, eks) i wymyślenie jaką możemy asertywną acz skuteczną argumentację na to znaleźć i zastosować przed sądem.
Moja sędzia była w porzo, pani mecenas agresywna, eks próbował coś mi zarzucać, ale pojechałam paroma kwiatkami z naszego pożycia ku oburzeniu pani mecenas i w sumie było ok. Chyba w dużej mierze zasługa sędzi. Ale wiadomo, w sądzie grają emocje i trzeba być przygotowanym.
U mnie były na przykład zarzuty, że:
- utrudniam ojcu kontakt telefoniczny z dzieckiem - spytałam czy mają bilingi? Pani mecenas krzyczała, że przecież nie odebrałam. Ale mówili też, że odkładałam słuchawkę. Stwierdziłam, że nie mają dowodów na odkładanie, a w domu może mnie nie być i dodałam, że ojciec nie dzwoni, bo mu jest za drogo i woli Skype, ale ile było przypadków rozminięcia się na Skype? Eks przyznał że niewiele, kilka w ciągu dwóch lat. Czyli wypadek losowy i atak padł.
- nie odpowiadam na maile. Odpowiedziałam krótko i zgodnie z prawdą, że eks nigdy nie chciał się posługiwać moim adresem, który używam od lat, bo mój nick brzmiał dla niego jak imię prostytutki (ale mecenas wtedy na mnie krzyczała!!!). Zgadnijcie na jaki mail przychodzi korespondencja od czasu procesu.
- wydaję za dużo na ubrania dla dziecka (jeśli wszystko się kupuje i obok lumpeksu są też nowe to bywa dużo). Tu akurat pomógł mi eks, który przyznał, może na wyrost, że miesięcznie też jakieś kilkaset wydaje. Mecenas próbowała go ratować, ale ja spytałam czy on rośnie albo rosną mu stopy? Mecenas dalej swoje: a czemu tyle? Eks: bo ubrania się zużywają. Dzięki

- ja jestem ta zła, agresywna itp. itd. Przerwałam i powiedziałam mniej więcej, że nie tego tyczyło pytanie, że tak, w związku były problemy i że wnoszę o nieuwzględnienie zeznań eksa, bo sama też mogę wiele powiedzieć - nie pamiętam czy powiedziałam o alkoholu, ale wiadomo, że zawsze znajdzie się coś konkretnego, co możemy eksom zarzucić, a co znajdzie posłuch jeśli nie u sędziego to na pewno u pań ławniczek, choć one na końcu i tak często przytakują sędziemu (wiem, protokołowałam w przeszłości...=). Sędzie powiedziała, że rzeczywiście, winą za rozpad związku trudno obarczyć jedną stronę i lecimy dalej.
Dla mnie na przykład niewyobrażalne jest, aby sędzia powiedziała mi, że skoro faktura nie jest imienna, to mogłam sobie paragon wziąć ze śmietnika. Na mojej sprawie miałam wielki segregator rachunków (półtora roku, nawet na byle gie...) i sąd jedynie przeglądał miesięczne zestawienia zrobione przeze mnie w excelu. Nie miałam natomiast pogrupowania miesięcznego - ile miesięcznie na jedzenie, leki, ubrania. Powiedziałam, że liczyłam przez półtora roku i podaję średnią za wszystkie miesiące, a miesiące nie są takie same: w niektóre dziecko więcej choruje, więcej ubrań kupuję na wyprzedażach, więcej na książki wydaję podczas targów książki, które są raz w roku. Nie wiem czy argument trafił.
Jeśli chodzi o wspomniane "faktury imienne" - dziewczyny, o ile się nie mylę w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym czy kodeksie podstępowania cywilnego nie ma mowy o "fakturach imiennych". W kodeksie cywilnym mowa o dowodach na piśmie. Moje argumenty:
- który przepis
ustawy (!!! bardzo ważne, bo to ustawa i konstytucja są dla nas źródłem praw i obowiązków) stanowi/mówi o fakturach imiennych? (mamy prawo NIE WIEDZIEĆ, a sąd ma obowiązek nas POINFORMOWAĆ, jako strony słabsze - dobrze rozumuję?).
- czy Wysoki Sąd sugeruje, że nie kupuję dziecku jedzenia/książek/zabawek/ubrania? Przecież to nie coś niezwykłego otrzymać rachunek fiskalny za jedzenie/książki/zabawki/ubrania.
Itd. Znacie mnóstwo historii, dajcie, to je przerobimy.