mama_debiutantka
15.02.05, 13:39
poszłam kupić młodej jakieś duperele do zaprzyjaźnionego sklepiku dla dzieci.
chodzę tam od kiedy młoda przyszła na świat. zawsze było bardzo miło - jakieś
pogaduchy, rozmówki o dzieciach itp., że nie wspomnę o kasie, którą tam
zostawiałam, bo było to jedyne miejsce, w którym kupowałam zabawki, butelki,
ubranka
wchodzę dziś do sklepu, oprócz mnie jest jeszcze jakaś klientka i dwu-
trzylatka. zostawiłam młodą trochę z boczku, bo nie dało się do półki
podjechać wózkiem, wzięłam co chciałam (30 sek.), patrzę, a gó..ara pakuje
mojej córze jakiś niekapek do ust. zabrałam, mówiąc żeby tego nie robiła -
zero reakcji ze strony obu pań. pytam sprzedawczynię, czy to jej dziecko
(było bez kurtki), a ona na to, że koleżanki. i pokazuje babę grzebiągą w
ciuchach. a dodziewczynki mówi: "przyszłaś cioci pomóc, prawda?". więc proszę
grzecznie, żeby uważały, co mała robi, bo właśnie włożyła mojejmu dziecku do
ust niekapek, który macało już nie wiadomo ilu ludzi (stał na półce bez
opakowania). baba przy ciuchach - zero reakcji. sprzedawczyni z
niedowierzaniem: "naprawdę włożyła???" i mina mówiąca "no ale przecież nic
się nie stało". nie usłyszałam przepraszam, gó..arze nikt żadna z nich nie
zwróciła uwagi, że tak się nie robi... ugryzłam się w język, pożegnałam i
wyszłam...
wiem, że powinnam bardziej uważać i że to głównie moja wina - przez to jestem
wkurzona jeszcze bardziej, na siebie. ale i tak więcej tam nie pójdę -
sklep "gucio" przy KEN-ie w wawie
pocieszcie, że jest mała szansa, że dzidzi coś się stanie