Nie wiem co wstapilo w moja coreczke - przez pierwsze tygodnia zycia
bardzo duzo plakala, potem, z biegiem czasu stawala sie coraz
spokojniejsza. Dalej byla zywa, alejuz nie denerwowala sie, duzo sie
smiala i plakala tylko majac trudnosci z zasnieciem.
ale jakies 2 dni temu jakby cos w nia wstaplilo - placze prawie caly
czas, nie jest to jakis wielki ryk tylko takie mocne, dlugie
zawodzenie, sa i lzy, jakby odczuwala wyraznie jakis dyskomfort. Nie
ma goraczki, jest najedzona, przewinieta, dotleniona, nieczgo nie
zmienialismy w rozkladzie dnia. A ona budzi sie nad ranem z placzem,
i uspokojenie jej trwa godzine, potem pospi pol godziny i znowu.
Nawet jak zasypia to pojekuje przez sen, na spacerze tez placze co
dotad nigdy sie nie zdarzalo. No i co chiwla wybudza sie ze snu, ni
stad, nie zowad, oczywiscie z placzem. Jest smutniejsza, prawie sie
nei usmiecha.
Co to moze byc? Zabki - sprawdzalam, nic nie czuc pod palcami.
Wybiore sie z nia chyba do lekarza, bo zaczynam sie niepokoic... ale
z drugiej strony nie chce wyjsc na jakas panikare

((