Witam. Mam 2,5 miesięczną córkę, mała rozwija się prawidłowo, karmię
piersią (nie dopajam) przybiera dobrze ładnie śpi ogólnie aniołek
I wszyscy żyliby długo i szczęśliwie gdyby nie babcia

Pomijając
naciąganie koca przy temp 20 stopni, zakładanie skarpetek na
spiochy "bo od nóżek jest przeziębienie" i naciąganiu czapki "bo
uszy przewieje" ostatnio mamy prawdziwą wojnę - powiedziałam, że do
6 miesiąca chcę karmić tylko piersią (oczywiście jeśli bede miała
pokarm i jeśli Zuzanka będzie dobrze przybierała)i mimo upałów nie
bede podawać małej herbatki tylko częściej cyca no i się zaczęło.
Moja mama stwierdziła że zagłodzę dziecko,że mleko nie może być tyle
miesięcy wartościowe, że później nie bedzie chciała nic innego jeść,
że jej nie nauczę pić z kubka czy butelki bo bedzie chciała tylko
cyca, że nie nauczy się gryżć (a w ogłóle jak ja chce karmić jak juz
będą zęby (!)a najbardziej mnie rozwala, jak małej się uleje a
troskliwa babcia od razu "taak jak ja bym jadła ciągle mleko to tez
bym już nim żygała". Mama bardzo mi pomaga, szaleje za wnuczką
ogólnie super się dogadujemy ale ja nie wiem jak jej wytłumaczyc ze
przecież nie chce żle dla swojego dziecka. Ona twierdzi że nam
wprowadzała nowości wczesniej (brat i ja byliśmy na butli)i
że "wszystkie" matki tak robią(dwie sąsiadki mają butelkowe dzieci)
a poza tym powinnam zdać się na doświadczenie własnej matki a ja się
głupot naczytałam . Juz zapowiedziała, że bedzie dokarmiac wnusie.no
i to nieszczęsne dopajanie... mała zakwili (przed chwila jadła) a
babcia "oj tak maleństwu pić nie dali, mama obiad zjadła i popiła a
dziecku żałuje" Nie mam już siły i powoli zaczynam wątpić czy
faktycznie nie odmawiam czegoś swojemu dziecku...