Wróciłam niedawno od ginekologa,gdzie usłyszałam,że ciąza w zasadzie jest
zakończona(!),wód znów ubywa, czop odchodzi,szyjka skrócona,rozwarcie na 1
palec...i że utrzymuję Filipka w brzuchu jedynie siłą woli -lub inaczej
wskutek wzmożonego napięcia psychicznego!
Pytanie czego tak bardzo boję się, ze nie pozwalam na rozpoczęcie regularnej
akcji-wymykają mi się jedynie spod kontroli pojedyncze symptomy-
nieregularne,acz mocne skurcze,kawłki czopa,nocne bóle krzyzowe.. czyżby to
był lęk przed porodem?
Pewnie też,bo już wiem ,mniej więcej o co w tym chodzi.
Lecz przede wszystkim-to lęk o zdrowie małego!!!
Tak cholernie boję się o niego,że nie chcę się skonfrontować z całą prawdą.
Tłumaczę sobie,że będzie dobrze,bo tak musi być!
że już koniec lęków o cytomegalię,że torbiel splotu naczyniowego to juz
przeszłość,małowodzie opanowane na tyle,że synek wazy te 3000gram.
I że finał tej trudnej dla mnie ciąży będzie łatwy,optymistyczny etc.
Prawda?
Jutro rano zaczną prowokację porodu, o ile ja się "nie odblokuję"

)
Bardzo Was proszę o pozytywne fluidy.
Odezwę się po wszystkim.
Ola