wiem, że rzadko się udzielam ale wiadomo jak człowiek wyżalić się
chce, to nie ma bata.
Pewnie wiele z was będzie mogło podpisać się pod tym postem ale i
tak napiszę bo potrzebuję: padam na twarz......jestem mega zmęczona,
rozdrażniona, wypluta maksymalnie.
Jestem w domu z dwójką - maluszkiem i starszakiem prawie
czterolatkiem. Tak jak na początku jakoś to szło, to teraz jest mi
strasznie ciężko. Ze starszego synka wychodzi zawoalowana zazdrość i
inne uczucia i emocje. Potrzebuje mnie, domaga się, jest
niegrzeczny, chce na sobie skupić uwagę. Hałasuje, budzi młodszego,
ejst bardzo nieposłuszny. Młodszy ząbkuje, więc drzemki krótkie,
najlepiej spał by tylko przy piersi, w nocy budzi się często,
właściwie śpi z nami. Mam po prostu wrażenie, że nie ma takiej
chwili w ciągu doby żebym psychicznie mogła się od nich oderwać. A
najgorsze jest to, że czuję się w tym wszystkim zagubiona, nie
potrafię jakoś zorganizować tej rzeczywistości, choć jeszcze miesiąc
czy dwa temu było o wiele łatwiej i byłam dumna z siebie że jakoś
wszystko ogarniam. Teraz cokolwiek robię jest źle, nie mogę się
rozdwoić, roztroić.... - jeśli bawię się ze starszym (a on by chciał
non stop) młodszy traci cierpliwość i zaczyna płakać. Jeśli bawię
się z młodszym, starszy od razu pokazuje różki (z resztą robi to i
tak, bo wiadomo karmię, przewijam, usypiam itp..) Jeśli zajmuję się
którymkolwiek z nich, nie mogę w tym samym czasie gotować, sprzątać,
prać, prasować, odbierać telefonów, robić tłumaczeń... Spacery to
dla mnie teraz fizyczna gehenna. Jednego pcham w wózku drugiego
ciągnę na sankach, aż ludzie mnie zaczepiają, że współczują albo
podziwiają, ale czemu niby ten starszy ma cierpieć i na sanki nie
móc iść.... Mieszkamy na 3 piętrze bez windy jak z nimi zejdę a
potem wejdę to po takim specerze jestem padnięta - a nie mam wzykle
nawet czasu się wysikać za przeproszeniem. Na męża niestety za wiele
liczyć nie mogę bo on do 17 w pracy a potem zwykle na budowie,
przyjeżdza na smą kąpiel chłopców więc w tych oblucjach wiezornych
oczywiście pomaga, ale tak mało czasu spędza z chłopcami, że starszy
cały czs tylko chce żebym ja go myła i mu czytała, a młodszy
potwornie płacze jak mąż go usypia (choć to bardzo rzadko się zdarza
bo zwykle Michaś bez problemu zasypia kiedy ja go kładę, mąż wkracza
tylko, kiedy mały usnąć nie może a ja już siły nie mam (ząbkuje
teraz). Ja czuję się jakoś okropnie, między młotem a kowadłem,
chciałabym każdemu z nich dogodzić, nikogo nie skrzywdzić, każdemu
dać to czego potrzebuje, ale nie jestem po prostu w stanie. Przez to
wszystko nawzajem z mężem jesteśmy na siebie podenerwowani. Ja
spodziewam się, że skoro tyle nie ma go w domu to przynajmniej
kwestie budowlane jakoś pociągnie a za przeproszeniem ciągnie się to
jak krwe z nosa a ja o niczym innym nie marzę jak wyprowadzić się z
tego 3. piętra. On też zmęczony. A najgorsze w ogóle jest to, że w
tym całym zamieszaniu nie ma totalnie miejsca na mnie - Ewę.... W
ciągu doby zwykle wygospodaruję czas na kawę, chwilę w necie (zwykle
kiedy muszę pracować wieczorem albo raczej w nocy). Nigdzie nie
wychodzę raczej w sumie nie dlatego że nie mogę ale jakoś przytłacza
się poczucie obowiązku i odpowiedzialności wobec chłopców,
że "muszę", że "powinnam". W grudniu na imienieny dostałam od
rodziców karnet do spa - taki podarunek piękności, do tej pory nie
miałam kiedy z niego skorzystać. Mam pomoc rodziny bo
niesprawiedliwie byłoby powiedzieć że nie. Dziadkowie i kuzynka
jedna biorą czasem Matinka na cały dzień prawie, wtedy ja pakuje
młodszego i jadę na budowę - sprzatać, robi to czy tamto, często z
małym w chuście bo spać nie chce..... A rodzinka u której jest Mati
niestety tylko wzmacnia jego przekonanie, że jest pepkiem świata
więc niby to pomoc ale potem znów prostować go muszę.. starszak do
przedszkola nei chodzi bo cały czas chorował i małego zarażał.
Pójdzie znów od marca zobaczymy.... Jednym słowem mam dość, wiem że
to minie, że ta wstrętna zima też minie, że będzie słońce i zacznie
się wiosna, że wreszcie uda nam się przeprowadzić do wymarzonego
domu, że kurs franka spadnie

a mój starszy syn z potwornego
czterolatka zacznie zmieniać się w prawdziwego przedszkolaka (no,
oby...) ale nie wiem czy doczekam tego czy zwariuję wcześniej......
Uff, to ulżyłam sobie, sorry że w tak wielu słowach.