Moja córka (niecałe trzy lata) w ostatnich tygodniach ma okres
intensywnego rozwoju mowy, który w zasadzie polega na tym, że bardzo
rozbudowuje swoje wypowiedzi, zaczęła budować bardzo skomplikowane
zdania, wyłapuje nieznane słowa i pyta o ich znaczenie, nabrała
odwagi w rozmawianiu z obcymi - w sumie same plusy... i jeden skutek
uboczny: wychwyciła również brzydkie słowa, błyskawicznie załapała w
jakim kontekście się ich używa i wprowadziła do swojego języka.
Przykład: mała bawi się pluszową zabawką, kładzie ją do łóżka i w
pewnym momencie słyszę, jak mówi do siebie: "k...wa, myszka się
obudziła, będą musiała ją znowu usypiać". Albo gdy coś jej nie
wyszło przy zabawie: "o k...wa rozwaliło mi się". Miała takie 2-3
dni, kiedy powtarzała słowo na k... kilka razy, my z mężem nie
reagowaliśmy i na razie przestała.
Oczywiście zaraz padną głosy: a skąd twoje dziecko zna takie słowa,
widocznie jesteście patologiczną rodziną

, więc biję się w piersi
i przyznaję, ze tych słów nie przyniosła z podwórka, zasłyszała je w
domu. Nie jesteśmy patologiczną rodziną, ale obojgu zdarza nam się
przekląć w sytuacji zdenerwowania lub kiedy coś nie wyjdzie (stąd
zapewne to "o k... rozwaliło mi się". Nie są to sytuacje częste, ale
mała jest mistrzem w wychwytywaniu używanych przez nas słów (również
tych ładnych, poprawnych itp).
Najlepsza metoda, żeby małej nie wróciła faza na takie słowa, to
samemu ograniczyć ich używanie do zera. Ale wiadomo, ze rów=żnie z
tym bywa
w związku z tym pytanie do rodziców z podobnymi doświadczeniami: jak
reagowaliście, gdy dziecko przeklęło. Czy ignorowanie sprawdza się
na dłuższą metę?