Kiedy patrze na spokojnie siedzace maluchy na mszy to sie frustruje. Moj sie wierci, kreci, chce wychodzic czy jak twierdzi nudzi sie. Mimo naszych przekonywan, tlumaczen, prosb i grozb. Wiec sa 2 wyjscia: chodzic i tak /probowalismy juz 2 mszy dla przedszkolakow w 2 miejscach/ i liczyc minuty do konca albo po prostu zrobic przerwe i wrocic do mszy za jakis czas. Oba wyjscia maja plusy i minusy. Doszlam do wniosku, ze nie ma aktualnie pozytku, sensu ganianie na synem i na sile dotrwanie do konca mszy. Ale moze bede sie smazyc gdzies na dole po smierci