Dodaj do ulubionych

czy znacie szkołę w W-wie

21.11.07, 10:50
która stanowiłaby coś w rodzaju spójnego środowiska, w którym dziecko może
znaleźć oparcie? Przepraszam za to poetyckie wyrażenie, ale trudno mi to
wyjaśnić inaczej. Szkołę, która nie byłabym zbiorem anonimowych nie znanych
sobie nawzajem bliżej postaci tylko wywodziła się i miała oparcie w jakimś
środowisku, lokalnym czy też inaczej dobranym a jednocześnie grono
pedagogiczne byłoby tak dobrane, że oprócz realizacji programu nauczania jest
na siłach jakoś te dzieci pozytywnie kształtować? Takiej szkoły szukam dla
mojego dziecka. Syn ma teraz 5 lat i w przyszłym roku pójdzie do zerówki.
Przeczytałam poniższy wątek o nastolatkach i ja się zgadzam z wieloma
stwierdzeniami, które tam padły. Obecna rzeczywistość mnie przeraża w tym
sensie, że jej negatywne aspekty bardzo mnie dotyczą. Wychowuję syna sama,
wprawdzie za wszelką cenę staram się utrzymać możliwość pracy w domu, żeby
mieć więcej kontaktu z dzieckiem, ale powoli sobie nie daję rady. Tak się
składa pechowo, że z rodziną swoją mam bardzo nikły kontakt, a ze znajomymi
także. 80% mojego życia pochłania tyranie, żeby było na najbardziej podstawowe
w moim rozumieniu potrzeby, a pozostałe 20% to umyć ubrać, się posprzątać,
pójść na zakupy. Jak sobie pomyślę, że miałabym pielęgnować życie towarzyskie,
to nie wiem skąd miałabym wziąć na to czas. I teraz przejdę do sedna: w takiej
sytuacji, kiedy dziecko ma tylko w kółko zapracowanego rodzica a z drugiej
strony szkołę, która pełni rolę edukująco-przechowującą to wówczas wynik tego
co dziecku może przyjść go głowy w okresie dojrzewania, jakich kolegów spotka
na swojej drodze (przecież mi nie znanych) stanowi czysty hazard. Będąc tak
zapracowana i nie mając znajomych z dziećmi w wieku mojego syna, chciałabym
móc chociaż wybrać mu szkołę, co do której bym wiedziała, czego się po niej
można spodziewać, zarówno jeżeli chodzi o deklaracje jak i o stan faktyczny.
Czy to jest w ogóle możliwe?
Pozdrawiam,
Obserwuj wątek
    • agatka_s Re: czy znacie szkołę w W-wie 21.11.07, 11:15
      Mysle ze to oczym piszesz (a w kazdym razie tak jak ja to odebralam)
      zazwyczaj zapewniaja, male kameralne szkoly spoleczne.

      Szkola do ktorej chodzi moj syn jest tak malutka, ze tam poprostu
      nie ma mowy zeby byc anonimowym. Poza tym ja jako rodzic mam bardzo
      ulatwiony kontakt, bo nauczyciel nie ma do obslugi jakis tlumow,
      moze mi poswiecic czas. Szkoly spoleczne to tez rozne fajne
      inicjatywy, szkola+rodzice. Moj syn np wraz z cala rodzina
      uczestniczy w programie wymiany z uczniami z innych krajow. To
      organizuje szkola, ale my rodzice jestesmy w to wlaczeni, goscimy
      uczniow w domu, spotykamy sie na spotkaniach przed, i po i omawiamy
      nasze doswiadczenia. To bardzo integruje nas rodzicow z
      nauczycielami i dziecmi, bo to taki wspolny projekt. Mnie to daje
      mozliwosc poznania zycia szkolnego mojego syna, tysiac razy lepiej
      niz niejedna wywiadowka.

      Ale moim zdaniem i tak bardzo wiele zalezy od wychowawcy. Ja mialam
      przez trzy lata super wychowawczynie, potem 2 lata bardzo niedobrze,
      i teraz w 6 klasie znow fantastycznie. Od razu wszystko sie
      zmienia, dzieci zaczynaja inaczej funkcjonowac. Najwazniejsze aby
      wychowawca byl taki chcacy i pracy do przodu. Jak mu sie nie chce
      to rodzice nic nie zdzialaja, a jak sie mu chce to rodzice bardzo
      chetnie sie wlaczaja. Aha i internet bardzo pomaga w integracji.
      Jesli jest kontakt z nauczycielem w taki latwy sposob, to bardzo
      ulatwia wiele spraw.

      Ja stawiam teorie ze sama szkola jest mniej istotna (choc tez),
      raczej nauczyciel.
      • to_ja76 Re: czy znacie szkołę w W-wie 21.11.07, 12:32
        napisałaś dużo ale nic konkretnego o szkole Twojego dziecka, tzn
        chodzi o numer i miejsce, w którym się znajduje, a wydaje mi się że
        autorka raczej o tym myslała
      • jogo2 Re: agatko 21.11.07, 12:46
        Ogromnie Ci dziękuję za odpowiedź. Czy mogłabyś podać mi jakieś bliższe
        informacje na temat szkoły do której chodzi Twój syn. Jeżeli nie chcesz na forum
        to może na priva? Także mam pytanie dotyczące tego, jak czułoby się dziecko z
        mniej zamożnego domu w takiej szkole. Temat jest nabrzmiały po obu stronach
        barykady, o czym przekonałam się nie tak dawno snując głośne rozważania, że moim
        zdaniem szkoła, jakiej chciałabym dla swojego dziecka to chyba szkoła prywatna.
        Ponieważ tak się składało, że snułam je przed osobami, których najwidoczniej nie
        stać na edukację prywatną, nakrzyczano na mnie okropnie a w sposób mało
        uzasadniony. Natomiast, jeżeli moje dziecko miałoby trafić w grupę, w której by
        się okazało, że pochodzi z najmniej zamożnego domu, to nie wiem, czy czuło by
        się tam dobrze. Teraz podobno szpanowanie poziomem materialnym to nieodzowny
        element sposobu bycia. Nie wiem jak sobie z tym radzą ( i czy w ogóle mają sobie
        ochotę radzić) nauczyciele. Na przykład nic nie mogłam się dowiedzieć od swojej
        znajomej na temat szkół Przymierza Rodzin na Ursynowie, które potencjalnie
        interesowałyby mnie, mimo iż jej koleżanka miała jakąś styczność z jedną z tych
        szkół. Dowiedziałam się tylko, że "tam jest okropnie, bo tam chodzą same bogate
        dzieci". Pomijam ładunek emocjonalny zawarty w tej wypowiedzi, ale faktycznie
        różnica w poziomie życia rodziców może dla dziecka z mniej zamożnego domu
        stanowić problem.
        Bardzo byłabym zainteresowana informacjami jak to z tym jest.

        Pozdrawiam,
        • agatka_s Re: agatko 21.11.07, 17:00
          O dziecko to bym sie mniej martwila. Szpanowanie jest wszedzie,
          niezaleznie czy to szkola prywatna, spoleczna czy publiczna. Smiem
          nawet twierdzic ze w publicznych bywa gorzej, bo tam rzeczywiscie
          potrafia byc duze roznice i w zamoznosci i w "kulturze" domow-i duze
          kompleksy z tym zwiazane, czego akurat w szkole spolecznej raczej
          nie ma bo mniej wiecej jest tak ze poziom zblizony. Tak czy owak
          dziecko z tym zagadnieniem sie spotka, jak nie w szkole to na
          koloniach, albo na jakis zajeciach i niestety pewnie zawsze trafi na
          kogos zamozniejszego, w lepszych ciuchach, z lepszym samochodem , ce
          la vie...

          W szkole platnej jest natomiast inna rzecz. Jesli czlowiek (rodzic)
          sie na taka decyduje musi sobie zdawac sprawe ze placenie nie konczy
          sie tylko na czesnym. Szkola spoleczna to wiele roznych dodatkowych
          rzeczy takich jak wyjazdy, rozne przedsiewziecia, zielone szkoly itp-
          gdzie oczekuje sie od rodzicoe ze w tym beda partycypowac, w tym i
          finansowo. Czyli jesli sie powiedzialo A, to potem trzeba i B. W
          szkole platnej niejako za pewnik przyjmuje sie ze sa tu dzieci
          rodzicow dla ktorych edukacja jest istotna, i ktorzy beda
          uczestniczyc w zyciu szkoly i beda usatysfakcjonowani jesli szkola
          zadba o potrzeby dziecka, wymyslajac co rusz to nowe "atrakcje"-no a
          to jak wiadomo kosztuje.

          W naszej klasie poziom zamoznosci jest zblizony (ja oczywiscie
          nikomu w konta nie zagladam,ale osadzam po pewnych oznakach)-nie sa
          to ludzie z pierwszej setki najbogatszych ani nic z tych rzeczy, ale
          tacy dla ktorych oplacic tygodniowy wyjazd dziecka do Wloch za 1000
          zl nie stanowi jakiegos wielkiego problemu (moj syn chodzi na chor,
          ich wyjazd do Londynu za polowe tych pieniedzy nie dla wszystkich
          byl do udzwigniecia).

          Ja akurat wsrod kolegow syna jakiegos wielkiego szpanowania nie
          widze, owszem jakies 2 lata temu, byla taka faza. Teraz widze ze
          maja inne problemy na glowie (pierwsze uczucia np), niz
          szpanowanie. Zreszta co tu szpanowac, kazdy ma komorke, kazdy ma
          komputer, kazdy wakacje spedza zagranica. To nie sa tematy ktore te
          dzieci kreca. Mowie serio, to nie sa dzieci dla ktorych buty Nike
          stanowia jakis powod do dumy-bo wszyscy maja, i to nawet bylby
          obciach chwalic sie czy szpanowac.

          Jest natomiast jedna zasadnicza zaleta szkoly platnej, to w duzej
          mierze rodzice decyduja, stad tez jesli sa jakies rzeczy ktore
          rodzicom sie nie podobaja, lub uznaja za zbyt kosztowne to szkola
          ich nie przeforsuje. A rodzice zazwyczaj sie dogaduja i maja
          podobny oglad rzeczywistosci. Gdy szkola usilowala nam wmowic
          bardzo droga wycieczke, 2 dni po rozpoczeciu roku szkolnego-nie
          zgodzilismy sie. Wszyscy rodzice uznali ze juz dosyc tych wakacji i
          niech wreszcie wezma sie do nauki.

          Ja tez mieszkam na Ursynowie, szkole Przymierza Rodzin znam z
          wlasnych doswiadczen i znam z relacji. To jest bardzo specyficzna
          szkola, ale nie z powodu zamoznosci rodzicow (choc tez !!!), to jest
          szkola autentycznie elitarna, tzn taka ktora ma bardzo okreslony
          system doboru dzieci, troszke na zasadzie znajomych i przyjaciol
          krolika. Mysle ze jesli sie takim znajomym krolika nie jest, to
          lepiej sobie akurat te szkole darowac, sa rozwnie dobre, w ktorych
          kazde dziecko i rodzic "z ulicy" bedzie sie czuc OK.

    • oldrena1 Re: czy znacie szkołę w W-wie 22.11.07, 09:16
      A ja nie na temat. smile
      Nie myślałaś czasem, żeby zamiast szukać idealnej szkoły, znaleźć jakieś inne miejsce, grupę odniesienia dla swojego synka? Przy okazji - o dostarczeniu mu jakichś wzorców męskich innych niż rodzinne?
      Myślę na przykład o zajęciach sportowych, na których spotka się z grupą dzieci, wśród których może znaleźć przyjaciół czy ludzi myślących podobnie jak on. Albo o harcerstwie, na początek o zuchach. Są w Warszawie drużyny o długich tradycjach.
      Jeśli odrzucimy idealistyczne wyobrażenia o harcerzach, to i tak zostaje sporo pozytywów, z jakimi syn może się spotkać w tej działalności: samodzielność, umiejętność współpracy w grupie, samodoskonalenie się, nieobojętność na to co się dzieje wokół nas, walka ze słabościami etc.

      Mój szesnastolatek ostatnio stwierdził, że właśnie w drużynie (męskiej) trafił na ludzi, którzy podzielają jego pasje; że dzięki dorosłym instruktorom, których w niej spotkał zyskał (rozwinął) pewne cechy charakteru i potrafi sobie wyznaczać cele w życiu.
      Przy wszystkich moich zastrzeżeniach, które po drodze się pojawiały, muszę przyznać, że harcerstwo bardzo pomogło mi w wychowaniu syna. Pewnie miał szczęście do drużynowych. smile
    • agatka_s Re: czy znacie szkołę w W-wie 22.11.07, 10:14
      w ogole moim zdaniem jesli dziecko styka sie z roznymi wychowawcami
      to dobrze. Moim zdaniem im mniej bycia tylko w domu tym lepiej.
      Fajnie jak ma choc jednego wychowawce z prawdziwym autorytetem, moze
      to byc nauczyciel ale moze tez byc trener sportowy, albo starszy
      kolega harcerz. Fajnie jak rodzic znajdzie kogos takiego, to bardzo
      ulatwia jesli tfu tfu pojawia sie jakies klopoty.

      No i jest jeszcze jedna pocieszajaca rzecz. 5-latek wciaz jeszcze
      wymaga pewnej obslugi technicznej, ktora zabiera czas. Im dziecko
      starsze tym mniej poswiecamy czas na takie rzeczy jak dogladanie
      przy myciu, ubieraniu, szykowaniu jedzenia, dziecko poprostu staje
      sie coraz bardziej samodzielne i samoobslugowe. Ten czas ktory do
      tej pory byl poswiecany na te jak ja to nazywam logistyczna obsluge
      mozna poswiecic na rozmowy z dzieckiem na wspolne spedzanie czasu,
      na poznawanie kolegow, uczestniczenie chocby tylko bierne w pasjach
      i zainteresowaniach (ja przechodzilam przez pilke nozna, teraz
      jestem ekspertem ofd F1).

      Az przychodzi w koncu taki moment ze dziecko w ogole staje sie
      kompletnie autonomiczna jednostka i o zgrozo juz wcale nie wymaga
      naszego czasu czy zaangazowania. Moze ale nie musi nas prosic o
      pomoc o czas. To dopiero jest przykre i troche smutne....(ale tak
      to jest i lepiej byc tego swiadomym za wczasu).
      • jogo2 Re: agatko 22.11.07, 12:59
        Dzięki za odzew, ale moim zdaniem z tym szpanowaniem i różnicami majątkowymi to
        nie jest tak jak ty piszesz. Inne uczucia wzbudza w człowieku (a tym bardziej w
        dziecku) jak przypadkowo, przy przechodzeniu przez ulicę przejedzie obok niego
        maybach (i nawet go ochlapie wodą z kałuży) a co innego jak dzień w dzień musi
        przebywać z innymi ludźmi lepiej sytuowanymi od niego, zwłaszcza z dziećmi,
        które z definicji są mało taktowne i empatyczne. Słusznie zauważasz, że czesne
        to dopiero początek (czyli chyba jednak szkoła nastawiona na rodziców z grubym
        portfelem i z jednej strony jak piszesz wyjazd do Włoch za 1000 PLN nie stanowił
        problemu (skądinąd zdaje się że 1000 PLN kosztują kolonie w Polsce, ale nie
        wiem, jeszcze nie siedzę w temacie), z drugiej strony jak rozumiem, dla innych
        (więcej niż jednej osoby) wyjazd do Londynu za 500 PLN był nie do udźwignięcia
        finansowo (o ile dobrze zrozumiałam). Także ten fragment Twojej wypowiedzi
        (przepraszam, jeżeli niedokładnie cytuję: Dla dzieci nie jest problemem
        posiadanie butów Nike bo wszyscy je mają), trochę mnie załamał. Wybacz, ale może
        sobie nie zdajesz sprawy, brzmi on dosyć przykro, bo sprawia wrażenie, że nie
        rozumiesz, na czym polega nieobecność kultu wartości materialnych. Dla mnie
        właśnie dążenie do posiadania butów marki xy (może być Nike, Adidas, cokolwiek)
        jest oznaką wydawania pieniędzy, po to, żeby pokazać, że się je ma, a nie żeby
        zaspokoić swoje potrzeby. Wolałabym żeby moje dziecko upatrywało sens życia w
        rozwijaniu swoich umiejętności, marzyło o wyjeździe w miejsce xy niż dążyło do
        chwili kiedy zajedzie furą, potrząśnie skórą, a w kieszeni zadzwoni mu wypasiona
        komóra. Nie chcę, jak stara babcia, zaczynać kolejnego zdania od: "Przed
        wojną... (II światową dodam dla wyjaśnienia), czyli nawiązywać do ostatniego
        momentu, kiedy w Polsce, zanim nastał komunizm, panowała gospodarka rynkowa,
        jako punktu odniesienia. W każdym razie z tego co wiem, wtedy chęć do zdobywania
        wiedzy była ceniona i dziecko, którego rodzice stawali na uszach, żeby odłożyć
        na samo czesne, miało rację bytu i sens. Z Twojej wypowiedzi wnoszę, że dzisiaj
        faktycznie, jeżeli dla rodzica uzbieranie na czesne w prywatnej szkole jest
        możliwe, ale wiązałoby się z pewnym poświęceniem (bo na przykład wydaje mu się,
        że w mniejszej klasie niż 30 osób, nauka idzie lepiej, i takie tam różne) to
        faktycznie jednak niech sobie lepiej da spokój i wybije to z głowy. Trochę smutne.
        • agatka_s Re: agatko 22.11.07, 13:27
          ja napisalam jak jest.

          Mysle ze sie nie zrozumialysmy kompletnie.

          To nie jest zaden kult pieniadza, to jest poprostu zycie na jakims
          poziomie, mniej wiecej rozwnym dla wszystkich uczniow. Niestety
          czesne ponad 1000 zl (a zazwyczaj rodziny maja po 2-3 dzieci)
          oznacza ze dochod w rodzinie musi byc odpowiedni, jesli na edukacje
          dzieci przeznacza sie 2-3 tysiace miesiecznie przez kilka lat (czyli
          kilkaset tysiecy jak w morde strzelil...), to wiadomo ze zarobki
          musza byc odpowiednio wysokie (bo jak podejmuje sie taka decyzje
          nalezy tez wziac pod uwage mozliwosc straty pracy itp, trzeba miec
          jakies oszczednosci, reasumujac to jest bardzo powazna decyuzja
          finansowa). Taka rodzina ktora stac na wydanie takich kwot, zyje
          tez na okreslonym poziomie materialnym. Poprostu.

          Piszesz o kulcie pieniadza, o dazeniu do posiadania itp itd. I tego
          wlasnie brak.

          To nie jest zadne dazenie do posiadania butow Nike. To jest
          poprostu posiadanie takich butow (kazdy jakies buty posiada)
          Poprostu jesli dziecko potrzebuje butow na wf, to sie kupuje buty
          firmowe, bo to najlatwiej. Poprostu.

          Rodzice po ciezkiej pracy jada na urlop zagranice i biora dzieci ze
          soba. To tez jest normalne. Nie jada aby komus zaszpanowac, jada
          bo tak lubia, bo to sa fajne wakkacje. To tez jest noprmalne ze i
          moj syn i jego koledzy znaja pol Europy a niektorzy i wiecej. To
          nie jest zadna gonitwa za czyms. To jest tak samo naturalne jak dla
          kogos innego spedzanie wczasow na Mazurach.

          Ja nie chce nikogo obrazac, oceniac itp. Pytasz jak jest to
          odpowiadam szczerze, jak jest.

          Problem dziecka z biedniejszego domu moim zdaniem nie polegalby na
          szpanowaniu, czy licytowaniu sie przez dzieci raczej na tym czy ktos
          nie bedzie sie czul jak ubogi krewny (to taki skrot myslowy), i to
          mysle bardziej o poczuciu rodzica niz dziecka.

          I na koniec taka uwaga ogolna. Widze ze masz sklonnosci do
          potepiania osob zamoznych, tylko dlatego ze sa zamozne. A to jest
          bardzo niesprawiedliwe i krzywdzace.

          Poziom zycia nie ma nic wspolnego z systemem wartosci. To jest tak,
          czlowiek biedny lub sredniozamozny idzie kupic buty dziecku na
          bazarze albo szuka na allegro, czlowiek dobrze sytuaowany jedzie do
          Galerii Mokotow i kupuje buty w salonie Nike. I jeden i drugi
          kupuje buty, tylko gdzie indziej. I tak wyglada ze wszystkim. I
          naprawde nic to nie ma wspolnego z wartosciami, uczuciami i jakas
          wyzsza metafizyka.


          Czlowoiek zamozny ktorego stac na wiele rzeczy nie jest z automatu
          materialista jak ty to nazywasz w pogoni za pieniedzmi, czy jakims
          potworem bez wartosci. Czlowiek zamozny bywa bardzo czesto takim
          samym rodzicem jak czlowiek mniej zamozny, popelnia te samy bledy,
          ma te samy sukcesy i kocha dziecko dokladnie tak samo.
          • jogo2 Re: agatko 22.11.07, 14:35
            Ja też myślę, że nie zrozumiałyśmy się kompletnie. Niestety w tej chwili nie mam
            czasu na komentarz do Twojej wypowiedzi, ale może wieczorem uda mi się to
            napisać. Chciałam tylko zwrócić uwagę na częstotliwość z jaką w twojej
            wypowiedzi pojawia się słowo "normalne" w odniesieniu do rozmaitych dóbr
            materialnych. Ty nie chcesz przyjąć do wiadomości, że to nie jest normalne, to
            jest zamożność. Ja ci jej ani nie zazdroszczę (w co pewnie trudno uwierzyć) ani
            nie pałam żądzą odwetu, ani nie uważam, że to oburzające. Nawet wierzę, że to za
            ciężką pracę, tylko proszę przyjmij do wiadomości, że istnieją też ludzie,
            których nie stać na to co stać ciebie i nie odmawiaj im racji bytu, a ty
            odmawiasz takim ludziom racji bytu. Na pewno napiszesz, ależ nie skądże znowu,
            ale niestety nie mam czasu, żeby rozwinąć tę myśl. Niestety tak jest. nie o to
            chodzi, że jesteś zamożniejsza ode mnie, tylko to co piszesz w wyniku tego, że
            jesteś zamożniejsza. Dodam tylko, jeżeli chodzi o ciężką pracę. No cóż wiele np.
            ludzi znanych z mediów mogłoby powiedzieć, że swoją stopę życiową zawdzięczają
            ciężkiej pracy. Lekarz w rejonowym ośrodku zdrowia też pracuje nie mniej ciężko
            niż jakaś medialna gwiazda, i co on ma powiedzieć? Że to sprawiedliwe, bo
            gwiazda mediów w pocie czoła swoje programy prowadzi a on się widać obija, że mu
            się tak źle wiedzie? Zresztą, paradoksalnie ciężar odpowiedzialności w jednym i
            w drugim zajęciu zarobkowym jest rozłożony w odwrotnej proporcji. Jeżeli gwiazda
            mediów pomyli się w swoim dajmy na to wywiadzie, to najwyżej runie jej kariera,
            a jeżeli pomyli się lekarz pediatra z przychodni rejonowej, którego zarobki
            stanowią mniej niż połowę wynagrodzenia tej pierwszej osoby, to najwyżej
            .......? Ponadto, pominęłaś zupełnie kwestię, którą poruszyłam, mianowicie: ktoś
            może chcieć kształcić dziecko w dobrej szkole, a wbrew temu co napisałaś nie
            oznacza to automatycznie: możliwości drogich wyjazdów zagranicznych. Tak samo,
            jak ktoś może marzyć o apaszce Hermesa i po kilku latach na nią uzbierać i nie
            należy go wywalać ze sklepu na zbitą mordę, bo ogólnie jest niemodnie ubrany i
            tak do końca to nie wiadomo po co przylazł do sklepu z galanterią Hermesa (idąc
            tokiem Twojego rozumowania: jak kogoś stać na arytkuły Hermesa to także stać go
            na to, aby się modnie i drogo ubrać od stóp do głów). Jaki gest byłby takim
            rodzajem nowobogackiego chamstwa, którego na przykład właściciele sklepów w
            bardziej ustabilizowanych rynkach się pozbyli. Tymczasem dla Ciebie to wszystko
            stanowi nierozerwalną całość (czesne, buty Nike, zagraniczne wycieczki) i
            jeszcze twierdzisz kilkakrotnie że to "normalne" oraz "w zamian za ciężką
            pracę". Słysząc coś takiego osoba mniej zamożna logicznie musi się poczuć jako
            "nienormalna" albo "że ona nie pracuje dość ciężko, widać się obija". I dlatego
            dziecko, którego rodziców stać na czesne w prywatnej szkole, ale na inne drogie
            rzeczy czułoby się między wami źle. Nie dlatego, że nie stać go na szkołę, albo
            że się źle uczy (w końcu uczenie się jest jakby podstawowym celem, dla którego
            się chodzi do szkoły), albo źle zachowuje, tylko dlatego, że jego styl życia
            jest nie dość drogi, a tańsze alternatywy się nie liczą bo to "nienormalne".
            • agatka_s Re: agatko 22.11.07, 15:28
              Nie jest moja intencja dyskusja na tematy zamoznosci i tego na co
              kogo stac, i jakie ma w zyciu priorytety.

              Zapytalas mnie jak wyglada szkola spoleczna, i czy jest to
              odpowiednie miejsce dla kogos mniej zamoznego (to ty zwrocilas uwage
              na aspekt finasowy nie ja). Udzielilam ci odpowiedzi szczerze i
              najlepiej jak potrafie, na podstawie empirycznego przypadku szkoly
              do ktorej chodzi moj syn.

              Moge jeszcze raz: moim zdaniem dziecko bedzie sie czuc dobrze bo
              zaden kolega nie da mu odczuc ze jest mnie zamozny, gorzej moze byc
              z rodzicem, bo moze przezywac frustracje, jesli nie bedzie go
              automatycznie stac na to wszystko co szkola proponuje.

              Ja opisalam fakt (nie moje opinie) jak pod wzgledem materialnym
              wyglada spolecznosc naszej szkoly (dosyc homogeniczne finansowo
              srodowisko).

              Zrobisz z ta wiedza co uwazasz za stosowne.
        • oldrena1 Re: agatko 22.11.07, 15:11
          jogo2 napisała:
          > Z Twojej wypowiedzi wnoszę, że dzisiaj faktycznie, jeżeli dla
          > rodzica uzbieranie na czesne w prywatnej szkole jest
          > możliwe, ale wiązałoby się z pewnym poświęceniem (bo na przykład
          > wydaje mu się, że w mniejszej klasie niż 30 osób, nauka idzie
          > lepiej, i takie tam różne) to
          > faktycznie jednak niech sobie lepiej da spokój i wybije to z
          > głowy. Trochę smutne.

          Jogo - pytałaś i otrzymałaś odpowiedź od osoby, która ma dziecko w
          szkole spełniającej Twoje kryteria. A że taka szkoła, to kosztowna
          sprawa, można się domyślić. I do kosztownej szkoły chodzą
          najczęściej dzieci zamożnych rodziców, dla których pewne zachowania,
          dobra, sposób spędznia czasu, wydatki są normą, a nie "pokazywaniem
          się".

          Pisałaś, że 80% czasu zajmuje Ci zarabianie na życie na jakimś
          poziomie materialnym, dlatego wtrąciłam się do tego wątku ze swoją
          propozycją.

          Sama kiedyś rozważałam posłanie syna do gimnazjum społecznego, które
          gwarantowało kilka miejsc dla dzieci z naszej dzielnicy. Ale...
          nawet jeśli zacisnęłabym zęby i płaciłabym czesne, to albo
          naraziłabym siebie i jego na wieczne frustracje smile (bo nie jeździmy
          na wakacje zagraniczne, na przykład) albo musiałabym pracować
          więcej/inaczej kosztem kontaktów z dzieckiem (bo pomysł zaciągania
          kredytu na kształcenie dziecka jakoś nie wpadł mi do głowy, a ponoć
          to się zdarza).
          Nie uśmiechało mi się ani jedno ani drugie. Nie byłam też na 100%
          przekonana co do "lepszości" towarzystwa, na jakie trafi w owej
          szkole.

          Przemyśl sprawę jeszcze raz. Może jednak znajdziesz publiczną
          szkołę - nie idealną, ale wystarczająco dobrą - i dodatkowo jakąś
          formę aktywności dla synka, która zrekompensuje mu "niedostatki"
          szkoły i jednocześnie będzie uzupełnieniem Twojego wychowania.
          • jogo2 Re: oldrena 22.11.07, 22:12
            Dziwi mnie, że popierasz taki punkt widzenia i uważam, że jesteś w dużym
            błędzie. Szkoła jest dla wszystkich, których stać na czesne i wydatki związane
            ze szkołą, które nie są przesadne (zielona szkoła nie musi się odbywać nad
            Jeziorem Genewskim). Dziwi mnie także, że nie razi cię styl wyrażania się
            agatki, bo o to głównie mi chodzi. Nikomu nie jest zabronione zarabiać tyle ile
            może i chce i wydawać te pieniądze jak chce i na co chce, ale są pewne rzeczy
            które należą do dobrego albo złego tonu i niestety od tego zależy jakimi
            jesteśmy ludźmi, a nie jakie grube mamy portfele. Tak samo jak nieładnie jest
            pchać się w drzwiach i bekać przy jedzeniu i żaden gruby portfel tego nie
            zmieni, tak samo nieładnie jest nazywanie poziomu życia dostępnego nie każdemu
            "normalnym" i popieranie szpanowania wśród dzieci, które akurat najmniej mają
            wpływu na większy lub mniejszy poziom dobrobytu w swojej rodzinie czy też
            rodzinie kolegi. Agatka razem ze swoją szkołą z obozami w Italii i wyjazdami
            chóru do Londynu jest drobna płotka w porównaniu z ostatnimi miejscami na
            liście najbogatszych. Niestety najwyraźniej klimat postrzegania ludzi przez
            pryzmat tego ile mają w portfelu i co mają na sobie najwyraźniej jej się
            udzielił, a ty jak widzę akceptujesz taki sposób myślenia. Przykre że i w twoim
            i jej sposobie myślenia nie mieści się możliwość takiego zachowywania w ramach
            grupy społecznej, jaką jest szkoła, żeby mniej zamożnym osobom, a zwłaszcza
            dzieciom, nie było przykro. Tym samym właśnie dajesz przyzwolenie na mierzenie
            wartości człowieka przez pryzmat grubości jego portfela. Jeżeli nic ci tu nie
            zgrzyta, tak, twoim zdaniem w gruncie rzeczy tak jest, człowiek jest tyle wart,
            ile ma kasy, to gratuluję samopoczucia i tobie i agatce, która też, razem ze
            swoimi butami Nike, które są normą mogłaby u niejednego milionera odkurzać
            przedpokój.
            • oldrena1 Re: oldrena 22.11.07, 23:49
              jogo2 napisała:

              > Dziwi mnie, że popierasz taki punkt widzenia i uważam, że jesteś w
              > dużym błędzie.

              Odnoszę wrażenie, że jednak za dużo wyczytałaś między wierszami. Albo ja czegoś nie rozumiem. Jaki punkt widzenia popieram? Że są różnice w zawartości portfela u różnych grup ludzi? Że są szkoły niedostępne dla mojego dziecka z powodów finansowych? Że dzieci chodzące do takich szkół _nie_ uważam za elitę i najlepsze towarzystwo dla mojego syna?

              Jest mi obojętny stan posiadania agatki. Równie obojętne jest mi, gdzie ubiera swoje dziecko i co uważa za standard wakacyjny. W jej środowisku coś jest normą. To coś nie musi być normą w moim. Nie widzę nigdzie, by agatka próbowała tę swoją normę mnie/Tobie narzucić, albo dziwiła się, że dla innych to nie norma. Więc?

              Ja po prostu przyjmuję do wiadomości, że są ludzie (wcale nie z pierwszej setki bogaczy polskich), którzy nie muszą odkładać pieniędzy przez dwa-trzy miesiące, by kupić naprawdę wygodne i nierozpadające się po jednym sezonie markowe buty. Przyjmuję do wiadomości, że wchodzą do sklepów, kupują co im potrzeba, a potem bez ostentacji, zwyczajnie tego używają. Tak jak ja. Tylko że zostawiają w tych sklepach więcej pieniędzy ode mnie.
              Mnie to nie boli. A Ciebie?

              > Szkoła jest dla wszystkich, których stać na czesne i wydatki
              > związane
              > ze szkołą, które nie są przesadne (zielona szkoła nie musi się
              > odbywać nad Jeziorem Genewskim).

              W dobie kapitalizmu (podobnie jak przed wojną) jest miejsce na różne szkoły: i takie z zieloną szkołą w Murzasichlu, i takie, co to nie wyobrażają sobie wycieczki organizowanej w kraju. To co dla Ciebie (i mnie) jest przesadą, nie musi być nią dla innych.

              > Dziwi mnie także, że nie razi cię styl wyrażania się
              > agatki, bo o to głównie mi chodzi.

              Rzeczywiście, styl mnie nie razi. Ale może przeczytam wątek jeszcze raz, bo niewykluczone, że coś przeoczyłam i powinnam się oburzyć. Wiesz, ja jestem prosta kobieta. Nie doszukuję się drugiego dna. Odbieram wprost, co ktoś mówi i pisze.

              > tak samo nieładnie jest nazywanie poziomu życia dostępnego nie
              > każdemu "normalnym" i popieranie szpanowania wśród dzieci, które
              > akurat najmniej mają wpływu na większy lub mniejszy poziom
              > dobrobytu w swojej rodzinie czy też rodzinie kolegi.

              Ta "normalność" w wypowiedzi agatki była w pewnym kontekście osadzona. Obawiam się, że całe nieporozumienie bierze się stąd, że Ty wartościujesz, a agatka nie. Ona _opisuje_ normę panującą wśród rodziców, z jakimi przyszło jej się stykać.

              Co do szpanu... Tam gdzie komórka, komputer, wakacje zagraniczne od przedszkola i lekcje języków obcych pobierane już w łonie matki są czymś zwyczajnym, nie może być mowy o szpanowaniu tymi sprawami (tu ewentualnie ktoś mógłby przyszpanować stylem vintage, kupując unikatowe ciuchy w szmateksie).
              Szpan pojawia się w tym środowisku, gdzie jakieś dobro nie jest dostępne dla wszystkich członków danej społeczności. Czyli np. w szkole publicznej.

              > Niestety najwyraźniej klimat postrzegania ludzi przez
              > pryzmat tego ile mają w portfelu i co mają na sobie najwyraźniej
              > jej się udzielił, a ty jak widzę akceptujesz taki sposób myślenia.

              Do tej pory nie sądziłam, że jestem taka. Jak to się człowiek może co do siebie pomylić...

              Wiesz, jogo, obawiam się, że spotkał się w tym wątku twój idealizm z moim cynizmem. Otóż ja uważam, że w swoim życiu Twój synek będzie miał mało okazji do trafienia w idealne środowisko. Bo jeśli nawet w klasie/szkole jakieś uboższe dziecko nie spotka się z niemiłym traktowaniem przez jakiegoś bogatszego baranka, to i tak temu dziecku może być przykro - gdy uświadomi sobie, że coś jest dla niego niedostępne.
              I w związku z tym, zamiast zbawiać świat, skupiam się na takim postępowaniu i takim wychowaniu mojego syna, by nie czuł presji posiadania jakichś dóbr "bo inni mają". I chciałabym, by sprawy materialne nie przysłoniły mu innych aspektów życia.
              Obawiam się, że mi nie uwierzysz; bo wygląda na to, że wiesz lepiej, jakie mam poglądy. suspicious


              Pozdrawiam Cię, życząc znalezienia dobrej szkoły dla synka.
              • oldrena1 Re: oldrena - aneks 23.11.07, 10:28
                Zapomniałam napisać, bo już późno było. To o potencjalnej frustracji
                mojej i syna pisałam ironicznie.
        • ania1500 Re: agatko 22.11.07, 22:53
          tekst byl przykry,ale prawdziwy i wszyscy o tym doskonale
          wiemy,dziecko czuje roznice miedzy soba a kolegami,i szkola o ktorej
          pisala autorka przykrego tekstu nie bedzie dobrym miejscem dla osoby
          mniej zamoznej,proste,dziecko nie bedzie sie tam dobrze czulo chyba
          jasne. nie jest slepe widzi ,ze kolega ma buty adidasa a on buty, z
          targu,i nie ma w tym nic zlego,ze dzieci rodzicow ,ktorzy maja kase
          chca markowe ciuchy,powiedz mojej corce aby kupila sobie buty na
          targu,powie,ze chce isc do sklepu i to ci pokaze ktorego.
          kwestia warunkow materialnych w domu,osobiscie nie uwarzam aby ci
          bogatsi musieli sie dostosowac do tych co tej kasy maja mniej.
          po co pchac dziecko tam gdzie bedzie sie czulo gorsze bo rodzice mu
          nie dadza na orginalne buty,ciuchy,nie beda w stanie wyslac go na
          wycieczke za 1000zl.a nie oszukujmy sie dzieci sie nawzajem
          oceniaja.i w takiej szkole to dziecko bedzie wytykane palcami.
          nie sadze tez aby jaka kolwiek szkola uchronila dziecko i jego
          rodzicow przed ewentualnymi problemami,bo to juz zalezy tylko i
          wylacznie od dziecka.
    • protozoa Re: czy znacie szkołę w W-wie 23.11.07, 12:47
      Moim zdaniem, a mam 11 letnie szkolne doświadczenia, prawie
      wszystko zalezy od wychowawcy.
      Znacznie mniejsze znaczenie ma fakt czy szkoła jest publiczna czy
      niepubliczna.
      Znam szkołe podstawową ( prywatną, )a własciwie nawet zespół szkół,
      w którym zadne normalne dziecko nie będzie się czuło dobrze.
      Mimo, że szkoła jest kameralna sfrustrowany waściciel zatrudnia
      nieudaczników zyciowych, którzy odreagowuja swoje kompleksy na
      dzieciach.
      Szkoła publiczna może być szpanerska nie mniej od "elitarnej"
      niepublicznej.
      W szkole szpanerskiej można czuc się całkiem dobrze pod warunkiem,
      że szpan nie ogranicza się do ostatnich trendów mody.
      Drogie, zagraniczne "zielone szkoły" i wymiany sa rónie popularne w
      szkołach publicznych i niepublicznych. Z tym, że w tych pierwszych
      po prostu nie jadą ci, których nie stać.
      Co radzę? Już dzis wypisać z internetu 15-20 szkół znajdujących się
      w promieniu 10 km od domu. Zrobic listę preferencji ( w oparciu o
      doświadczenia innych - tu poszperaj w wyszukiwarce).
      I z lista w garści rozpocznij pielgrzymkę po szkołach.Patrz na
      wszystko - ściany, ubikacje, woźnego, sposób zachowania nauczycieli,
      buzie uczniów, szatnię, dyrektora.Obejrzyj zaplecze sportowe. Pytaj,
      pytaj, pytaj. Nie bój się - to Twoje dziecko.
      Jesli uzyskasz wykrętną odpowiedź notuj ja przy szkole.
      Innej rady nie ma. Nie podpowiem Ci, ze szkoła A jest dobra a szkoła
      B fatalna. Ja mam złe doświadczenia ze wspomnianym na wstepie
      zespołem szkół. Był to krótki epizod w zyciu moich dzieci, o którym
      chcielismy wszyscy szybko zapomniec.
      Dodam jeszcze, że wybierając zerówkę/I klasę warto zobaczyć gdzie
      dzieci jedza, czy są szafki, gdzie odbywa się w-f, kto czuwa nad
      pływalnią i jak te zajęcia są zorganizowane.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka