Kobiety, proszę o kilka słów otuchy, a może i rady. Mam za sobą
kolejne odstawianie mojego przedszkolaka do p-la i powtórkę z
rozrywki: najpierw wszystko cacy, panna w niezłym nastroju, opowiada
co będzie dziś robić,w co sie bawić, jedziemy autkiem do p-la, w
samochodzie miła pogawędka, a po wejściu do budynku...płacz, dziś
dodatkowo zapieranie sie i krzyk "ja nie chce tam", o samodzielnym
rozbraniu sie nie ma mowy (wczoraj płacz zaczął się dopiero po
założeniu kapci)

(( i z każdym dniem gorzej, kończy sie tak, że
miła ciocia pomaga mi odkleić moją pociechę ode mnie i zabiera do
sali. Co ciekawe - podobno kilka minut póxniej już jest ok, córka
nie beczy, bawi sie z dziećmi, normalnie uczestniczy w zajęciach...
Załamana jestem, nie wiem o co chodzi, przecież lubi to p-le, nigdy
nie narzeka na kolegów, sytuacje czy jakieś elementh gry które by
jej tam nie pasowały... Uwaga: jak odprowadza ją mąż - jets znacznie
lepiej, czasem krzywa minka, ale generalnie bez histerii. Czyli O
MNIE CHODZI?
zaczęłam sie już zastanawiać czy to ma związek z tym, że wracam
póxno do domu (pracuję do wieczora, jestem w roku zwykle ok 19.30-
20)? a może miały wpływ niedawne dni "zwolnienia lekarskiego" kiedy
spędziłam z córką kilka dni w domu, miło nam było, bawiłyśmy się od
rana, widziałam że cieszy się że ze mną spędza czas, nawet nie
tęskniła za przedszkolem...
Aha, młoda ma 4 lata, wiem że to wiek buntu, przerabiamy to na
różnych polach, do tej pory jednak z wyjściami do p-la nie było
większych problemów (no, może z porannym wstawianiem, ale ten kłopot
to ja tez mam)
Pomóżcie kobitki...