galilleo
13.02.02, 08:08
Zbrodnia i Haga...
Przed ONZ-owskim trybunałem ds. zbrodni w b. Jugosławii stanął jej b. prezydent-
dyktator. Odpowiadać będzie za to, że opętany wizją Wielkiej Serbii i żądzą
władzy na wiele lat pogrążył Bałkany w krwawej wojnie, że wygnano setki tysięcy
osób z domów, tysiące zabito, także dzieci, że dopuszczono się rzezi i mordów
na masową skalę, gwałcono kobiety. Sam nie brał udziału w rozprawach w
Chorwacji, Bośni i Kosowie, sterował nią z Belgradu. Przegrał i stracił
wszystko. Międzynarodową społeczność oskarża o spisek przeciwko Serbii. - Przez
10 lat wojen kierował nim nie nacjonalizm, ani nawet rasizm, a jedynie
nienasycona żądza władzy - mówiła wczoraj na sali rozpraw Carla del Ponte,
główny oskarżyciel i naczelna prokurator haskiego trybunału, o Slobodanie
Miloszeviciu. I miała rację. Dla bałkańskiego satrapy nacjonalizm był jedynie
narzędziem. Dziś udaje męczennika za sprawę. By swą władzę obronić, dopuścił
się zbrodni, o jakie nie oskarżono nikogo od czasu II wojny światowej.
Miloszeviciovi postawiono: cztery zarzuty zbrodni przeciw ludzkości i jeden
zbrodni wojennych w Kosowie. Odpowiedzialność za deportacje około 800 tys.
Albańczyków i wymordowanie co najmniej 900, w tym kobiet i dzieci; 10 zarzutów
zbrodni przeciwko ludzkości i 22 zarzuty zbrodni wojennych w Chorwacji.
Wypędzenie 170 tys. Chorwatów i nie-Serbów, wymordowanie setek cywilów i
więzienie tysięcy w nieludzkich warunkach; 29 zarzutów o ludobójstwo,
współudział w ludobójstwie, zbrodni przeciw ludzkości oraz pogwałcenie praw i
zwyczajów wojennych w Bośni. "Planował, podżegał, nakazywał, dokonywał, pomagał
i zachęcał do likwidacji grup narodowych, etnicznych, rasowych i religijnych
bośniackich Muzułmanów i Chorwatów". Zginęło 9 tys. osób. Wypędzono ponad 268
tysięcy nie-Serbów. W areszcie trybunału w Scheveningen pod Hagą Slobo ma
pojedynczą celę z prysznicem, toaletą, biurkiem, szafą i telewizorem. Kamery
śledzą każdy jego ruch. Zachowuje się jak dżentelmen. Czyta Hemingwaya, słucha
Franka Sinatry i Celine Dion, gra z więźniami w szachy i pomaga im w
angielskim. Wielokrotnie odwiedzała go żona Mira Marković, żarliwa komunistka,
o której Serbowie mówią "czerwona wiedźma". Wielu wierzy, że to ona pociągała
za sznurki. Slobo bardzo kocha Mirę. - Trzymają się za ręce jak nastolatki -
opowiadał wzruszony strażnik. Tym razem relację z sądu oglądała w telewizji w
Belgradzie. Na sali sądowej, a przesłuchań od lipca ub.r. było już kilka,
upadły dyktator zmienia się w butnego aroganta, wystrojony w krawat w
jugosłowiańskich barwach narodowych. - Nic nie powiem. Uznaję trybunał za
nielegalny - taka jest jego linia obrony. Odmawia zeznań, ostentacyjnie ziewa,
wygłasza napastliwe perory. Nie chce obrońcy. Wygląda, że czuje się raz jeszcze
wielkim rozgrywającym, ostatnim serbskim bohaterem. Przekonuje, że Serbia padła
ofiarą spisku, a nie rozlicza się zbrodni NATO. Wywołał cztery wojny i
nakazywał czystki etniczne. Teraz usiłuje przekonać świat, że był idealistą
broniącym narodu. Ten mistrz zwodów i manipulacji dzierżył władzę absolutną
przez 10 lat. Nie obaliły go przegrane wojny, międzynarodowe sankcje,
bombardowania NATO. Lud dał się uwieść idei Wielkiej Serbii. Dopiero oszustwa
wyborcze strąciły go z tronu, Serbowie wyszli na ulice, by odebrać mu mandat
zaufania w bezkrwawej rewolucji. Lud go pokochał, gdy w 1987 r. w Kosowym Polu
stanął na balkonie i krzyknął: "Nikt już nigdy nie podniesie na was ręki!". Z
Kosowa uczynił potem sztandarową sprawę patriotyzmu. Bez skrupułów obalił
swojego protektora prezydenta Ivana Stambolicia. - Jeśli my, Serbowie, nie
umiemy pracować, to z pewnością umiemy walczyć - mówił z dumą, gdy
zaprzysięgano go w 1989 r. na prezydenta Serbii. W 1990 r. zaczęła rozpadać się
potitowska Jugosławia, serbskie oddziały zajęły część Chorwacji i dwie trzecie
Bośni. Wszystkie ziemie zamieszkane przez Serbów miały znaleźć się w jednym
państwie, a on miał być jego wodzem. Serbscy dowódcy rozpoczęli rzeź Vukovaru,
Dubrownika, Sarajewa, Omarskiej, Srebrenicy. Nie ulega wątpliwości, że to
Belgrad słał rozkazy i pieniądze. Choć zyskał przydomek "rzeźnika Bałkanów", w
Dayton podczas podpisywania pokoju stał się jedynym rozmówcą Zachodu. Zachód
gardził nim, ale widział w nim, o ironio, człowieka, który może uspokoić
Bałkany. Skwapliwie oddał część łupów za status męża stanu. Nie ustąpił jednak
w Kosowie. Naraził naród na bombardowania NATO i kolejną klęskę. Za zbrodnie na
cywilach znalazł się na czele listy oskarżonych przez haski trybunał. Lud miał
dość rozkradania kraju przez jego rodzinę i kumpli i nie darował mu fałszerstw
wyborczych. I tak przepadł w wyborach prezydenckich w 2000 r. Vojislav
Kosztunica zdobył 54 proc. głosów. Próbował jeszcze jednej manipulacji, ale
demonstranci wzięli szturmem parlament. Żył w luksusowej willi w Belgradzie do
1 kwietnia ub.r., gdy nowe władze postanowiły go aresztować. A 28 czerwca
siedział już w samolocie do Hagi.
[Powrót...]