Gość: Stary
IP: *.clover.com.au
13.03.02, 11:19
Irytacja młodych Niemców na ciągłe przypominanie im nazistowskiej przeszłości
Niemiec jest doprawdy bardziej uzasadniona niż irytacja młodych Polaków na
przypominanie im, że PRL istniała, i to znacznie paskudniejsza niż im się
wydaje. Dlaczego?
Jedno słowo: DENAZYFIKACJA.
Jakkolwiek niekonsekwentna, niedokończona i nie uwieńczona pełnym sukcesem by
nie była polityka denazyfikacji Niemiec po zakończeniu II wojny światowej, jest
faktem, że w Polsce po upadku PRL nie doszło w ogóle do żadnej - nawet
niepełnej i niekonsekwentnej - dekomunizacji.
Dekomunizacja została udaremniona krzykiem i groteskowymi argumentami, przez
tych, którzy mieli na niej najwięcej do stracenia, czyli przez samych
komunistów. Daliśmy sobie wszyscy wmówić, że pies powinien mieć decydujący głos
w sprawie sensu lub bezsensu zatrudnienia rakarza. Dziś jest na dekomunizację
prawdopodobnie już za późno.
Winni zmarnowania życia pokolenia Polaków w latach 1944-89 i cofnięcia
cywilizacyjnego Polski o 50 lat względem Europy Zachodniej, uniknęli już nie
to, że kary, ale nawet odsunięcia od prominentnych stanowisk życia
publicznego. Skutki jakie są, każdy widzi. Tylko patrzeć, jak postawią
Jaruzelskiemu pomnik w Warszawie, a na cokole będzie napisane "Bojownikowi o
Wyzwolenie spod Jarzma Komunizmu - Rodacy". Ciekawe, czy odlany w brązie
Jaruzelski będzie miał na piersi swój Order Lenina.
Nie bez przyczyny trudno znaleźć dziś we współczesnych polskich publikacjach
choćby słowo o denazyfikacji. Warto spojrzeć do źródeł zagranicznych, w druku
lub w Internecie.
Alianci zachodni uwięzili w Niemczech, w końcowej fazie wojny 178 000 członków
NSDAP jako byłych funkcjonariuszy partii nazistowskiej i państwa
hitlerowskiego, w celu przeprowadzenia dochodzeń i ewentualnego ukarania.
Rosjanie uwięzili, w swojej strefie okupacyjnej, 67,000 członków NSDAP. 12
stycznia 1946 roku Aliancka Rada Kontroli Okupowanych Niemiec (Allied Control
Council for Germany) wydała wytyczne dla procesu denazyfikacyjnego, a 12
października 1946 przepisy wykonawcze. Przepisy denazyfikacyjne wymagały, aby
każdy były członek NSDAP został sklasyfikowany w jednej z pięciu kategorii:
6. Przestępca wysokiego znaczenia (major offender);
7. Przestępca (offender);
8. Przestępca małego znaczenia (lesser offender);
9. Szeregowy nazista (follower);
10. Osoba wolna od zarzutów (person exonerated)
Każdy członek NSDAP musiał złożyć w alianckiej komendanturze wojsk okupacyjnych
wypełniony, niezmiernie szczegółowy kwestionariusz z życiorysem, dokładnie
opisując co robił w latach 1933-45, czym zarządzał, jakich miał podwładnych i
kto to może potwierdzić. Wielu klamało, wielu pomyślnie się wykręciło. Ale
wielu podało prawdę, wielu zlapano na kłamstwie, wielu zostało ukaranych.
W 1948 roku Rosjanie zakończyli denazyfikację w swojej strefie okupacyjnej,
ponieważ uznali, że nie ma już potrzeby jej kontynuowania. Kogo mieli
rozstrzelać lub wywieźć - wywieźli i rozstrzelali. Pozostali naziści
przyłączyli się do partii komunistycznej. Aż do ostatnich dni NRD w Biurze
Politycznym Komitetu Centralnego wschodnioniemieckiej partii komunistycznej
(SED) znajdowały się osoby z nazistowską przeszłością.
W zachodnich strefach okupacyjnych Niemiec proces denazyfikacji (przejęty po
1948 roku od alianckich władz wojskowych przez cywilne władze niemieckie) trwał
aż do 1954 roku. Wydano dobrze ponad trzy miliony (dokladnie 3 410 728)
postanowień denazyfikacyjnych - albo oczyszczających z zarzutów, albo
zakazujących piastowania funkcji publicznych, albo kierujących akt oskarżenia o
popełnione przestępstwa do niemieckich sądów powszechnych.
Proces denazyfikacji w Niemczech był pełen sprzeczności i niekonsekwencji. Ale
nie aż takich, aby na przykład
- były Reichsminister mógł zostać prezydentem Niemiec,
- były gauleiter NSDAP mógł zostać premierem,
- byli pracownicy gestapo i RSHA trzonem służb specjalnych powojennego
państwa,
- były sędzia Volksgericht III Rzeszy dalej sędzią,
- były prokurator Rzeszy dalej prokuratorem, albo
- były ambasador Rzeszy dyrektorem departamentu w niemieckim MSZ.
Tego w Niemczech nie było.
Nie bez pewnej racji irytują się zatem młodzi Niemcy, gdy stawia im się ciągle
do oczu III Rzeszę. Zwłaszcza, kiedy robią to Polacy, którzy odpowiedzialnych
za PRL zasadniczo uwolnili od wszelkiej odpowiedzialności, winy i kary. Według
dzisiejszych polskich kryteriów i praktyki, ścisłe kierownictwo III Rzeszy
zostałoby w 1945 roku zrehabilitowane na zasadzie "grubej kreski" i
przyłączyłoby się do powojennej odbudowy Niemiec.
Samemu sobie proszę odpowiedzieć, jak długo PRL-owski smród komunizmu ciagnąć
się będzie za III Rzeczpospolitą pod nieobecność - najłagodniejszej choćby -
dekomunizacji.
Na przykład takiej, w której byli etatowi funkcjonariusze PZPR od szczebla
sekretarza POP PZPR w górę nie mogliby zajmować stanowisk w administracji
państwowej, publicznych mediach, oraz przedsiębiorstwach z udziałem
(większościowym lub mniejszościowym) skarbu państwa, a także nie mogliby
kandydować do parlamentu przez okres, powiedzmy, 10 lat od daty wydania
certyfikatu dekomunizacyjnego . Mogliby natomiast spokojnie robić pieniądze w
sektorze prywatnym - z własnym, nie państwowym, kapitałem - i korzystać z
wszystkich innych praw obywatelskich. To tylko jedna z niezliczonych możliwości
wyrażenia dawniejszym "właścicielom PRL" łagodnej dezaprobaty.
Podkreślam, że nikt nigdy nie nawoływał w Polsce do jakiejkolwiek zemsty nad
trzema milionami szeregowych członków PZPR, których znakomita większość była w
partii ze strachu, konformizmu, głupoty lub małości. Nikt nigdy nie nawoływał
do żadnej "nocy długich noży", wieszania na latarniach, obozów pracy na trzy
miliony więźniów, czy nawet do osadzenia w więzieniach członków Politbiura. Ale
nieusunięcie z życia publicznego, powiedzmy, pierwszej pięćsetki
tzw. "działaczy partyjno-państwowych" PRL, dotrzymanie im gwarancji
nietykalności obiecanych w Magdalence, to był śmiertelny błąd.
Wiele jeszcze razy wszyscy będziemy przeklinać nasz konformizm, głupotę, małość
i ociąganie się z wyczyszczeniem PRL-owskiej stajni Augiasza. Nie jest żadnym
argumentem, że Wojciech Jaruzelski czy Mieczysław F. Rakowski nikogo OSOBIŚCIE
nie zabili. Osobiście nie zabił nikogo również Heinrich Himmler, kochający
dzieci i zwierzęta jarosz i miłośnik muzyki poważnej, ani Joseph Goebbels,
inwalida, wzorowy mąż, kochający ojciec pięciorga dzieci.
Ja naturalnie nie mam żadnych złudzeń, że jakakolwiek dekomunizacja naprawiłaby
krzywdy czy dokonała choćby cząstkowych zadośćuczynień. Procesowi denazyfikacji
w Niemczech też nie udało się tego dokonać.
Ale ważne jest choćby cząstkowe oczyszczenie atmosfery społecznej, moralne
potępienie komunistycznego plugastwa, o którym każdy słyszał, ale dziś wymyśla
dla niego miliony usprawiedliwień i uzasadnień. Jak wiadomo, śnieg przeszłości
jest zawsze bielszy, a kobiety cnotliwsze, więc PRL też się staje się coraz
bardziej pozytywna w miarę upływu czasu.
Niemcy jakoś sobie z tym poradzili. Jakoś się nie słyszy o masowej nostalgii
gówniarstwa za III Rzeszą w Niemczech. Publiczne pochwalanie nazizmu jest w
Niemczech ścigane i karane przez prawo. W Polsce, chór chwalców PRL nie słabnie
ani na chwilę. Zawołanie wielu dzisiaj to "za komuny było lepiej", czy
wręcz "komuno wróć!". W Niemczech, za napis na murze "Hitler wróć!" można
całkiem realnie trafić do więzienia.
Wymiar braku dekomunizacji w Polsce jest przede wszystkim moralny. Brak
czyjejkolwiek i jakiejkolwiek odpowiedzialności za 45 lat zniewolenia Polakow
zaowocował przerażającym wzrostem już i przedtem wysokiego poziomu polskiego
cynizmu i nihilizmu. Dziś, wszyscy w kraju wiedzą już na pewno, że nie ma
takiego świństwa, którego jeden Polak drugiemu by nie zrobił, nie ma takie