starywiarus
19.09.02, 13:25
Od dłuższego czasu jestem zwolennikiem hipotezy, że zbliżający się akces
Polski do Unii Europejskiej oznacza zbliżające się niemiłe przebudzenie
zamordystów polskich, z ręką po samo ramię zanurzoną w nocniku.
I bardzo dobrze.
Zjednoczona Europa jest bowiem, przy całych swoich biurokratycznych i
politycznych wadach, oparta na zachodniej definicji obywatela jako
suwerennego podmiotu politycznego, oraz na zachodnim modelu stosunków państwo-
obywatel, a nie na carskim modelu trzymania ludności podbitego terytorium za
mordę, żeby się nie mogła zbuntować, udoskonalonym po II wojnie światowej
przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, czyli dzisiejszą SLD.
http://www.wirtualnapolonia.com/teksty.asp?TekstID=3177
Zacytowana za PAP wypowiedź pani minister Hubner w Brukseli, że Polska
powinna się "zabezpieczyć" przed drenażem mózgów do krajów UE, stanowi jeden
z wczesnych znaków, że oto wyciągnięta po unijne pieniądze dłoń
Rzeczypospolitej po raz pierwszy musnęła opuszkami palców powierzchnię
wiadomego płynu we wspomnianym naczyniu.
Nie uda się tak klasie rządzącej III RP wykręcić, żeby i unijne pieniądze
brać, i poddanych na smyczy trzymac. Unijną marchewkę z Brukseli oburącz
odbierać i rozdzielać między swoich kumpli, ale jednocześnie tęgi kij na całą
resztę własnej ludności dalej ściskać w garści. Albo, albo.
Moim zdaniem, Unia wie, co ma myśleć o spadkobiercach Politbiura, i dobrze
wie co robi. Świadczą o tym odbywające się ostatnio w Polsce unijne kontrole
procedury rozdziału brukselskich funduszów SAPARD, koncentrujące się dziwnym
trafem tam, gdzie kompetentnych urzędników wymieniono na politycznych kumpli
SLD-ecji. Również świadczy o tym całkowity brak pośpiechu Unii w sprawie
dopuszczenia Polski do pełnego członkostwa strefy Schengen. Bez członkostwa
Schengen bardzo trudno będzie Warszawie zrealizować tzw. "marzenie
Stachańczyka", to jest na przykład upierać się, że Unia nie powinna np.
wpuszczać do Francji niektórych Kanadyjczyków, technicznie posiadających
również obywatelstwo polskie, jeśli nie przedstawią na lotnisku w Paryżu
paszportów polskich.
W wypowiedzi minister Hubner dostrzegam pierwsze nuty paniki autorytarnej
władzy dysfunkcjonalnego państwa, która zaczyna sobie zdawać sprawę, że po
przystąpieniu Polski do UE wykształcona młodzież, której się nie spodoba
tradycyjna polska upierdliwość waaadzy, zamiast od rana do nocy tyrać na
niebotyczne podatki idące na utrzymanie pół miliona urzędników i paru
milionów politycznych klientów waaadzy, oraz pokornie stać w kolejce do
okienka, żeby siedząca tam panienka miała na kogo pokrzyczeć, zacznie po
prostu wynosić się gdziekolwiek tam, gdzie państwo jest mniej konfrontacyjne,
agresywne, inwazyjne i upierdliwe. Unia zapewni tej młodzieży potencjalną
alternatywę, w dodatku alternatywę pozostającą poza kontrolą władz RP.
Nic na to nie pomoże popularna ostatnio w kraju propaganda, że "tak samo jest
wszędzie", ponieważ nie jest; tego prostego faktu nie da się ukryć.
Klasyczny, ponadczasowy i ponadustrojowy odruch polskiej waaadzy panstwowej
reagującej na potencjalne zagrożenie swojej wszechmocy i bezkarności to
zabronić, zakazać i ustanowić wyrafinowane przeszkody administracyjne. Ale
dzisiaj tu właśnie jest polski pies policyjny pogrzebany. Nie da się jedną
ręką zgarniać brukselskich funduszów i posad, a drugą odpisywać na zapytania
Trybunału Europejskiego w Strasburgu, że Biuro Polityczne KC PZPR stanowczo
potępia mieszanie się imperialistów Zachodu w wewnętrzne sprawy Polskiej
Rzeczypospolitej Ludowej, która kategorycznie zastrzega sobie suwerenne prawo
okazywania nieogranicznej upierdliwości administracyjnej wobec własnych
obywateli oraz uwiązania ich na tak krótkim państwowym łańcuchu, jak się
tylko waaadzy państwowej spodoba.
Czasy się bowiem zmieniły. Natomiast polska klasa rządząca i korpus
urzędniczy dalej znajdują się duchem w roku urodzenia Prezydenta RP (1954) i
nie znają żadnego innego sposobu sprawowania władzy niż etatyzm autorytarny
(tj. cała władza w rękach państwa-suwerena, traktującego swych obywateli-
poddanych przedmiotowo, kładącego nacisk na władzę państwa i przymus
państwowy, a nie na suwerenność obywatela jako podmiotu politycznego i
prawnego).
Jest zupełnie spokojnie do pomyślenia, że za pięć lat na przykład taksówkarz
z Katowic będzie wolał jeździć jako nocny zmiennik dla dużego
przedsiębiorstwa taksówkowego w Düsseldorfie, za umiarkowaną stałą pensję
plus napiwki, i mieć święty spokój, zamiast zarabiać nawet trochę więcej w
Katowicach, ale za to użerać się bezustannie z pół tuzinem urzędów w
rodzinnym mieście o koncesję, licznik, przegląd, legalizację, homologację,
znaczek, plombę, pozwolenie, zaświadczenie, oraz nakaz płatności ze środy na
piątek i siedem pieczątek. Pojeździ tam trzy-cztery lata, a potem pomyśli o
sprowadzeniu do Düsseldorfu żony i dzieci. Ta rodzina już nie wróci.
Jest zupełnie prawdopodobne, że na przykład świeży absolwent polskiej
wyższej uczelni zamiast gorączkowo szukać wejść, dojść i znajomości by
otrzymać w Polsce jakąkolwiek pracę, najpierw skoncentruje się na nauce
języków obcych, a potem z własnej albo rodziców kieszeni zapłaci za
pośrednictwo wyspecjalizowanej firmie szwajcarskiej albo brytyjskiej, która
znajdzie mu skromne i przeciętnie płatne stanowisko na belgijskiej czy
portugalskiej prowincji, z którego następnie młody Polak będzie piął się w
górę po profesjonalnej drabinie już własnymi siłami, polskie urzędy i ich
nawyki znając jedynie ze słyszenia. Ten absolwent też nie wróci, by znowu się
w Polsce użerać z tłustą biurwą, wściekłą, że jej przerywają picie kawy.
Jest zupełnie niewykluczone, że niezadługo na przykład co drugi warszawski
docent ginekologii i położnictwa porachuje sobie na kartce straty i zyski,
zamyśli się głęboko, porozmawia przez telefon ze swoim holenderskim kolegą, a
potem, nikomu się nie opowiadając, przeniesie swoją praktykę, mieszkanie i
rodzinę na stałe do Amsterdamu, gdzie będzie mógł przestać się przejmować
poglądami wielebnego księdza prymasa na przerywanie ciąży. Po pięciu latach
zostanie ogólnie szanowanym obywatelem holenderskim, a pacjentki, jak będzie
trzeba, to i z Warszawy do niego przyjadą. Docent także nie wróci, by brać
udział w panelach dyskusyjnych nad kwestią świętości życia poczętego, lub
zastanawiać się, czy preambuła do Konstytucji RP powinna, czy nie powinna
wspominać Pana Boga. Będzie zbyt zajęty budowaniem letniej rezydencji na
Costa Brava i dozorowaniem swoich inwestycji, poczynionych na londyńskim
rynku papierów wartościowych.
No i co zrobicie, zamordyści Rzeczypospolitej, tym wszystkim Polakom, którzy
odpowiedzą na wtykanie waszego państwowego nosa do wszystkiego, oraz coraz
większą indolencję i upierdliwość waszych urzędników, za pomocą "głosowania
nogami"? Skala takiego ruchu emigracyjnego może grubo przekroczyć "Wielką
Ucieczkę" lat 1980-85, kiedy PRL opuściło na stałe ponad milion osób. 250 000
osób wyjechało na stałe z Polski w 2000 i 2001 roku. Te tłumy - ten milion
osób w latach 80-tych, i te ćwierć miliona u progu XXI wieku - nie opuściły
kraju z przyczyn politycznych; niekoniecznie też wyjechali ci ludzie za
chlebem w potocznym tego słowa rozumieniu.
Różne są zdania; ja uważam, że wyjechali przede wszystkim po to, żeby mieć
raz na zawsze od syczących z zazdrości rodaków i obsesyjnego na punkcie
swojej wszechmocy państwa święty spokój, w poszukiwaniu elementarnej godności
życia i długoterminowej stabilizacji.
Te rzeczy są totalnie niedostępne w Polsce; można mieć pieniądze, ale
spokoju nikt w "polskim kotle" nie ma, mieć nie może i nie będzie, za żadną
kasę. Jak nie namolne państwo ciągle czegoś chce, to rodacy starają się jeden
drugiemu wejść na głowę, żeby pokazać temu pod spodem, że ten na wierzchu
jest górą.
Po wstąpieniu do UE, kiedy z