americanin
15.05.03, 01:58
Swiat nie jest ani bardziej otwarty ani bardziej zamkniety przed Polakami niz
przed jakakolwiek inna nacja. Sa roznice materialne, cywilizacyjne, rozmite
upierdliwe ograniczenia formalne etc., ale to zalezy z kim swoje szanse masz
porownywac i w jakim kraju. Pracowalem pare lat w Afryce, i zapewniam, ze
nawet znakomicie wyksztalcony Ugandyjczyk z dyplomem najlepszych zachodnuch
uniwersytetow bedzie mial bardzo powazne klopoty adaptacyjne np. w Austrii
lub Niemczech.
Z drugiej strony, sa kraje tradycyjnej imigracji, mlode wielokulturowe
spoleczenstwa zbudowane przez ludzi, ktorym z roznych powodow bylo za ciasno
w swoich krajach (USA, Kanada, Australia), ktore sa znacznie bardziej
tolerancyjne i nie stawiaja ponad wszystko "wiezow krwi". Bariera odleglosci
jest w dzisiejszej dobie szybkiego transportu i jeszcze szybszego Internetu
zludna i czysto psychologiczna.
Nie czuje sie na silach nic nikomu doradzac. Emigracja (a nawet wyjazd nie na
stale, ale na dluzej) to decyzja co najmniej tak samo osobista i na podobna
skale, co zajscie z pelna premedytacja w ciaze. Ale tak samo jak rozmnazanie,
emigracja mozliwa jest do wykonania raczej tylko przed osiagnieciem pewnego
granicznego wieku (30? 35? 40? - jest dosc znaczny indywidualny rozrzut,
istnieja rowniez heroiczne wyjatki, ktore wyemigrowaly pozniej, ale to juz
raczej tylko w sytuacjach przymusowych).
Emigracja bardzo ksztalci, bardzo utwardza, pozwala zobaczyc, ze swiat jest
wiekszy niz Polska, oraz ustawia problemy polskie we wlasciwej skali. Nawet z
wszystkimi mozliwymi zastrzezeniami, ja nadal jestem za. To doswiadczenie
zyciowe jest nie do zdobycia inna droga, a przyszlosc (w Poslce i wszedzie
indziej) nalezy do tych, ktorzy sie szybko naucza dobrze znosic zmiane i
przystosowaywac do warunkow - zas tego emigracja uczy swietnie.
Gwarancji bezpieczenstwa materialnego i emocjonalnego dla emigranta nie ma,
nigdy nie bylo i nigdy nie bedzie - pierwszy test na to, czy sie nadajesz do
zycia gdziekolwiek poza Polska jest: czy potrafisz swiadomie podejmowac
ryzyko?
Nie nalezy tez jednak przesadzac z percepcja tego ryzyka - opowiesci o
blyskawicznym stoczeniu sie na dno na emigracji i twardym ladowaniu w
(metaforycznym lub rzeczywistym) zapluskwionym burdelu pochodza glownie od
nawiedzonych 'prawdziwych Polakow' oraz osob, ktore emigracje znaja z
trzeciej reki, a czas spedzony poza Polska w ciagu ostatnich dziesieciu lat
mierza w dniach albo tygodniach. Ryzyko mozna ograniczyc przez przygotowanie:
wyksztalcenie, jezyk, kontakty z zagranica, wyjazdy "rekonensansowe",
nawiazanie znajomosci czy przyjazni zanim sie skoczy na glowe do tego basenu.
Nigdy nie bedzie jednak wiadomo do konca i na sto procent, czy w basenie jest
woda.
Swiat na emigracji a zycie w Polsce to troche jak pelny Atlantyk porownany z
materacem dmuchanym na dzikiej plazy na jeziorach mazurskich. Ani przyjazny,
ani wrogi, ale bezwzgledny i wymagajacy napiecia uwagi, by nie zostac
zgniecionym. Na dobrze znanej plazy nie trzeba wiele myslec, mozna sie
odprezyc, a najwiekszy dylemat, to czy sie opalac w majtkach czy bez, i w
jakim towarzystwie. Na srodku Atlantyku ma sie pare innych problemow -
nawigacyjnych i decyzyjnych. Ale za to poczucie satysfakcji z pokonania
Atlantyku jest znacznie glebsze niz z pokonania lasnych zahamowan na dzikiej
plazy.