kerczer
05.02.08, 02:57
www.rp.pl/artykul/89746.html
Polacy nie są zorganizowani i nie mają swojego kandydata
Spacerując ulicami nowojorskiego Greenpointu – jednego z największych skupisk
Polonii w USA – trudno się zorientować, że lada dzień odbędą się tu bodajże
najbardziej ekscytujące prawybory prezydenckie w historii. Nie widać
wyborczych plakatów czy tablic reklamowych. Stojąca na głównym skrzyżowaniu
dzielnicy kobieta przebrana za Statuę Wolności nie zachęca do głosowania na
Hillary Clinton, lecz do korzystania z usług firmy doradztwa podatkowego. –
Owszem, zainteresowanie wyborami jest. Mój zięć powiedział nawet, że pierwszy
raz zagłosuje. Ale na kogo, to nie wiem – mówi sprzedawczyni w polskim sklepie
mięsnym przy Manhattan Avenue. Mniej więcej tyle samo obserwatorzy
amerykańskiej sceny politycznej wiedzieliby o preferencjach wyborczych
Polonii, gdyby chcieli je poznać.
– Polonia, niestety, nie jest zorganizowana, nie idzie na wybory wspólnym
frontem. Nie mamy nawet badań opinii publicznej czy statystyk wyborczych,
jakimi dysponuje na przykład społeczność latynoska w Ameryce – mówi redaktor
„Nowego Dziennika” Andrzej Dobrowolski, który od lat pisze o tym problemie na
łamach nowojorskiej gazety polonijnej. Efekt: nikt nie wie, jak licznie i na
kogo zagłosuje Polonia. – Pobieżne rozeznanie wskazywałoby, że na Clinton, ale
to tylko domysły – podkreśla Dobrowolski.
– Albo na Hillary, albo na Obamę, nie mogę się zdecydować. Ale głosować będę z
pewnością – mówi pani Justyna, która mieszka w Nowym Jorku od niemal 20 lat.