lott81
20.08.08, 22:00
Witam,
Chciałbym poruszyc temat dotyczacy tego jak z perspektywy czasu oceniacie swoje wyjście z choroby. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, że pomimo tego , że teoretycznie jesteście zdrowi, to zniknięcie objawu, nie oznacza zniknięcia przyczyny?
Nie jestem już chory od kilku dobrych lat. Teoretycznie, nie mam problemu ani z wagą (nie zwracam na to uwagi), wyglądem, przejadaniem się, potrzebą zrzucenia kg, nie targają mną silne kompulsyjne ataki objadania się itd. Teoretycznie wygląda na to, że terapia przyniosła dobre rezultaty.
Coś jednak nie daje mi spokoju, ponieważ odnajduję w swoich zachowaniu podobne mechanizmy, tylko o mniejszej sile i mniejszym negatywnym oddziaływaniu na moje życie. Byc może jest to naturalne dla wszystkich ludzi, ale ponieważ byłem chory na bulimię dlatego zwracam na to szczególną uwagę.
Dla przykładu: Nie lubię uczucia sytości. Są ludzie, którzy lubią się objadac i później odczuwają stan błogiego najedzenia. Więc ja nie objadam się, zostawiam kanapkę, pół. Nic w tym dziwnego - można powiedziec, ale patrząc na to bardziej analitycznie, ma to przełożenie na moje życie.
Właściwie zjadam rzeczy, które znam. Oczywiście bo je lubię. Ale staram się nie jesc np. ciast i ciastek typu pączki, napoleonki itd, dopóki nie zacząłem pracowac w korporacjach, to nie jadałem obiadów. A więc posiłków, które dają człowiekowi poczucie sytości. Ciekawi mnie to, bo podskórnie czuję, że wynika to z asekuracji. Paradoksalnie czekolada jest ok, ale takie zajebiste ciastko z kremem już uruchamia lampkę.
Mógłbym wiele podobnych rzeczy wymienic, ale najważniejsze o czym chciałbym napisac, są związki z kobietami. W skrócie, angażuję sie w relacje z kobietami, z którymi takiej "sytości" osiągnąc nie mogę. Albo są niedostępne do nawiązania głębokiej relacji, albo ja się wycofuję.
Jestem ciekaw waszych doświadczeń.
Pozdrawiam