Dodaj do ulubionych

Kilka lat po...

20.08.08, 22:00
Witam,

Chciałbym poruszyc temat dotyczacy tego jak z perspektywy czasu oceniacie swoje wyjście z choroby. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, że pomimo tego , że teoretycznie jesteście zdrowi, to zniknięcie objawu, nie oznacza zniknięcia przyczyny?

Nie jestem już chory od kilku dobrych lat. Teoretycznie, nie mam problemu ani z wagą (nie zwracam na to uwagi), wyglądem, przejadaniem się, potrzebą zrzucenia kg, nie targają mną silne kompulsyjne ataki objadania się itd. Teoretycznie wygląda na to, że terapia przyniosła dobre rezultaty.
Coś jednak nie daje mi spokoju, ponieważ odnajduję w swoich zachowaniu podobne mechanizmy, tylko o mniejszej sile i mniejszym negatywnym oddziaływaniu na moje życie. Byc może jest to naturalne dla wszystkich ludzi, ale ponieważ byłem chory na bulimię dlatego zwracam na to szczególną uwagę.
Dla przykładu: Nie lubię uczucia sytości. Są ludzie, którzy lubią się objadac i później odczuwają stan błogiego najedzenia. Więc ja nie objadam się, zostawiam kanapkę, pół. Nic w tym dziwnego - można powiedziec, ale patrząc na to bardziej analitycznie, ma to przełożenie na moje życie.
Właściwie zjadam rzeczy, które znam. Oczywiście bo je lubię. Ale staram się nie jesc np. ciast i ciastek typu pączki, napoleonki itd, dopóki nie zacząłem pracowac w korporacjach, to nie jadałem obiadów. A więc posiłków, które dają człowiekowi poczucie sytości. Ciekawi mnie to, bo podskórnie czuję, że wynika to z asekuracji. Paradoksalnie czekolada jest ok, ale takie zajebiste ciastko z kremem już uruchamia lampkę.
Mógłbym wiele podobnych rzeczy wymienic, ale najważniejsze o czym chciałbym napisac, są związki z kobietami. W skrócie, angażuję sie w relacje z kobietami, z którymi takiej "sytości" osiągnąc nie mogę. Albo są niedostępne do nawiązania głębokiej relacji, albo ja się wycofuję.

Jestem ciekaw waszych doświadczeń.

Pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • all-fredka Re: Kilka lat po... 21.08.08, 00:17
      Hm, nigdy nie chorowałam na anoreksję czy bulimię, ale Twoje podejście do jedzenia jest mi bliskie: nie lubię się objadać, czuć się przejedzona i taka ciężka, ciastka z kremem napawają mnie przerażeniem, wolę suche ciastka z ciemnej mąki, nie objadam się, wolę nie dojeść, zostawić niż się przejeść. Nienawidzę czuć się przejedzona, czuć się jak słoń. Tyle, że nie widzę w tym podejściu do jedzenia nic niewłaściwego. Nie jestem gruba, ani chuda, szczupła raczej. Lubię jeść, ale nie lubię siebie traktować jak śmietnik i wrzucać w siebie byle co i byle jak, nie zajadam problemów. Świat anoreksji i bulimii jest mi bliski- mam przyjaciółkę bulimiczkę i próbuję być z nią i jej pomóc. Stąd moja obecność na tym forum. Nie wiem na ile Twoje relacje z kobietami związane z podejściem do żarcia, poszukaj przyczyn, że wybierasz właśnie takie... Nie koniecznie w podejściu do jedzenia, raczej w środku siebie, w sercu swoim zapytaj o co chodzi...
      • galaaa1 Re: Kilka lat po... 21.08.08, 08:24
        ciekawy temat, watek.
        tez zastanawialam sie nad tym wszystkim wielokrotnie (juz jako osoba
        wyzdrowiala). ale, przeciwnie do Ciebie, w swoim racjonalnym dzis
        odzywianiu sie, nie dostrzegam nic chorobliwego, nienormalnego. tak
        jak napisala all-fredka, szanuje siebie i swoje cialo (i zdrowie,
        ktore niegdys bylo tak 'poniewierane' przeze mnie...) i nie wyobrazam
        sobie odzywiac sie tak, jak wiekszosc moich znajomych -
        jedzeniem 'smieciowym'. jednym slowem, dbam o to, co jem (jakosc,
        ilosc, estetyka). i raczej uwazam, ze wlasnie nienormalna jest
        postawa, kiedy czlowiekowi obojetne, co wlozy do ust, byleby nie byc
        glodnym...
        ale. jednoczesnie nie cierpie uczucia glodu, zwlaszcza
        przedluzajacego sie. znaczy to, ze nie lubie i nie moge (np ze
        wzgledu na pare schorzen, ktore mam min w spadku po chorobie -
        refluks, inne...) dlugo nie jesc, gdy juz potwornie burczy mi w
        brzuchu. nie lubie tez nie dojadac - jestem wtedy 'niespokojna' w
        srodku. dojadam (jem naprawde duzo jak na kobiete mojej postury), ale
        nie przejadam sie raczej.
        nie mam jednak paranoi na punkcie jedzenia. choc unikam 'zapychaczy',
        czasem (b. rzadko, w jakis specyficznych okolicznosciach, np tj
        imprezy) je jem i nie mam z tego powodu wyrzutow sumienia.

        a jak ta sprawa wyglada w kontakcie z ludzmi? wiekszosc moich
        znajmych uwaza, ze zdrowo sie odzywiam, ze dbam o siebie. czesto
        probuja brac przyklad :) sa tacy (ci, co zywia sie gl fastfoodami),
        co uwazaja, ze przesadzam. normalka.
        dla mnie wazne, ze czuje sie dobrze, jestem zdrowa. bo to znaczy dla
        mnie, ze sie dobrze odzywiam.

        a co do Twojego problemu z kobietami...
        hm, ciekawe...
        jest cos w tym. ja patrze czesto na to, jak, w jakis sposob i co
        jedza ludzie w moim towarzystwie. czemu? bo to bardzo swiadczy o
        czlowieku, duzo mozna sie o nim dowiedziec.





    • nienill Re: Kilka lat po... 22.08.08, 15:02
      lott81 napisał:

      > Właściwie zjadam rzeczy, które znam. Oczywiście bo je lubię. Ale
      staram się nie
      > jesc np. ciast i ciastek typu pączki, napoleonki itd, dopóki nie
      zacząłem prac
      > owac w korporacjach, to nie jadałem obiadów. A więc posiłków,
      które dają człowi
      > ekowi poczucie sytości. Ciekawi mnie to, bo podskórnie czuję, że
      wynika to z as
      > ekuracji. Paradoksalnie czekolada jest ok, ale takie zajebiste
      ciastko z kremem
      > już uruchamia lampkę.
      i tak juz chyba pozostanie :/


      > Mógłbym wiele podobnych rzeczy wymienic, ale najważniejsze o czym
      chciałbym nap
      > isac, są związki z kobietami. W skrócie, angażuję sie w relacje z
      kobietami, z
      > którymi takiej "sytości" osiągnąc nie mogę. Albo są niedostępne do
      nawiązania g
      > łębokiej relacji, albo ja się wycofuję.
      wlasciwie to mozesz sie cieszyc, ze tak to wyglada. to raczej oznaka
      twojego ciaglego "zdrowienia". problemy z jedzeniem
      najprawdopodobniej wczesniej przyslanialy te inne, najwazniejsze.
      teraz nadszedl czas, zeby pracowac nad zrodlem twoich problemow, a
      nie tylko objawami
      • beatrishe Re: Kilka lat po... 22.08.08, 20:23
        Witam autora wątku i pozostałych!
        Ja nie mam wielkiego doświadczenia związanego z "normalnym" żarciem...Od kilku
        mcy udaje mi sie nie wymiotować,staram się jeść tak jak przeciętny człowiek w
        moim wieku,jednak zgodnie z własnym uczuciem sytości...Czasami wydaje mi sie, ze
        jem za dużo, albo zbyt swobodnie ale dopóki wszystko się we mnie nie ułoży, wolę
        to niż ograniczanie, dietowanie, lub obżeranie. Nie mam rzeczy wykluczonych z
        jadłospisu, gdybym np unikała słodyczy, które uwielbiam, miałabym poczucie, ze
        znowu przemycam pod chorągiewką zdrowego jedzenia, jakąś nową dietkę, a tego
        staram się unikać...Mój smak,upodobania kulinarne, granica głodu i sytości dalej
        się chyba regulują, więc nie zaskakują mnie w tej sferze upadki i inne
        niespodzianki....
        Ale tak naprawdę nie o tym chciałam, bo tak jak napisała nienill, problemy z
        jedzeniem to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką jest choroba.Kiedyś mogłeś ich
        tak wyraźnie nie zauważać(choć pewnie pojawiały się dużo wcześniej niż sama
        buli),bo przysłaniały je objawy....Skoro pozbyłeś się tych ostatnich, czas na
        najważniejsze...wyrywanie korzeni....

        Problem z kobietami może być tylko elementem trudności w nawiązywaniu bliskości
        w ogóle.....Możliwe, ze tworzenie intymnych relacji z drugim człowiekiem,
        generalnie budzi Twój lęk, powodując np wycofywanie sie, porzucanie,
        uciekanie.....Z natury relacje z płcią przeciwną zawierają w sobie szczególna
        głębię, zakładają wtapianie się w siebie, w swoje uczucia, myśli, słabości...W
        grę wchodzą hormony, chemia,emocje, nad którymi trudno zapanować, a które
        pokazują człowieka od wew...Nawet w przyjaźni łatwiej udaje się zachować
        dystans,zamknąć sie od środka i nie zapraszać do swego wnętrza.... A to
        powoduje, ze na większą asekurację, odległość można sobie pozwolić....Stąd moja
        fantazja, ze Twoje problemy dotyczą bliskości w ogóle, a nie tylko relacji z
        kobietami. Ta ostatnia jest tylko jedną forma więzi międzyludzkich...zastanów
        sie i popraw mnie jeśli się mylę...

        Twoje podejście do kobiet wynika prawdopodobnie z lęku przed bliskością, z którą
        łączy się(tzn najlepiej byłoby gdyby tak się działo) szczerość, prawdziwość,
        autentyczność bycia, otwarcie się na partnera....Im bliższe relacje, tym większe
        wymagania, "prawa" drugiej strony, rośnie wgląd w nas,nasze pragnienia,
        oczekiwania,sprawy życia codziennego, niepokoje, kompleksy...W ogóle przybywa
        tego człowieka w naszym istnieniu. Trzeba też liczyć się z tym, ze w oczach
        drugiego człowieka będzie sie odbijało nasze oblicze
        ,bywa, ze nie chcemy się oglądać w zwierciadle...Czasami nie mamy odwagi
        popatrzeć sobie w oczy, sobie można zakryć ślepia, innym nie zawsze....
        Bywa, ze ludzie długo nie są gotowi na dzielenie się sobą, swym czasem,sercem,
        boją się odkrywania,psychicznej nagości, której można się spodziewać w intymnym
        związku. W konsekwencji w relacji z inną osobą dbają tylko o sie,własna os
        czyniąc centrum ,a w dodatku ciągle sie pilnują, zakrywają, kamuflują by za
        wiele z siebie nie odsłonić.......Możliwe, ze wtedy lepiej jest, jeśli taki
        człowiek nie będzie łączyć się z nikim, dopóki nie dorośnie i nie poczuje się
        gotowy zaprosić kogoś do własnego życia...Niedojrzałość emocjonalna nie pozwala
        bowiem stworzyć czegoś trwałego, stabilnego i stałego...Nie wytrzymuje "presji
        wymagań", ogołocenia z kłamstwa, oszustw, krętactw, nie potrafi unieść w swym
        sercu drugiego człowieka, jego potrzeb, braków i niedomagań. Ciągle szuka
        wygody, własnej przyjemności i niczym nie ograniczonej swobody.
        Każdy związek jet budowaniem czegoś wspólnego, wymaga wysiłku, poświęceń,
        zmierzenia się z własnym egoizmem, wygodnictwem, nierzadko niesie ze sobą ból,
        rozczarowania, trudne emocje.
        Może przed którąś z tych rzeczy uciekasz? Stąd wolisz lekkostrawne
        danie(flirty), które nie wymaga długiego trawienia, a wcześniej wysiłku
        przygotowania, starania się. Im jednak więcej trudu wkładasz w stworzenie
        skomplikowanego i wymagającego dzieła, tym wyższa może być Twa satysfakcja,
        zadowolenie. Pokarm, który spożyjesz może dać Ci energię, radość na długo długo
        dłużej niz 5 min.

        Kolejna rzecz, związana z dojrzałą miłością, to odpowiedzialność za to co się
        oswoiło. Bycie z drugim człowiekiem to dźwiganie podwójnych ciężarów,słabości,
        bolączek należących do kochanego, jak i składających się na to, co zwie sie
        związkiem...Dojrzała miłość to odpowiedzialna miłość, zakładająca troskę i
        dbałość o drugiego człowieka. Oznacza wspieranie go w rozwoju,ciężkich momentach
        upadków i wątpliwości. Zakochanie nie wymaga od nas tak wiele....ale
        jednocześnie niezbyt dużo nam ofiarowuje, bo tylko w miłości słodycz i radość
        bycia razem mnożona jest przez dwa.....Ogromny wkład ale "zyski" bezcenne!!!

        Ja lubię jeść ale przyjemność konsumowania doceniam od niedawna, wcześniej bałam
        się jej i unikałam jak ognia, szczególnie ostro broniłam się przed uczuciem
        sytości i tymi produktami,które w chorobie uznawałam za zakazane.Teraz poczułam
        się na tyle silna, by zmierzyć się nawet z przejedzeniem czy ciastkiem z kremem:)
        Nie zapominam jednak o dbałości w dobieraniu dla się produktów, bo szanuję swój
        organizm. Podobnie jest z ludźmi i związkami, tak jak jedzenie potrafią być
        toksyczne i szkodliwe, lepiej ich unikać i poszukać tego, co(kto)jest dla nas dobre.
        Jeśli skazujesz się na ludzi niezaspakajających głodu bliskości, to nic
        dziwnego, ze czujesz niedosyt...i nie zapełnisz tej pustki milionem
        bezwartościowych "dań".Potrzebne ci jedno konkretne:) Ale życzę Ci abyś nigdy
        nie najadł się nim do syta i zawsze miał cęeć delektowania się jego obecnością....

        a propos moich doświadczenia, to doprowadziły nie do takich wniosków, jakimi się
        z Tobą dziele...pozdrawiam




        • motorufka Re: Kilka lat po... 12.09.08, 20:17
          Ja chorowalam kilka lat.. nigdy nie bylam chuda, ale potrafilam nie
          jeść tygodniami... potem poznalam kogoos.. kto wywrocil mi swiat do
          gory nogami;)) to bylo ok 1,5 roku temu.. nie myslalam juz o
          jedzeniu, nie bylo czasu o tym myslec, bo poznawalam smaki
          milosci:)). Zmienilam się wewnetrznie strasznie.. zaczelam wyrazac
          swoje uczucia..1 raz powiedzialam Kocham, 1 raz sie rozplakalam ...
          jest zupelnie inaczej ... teraz zaczelam sie na okraglo gubic i
          odnajdywac.. pisze prace mgr na temat ED , wertuje ksiazeczki.. i
          odnajduje sens tego wszystkiego co przezylam, targaja mna ogromne
          emocje.. placze , smieje sie.. tylko nie znajduje zrozumienia :| dla
          mojego chlopaka to smieszne, nierealne ze bylam chora , nie rozumie
          moich naglych radosci i smutkow ... bo zaglebiajac sie w ta wiedze
          znowu stoje na krawedzi, mimo ze pelna sily to brakuje mi dodatkowej
          energii, ktora pomoglaby mi przeskoczyc przepasc i zapomniec o tym
          wszystkim.. szkoda
          • scarsss Re: Kilka lat po... 17.09.08, 14:23
            Nienill nie zgodze sie z toba ze to co opisuje lott81 to oznaka
            ciaglego zdrowienia...chociazby przyklad tego w jaki sposob
            wypowiada sie o zjedzeniu ciastka z kremem czy czegos tam innego co
            jest powszechnie uznawane za rzecz nie dobra dla sylwetki...to jest
            ciagle dla niego czerwona lampka a to napewno nie oznacza stawiania
            kroku w przod...ja gdy postanowilam ze walcze z bulimia tez dalam
            rade wymiotom ale tak jak i u lotta wszystkie rzeczy typu fast food
            slodycze byly dla mnie czerwona lampka i tak mi sie udawalo ciagnac
            prawie dwa lata i znowu wpadlam w to lajno...pozdrawiam
            • beatrishe do scarsss 30.09.08, 17:31
              Witaj scarssss! Wykorzystuje ten wątek, by móc się z Toba skontaktować, jeśli
              mozesz odpisz, jak nie tu to proszę na maila(beatrishe@o2.pl). Ja, w czasie
              swojej dziesięcioletniej przygody z bulimią, przeżywam właśnie okres
              bezobjawowy, to juz prawie rok. Nigdy nie popadałam w specjalna euforię tylko z
              tego powodu, że nie wymiotuje, doświadczenie nauczyło mnie, ze brak objawów to
              nie brak choroby...Starałam się byc czujna i nie dawałam się zwieść
              powierzchownym oznakom zdrowienia. Z drugiej strony cieszył mnie czas
              abstynencji...Jednak nie był on usiany różami, ponieważ przyszło mi się zmierzyć
              z innymi "skutkami ubocznymi" zdrowienia np z tyciem, dużym apetytem,i pokusami
              dietowania pod pelerynką oszczędzania się. Tak samo jak objadanie niepokoiło
              mnie zbytnie odmawianie sobie tzw "złego" żarła, postanowiłam więc nie zakazywać
              sobie niczego na co miałabym ochotę...Tym sposobem rozrosłam się do pokaźnych
              rozmiarów. W międzyczasie przyłapywałam się na myśleniu, ze to pewnie
              przejściowe, ale teraz uważam, ze niekoniecznie...a moim kolejnym wyzwaniem może
              stać się większy niż do tej pory rozmiar ciała..Powoli próbuję oswajać się i z
              taką myślą, choć nie powiem żeby szło mi to gładko. Na szczęście na tyle dobrze,
              by nie sięgać po żadne destrukcyjne środki zaradcze i nie zacząć się
              odszczuplać...Nawet ćwiczyć mi się nie chce, więc nie zmuszam się. Mam dziwne
              wrażenie, ze powinnam zmierzyć się ze swymi kilogramami....a może to tylko
              lenistwo..? Sama nie wiem,boje się eksperymentowania z dietami, bo w
              przeszłości niejednokrotnie traciłam nad nimi kontrolę, i nie wiem czy teraz nie
              byłoby tak samo....Czy nie uległabym pokusie chudnięcia i dalej nie wpadłabym w
              ten młyn głodzenia się i rzygania na przemian...co o tym myślisz..?jakie jest
              Twoje doświadczenie w tej kwestii..? O ile dobrze zrozumiałam, czerwona lampkę
              zapalającą się na widok ciastka, postrzegasz jako objaw choroby...? W mojej
              głowie też się ona czasem zapala ale z reguły ją ignoruję i postępuję jej na
              przekór, tzn jem ciacho...Tyle, ze później wcale nie jest mi do końca obojętne,
              ze spódnica się nie dopina...A może nie ma w tym nic złego, ze dostrzegam
              przybywające kilogramy, trochę się na ich widok krzywię jednak nie walczę już z
              nimi tak obsesyjnie,lub wcale...Czasem nawet widzę, ze jestem krąglutka, ale
              wcale nie czuję się przez to brzydką grubaską. Nie zachwycam się sobą ale tez
              nie pałam do się nienawiścią z powodu tłuszczyku na brzuchu i wielu innych
              miejscach...Zastanawiam się czy to przeczulenie na pkcie swojej figury bardzo
              odbiega od normy...Widzę kupę swoich koleżanek, które zwracają uwagę na
              jedzenie, figurę choć nie sa chore, może wiec "mierzenie się" to cecha
              wszystkich ludzi współczesnych czasów.Pewnie wiele zależy od miary jaką się
              stosuje, mi czasem trudno określić czy moja jest przeciętna czy juz haczy się o
              chorobę..?Ciekawa jestem twoich spostrzeżeń, doświadczeń...W ogóle co
              spowodowało, ze po tak długim okresie bez objawów ponownie w nie uderzyłaś...?I
              czy wiesz juz jakie błędy popełniłaś i czego nie warto robić? Jak ustrzec się
              przed nawrotami? Czasem widzę wpisy pod tyt: wygrałam, nie choruję rok, dwa, czy
              ileś tam...Ja nie wiem kiedy można zyskać taka pewność, by móc tak
              powiedzieć...wiem, ze na dzień dzisiejszy nie odważyłaby się tak o sobie
              napisać..bo za dużo chorego myślenia, reakcji, zachowań odnajduje pomimo braku
              objawów..Będę wdzięczna za każdą odpowiedź, z góry więc dziękuję i pozdrawiam
              serdecznie!!!!
              • galaaa1 Re: do scarsss 30.09.08, 20:51
                beatrishe, mam nadzieje, ze nie bedziesz miec mi za zle, ze sie
                wtracam do watku....
                lubie bardzo Cie czytac - madra kobieta jestes!

                "Czasem widzę wpisy pod tyt: wygrałam, nie choruję rok, dwa, czy
                ileś tam...Ja nie wiem kiedy można zyskać taka pewność, by móc tak
                powiedzieć...wiem, ze na dzień dzisiejszy nie odważyłaby się tak o
                sobie napisać..bo za dużo chorego myślenia, reakcji, zachowań
                odnajduje pomimo braku objawów..Będę wdzięczna za każdą odpowiedź..."

                chcialam tylko o jednym napisac. a wlasciwie odpowiedziec na Twoje
                pytanie (rzecz jasna, to subiektywne ujecie sprawy). kiedy mozna
                zyskac taka pewnosc, ze rzeczywiscie sie wygralo?...
                u mnie jest tak, ze wlasnie ta pewnosc mam. skad ja mam, co pozwala
                mi ja posiadac?
                pokochalam siebie taka, jaka jestem, naprawde. w zyciu (pomimo wielu
                wad - i tych czystocielesnych i tych duchowych) nie chcialabym byc
                inna! dobrze mi ze soba, kocham towarzystwo ludzi, kocham byc sama -
                w jednych i drugich okolicznosciach czuje sie super.
                to chyba o to chodzi.

                pozdrawiam Cie!

                • agatorka Re: do scarsss 30.09.08, 22:32
                  Cześć, ja też się wtrącę w tej samej kwestii. Też uważam , że jestem zdrowa.
                  Beatrishe, zdecydowana większość Twojego ostatniego posta opisuje też moją
                  historię. Różnica polega tylko na tym, że ja już skończyłam etap absolutnej
                  wolności spożywczej,delektowania się normalnym jedzeniem i zaczynam walczyć ze
                  zdobytymi kilogramami (a zdobyłam ich baaardzo dużo, nie tylko przez wracanie do
                  zdrowia z bulimii, także przez leki, i nie jestem tylko "okrąglutka").

                  Skąd wiem, ze jestem zdrowa? Bo nie zapala mi sie na codzień lampka, nie mam
                  lęków, nie mam nawet momentów paniki po objedzeniu się, widzę, czuję, ze mam
                  "trzeźwy" stosunek do jedzenia i do siebie. Absolutnie ze sobą nie walczę, nie
                  muszę (odchudzam sie zdrowo, nieortodoksyjnie, gdy złamie diete to nie mam
                  wyrzutów sumienia). W lustrze widzę grubą, ale zgrabna i raczej atrakcyjna
                  dziewczynę, nie boję się swojej nagości, czuję się bardziej kobieca niż
                  kiedykolwiek wcześniej, wierzę mojemu chłopakowi gdy mówi, ze mu sie podobam
                  taka jaka jestem. Generalnie nie mam nic z tamtego świata. Te powody sa dla mnie
                  najważniejszym potwierdzeniem zdrowia.

                  Lampka zapaliła mi sie ze dwa, może trzy razy (nie rzygam mniej-więcej od
                  czterech lat) i wbrew pozorom tylko potwierdziła, ze nie mam się czego bać.
                  Zaznaczam, że jest to najmniejsze, dużo mniej znaczące od wyżej wymienionych
                  powodów, potwierdzenie, aczkolwiek ciekawe. Zdarzyło mi się te dwa razy
                  zwymiotować, bo "zwyczajnie" było mi niedobrze,zatrułam się, albo skrajnie za
                  dużo zjadłam i straciłam cierpliwość (stwierdziłam, ze unikanie kibla dla zasady
                  za wszelką cenę jest już chyba przesadą, czułam się już bezpiecznie) i potem
                  czułam się fizycznie gó...anie (jak każdy normalny człowiek po wymiotowaniu) ,
                  ale nie czułam ani trochę euforii, ulgi psychicznej i, co najważniejsze,
                  najmniejszej ochoty, wewnętrznego pozwolenia na powtórkę (ten "jeszcze tylko
                  jeden raz"), jak to było gdy byłam na etapie zdrowienia, ale jeszcze chorowania.
                  Wtedy zdarzało mi się, ze nie wymiotowałam dwa miesiące, albo i dłużej i potem
                  był ("tylko") raz i zawsze kolejny i kolejny i tak kilka dni, tydzień i znów
                  wychodzenie.
                  Nie radzę nikomu takiego sprawdzania, czy jest się zdrowym, to zbyt ryzykowne,
                  ale mi te wypadki dały pewność i wiem, że nie wrócę do bulimii. I piszę o tym
                  tylko po to, żeby zaświadczyć, ze można się od tego uwolnić. To było chyba jak
                  lampka wina dla alkoholika. Często się mówi, ze bulimia jest jak alkoholizm, że
                  jest się już zawsze chorym, ale teraz wydaje mi się, ze nie musi tak być.

                  Wierze w to, ze można się zupełnie wyleczyć z bulimii, ale myślę też, że nie
                  wszystkim może sie to udać. I na pewno najważniejsze jest zwalczenie
                  najgłębszych powodów, przez które się zachorowało. Mnie wyleczyła miłość mojego
                  chłopaka, jego akceptacja, adoracja mojego ciała i moja miłość jego
                  niedoskonałego ciała (jakie mam szczęście, ze on jest tak cudownie
                  niedoskonały!). To zmieniło moje myślenie o pięknie w ogóle, jego ważności i o
                  moim pięknie. Pewnie były też inne zmiany, ale te były najwyraźniejsze i chyba
                  najważniejsze. Wiem,że zmieniłam się,jestem przekonana, że korzenie bulimii
                  zostały u mnie wyrwane i to jest kolejne potwierdzenie dlaczego wydaje mi się,
                  ze mogę mówić o sobie "zdrowa".


                  pozdrawiam :)
                  • beatrishe dzięki 01.10.08, 20:15
                    Dziękuję Wam za podzielenie się własnymi spostrzeżeniami. Wierzę, że i ja kiedyś
                    będę mogła w ten sposób powiedzieć, ale na razie jeszcze kawał drogi przede
                    mną...Czeka mnie najtrudniejsze zadanie: przeniesienie tego co wiem w sferę
                    czucia i zycia w ogóle...Jak dla mnie paskudnie trudna robota. Tymczasem jeszcze
                    raz dziękuję i ciepło pozdrawiam, życze siły i dalszej pogody ducha....
              • scarsss Re: do scarsss 01.10.08, 03:49
                beatrishe wyslalam Ci wiadomosc mailem pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka