szafirowa_noc
11.01.09, 01:55
witam forumowiczki, nie mam na co dzień do czynienia z prawem, więc może tutaj
mi ci co są bardziej obeznani w temacie naświetlą sytuację. dziś byłam u
mojego byłego spróbować pogadać na spokojnie. mamy dwie malutkie córeczki, i
nie mam pracy, chociaz mozolnie dopracowuję braki nocami, żeby dobić w swoim
czasie do czegoś lepszego niż kasa fiskalna. mąż pracuje sobie w holandii,
jest w jednym z lepszych zawodów, na monterce okrętów. po wielkiej i zażartej
walce o trzeżwą ocenę sytuacji jakiś czas temu wywalczyłam alimenty i
obietnicę , że przestanie olewac sprawę. 2 lata temu wyjechał, przed wyjazdem
prosił mnie o pomoc w załatwieniu tego wyjazdu, który miał byc szansą dla nas
na jakieś unormalizowanie tej sytuacji. moja pomoc ograniczyć się miała do
podpisania się na kredycie, bo jesteśmy jeszcze oficjalnie małżeństwem, ja po
wielkiej bitwie w głowie sama ze swoimi myślami zdecydowałam się to zrobić,
bez tego nie dostałby tego kredytu.
strona prawna która jest dla mnie na razie niemożliwą do przewidzenia, dotyczy
dzieci, nie pieniędzy. próbuję naświetlić sytuację. tamte pieniądze (4 000,-
zł) miały byc na opłacenie przejazdu do holandii, kupienie jakichś ciuchów,
walizki, zapas na mieszkanie i w ogóle już nie pamiętam co tam mi nawciskał,
no ale fakt faktem , że jak się jedzie do pracy w świat, i to z zamiarem
zostania na zawsze to każdy głupi rozumie, że nie można jechać gołym. moje
oponowanie, że to za dużo, na nic się zdało. w każdym bądż razie miało to być
na wyjazd. kasę dostał, wyjazd miał załatwiony na pażdziernik, to był wtedy
koniec sierpnia. ja nie dostałam od niego wtedy żadnych alimentów, na ten
sierpień. przyjechali mi z elektrowni odciąc prad i nawet nie miałam siły
mówić, tak płakałam, i facetowi chyba serce się pokroiło, bo nie odciął, od
chrzestnej pożyczyłam te głupie 100 zł, że niby tak rata, i wpłaciłam,
pojechałam 2 tygodnie pożniej do niego, bo taniej mi wychodziły bilety niż
dzwonienie, które w dodatku było olewane. mało trupem nie padłam, jak jego
mama mnie poinformowała, że właśnie wczoraj wrócił (mieszkamy oboje koło
Gdańska), od dziewczyny swojej która mieszka na Mazurach i WSZYSTKO wydał na
hotel i duperele kiedy był tam z nią. ja nie uwierzyłam, mówiłam ze może ma
gdzieś schowane, ale powiedziała że nie, i że sam się jej przyznał, i jeszcze
powiedział czy mu pożyczy na ten cholerny bilet do tej holandii. jego mama czy
mu pożyczy.
to tylko początek bajki, dalej było naprawdę jak w bajce- w sierpniu teściowie
nie mogli kompletnie mi pomóc, nie byli w stanie. we wrześniu dostałam od
komornika przekaz (ściągnięte alimenty z wypłaty) w kwocie 61 zł. prąd nade
mną wisiał, myślałam że oszaleję ze strachu, bo podłaczanie prądu kosztuje w
tysiącach podobno. ktoś z rodziny mi znowu pożyczył, i wpłaciłam kolejną
stówę, a jedzenie kradłam po polach ludziom - w nocy, w sklepie kobieta dawała
mi "na zeszyt" to, czego nie miałam szans zdobyć inaczej, czyli proszek do
prania itd. te warzywa od tych ludzi uratowały wtedy nam życie. w pażdzierniku
teściowie chyba się wstydzili za niego, nieważne pobudki - dali nam kilka
stów, teraz nie pamiętam dobrze, ale chyba rzędu 400 czy 500 zł. dziękowałam
Bogu, że pomogli i tylko ryczałam po nocach,że on teraz ucieknie, a ja idiotka
bedę miała odsetki od tego kredytu i zamkną mnie do więzienia. wtedy w
listopadzie mąż przyszedł, że chce wziąć drugi kredyt, naprawdę na wyjazd i że
chce pracować, a tamten i tak odda i tak. ja już nawet nie słuchałam. nie
wiem, skąd - ale wytrzasnął pieniądze, kupił za to lapatopa, spotkałam go
wtedy na mieście przypadkiem, i kazałam kupić córce starszej jakąkolwiek
zabawkę, bo nigdy jeszce nic od niego nie dostała,a kiedy byliśmy jeszcze
razem, to przebywanie z małą było dla niego fajne i przez to mała go też
kochała z całego serducha. w domu pytała mnie o to kiedy coś tata jej da, i w
końcu już nie mogłam na to patrzec, i stad ten przymus. na zaprzeczenie,że
szkoda mu pieniędzy bo maskotke sa drogie zaprowadziłam go pod kiosk, i tam
powiedziałam, że odchodzę z wózkiem na bok, a ona ma sobie wybrać z półki z
maskotkami za 6 zł. kupił jej tygryska, zawstydził się i uciekł pytając czy
nie chciałabym pójść się pożegnac z nim do hotelu... on miał zawsze poczucie
humoru, ale nie w tym rzecz. alimentów żadnych też nie dostałam od niego, za
to od teściów było na życie też uczciwie wyłożone 2 razy po 200 zł. wyjazd
doszedł do skutku, a ja kolejną wigilię miałam w perspektywie głodną i
przerażliwie dołującą. do wigilii jakoś dociągnęłyśmy, próbowałam załatwiać
dom samotnej matki, różnych rzeczy próbowałam aż w końcu zabrakło mi sił na
wożenie dzieci na piechotę na jednym wózku w pogodę, żeby nie płacić za
bilety. wiele kilometrów wcześniej odwaliłam w lato i po prostu wysiadły mi
kolana i serce, szybciej się męczyłam, bo wiadomo - pod górkę to można oszalec
z wysiłku walczac z wiatrem. tuż przed wigilią, w ostatni dzień przed nią,
przyjechał i przywiozł za półtora miesiaca alimenty, powiedział że mam sie nie
martwic i że jedzie po sylwestrze. kupiłam dzieciom buciki, które mi się sniły
po nocach, kupiłam kurtkę cieplą starszej córce, pospłacałam długi, i byłam
dobrej myśli. potem sytuacja się ustabilizowała na 5 miesięcy- płacił uczciwie
dzieciom normalnie, po pięciu miesiąch powiedział przez telefon mamie swojej
że musi przyjechać, bo z ta wiolą do obgadania. mnie to nie interesuje, co,
pytałam tylko czy pracuje. przyjechał, został 2 tygodnie, pojechał z powrotem.
przez cały maj nie zobaczyłam wtedy grosza. w czewrcu przysłał jak gdyby nigdy
nic, za jeden miesiąc. jakoś z tego wybrnęłam, teściowie dorzucili mi 100 zł,
ale długów z rachunkami nie było, bo jestem na to uczulona. potem w lipcu nie
dostałyśmy od niego w ogóle nic, w sierpniu też nie, a tesciowie co miesiąc
raz na 2 tygodnie dawali mi całe 200 zł. tak żyłyśmy w lato. na moje straszne
prośby, żeby pomogli w opiece nad małymi, a ja pójdę gdziekolwiek, nawet do
hipermarketów sprzątać w nocy, teściowa mówiła,że raczej nie, bo za dużo
hałasu w nocy, i teściu nie może się wyspać do pracy. ja ją rozumiałam, co
miała robić, jak nie załagodzić sytuację, oni oboje pracują, mają do tego małe
dziecko, 10letnią dziewczynkę a moje córki to żywa 2latka i nerwowa na czyjąś
rękę półroczna dziewczynka. ale ja tak prosiłam, że w końcu mi uległa i za
miesiąc się zgodziła. poszłam do auchan sprzątać nocami na weekendy, ale
tesciu nie dawał rady, z tym płaczem młodszej córki przy usypianiu w
niedzielę, i po tygodniu powiedział dość. teściowa mi tłumaczyła że muszę
jakoś dać sobie radę sama.
potem sytuacja się zmieniła o tyle, ze pomagać na mogli nieregularnie, bo
kończyli ogrzewanie przed zimą, i po prostu to im zżerało kasę. ale pomagali,
starczało mi na biedne, ale jakieś - wyżywienie dla dziewczynek.w listopadzie
też nie przyszło od niego nic i w grudniu przyszło za 3 miesiące. ja tylko go
pytała co będzie za miesiąc, co odebrał jako "tylko kasa jej w głowie i
jeszcze jej mało". jeden miesiąc to u nas 1300zł. wtedy przyszło rzeczywiście,
3900zł . potem to wszytko się powterzało jeszcze 3 razy, ale teraz w wakacje
kiedy też całe lato była znowu taka bieda że nia miałam jak zrobic
jakichkolwiek zapasów na zimę, to już nie miałam siły milczec. i tak na
zmianę- pare miesiecy normalnego życia, potem przerwa na 3 albo miesiące, i
potem hurtem całość zaległości, albo opuszczony miesiąc. teraz już nie
zdzierżyłam i kiedy mi na początek grudnia znowu zakomunikował że nie da rady
po prostu, bo chory był (w czasie choroby przyjechał tu, i pił z kolegami) i
dlatego nie ma wypłaty, a chorobowe mu wypłacą za x czasu i raczej nieprędko,
już wiedziałam, nie ma wyjścia, musze do pracy. teściowa najpierw że muszę
sobie sama jakoś radzić bo ona też miała dzieci i też była z tym sama, ale
potem miałam już w nosie wszytko,tłumaczyłam jej jak otępiałej że sytuacja
jest taka że mus. muszę po prostu mieć odłożone na wszelki wypadek
jakiekolwie