Dodaj do ulubionych

nadaję z Dahab

30.09.15, 16:01
NO TO ZACZYNAMY WSPOMINKI

Dahab

Przygotowania trwały bardzo długo. Planowałem ten wyjazd praktycznie już wracając w ub. roku z Wadi – tak mam i to trzyma człowieka przy nadziei, ważne, aby nie było pustki w planach i marzeniach. Ale o tych planach przy innej okazji.
W czasie podróży niewiele się działo, choć na lotnisku miałem miłe zdarzenie. W czasie zdawania bagażu okazało się, że mam 1,8 kg ponad 20. No i „pigi” za ladą była nieugięta. Nie wiem chyba linie na nich naciskają żeby kasować za nadbagaż. W takim razie, jeśli ktoś ma mniej to powinni zwracać kasę… Oczywiście miałem „wyjście awaryjne” i już chciałem odejść i się przepakować, gdy ze stanowiska obok usłyszałem chłopaka, który zapytał „pigi” czy nie mogłaby policzyć razem ich i mojego bagażu, bo oni (był z dziewczyną) mają niedowagę a zwrotu nie dostaną 

Po łaskawym „niech będzie” przeszedłem do ich stanowiska i wspólnie dokonaliśmy odprawy.
Wylewnie dziękowałem i uratowałem 80 zł. Okazało się, że oni również do Dahab i też na własna rękę popływać na deskach. Znalazł się, więc wspólny temat – windsurfing.
Po kontroli bagażu każdy poszedł swoją drogą, bo miejsca mięliśmy obok siebie. Bezcłowa mnie praktycznie nie interesowała, bo ceny już dawno pofiksowały. Kawka z automatu, napój i 0,5 whisky, jako lekarstwo i tyle.

Cały czas korespondencja z Aishą z Planet na temat transferu, bo mi znalazła taxi za 200 LE ( a więc można  tylko dla mnie jednego to trochę nie za tanio, ale teraz jak byliśmy w trójkę to bajka. Ale o transferze potem.
Kilka słów o locie, choć to mało przyjemna część urlopu. Tym bardziej, że zafundowali nam międzylądowanie w Katowicach, co o 1,5 h wydłużyło podróż, a i tak wolne miejsca były, choć nie za wiele.

Jak zwykle w samolocie przekrój naszego społeczeństwa? Ten, co lata do Egiptowa wie, co mam na myśli. Jedno dobre, że dzieciarni mało. Za to dwa rzędy za nami towarzystwo ze Śląska zachowujące się jak w pubie. Drinkowali ostro a jedna babka miała taki przeraźliwy śmiech, że aż w uszach świdrowało, za to druga śmiała się jak drwal z puszczy, do tego jakiś gostek im wtórował od czasu do czasu. Człowiek chciały się zdrzemnąć żeby czas szybciej zleciał, ale nie da się. Początkowo zawziąłem się w sobie, ale w końcu poprosiłem stewardessę, aby uciszyła towarzystwo. Pomogło na jakieś 10 min • Cóż robić, to tylko podróż, która do przyjemności nie należy, więc trzeba wytrzymać, wysadzić takich nie wysadzisz, a samemu też się środka transportu nie zmieni. Taki już los nas Polaków.

Co do obsługi to większość lotu zajmowała się sprzedażą. Chwilami miałem wrażenie, że jestem na jakimś podniebnym suku. Targali te wózki w tę i z powrotem, a w ludzi jakiś amok wstąpił. Kupowali to żarcie, pice i gorzałę, a nawet perfumy i kosmetyki. Do tego jeszcze zapachy z mikrofalówki przy podgrzewaniu pierogów, zapiekanek i innego badziewia. Dlaczego nie wprowadzić takich samych zasad jak w sklepikach szkolnych? Ja miałem dwie kanapki przygotowane przez żonkę, banana, jabłko i napój. Normalnie wypas, smacznie zdrowo, bez wzdęć i innych atrakcji…, Ale cóż, kijem rzeki nie zawrócisz…
Jeszcze jedno, co mnie zastanowiło, to dużo Rosjan. Na dworcu zachodnim już ich było sporo, potem na lotnisku. Coś dziwnego, że z Polski latają.

W czasie lotu nie było innego wyjścia jak zajęcie się lekturą. Prawie całą Angorę przetrawiłem. No i trochę rozmów z sąsiadami, bardzo sympatyczni, ale, co zrozumiałe, większość czasu zajmowali się sobą.
A, w Katowicach w czasie tankowania miałem fajnego wista ze stewardem. Nie wolno było poruszać się po samolocie, bo tankowanie, – jaki to ma wpływ? Zapytałem czy mogę do toalety, a w odpowiedzi tekst w stylu bardzo mi przykro, ale… No to odparłem, że jeszcze bardziej mu będzie przykro jak nie wytrzymam…. Zbystrzał jak rażony prądem i zdeklarował się, że od razu mnie poinformuję, gdy będzie taka możliwość. Oczywiście podziękowałem grzecznie z kamienną twarzą, a w środku mało się nie skręciłem ze śmiechu. Nie minęło 5 min jak podeszła do mnie jego koleżanka z zapytaniem czy to ja chciałem do toalety. Nie miałem już sumienia odpowiadać, że teraz to już do toalety nie, ale chciałbym miejsce zmienić…. Co dziwne tankowanie trwało nadal….

Bezpieczne lądowanie, oklaski i pospolite ruszenie. Na szczęści moi kompani wyznają zasadę, że bez nich autobusy i tak nie odjadą spod samolotu, więc wzięliśmy na luz.
W czasie oczekiwania na bagaże próbowałem się dodzwonić w sprawie transferu załatwionego przez Aishe. Niestety nigdzie nie mogłem się dodzwonić. Zasięg jest, ale jakiś komunikat po arabsku. Miałem doładowanie za 10LE, ale już oczy nie te. Do tego telefon się rozładował. Podłączyłem go do kompa żeby podładować. Wspólnymi siłami udało się zrobić doładowanie, ale efekt ten sam…

W międzyczasie kontrole paszportowe i odbiór walizy. Miałem jeszcze kupić fajki, ale bezcłowy gdzieś przegapiłem. Po wszystkich formalnościach biegiem do stoiska vodafon, a tam Rosjanki karty kupują. Gdy przyszła moja kolej poprosiłem o sprawdzenie, co jest z moim numerem, który mam od 5 lat, a ostatnio w lutym działał. Facet gmerał, gmerał w systemie i wypatrzył, że mój numer jest na jakiegoś Włocha i on nie może go aktywować. Z tego, co pamiętam to były czasy, że paszport nie był konieczny przy zakupie karty, tzn. wpisać coś trzeba było, ale pisali na pałę • teraz wyszło bokiem..

Zainwestowałem całe 30LE za nową kartę z 70 min rozmowy i 10Eur za net 3,5 Gb. Ale czasu zmarnowaliśmy. Po aktywacji telefonu nadal do Planet nie mogłem się dodzwonić, choć połączenie było.
Trzeba było się zabrać za organizowanie transferu na własną rękę, bo moi współtowarzysze podróży już się niecierpliwili, wcale się nie dziwię.
Prawie wszystkie autokary i busy odjechały, ludzi prawie wcale. Dzwonię więc do znajomej babki z miejscowego organizatora wycieczek z prośby by się zorientowała czy i za ile by nas ktoś zawiózł do Dahab. Zawsze to lepiej dać zarobić znajomym znajomych niż obcym…
Czekając na odzew sami uderzyliśmy w stronę postoju taxi. Zaczęło się 90 czy 80 Euro, ale nikt tym się nie zrażał. Chłopak tez nie w ciemię bity, nie pierwszy raz i umiał się targować. Przy 40 impas, ale w tym czasie zadzwoniła znajoma z info, że może podesłać taxi za 350Le, więc troszku drożej niż my wynegocjowaliśmy. Podziękowałem więc za fatygę. Już chcieli pakować nam walizy, ale zaraz po zakończeniu rozmowy (po polsku, więc nie kapowali) wkroczyłem do akcji. Tekst po arabsku „nie jestem głupi” zamurowało ich i powiedziałem, że możemy zapłacić po 10 Euro za osobę, a jak nie to ktoś po nas przyjedzie, tylko musimy poczekać. Święte oburzenie, machanie rękami, ale jak wzięliśmy się za walizy, aby odejść nastąpiła błyskawiczna zgoda. UWIELBIAM TO 
Pakowanie też ciekawe, ale są przygotowani na taką ewentualność. Auto osobowy Hyundai trzy duże i trzy małe walizy i trzech ludków. Na szczęście sprytny bagażnik na dachu i linka rozwiązały problem.
Wyciągnąłem po cukierku dla każdego z miejscowych, jako przypieczętowanie negocjacji i ruszyliśmy w drogę. A kierowca jak wyciągnął rękę po cuksa dostał jedynie przyklepanie w dłoń i powiedziałem, że cukierka dostanie w Dahab. Ale pozostali mieli ubaw, jak dzieci. Wszystko się zakończyło w wesołej atmosferze i zadowoleni ruszyliśmy w drogę nie przeczuwając, co nas jeszcze czeka po drodze.
Obserwuj wątek
    • li1210 Re: nadaję z Dahab 30.09.15, 20:30
      Proszę pisz dalej ,zawsze fajnie to robisz.Świetnie się czyta Twoje teksty.Pozdrawiam serdecznie -udanego pobytu.
    • egiptor Re: nadaję z Dahab 30.09.15, 20:50
      Przyjemnie się czyta. Szczególnie po "ostrych ostrzeżeniach".
      Czekam na c.d. który z pewnością n.
      • 19sara78 Re: nadaję z Dahab 01.10.15, 07:57
        Hej, pomimo antypati jaką mnie darzysz :)
        z przyjemnością czekam na cd.
        p.s. powinieneś pomyśleć o wydaniu książki.
        • dariusznow Re: nadaję z Dahab 02.10.15, 08:20
          skąd ta myśl o antypati?
          przecież wcale się nie znamy i co do Twojej osoby moje uczucia są całkowicie ambiwalentne

          co innego do Twoich opinii, ale dla mnie to dwie całkowicie odzielne sprawy

          a co do książki to mnie przeceniasz, może kiedyś na emeryturze, teraz szkoda by mi bylo czasu
          znajomych syn pisał książkę 3 lata i nie pracował
          ostatnio wydał a czy to będzie sukces, sie okarze, trzymamy kciuki

          nie jest sztuką napisać i wydać ksiązke, sztuką jest jest przekonać do niej czytelników
    • dariusznow Re: nadaję z Dahab 02.10.15, 00:43
      Skoro czytacie, to jedziemy dalej :)
      przepraszam za błedy ale szkoda mi czasu na korekty, zaganiany człowiek na tym urlopie....

      2
      Jazda szła całkiem składnie, muzyczka arabska oczywiście trocha za głośno. Dwa punkty kontrole bez problemu, na jednym polcjant oddając paszporty powiedział „dziękuję”.
      Po drugim punkcie kierowca zaczął kombinować. Przede wszystkim nie wiedział gdzie są nasze hotele. Ja mu mówiłem o Planet a moi towrzysze o Arabiji. Po drugim punkcie zatrzymał jakiegoś gostka, pogadali i mówi żebyśmy zmienili auto – przesiedli się. My oczywiście zgodnym churem że nie ma mowy. Ten drugi nie miał bagażnika i niby z jakiej racji? Zostało ok 40 km.

      Widać było że kierowcy to nie w smak ale co miał robić. Jak wjechaliśmy do Dahab chłopak pokazał mu jak dojechać do jego hotelu. Oni wysiedli, a ja czekam na jazdę do Planet Divers. Kierowca na to, że do drugiego hotelu on się nie umawiał i mamy mu dopłacić 5 EUR. Na szczęście nie zapłaciliśmy tylko ja wziąłem od moich znajomych 20 EUR i miałem dołożyć 10 na miejscu (podstawowa zasada, uzgodnienia przed jazdą – zapłata po dojechaniu).

      No i się zaczęły lamenty o gadanie. Cała recepcja z hotelu i ochrona się zeszli. Kierowca się upierał że nie pojedzie więc chłopak (nie zapytałem ich nawet o imiona, albo zapomniałem…) wziął swoje 20EUR i moje 5 dał kierowcy i poszliśmy do hotelu – te 5 potrącił mu na przejazd do Planet 

      Charakterny gostek i stanowczy. Kierowca też wpadł do recepcji, zaczęły się kolejne lamenty i w końcu powiedział, że mnie zawiezie, ale już rozeźnony jak nie wiem. Najgorsze jest to że łgał w żywe oczy, bo od początku była mowa o dwóch miejacach w Dahab. Pewnie nie wiedział gdzie ten Planet i kombinował, ale 25 Eur wziął. Po ok 20 min skapitulował, bo ochrona go wyprowadziła na zewnątrz i wezwali policję. Drugi gostek z ochrony zatrzymał pickupa pogadał i za 20 LE dojechałem do Planet. Kierowca i pasażerowie bardzo mili byli, pogadaliśmy trochę, życzyli fajnego pobytu, po prostu normalnie, a tamten pultacz niech sobie pluje w brodę.

      Spokój cisza dookoła, CN zamknięte ale kanałami z CN na czuja znalazłem hotel i recepcję. Pokój oczywiście czaekał. Niewielki, skromny, ale widać, że po generalnym remoncie.
      Cała ta sytuacja podniosła mi ciśnienie na tyle, że nawet nie myślałem o spaniu. Po drodze widziałe typowy arabski cafeshop z shiszarnią. Poza tym trzeba było jakimś przyjemnym akcentem zakończyć dzień podróży…

      Rozpakowalem to, co konieczne, prysznic, przebranie i w miasto. Bardzo sympatyczne wrażenie zrobił na mnie ten nadmorski bulwar. Pospacerowałem i zapytałem o drogę do kawiarni (no to dołożyłem nie kawiarnia tylko egipski cafeshop dla Egipcjan i takich skrzywionych jak ja…)

      Spacerowało się bardzo przyjemnie. Temp ok 28C – godz ok 23 ale nie czuło się tego. Shisha nigdzie tak nie smakuje jak w takich miejscach. Do tego wziąłem kawę, mocna i pyszna, dla mnie nawet za mocna, smakowała jak u czarownicy w Hurghadzie, jedyną różnicę stanowiła cena…. Ale to takie moje subiektywne odczucie, może pod wpływem uroku chwili.
      Przsiedziałem tam ponad godzinę delektując się smakami, zapachami, odgłosami, widokiem nieba i zerkając na TV z jakimś filmem akcji – amerykańskim 

      Te wpomnienia wczorajszego dnia tak mnie zmotywowały, że spakowałem kompa i siedzą teraz w cofeshopie o wdzięcznej nazwie El Asdkaa i piszę dalej. Shiska obok się dymi a kawa się gotuje, jak dodam do tego, że przed chwilą wciągnąłem, co prawda małą, ale porcję koszeri to śmiało mogę powiedzieć, że urlopuję na całego. Co do nurków to średnio dzisiaj było, jak na moje możliwości i potrzeby to stanowczo za krótko. No bo jeśli wychodzę z połową powietrza w butli to nie za ciekawie. Mam nadzieję, że jutro zmienią grupy adekwatnie do możliwości…

      Nie zebym się puszył, ale ważnym dla mnie jest aby wykorzystać ten cas pod wodą. Było nas dwóch zużywających dużo mniej niż dwaj pozostali.
      Ale wracając do wczorajszego dnia to do pokoju wróciłem ok 1,00 dokończyłem rozpakowanie, nastawiłem budzik na 6,00 i… z godzinę jeszcze nie mogłem usnąć. Pewnie ta kawa mnie tak trzymała..

      Mimo późnego powrotu obudziłem się ok 5,00, raczej obudził mnie – wiadomo kto…. Allah agbar….
      Jakiś dziwny był, ale fajny, tym bardziej, że jeszcze do 6,00 udało się pokimać 
      Kilkanaście minut po 6 siedziałem w zatoce Akaba snurkując troszkę. Nic ciekawego nie było więc zrobiłem sobie spacer bulwarem w przeciwną stronę niż wczoraj. Zakończyłem w okolcy rafy Garden. Na rafę się nie pchałem, bo było trochę wiatru i fale więc nie było sensu ryzykować. Tym bardziej, że ok 9,00 pierwszy nurek miał być.

      O nurkach za bardzo nie będę się rozpisywał, bo więcej było przygotowań, sprawdzania sprzętu niż nurkowania. Tym bardziej, że jeden z nas (było nas 4 i przewodnik, wszyscy Polacy i przewodnik Mohamud poskojęzyczny ) starszy gościu po pół godzinie wyżarł powietrze i na dodatek miał za mało obciążenia i go wywalało na powierzchnię. Mnie tradycyjnie maski parowały, ale zawsze tak mam po dłuższej przerwie…

      Za to drugi nurek o wiele ciekawszy. Na początek ośmiornica, z którą się trochę pobawiłem i fanny filmik zrobiłem. Troche rybek było, dwie fajne ławice drobiazgu i anemonki obok których była druga osmiornica – kolejny fajny filmik 

      Po nurkach rozsadek nakazywał się przespać, ale jak to zwykle u mnie szkoda czasu. Posnułem się trochę po okolicy, powalczyłem z internetem, marnie działa w pokoju, pogrzebałem przy sprzęcie i rozpytywałem miejscowych gdzie warto pójść aby poczuć prawdziwie synajski klimat. No i sporo czasu spędziłem w pokoju- z wiadomych względów, no i popisałem trochę, a to wbrew pozorom sporo czasu zajmuje…

      Gdy słońce już zbyt mocno nie operowało zrobiłem mały zapas wody i pokrzepiony sokiem z guawy ruszyłem w miasto czyli tam, gdzie miejszkają miejscowi.
      Zadwkowe rozmówki, chwalenie Dahabu i ludzi, szklaneczka asabu i rozpoznanie okolicy.
      Praktycznie obok cofeshopu wypatrzyłem koszerai i bez zastanowienia wciągnąłem małą porcję.
      Potem shiska i kawka oczywiście.

      No i mamy 20,05 temperatura bardzo przyjemna, atmosfera również. Miejscowi bardzo mili i przyjaźnie nastawieni. Diametralnie inaczej niż w Hurghadzie. Nie spodziewałem się takiej postawy, tym bardzej po wczorajszych doświadczeniach z kierowcą…
      Rano w czasie kąpieli wpadłem na genialny pomysł.
      Wiele restauracji i kawiarni jest położona przy samym morzu. Mają wystawione stoliki i leżaki na plaży kilka metrów od wody. Pomny doświadczeń z safari i spania na otwartym pokładzie postanowiłem spać na takim leżaku 

      Wypytałem w CN i w kawiarence należącej do komplesu Planet (CN, hotel, sklep, restauracja i kawiarnia) mogę bez problemu się kimnąć. Jest bardzo sucho i mam nadzieję, że nocami mój pokój będzie pusty, a nad ranem nie będzie wilgoci na zewnątrz.

      Taki plan na dzisiaj.
      • zosiak500 Re: nadaję z Dahab 02.10.15, 07:08
        Panie Dariuszu,jak mi dziś smakowała poranna kawa przy lekturze pana przygód!Czekam na następny wpis!
        • dariusznow Re: nadaję z Dahab 02.10.15, 08:15
          kawoszem nie jestem na śniadanie jakaś jest, za to wieczorem przy shisce suuuper
          • kasia_p45 Re: nadaję z Dahab 03.10.15, 11:20
            Ja też z przyjemnością czytam więc czekam na ciąg dalszy :))
      • egiptor Re: nadaję z Dahab 02.10.15, 07:43
        Czytam i ... przeżywam;)
        Pozdrowienia!
    • inspector01 Re: nadaję z Dahab 02.10.15, 16:09
      dariusznow napisał:

      > Jeszcze jedno, co mnie zastanowiło, to dużo Rosjan. Na dworcu zachodnim już ich
      > było sporo, potem na lotnisku. Coś dziwnego, że z Polski latają.

      Itaka ma biuro sprzedazy w Kaliningradzie. Wyloty z Polski, ale dla nich ceny niemal 3 razy taniej. Zatem oplaca sie im dostac do nas.
      • xaltuton Re: nadaję z Dahab 02.10.15, 21:30
        Ja w tym roku "zdradzilem" Egipt na rzecz nurkowania na Malcie, ale czytam z przyjemnoscia :) Udanych nurkow zycze. Bedziesz robil tego Archa? :)
        • dariusznow Re: nadaję z Dahab 04.10.15, 22:42
          Bedziesz robil tego Archa? :)

          nie ma z kim i tylko techniczni :(
    • dariusznow Re: nadaję z Dahab 04.10.15, 22:47
      3
      No i plan się powiódł w 100% 
      Jednak spanie w tym klimacie „ pod gołym niebem” to jest to, co misie lubią najbardziej…
      Praktykowałem to na każdym safari nurkowym. Na statku dochodziło jeszcze poczucie klaustrofobii w kajucie i powiedzmy sobie bez ogródek nie zawsze miłe warunki i zapachy wewnątrz, no i duchota, nawet jak klimatyzacja była, to albo działała za słabo albo za mocno…
      A na powietrzu, rozgwieżdżone niebo nad głową, lekka bryza od morza, cisza zkłócana jednostajnym szumem fal i zapach morza, który może nie każdemu przypada do gustu, ale ja go lubię bardzo.
      Organizacyjnie moje posłanie było bardzo proste do zainstalowania. W kawiarni vis a vis naszego CN stoją rozlozone leżaki (drewniane ale w bdb stanie) z jak się okazlao bardzo wygodnymi materacami, nie to co to hotelowe badziewie. Stoją one na ok 0,5 skarpie dosłownie 3m od morza. Normalnie bajka. Z pokoju zabrałem jedynie ręcznik jako prześcieradło i lekki pled, który jest na wyposażeniu pokoju. Godzina była ok północy więc w kawiarni pustki totalne. Większośc restauracji i kafejek o tej porze jest już nieczynne, co nie oznacza, że zamknięte. Można spokojnie wejść do środka, posiedzieć, poleżeć, pokimać. Jak ktoś z miejscowych jest na miejscu to z pewnością nie wyprosi, raczej jeśli podejdzie, to po to by zagadać, dotrzymać towarzystwa. Normalnie pełna zwoboda i wolność, oczywiście pod warunkiem, że się zachowujemy jak przystało na cywilizowanych ludzi. Szczerze mówiąc, to pijanych, ani rozrabiaków tu jeszcze nie widziałem i mam nadzieję nie zobaczę. Jeśli ludzie drinkują, to raczej z kulturą we własnym towarzystwie i z rozsądkiem. Jakże to inna i miła atmosfera w porównaniu z chociażby hurgadzkimi hotelami. Jeżeli ktoś chce odpocząć w ciszy i spokoju z dala od podchmielonych rusków, Polaków czy angoli to jest to idealne miejsce. Atmosfera tutaj jest dokładnym zaprzeczeniem opinii ferowanych przez nasze media, MSZ i wielu forumowiczów. Zapewne najbardziej zatwardzieli mi nie uwierzą, ale to ich problem jak zwalczyć swój syndom niewiernego Tomasza. Najprostrze rozwiązanie za wzorem tego świetego – przyjechać i się przekonać . Osobiście jestem zauroczony tym miejscem, podobnie jak kilka lat temu Bechsafari w Marsa. Tam jeszcze dochodziła fantastyczna kwatera w beduińskim bungalowie i łóżko z moskitierą oraz izolacja od otoczenia. Ale tu również wystarczy odejść kilkaset metrów od głównego pasażu i jesteśmy w innym świecie, coś jak Dahar w Hurghadzie, ale wiele lat temu.
      Ale wróćmy do technicznych aspektów mojej miejscówki do spania. Początkowo, gdzieś do g.2,00 nie było potrzeby nawet się przykrywać. Warunki temperaturowe wręcz idealne. Później wystarczyło skorzystać z pleda i dalej było super. Usypiający szum morza i wszechobecna cisza powodowało, że sen przychodził szybko i miło. Jedyny incydent jaki zanotowlem w nocy to kocia rozruba. Może kocia kłótnia małżeńska… Ale trwało to krotko i z ponownym zaśnięciem nie miałem najmniejszego problemu.
      Z objęc morfeusza wyrwał mnie znany mi już kolega muzein. Ale to całkiem sympatyczna pobudka  choć pora… ale na urlopie szkoda czasu na spanie… No i dzięki niemu jest okazja podziwiać wschód słońca, który dla mnie w tych rejonach nierozerwalnie kojarzy się ze starożytnością i kultem Ra w różnych postaciach i odmianach. Jest coś magicznego w tej wynurzającej się „z nikąd” tarczy, która codziennie występuje w towarzystwie innych barw. Co prawda dzisiejszy wschód nie należał do zpierających dech w piersiach, ale magia była. Udało mi się jeszcze chwilę kimnąć, ale pobudzone ciepłymi promieniami słońca do akcji przystąpiły… muchy. Niestety ich przysłowiowe natręctwo nie pozwoliło na dalsze leniuchowanie. Ale nie mam do nich najmniejszych pretensji, wręcz przciwnie, zmotywowały mnie do działania, co poskutkowało bardzo miłym spotkaniem, choć trudno tu się dopatrywać bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego z natręctwem much.
      Ale po kolei.
      Jak wspomniałem dzięki muchom dzień rozpocząłem dosyć wcześnie, przed 6,00. A w tej chwili nie ma tu przesunięcia czasowego. Zmieni się to po zmianie u nasz czasu na zimowy. Zresztą budzik i tak miałem ustawiony na tę godzinę.
      Trzeba było się z lekka ogarnąć i po śniadaniu poszedłem w kierunku rafy El garden zaopatrzony jedynie w maskę z rurką i płetwy.ia
      Aby urozmaicić spacer nie szedłem nadmorskim bulwarem ale ulicami równoległymi do morza ale ok 50-100 m od pasażu. Tak już mam że bardzo szybko mnie mierzi widok knajpek i kafejek dla turystów, choć niektóre są bardzo ładnie i pomysłowo urządzone, inne tylko pomysłowo, no i te pozostałe…
      A kilkadziesiąt metrów dalej płynie sobie codzienne życie ( nie można tu użyć często spotykanego określenia „tętni” czy „pulsuje” bo tu zycie sobie raczej „płynie” lub się sączy w bardzo indywidualnym dla każdego tempie). Dla wielu turystów takie miejsca są synonimem syfu, brudu, smrodu itd. Itp. Tacy więc niech lepiej pozostaną w hotelach wśród zapachu jedzenia, kazidła i środków dezyfekcji a spacery niech lepiiej ograniczą do sklepów z ziołami, perfumerii, kawiarni i shisarni. Wrócą zadowoleni i wypoczęci, będą mieli co opowiadać i pokazywać na zdjęciach znajomym. Nie będą za to mieli powodów do utyskiwań na to jaki to bajzel oglądali i jaki smród wąchali…
      Za to mnie podobni, z lekka wypaczeni na puncie Egiptu będą mogli sobie spokojnie eksplorować różnorakie zakątki, gdzie wydaje się, że czas się zatrzymał, czas nie biegnie, a sączy się między palcami. Cała sztuka aby umieć zauważać to, co jest pozytywne w takich rejonach a nie to co większości rzuca się w oczy. Podobnie z zapachami. Czyż nie lepiej skoncentrować swoje nozdrza na wydobywającym się z ulicznego pieca zapachu ciepłej słodyczy w czasie wypieiku kokosowych ciasteczek? U nas w piekarni też ładnie pachnie (przeważnie) ale nijak się to ma do tej kakafoni w pełni naturalnych zapachów. Do tego często dym wydobywający się z rozżarzonych węgli. No i nie jest to ani nasz śląski, ani ukraiński węgiel… i jeszcze jeden aspekt trywialnego by się wydawało zajęcia jakim jest wypiek ciasteczek. Sprawność i doświadczenie młodego chłopaczka, który mimo prymitywnego węglowego pieca nie dopuszcza do tego, aby któreś z ciasteczek się przypaliło. Przyglądałem mu się dosyć długo i nie chcę tu nadużywać słów typu „magia” czy „cuda” ale było coś hipnotyzującego w tych jego ruchach. A może to po prostu pozostałości azotu tak na mnie zadziałały… A trzeba zobaczyć żeby zrozumieć…
      Miałem cholerną ochotę na takie gorące słodkości, ale nie wziąłem ze sobą kaski, a chłopak się nie domyślił aby poczęstować zapatrzonego w jego pracę turystę. A może był tak zaabsorbowany swoim zajęciem, że nie zwracal uwagi na otoczenie? Mam niedaleko, z pewnością spróbuję jego wypieków.
      No, poniosło mnie troszku, a przecież najważniejsze wydarzenie dnia jeszcze przede mną.
      Z jednego z podwórek wynurzyło się stadko owiec, przy którym się na chwilę zatrzymałem żeby zrobić jakieś fotki, i całe szczęście, bo przy tym stadku minęla mnie para młodych ludzi z dubeltowym wózkiem w którym siedziało sobie spokojnie dwóch maluszków. A najciekawsze w tym wszystkim było to, że rozmawiali po polsku. Oczywiście zagadnąłem ich święcie przekonany, że to kolejni turyści, fani nurkowania lub kita. Jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałem się, że przyjechali tu na miesiąc i mieszkają w prywatnym domu, który jest własnościa ich brata. No, takiego spotkania to się nie spodziewałem. Zamurowało mnie z wrażenia i wewnętrznej radości. Przyssalem się do nich jak turystyczna pijawka i zarzucałem lawiną pytań. Odniosłem wrażenie, że nie mają nic przeciwko więc spacerowaliśmy ponad godzinę rozmawiając o życiu tutaj i ich przygodzie z Dahab. Dzieci w tym czasie jak by nie było. Siedziały sobie cichutko w spacerówce z lekka przysypiając. Słońce zaczęło już z lekka przypiekać więc Maciek
      • dariusznow Re: nadaję z Dahab 04.10.15, 22:51
        . Nie przepychem czy bogactwem, ale funkcjonalnością i pomysłowością w urządzeniu. Z każdego zakątka domu czy ogrodka (są trzy) wylewa się domowe ciepło i taka po prostu swojskość. Jak mi pozola, to napiszę więcej, a może fotki zrobie. Póki co nie chcę się pchać z butami (klapkami) w czyjąś prywatność.
        Dzieci, dwóch chłopcow wg mnie poniżej roku wręcz idealni. Rodzice oczywiście twierdzą, że sa bardzo absorbujący, ale widać po nich na pierwszy rzut oka miłość do bliźniaków. Ok godziny zjąłem się jednym z nich, co sprawiło mi nieukrywaną przyjemność, bo malec był chętny do współpracy, nie przejawiał oznak strachu przed nową twarzą i był żywotnie zainteresowany każdą nową rzeczą, jaką mu podsuwałem. Karolina pozwoliła mi nawet na karmienie z butelki. Własciwie to był jakiś napoj, ale zawsze… Pierwsze nauki do roli dziadka ??? Pozostawmy to na razie w zawieszeniu…

        Maciek w międzyczasie przygotował beduińska herbatkę, na którą przepis i nauki parzenia otrzymał od oryginalnych Beduinów, których pieszczotliwie nazywa „beduboys”. Herbata oczywiście mega smaczna i mega słodka, ale to oczywiście kwestia proporcji.
        Gadaliśmy dosyć długo w przyjemnym cieniu drzew w ogrodzie, pomimo, że słońce już ostro operowało. Genialne mają te rozwiązania przestrzeni mieszkalnej, gdzie zaciera się granica pomiędzy mieszkaniem a ogrodem, gdzie wszystko jest stworzone po to by ułatwić i umilić człowiekowi życie na nie dla blichtru i na pokaz…
        Chętnie tam wrócę, gdyż otrzymałem zaproszenie na następną wizytę. Wymieniliśmy się telefonami (numerami telefonów oczywiście) Co dziwne, też tu używają starych noki a nie jakichś smatrfonów.
        Przyobiecali mi też że dadzą znać jak będą u nich beduboysi. Już się nie mogę doczekać tego spotkania… Może się też uda wyskoczyć na pustynię na herbatkę do Beduinów…


        4
        Muszę troszkę podkręcić tempo pisania, bo mi się robia co raz większe zaległości. Niestety pisze się o wiele dłużej niż przeżywa, przynajmniej mnie.
        Wczorajszy dzień przebiegał już lakonicznie, bez fajerwerków czy nieprzewidzianych zdarzeń.
        Na snurki wczoraj nie było szans, gdyż wiało i fale duże były, a i odpocząć od wody trzeba przed nurkowaniem na canyonie.

        Wróciłem do pokoju, zacząłem oglądać jakiś film i padłem jak przysłowiowa kawka.
        Chyba wszystkie zaległości nadrobiłem z ostatnich dni, bo się obudziłem ok 21,00.
        Zastanawiałem się czy warto ruszać się na miasto, ale jak nie to co mam robić? Usnąc raczej nie ma szans, a przede wszystkim nie przyjechałem tu spać. Szybki prysznic na obudzenie i w rejs.
        Ciągle poznaje nowe zakątki tego miasteczka i co raz bardziej się orientuję gdzie, co i jak. Ale tak sobie planuję (na bieżąco) trasę aby zakończyć w „swoim” cafeshopie. Już jestem rozpoznawalny, choć Naser przyniósł mi ostatnio herbatę zamiast kawy i to herbatę w woreczku, wstydziłby się…
        Dodatkowo wziąłem sobie (okazało się że mają tam różne przekąski i kurczaki. Przypadła mi go gustu chyba Mallawa (sprawdzę) się to nazywa. Ciasto podobne do naszego naleśnikowego, grubsze niż naleśnik podawane z serem lub miodem. Bardzo smaczne było i lekko strawne, a pora już późna.

        Spanie oczywiście nad morzem pod księżycem. Okazuje się że te lezaki są praktycznie przy samym morzu, ok 1,5 m powyżej tafli wody. Zrobię fotkę.
        Z zaśnięciem spore problemy miałem, co nie dziwne. Trochę się wierciłem, trochę pisałe, słuchałem adiobooka, muzyki, nic nie pomagało Ok 2,30 kimnąłem wreszcie, ale o 4,12 (doskonale pamiętam…) przypomniał o sobie wiadomo kto. Dzisiaj piątek więc być może wcześniej się wszystko zaczyna. Za wiele nie pospałem tej nocy. O 6,00 regularna pobudka, bo i muchy oczywiście przystąpiły do działania. Ale nie są takie straszne. Ktoś przed wyjazdem straszył mnie komarami. A tu nie uświadczysz ani sztuki, i niech tak zostanie…
        Na rozruch ruszyłem nad morzem aby odnaleźć dom gdzie mieszka Maciek z Karoliną. Łaziłem w tę i z powrotem i nie mogłem odnaleźć tej metalowej, czarnej bramy z żelaza. Chwilami myślałe, że mi się to wszystko przyśniło. Miałem to w godzinke załatwić, ale jak to zwykle bywa wszstko się rozcągnęło w czasie. Do tego jeszcze kilka fotek zrobiłem.
        Nurek dzisiaj później i drugi wieczorem więc pośpiechu nie było. Po sniadaniu trochę porządków w pokoju i przygotowanie do nurka. Nie wiem czemu tak to rozwlekają. Można było się sprężyć i przyjechać dużo wcześniej, a nie, tak jak trafiliśmy na tabuny nurków. Ale to jeszcze przeżyć można, ostatecznie urlop, tylko po co nurac w tłoku? To chyba sprężyna Ahmeda, naszego przewodnika.

        Najlepszy numer dnia to co innego. Marian, ten, co duuużo powietrza zużywa założył sobie butlę 12 litrową zamiast 15 litrowej, co zacznie skróciło nasze i tak krótkie nurkowanie.
        Kanion mnie trochę, a nawet sporo rozczarował. Może dlatego że był tłok i tak krótko…
        Po nurkowaniu Ahmed poprosił abyśmy poczekali, bo dzisiaj jest niedziela i on do meczetu musi iść. A meczet jak szałas wyglądał, ale był… Czas mniął mi na słuchaniu muzyki i kimaniu, a pozostali raczyli się wrażeniami z różnych zakątków swiata i herbatą.
        Po powrocie do CN poszedłem z Marcinem do biura aby porozmawiać czy nie da się nas dołączyć do grupy, która dłużej nurkuje. Niestety pani bardzoprzykro było bo są tylko 2 grupy – nasza i czeska która dłużej nurkuje. Poradziła, aby z Ahmedem porozmawiać. A co on ma do dogadania, robi swoją robotę .

        Czekając na nocnego nurka wybrałem się w nowa dla mnie część miasteczka Assalah. Typowo lokalny klimat ze sklepami i barkami. Przy i na ulicy stadka kóz, które się żywią czym popadnie, przeważnie tekturą z kartonow, normalnie szok. Na ulicy kozy zachowują się jak indyjskie święte krowy, robią co chcą. Z kolei kierowcy podchodzą do tego zjawiska z pełnym zrozumieniem i cierpliwością. Nie widać żadnej agresji wobec tych zwierząt. Aż dziwne przy ich temperamencie… Ponoć te kozy czy owce są jedynym źródłem utrzymania dla wielu beduińskich rodzin. Nie bardzo mi się chce w to wierzyć, bo skąd mają kasę na ubrania, prąd, wodę itp. Ahmed twierdzi, ze to inwestycja Beduinów (koza, owca) i jedna kosztuje ok 1000 LE, też dla mnie mało prawdopodobne. Ale trzeba by zapytać kogoś bardziej zorientowanego. Może miał na myśli ceny z niedawnego świeta ofiarowania.

        Zrobiłem rekonesans po barkach i sklepikach, a że nie byłem zbytnio głodny poszedłem dalej między domostwa miejscowych. Wszędzie dzieci i kozy wymieszane ze sobą i sprawiające wrażenie jakieś koegzystencji wzajemnej. Dzieciaki przeważnie brudne, ale szczęśliwe, zgodnie ze strarą zasadą, choć niektór, nie wiem czemu miały w oczach smutek, ale tylko wtedy, gdy nie były w grupie. Wszystkie oczywiście niesamowicie hałaśliwe zarówno w czasie zabawy, jak i częstych sprzeczek.
        • dariusznow Re: nadaję z Dahab 04.10.15, 22:53
          Świetną scenkę zauważyłem przy jednym z domów, gdzie cała rodzina wraz z mamą, i gromadka dzieci uczestniczyła w budowie czy też remoncie czegoś na dachu. Ojciec, jak się później okazało o imieniu Nasir, na dachu, a na dole dzieci i matka przesiewają piase, sypią do wiadra i za pomocą linki z bloczkiem wciągali do góry. Bardzo fajna scenka. Robota wręcz wszystkim „paliła się w rękach”.

          Poszedłem dalej, i miałem wracać inną drogą, ale przypomniała mi się ta grupa budowniczych, i wpadłem na pomysł zintegrowania się z nimi. Po drodze zaszedłem do takiego małego lokalnego sklepiku po butelkę wody. Wewnątrz siedziała kobieta z niwmowlaka. Za chwilę pojawił się szczęśliwy tato no i zaczęły się gadki. Proszę bardzo, zacofani „berzowcy” , dziura na końcu świata, dzielnica biedoty a w sklepie z ekspedientem można się po angielsku dogadać. Ciekawe czy w naszym dumnym, cywilizowanym społeczeństwie w metropoli typu Mińsk Mazowiecki albo turystycznej Krynicy w barze czy sklepie Anglik czy Niemiec mógłby zamienić parę zdań na temat dziecka, żony czy okolicy. Może kiedyś sprawdzę…
          Ochłodzony i pokrzepiony chłodną „mają” śmignąłem w kierunku pracujących „budowlańców”.

          Przechodzc obok nich perlisty uśmiech i zainteresowanie w oczach. Przystanałem i do ojca (tak wypada) pytam jak leci. Odpowiedź standardowa i facet zaczyna zchodzić z dachu, a właściwie zjeżdżać na bloczku. Żona i 2 dzieci trzyma linę. Poprosiłem aby chwile zaczekał, wyciągnąłem aparat pytając czy mogę. Nagrałem cały „zjazd” w dół zakończony niestety upadkiem, na który szyscy zareagowali gremnialnym, gromkim śmiechem. Jedynie gostkowi było w niesmak. Wiadomo, wychowaniw filozofii macho, a tu taka plama. Trzeba było jakoś rozładować sytuację i odwrócić od niego uwagę. Zauważyłem, że jedna dziewczynka podrzuca kielnią piach. W nagrodę dostała cukierka, a pozostali konsternacja. Zapytałem pechowego linoskoczka jak jest po arabsku pracować.

          Nie bardzo łapał o co chodzi. Wziąłem więc kielnie od dziewczynki i dałem chłopcu pokazując na piach. Dzieciak od razu załapał o co chodzi. Oczywiście dostał cukierka, a następny już mu wyrywał i powtarzali słowo „abgar” czy coś w tym stylu. Kiedy cukierki się skończyły wspólnie z mamą oglądaliśmy filmik. Potem jeszcze kilka pamiątkowych fotek na „ma salama”. Nie wiadomo skąd dzieciaków przybywało w niesamowitym tempie. Wszystkie chciały cukierka, ale niestety, zabrakło. Na „bukra” zareagowały krótko „bukra skul”.

          Było bardzo wesoło i sympatycznie, nawet mam siedząca z sitkiem jak kwoka śmiała się i coś krzyczała po swojemu. Nie były to wyzwiska czy przekleństwa, co można by wnosić po intonacji głosu. Ale uśmiech na jej twarzy mówił wszystko o jej nastawieniu do tej sytuacji. Myślę, że wszyscy w zgodzie i zadowoleniu się rozstaliśmy. Choc część dziecaków odprowadziła mnie ze 100 m w nadziei, że jeszcze coś wyciągnę z kieszeni, niestey…
          Po takiej zabawie z lekka zgłodniałem i po zapachu dotarłem od miejsca i szumnej nazwie „Restaurant Foul and Falafel” Tu już nie było problemu z angielskim. Ciekawe jak u nas by to wyglądało w Karpaczy czy Łebie…

          Zamówiłem u gostka kanapkę za całe 3LE, powiedziałem, że za chwile wrócę, i poszedłem zobaczyć co tam dalej ciekawego. Sklepy i bary jak u nas na rynku. Akurat czas porządków i przygotowań do wieczornego szczytu był. Kilka fotek, i wymienionych zdawkowych zdań angielsko arabskich i wróciłem do mojej kanapki i jej wytwórcy.

          Tu też gadka i wychwalanie „Restauracji”, fotka z moja kanapką i kupa śmiechu. Spróbowalem dania ale za mało pikantne było więc poprosiłem o paprykę chili. Myślałe, że dostanę warzywko, ale mieli tylko sproszkowaną. Dobre i to. Zadowolony wyruszyłem w drogę powrotną. Po przejściu ok 10 m słyszę krzyk mojego wirtuoza kuchni. Początkowo nie rozumiałem, co krzyczy (starość nie radośc) aż w końcu usłyszałem „człowieku, gdzie moje pieniądze” Po prostu w tej sympatycznej atmosferze zapomniałem zapłacić. Czasami płacę z góry, ale nie tym razem.. Skończyło się na moich wylewnych przeprosinach i obustronnym śmiechu. Mam nadzieję, że jego był szczer, bo mój na pewno, choć troszku mi było głupio…
          • mygdu Re: nadaję z Dahab 05.10.15, 09:22
            Jak ja tęsknię za Egiptem..............
            • dariusznow Re: nadaję z Dahab 05.10.15, 21:47
              to przylatywuj :)

              shisa, bedouin tee i lemonjust na stoliku przede mną
              • dariusznow Re: nadaję z Dahab 06.10.15, 07:45
                nowe fotki zapraszam

                www.fmix.pl/moje_albumy/1
                • niiktos Re: nadaję z Dahab 06.10.15, 23:29
                  dopracuj ten link bo prowadzi donikąd
                  • dariusznow Re: nadaję z Dahab 07.10.15, 20:52
                    pewnie dlatego, ze byłem zalogowany jest w mojej stopce

                    http:\\dariusznow.fmix.pl
              • mygdu Re: nadaję z Dahab 07.10.15, 08:20
                no przylecę, przylecę ale jeszcze trochę musze wytrzymać:)
                • koalabis Re: nadaję z Dahab 12.10.15, 21:50
                  Będzie ciąg dalszy?
                  • dusia165 Re: nadaję z Dahab 13.10.15, 15:17
                    też czekam...
                    • dariusznow Re: nadaję z Dahab 15.10.15, 13:48
                      niestety szara rzeczywistość wróciła :(

                      Jedyna frajda to kąpiel w jeziorze...

                      Drugi tydzień spędziłem w Sharm w hotelu Luna Sharm

                      Postaram sie coś jeszcze napisać...

                      Póki co selekcja i obróbka fotek i filmów, a jest co obrabiać....
                      • dariusznow Re: nadaję z Dahab 17.10.15, 21:35
                        nowe fotki na moim fmix

                        dariusznow.fmix.pl
                        • janan2 Re: nadaję z Dahab 21.10.15, 15:27
                          czytałem i podglądałem.Ze też się chciało chcieć w takich szczegółach opisywać!Dawno tego tu nie było.Nooo!Ale kozy niezmienne he he.Wszędzie ich tam pełno.Już sądziłem,że była chwilowa przerwa w opisie i nawet się zaniepokoiłem,że przewiało lub pod wodą nieopatrznie pobłądził na przeciwległy brzeg zatoki.To z pozoru nie tak daleko.A przy takiej ciekawości świata...wszystko możliwe he he.

                          Lepiej zostać na wątku własnym niż wychylać się na innych i dyskutować o przewagach jednych hoteli czy miejscowości nad innymi.Tritona odpuściłeś w HRG.Czyżby już się znudziło tam i szukasz nowych terenów!?Dahab jakby na uboczu od kurortów i jeszcze coś zostało obok z klimatów normalnego Egiptu tego mniej hotelowego.
                          • dariusznow Re: nadaję z Dahab 22.10.15, 08:20
                            cieszę, się, że jest na tym forum kilka osób ktore myślą i czują Egipt podobnie jak ja :)

                            Ze też się chciało chcieć w takich szczegółach opisywać

                            Sam sie dziwię z perspektywy czasu :)
                            Ale wydaje mi się że jest to efekt synergii dwóch zjawisk - uwolnienia umyslu od bieżących problemów i endorfin wydzielonych w mojej łepetynie
                            Trzeci element to chęć podzielenia się własną radością z całym swiatem... Choć teraz, jak juz powróciłem do realnego świata to obawiam się, że jest to niebezpieczna tendencja...

                            Dlatego wspominek z Sharm już raczej nie będzie, choc byłoby o czym pisać, ale nie byłyby one już autentyczne, niestety

                            zaniepokoiłem,że przewiało lub pod wodą nieopatrznie pobłądził na przeciwległy brzeg zatoki.To z pozoru nie tak daleko
                            Ciekawy pomysł, następnym razem wypożyczę skuter albo dwa i przed siebie....
                            A na poważnie, to od powaznych ludzi słyszałem, że przez pewien czas na jakimś wybranym odcinku wybrzeża Arabii zezwolono na wycieczki nurkowe, ponoc bajka, dziewicze rafy monożestwo zwierza...

                            Tritona odpuściłeś w HRG

                            Trochę za nim tęsknię, ale ponoć się bardzo pogorszyło... Po tym co zobaczyłem w Lunie to rzeczywiście mogło się pogorszyć...
                            Jakoś nie po drodze mi do Hurghady ostatnio, a najbardziej mi szkoda nurków z Mahmoudem... Niepowtarzalna atmosfera i elastyczność z ich strony, do tego stopnia że plan nurkowania był dostosowywany do moich zapisków nurkowych :
                            Jeśli to było mozliwe, to płynęliśmy na rafy, na ktorych jeszcze nie byłem...


                            Dahab jakby na uboczu od kurortów i jeszcze coś zostało obok z klimatów normalnego Egiptu tego mniej hotelowego.

                            I to mnie zauroczyło w tym miejscu. Do tego trafiłem na fantastycznych ludzi
                            mam nadzieję tam wrócić, insz Allach, nawet kosztem Tritona i Hurghady :)
                            • lato31 Re: nadaję z Dahab 22.10.15, 18:41
                              Może jednak jakieś świeże info o Sharm , hotelu i co jest inaczej niż było? To ważne dla podjęcia decyzji czy Egipt to znowu Hurgada czy Sharm?
                            • janan2 Re: nadaję z Dahab 23.10.15, 14:34
                              Sądząc po zainteresowaniu,no to trzeba by coś o SSH napisać.W sumie szkoda tego Tritona.Dobre miejsce na wypady było.Teraz z tym kłopot,bo gdzie niby(poza morzem)można podróżować!?Raczej nie wybiorę się sam teraz.Po lutowych doświadczeniach mam dość wiatru,fal i "zimna".W Dahab zaoszczędziłeś za to na wizie,no bo nie trzeba.Tak jakoś się porobiło z tym kierunkiem,że nie żeby "strach się bać jechać",a życie hotelowe jakoś mi jeszcze nie leży.Pzdr.
                              • kasia_p45 Re: nadaję z Dahab 24.10.15, 11:37
                                Szkoda tylko, że wakacje są takie krótkie a i tereny nie do końca bezpieczne.. Tak czy owak wracam do Egiptu oczami wyobraźni dzięki takim opisom :))
                      • coca.kola Re: nadaję z Dahab 23.10.15, 00:37
                        Jak Luna się prezentuje? Bo rozmyślam nad singlowym wypadem i Luna byłaby po taniości. Znośnie czy byle jak? Czystość ogólną mam na myśli i porządność śniadań, bo kolacje to i tak pewnie na mieście. No i już z tak absolutnie czystej ciekawości gdzie Luna plażuje?
                        • dariusznow Re: nadaję z Dahab 23.10.15, 10:43
                          Ja spędzalem w hotelu tyle czasu, ile to było konieczne
                          Pierwszego dnia po kolacji zrobiło sie nieciekawie z żołądkiem więc uważałem co jem, ale nawet kurczak mi się odbijał..
                          Pozostałem przy ryżu i kawałku mięsa, albo odpuszczałem kolacje..
                          Na śniadanie full i słaodkie bułki
                          Jak nuralem to jedzonko na statku wystarczało

                          Pokój Ok bez robactwa a to dla mnie najważniejsze
                          Z obsługą niewiele miałem do czynienia, ale ich zachowanie zbytnio się nie podobało mi
                          W opcji all ludzie nawet z wodą mieli problemy, nie wiem czy były przekąski i obiad...

                          Wkurzało mnie nawadnianie zieleni - wiadomo czym, i to z rana więc okna praktycznie nie otwieralem. Kupilem kadzidełka i było OK
                          Klima działała dobrze choc używałem jej sporadycznie
                          Ręczniki wymieniane codziennie, pokój spory

                          jak nie masz zamiaru spedzac czasu w hotelu to OK ja przewaznie jadę p taniości

                          plaża porażka byłem raz i poszedlem na jakąś hotelową i miło spedzałem czas dopóki polacy się nie dosiedli i nie przyszedł jakiś naganiacz, który zgłosił że jesteśmy spoza hotelu

                          Metoda na nieświadomego oczywiście zadzialała i rozstaliśmy się w zgodzie, zresztą już był czas na powrót
                          ponoć są na tej plaży wydzielone sektory dla poszczególnych hoteli, ale mnie to raczej nie interesowało...

                          na końcu plaży rafka jest można posnurkować

                          Generalnie plaża to wyprawa

                          podaj e-mail to wyśle pare fotek

                          Luna blisko Old Market ok3 km z buta, ale jest skrot...
                          • coca.kola Re: nadaję z Dahab 24.10.15, 23:23
                            dariusznow napisał:

                            > Ja spędzalem w hotelu tyle czasu, ile to było konieczne

                            Też taki mam plan. Przespać się, zjeść w miarę dobre śniadanie i w drogę. Ale z Twojego opisu to brzmi mało ciekawie mimo wszystko. Może jednak AmarSina, która plażę ma (chyba) na tym samym kawałku co Faraana.
                            Wiem gdzie Luna, stacjonowałam kilka razy w różnych hotelach w dość bliskiej odległości.
                            To pokaż te zdjęcia: ela.sere54@gmail.com
                            Dzięki!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka