dariusznow
30.09.15, 16:01
NO TO ZACZYNAMY WSPOMINKI
Dahab
Przygotowania trwały bardzo długo. Planowałem ten wyjazd praktycznie już wracając w ub. roku z Wadi – tak mam i to trzyma człowieka przy nadziei, ważne, aby nie było pustki w planach i marzeniach. Ale o tych planach przy innej okazji.
W czasie podróży niewiele się działo, choć na lotnisku miałem miłe zdarzenie. W czasie zdawania bagażu okazało się, że mam 1,8 kg ponad 20. No i „pigi” za ladą była nieugięta. Nie wiem chyba linie na nich naciskają żeby kasować za nadbagaż. W takim razie, jeśli ktoś ma mniej to powinni zwracać kasę… Oczywiście miałem „wyjście awaryjne” i już chciałem odejść i się przepakować, gdy ze stanowiska obok usłyszałem chłopaka, który zapytał „pigi” czy nie mogłaby policzyć razem ich i mojego bagażu, bo oni (był z dziewczyną) mają niedowagę a zwrotu nie dostaną
Po łaskawym „niech będzie” przeszedłem do ich stanowiska i wspólnie dokonaliśmy odprawy.
Wylewnie dziękowałem i uratowałem 80 zł. Okazało się, że oni również do Dahab i też na własna rękę popływać na deskach. Znalazł się, więc wspólny temat – windsurfing.
Po kontroli bagażu każdy poszedł swoją drogą, bo miejsca mięliśmy obok siebie. Bezcłowa mnie praktycznie nie interesowała, bo ceny już dawno pofiksowały. Kawka z automatu, napój i 0,5 whisky, jako lekarstwo i tyle.
Cały czas korespondencja z Aishą z Planet na temat transferu, bo mi znalazła taxi za 200 LE ( a więc można tylko dla mnie jednego to trochę nie za tanio, ale teraz jak byliśmy w trójkę to bajka. Ale o transferze potem.
Kilka słów o locie, choć to mało przyjemna część urlopu. Tym bardziej, że zafundowali nam międzylądowanie w Katowicach, co o 1,5 h wydłużyło podróż, a i tak wolne miejsca były, choć nie za wiele.
Jak zwykle w samolocie przekrój naszego społeczeństwa? Ten, co lata do Egiptowa wie, co mam na myśli. Jedno dobre, że dzieciarni mało. Za to dwa rzędy za nami towarzystwo ze Śląska zachowujące się jak w pubie. Drinkowali ostro a jedna babka miała taki przeraźliwy śmiech, że aż w uszach świdrowało, za to druga śmiała się jak drwal z puszczy, do tego jakiś gostek im wtórował od czasu do czasu. Człowiek chciały się zdrzemnąć żeby czas szybciej zleciał, ale nie da się. Początkowo zawziąłem się w sobie, ale w końcu poprosiłem stewardessę, aby uciszyła towarzystwo. Pomogło na jakieś 10 min • Cóż robić, to tylko podróż, która do przyjemności nie należy, więc trzeba wytrzymać, wysadzić takich nie wysadzisz, a samemu też się środka transportu nie zmieni. Taki już los nas Polaków.
Co do obsługi to większość lotu zajmowała się sprzedażą. Chwilami miałem wrażenie, że jestem na jakimś podniebnym suku. Targali te wózki w tę i z powrotem, a w ludzi jakiś amok wstąpił. Kupowali to żarcie, pice i gorzałę, a nawet perfumy i kosmetyki. Do tego jeszcze zapachy z mikrofalówki przy podgrzewaniu pierogów, zapiekanek i innego badziewia. Dlaczego nie wprowadzić takich samych zasad jak w sklepikach szkolnych? Ja miałem dwie kanapki przygotowane przez żonkę, banana, jabłko i napój. Normalnie wypas, smacznie zdrowo, bez wzdęć i innych atrakcji…, Ale cóż, kijem rzeki nie zawrócisz…
Jeszcze jedno, co mnie zastanowiło, to dużo Rosjan. Na dworcu zachodnim już ich było sporo, potem na lotnisku. Coś dziwnego, że z Polski latają.
W czasie lotu nie było innego wyjścia jak zajęcie się lekturą. Prawie całą Angorę przetrawiłem. No i trochę rozmów z sąsiadami, bardzo sympatyczni, ale, co zrozumiałe, większość czasu zajmowali się sobą.
A, w Katowicach w czasie tankowania miałem fajnego wista ze stewardem. Nie wolno było poruszać się po samolocie, bo tankowanie, – jaki to ma wpływ? Zapytałem czy mogę do toalety, a w odpowiedzi tekst w stylu bardzo mi przykro, ale… No to odparłem, że jeszcze bardziej mu będzie przykro jak nie wytrzymam…. Zbystrzał jak rażony prądem i zdeklarował się, że od razu mnie poinformuję, gdy będzie taka możliwość. Oczywiście podziękowałem grzecznie z kamienną twarzą, a w środku mało się nie skręciłem ze śmiechu. Nie minęło 5 min jak podeszła do mnie jego koleżanka z zapytaniem czy to ja chciałem do toalety. Nie miałem już sumienia odpowiadać, że teraz to już do toalety nie, ale chciałbym miejsce zmienić…. Co dziwne tankowanie trwało nadal….
Bezpieczne lądowanie, oklaski i pospolite ruszenie. Na szczęści moi kompani wyznają zasadę, że bez nich autobusy i tak nie odjadą spod samolotu, więc wzięliśmy na luz.
W czasie oczekiwania na bagaże próbowałem się dodzwonić w sprawie transferu załatwionego przez Aishe. Niestety nigdzie nie mogłem się dodzwonić. Zasięg jest, ale jakiś komunikat po arabsku. Miałem doładowanie za 10LE, ale już oczy nie te. Do tego telefon się rozładował. Podłączyłem go do kompa żeby podładować. Wspólnymi siłami udało się zrobić doładowanie, ale efekt ten sam…
W międzyczasie kontrole paszportowe i odbiór walizy. Miałem jeszcze kupić fajki, ale bezcłowy gdzieś przegapiłem. Po wszystkich formalnościach biegiem do stoiska vodafon, a tam Rosjanki karty kupują. Gdy przyszła moja kolej poprosiłem o sprawdzenie, co jest z moim numerem, który mam od 5 lat, a ostatnio w lutym działał. Facet gmerał, gmerał w systemie i wypatrzył, że mój numer jest na jakiegoś Włocha i on nie może go aktywować. Z tego, co pamiętam to były czasy, że paszport nie był konieczny przy zakupie karty, tzn. wpisać coś trzeba było, ale pisali na pałę • teraz wyszło bokiem..
Zainwestowałem całe 30LE za nową kartę z 70 min rozmowy i 10Eur za net 3,5 Gb. Ale czasu zmarnowaliśmy. Po aktywacji telefonu nadal do Planet nie mogłem się dodzwonić, choć połączenie było.
Trzeba było się zabrać za organizowanie transferu na własną rękę, bo moi współtowarzysze podróży już się niecierpliwili, wcale się nie dziwię.
Prawie wszystkie autokary i busy odjechały, ludzi prawie wcale. Dzwonię więc do znajomej babki z miejscowego organizatora wycieczek z prośby by się zorientowała czy i za ile by nas ktoś zawiózł do Dahab. Zawsze to lepiej dać zarobić znajomym znajomych niż obcym…
Czekając na odzew sami uderzyliśmy w stronę postoju taxi. Zaczęło się 90 czy 80 Euro, ale nikt tym się nie zrażał. Chłopak tez nie w ciemię bity, nie pierwszy raz i umiał się targować. Przy 40 impas, ale w tym czasie zadzwoniła znajoma z info, że może podesłać taxi za 350Le, więc troszku drożej niż my wynegocjowaliśmy. Podziękowałem więc za fatygę. Już chcieli pakować nam walizy, ale zaraz po zakończeniu rozmowy (po polsku, więc nie kapowali) wkroczyłem do akcji. Tekst po arabsku „nie jestem głupi” zamurowało ich i powiedziałem, że możemy zapłacić po 10 Euro za osobę, a jak nie to ktoś po nas przyjedzie, tylko musimy poczekać. Święte oburzenie, machanie rękami, ale jak wzięliśmy się za walizy, aby odejść nastąpiła błyskawiczna zgoda. UWIELBIAM TO
Pakowanie też ciekawe, ale są przygotowani na taką ewentualność. Auto osobowy Hyundai trzy duże i trzy małe walizy i trzech ludków. Na szczęście sprytny bagażnik na dachu i linka rozwiązały problem.
Wyciągnąłem po cukierku dla każdego z miejscowych, jako przypieczętowanie negocjacji i ruszyliśmy w drogę. A kierowca jak wyciągnął rękę po cuksa dostał jedynie przyklepanie w dłoń i powiedziałem, że cukierka dostanie w Dahab. Ale pozostali mieli ubaw, jak dzieci. Wszystko się zakończyło w wesołej atmosferze i zadowoleni ruszyliśmy w drogę nie przeczuwając, co nas jeszcze czeka po drodze.