Gość: żona
IP: *.crowley.pl
05.01.07, 12:25
Ślązaczki z Wysp: pochwalcie naszych lekarzy!
Judyta Watoła2007-01-04, ostatnia aktualizacja 2007-01-04 20:55
Śląscy ginekolodzy mają coraz więcej pacjentek z Anglii. - Nasze poradnie są
o niebo lepsze - tłumaczą kobiety.
Iza Grzywna z Gliwic wyjechała do Londynu przed rokiem. Ma pracę i jest
ubezpieczona. Niemal od razu zapisała się do lekarza rodzinnego. - Dwa
miesiące temu chciałam umówić się do ginekologa. Dowiedziałam się, że trzeba
mieć skierowanie - opowiada. Po skierowanie poszła do poradni rodzinnej. Tu
pielęgniarka zebrała od niej ankietę, pobrała próbkę do cytologii i... -
Okazało się, że decyzja o skierowaniu zależy od zdania lekarza rodzinnego.
Poza tym czeka się 5-6 tygodni, a na usg. też nie ma co liczyć i potrzebne
jest osobne skierowanie- mówi dziewczyna.
Izę bolał brzuch. Nie chciała czekać. Poszła do prywatnego gabinetu. -
Zapłaciłam 70 funtów za wizytę plus 50 funtów za usg., ale tylko dlatego, że
to był polski lekarz i rodaczki przyjmuje taniej - tłumaczy.
Koleżanka Izy jest w ciąży. W poradni widuje się tylko z położną. Skierowania
do ginekologa nie dostała ani razu. - Jej to nawet odpowiada, ale inne babki
nie wytrzymują. Do lekarza - tak jak ja - wolą jechać do domu na Śląsk - mówi
Iza.
Asia Mikanel, w Wielkiej Brytanii od kilku miesięcy, też woli leczyć się na
Śląsku. - Chciałam sprawdzić, czy nie jestem zagrożona toksoplazmozą, bo to
groźna choroba, która może być poważną przeszkodą przy planowaniu dziecka. U
lekarza rodzinnego dowiedziałam się, że takich badań w ogóle nie robi się w
ramach ubezpieczenia, tylko prywatnie. Poprosiłam więc przynajmniej o
skierowanie na usg. Trzeba było czekać prawie cztery miesiące - mówi
dziewczyna.
Z wizyty w prywatnej klinice, gdzie wykonuje się badania na toksoplazmozę,
zrezygnowała od razu. - 180 funtów za poradę, a za badanie trzeba płacić
osobno! Taniej wychodzi bilet na samolot do Polski - przekonuje.
Dr Przemysław Binkiewicz, ordynator oddziału położnictwa i ginekologii w
szpitalu w Pyskowicach, u którego leczą się Asia i Iza, ma więcej pacjentek z
Wysp. - My wciąż narzekamy na brak pieniędzy, długie kolejki i trudny dostęp
do lekarzy, ale wystarczy posłuchać kobiet, które próbowały leczyć się w
Wielkiej Brytanii, żeby docenić, jaki dobry mamy dostęp do specjalistycznego
leczenia - mówi ginekolog.
Porównanie rzeczywiście wypada korzystnie. O kłopotach z dostępem do
ginekologa uprzedza jeden z portali dla Polaków na Wyspach. Pozytywny wynik
na teście ciążowym uprawnia tylko do wizyty u lekarza rodzinnego. Dziesięć
tygodni później odezwie się do nas położna. Ginekologa możesz nie zobaczyć aż
do rozwiązania...
- System, w którym część obowiązków ginekologa przejmuje lekarz rodzinny, nie
musi być zły, ale dla moich pacjentek, zwłaszcza w ciąży, to nie do
pomyślenia. Umawiają się na wizytę w Polsce. Wizyta u ginekologa daje im
poczucie bezpieczeństwa - mówi dr Małgorzata Milejska-Lewandowska z Poradni
Genom w Rudzie Śląskiej.
Prof. Bogdan Michalski, wojewódzki konsultant w dziedzinie ginekologii
onkologicznej, jest zwolennikiem angielskiego systemu profilaktyki
nowotworowej u kobiet, ale o organizacji poradni i szpitali też nie jest
najlepszego zdania. - Jedna z moich pacjentek dostała zapalenia gruczołu
Bartholina. To bardzo dotkliwe. Choć wiła się z bólu na izbie przyjęć, lekarz
zszedł do niej dopiero po ośmiu godzinach. U nas taki szpital opisałyby
wszystkie gazety, tam nie było sprawy. Dlatego ona odtąd leczy się w Polsce -
mówi prof. Michalski.
Iza Grzywna: - Niektórzy w to nie uwierzą, ale trzeba pochwalić nasze
poradnie i lekarzy. Ci z Wysp nie wytrzymują porównania.